Tak być nie musi, ale może - że ta książka czekała u mnie 45 lat. W sensie takim, że ją kupiłam w okresie, gdy brałam wszystko, co włoskie. Z drugiej strony wtedy kupowało się w antykwariacie, więc byłaby w niej cena ołówkiem i numerek czy coś, a tego nie ma, więc nie wiem. Więc może jednak zakup późniejszy, już z czasów allegro? To się u mnie zaczyna w 2009 roku dopiero, taki przynajmniej mam zachowany najstarszy mail w sprawie jakiegoś zakupu. A sprawdzając to, zobaczyłam, że dziś jest rocznica - 8 lutego 2002 roku założyłam sobie pierwszy prywatny adres mailowy, któremu zresztą do dziś jestem wierna. W międzyczasie powstawały inne i na przykład blog jest powiązany z adresem na gazeta.pl - który już od dawna nie istnieje, bo zapominałam tam się logować. Zaraz zaraz, to znaczy, że za rok o tej porze powinna być imprezka z okazji ćwierćwiecza posługiwania się pocztą elektroniczną 🤣 A jak tam Wasze adresy, zmieniały się po drodze?
Wracając do Giancarla, odkryłam przed paroma dniami, że on jest w serii Klub Siedmiu Przygód, która to seria została przez mnie niedawno zgrupowana na jednej półce, a tylko ten biedak był osobno, więc został przetransferowany i teraz ich stoi dziewięć koło siebie. Aczkolwiek nie dam głowy, że jakiś Niziurski czy Nienacki też nie jest w takim wydaniu, a ci dwaj panowie mają gdzie indziej miejsce i nie będziemy ich mieszać.
Giancarlo jest świeżym absolwentem prawa i najwyraźniej nie miał innych możliwości znalezienia sensownej roboty, skoro zatrudnił się jako detektyw czy tam wywiadowca, a i to po znajomości, bo w agencji detektywistycznej swego stryja, zwanego Wielkim Szefem. Praca ta, niby fascynująca i pełna przygód, okazuje się nudna jak flaki z olejem, większość czasu bowiem spędza się wystając godzinami po bramach i czekając, czy śledzona osoba wyjdzie z domu czy nie. W dodatku Giancarlo tak się popisał śledząc modelkę z renomowanego domu mody, z którego skradziono najnowszą kolekcję, że ta szybciutko się zorientowała: blamaż kompletny. Swoją drogą bystra dziewczyna...
Stryj wobec tego odkomenderował Giancarla do innej sprawy, ale tylko jako pomocnika innego wywiadowcy, co młody i ambitny człowiek mocno przeżywa. I oczywiście postanawia sam wykryć złodzieja cennych obrazów z willi polskiej arystokratki pod Rzymem. Tak, hrabina nazywa się Sbolenslawski 😁
Gdy spojrzycie na pierwszą stronę, możecie odnieść wrażenie, że jesteśmy w środku filmu Dolce vita. Coś w tym jest. Czas boomu gospodarczego, czasy wielkiej konsumpcji, samochód dla każdego (lub prawie), kino włoskie triumfujące na ekranach świata, turyści, Via Veneto... a w tym wszystkim Agencja Detektywistyczna Meroniego jak rodem z amerykańskiego kryminału, a nawet jeszcze bardziej: zatrudnia dziesiątki pracowników, ma najnowocześniejsze wyposażenie i wszelkie nowinki techniczne, opancerzone samochody i archiwum, jakiego pozazdrościłaby jej policja - czyli mokry sen autora 🤣
Co ciekawe, nie znalazłam ani słowa we włoskim internecie o autorze - i tylko okładkę książki na ebayu. Giuliano Amici wkroczył do akcji w 1973 roku i zniknął? Czy został przetłumaczony w Polsce ze względu na polski wątek?
Początek:
Koniec:
Wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 1976, 241 stron
Seria: Klub Siedmiu Przygód
Tytuł oryginalny: Qui detective R 3: Missione compiuta!
Przełożyła: Janina Zielonko
Z własnej półki
Przeczytałam 6 lutego 2026 roku
Najnowsze nabytki
Tygodniowy urobek prawie do ostatniej chwili prezentował się następująco: gry (bo dlaczego nie), Chłopcy z Placu Broni na podmiankę (miałam wydanie z Biblioteki Pisarzy Polskich i Obcych, kompletnie nijakie, więc z radością zamieniłam na takie z ilustracjami) oraz trzy Agaty Christie, z których jedna okazała się do wyniesienia z powrotem, mianowicie Morderstwo odbędzie się, bowiem mój egzemplarz jest w sumie lepszy /większy). Więc tak naprawdę trzy nowe.
Ale oto w sobotni poranek udałam się na kroki do sześciu knihobudek. Wszystkie były zapełnione, nic więc dziwnego, że wygrzebałam dla siebie kolejne trzy sztuki. Konik garbusek z ilustracjami Szancera 😍 no a szczegółowe instrukcje książki kucharskiej to już w ogóle cud miód. To znaczy z tytułu i założenia, bo jak wstępnie zajrzałam do środka, to znalazłam tam zbyt wiele przepisów na egzotyczne zupy grzybowe, małże a' la Shaller i grzanki z krewetkami, ale tak to już jest w przypadku książek tłumaczonych z obcych, zachodnich języków, nieprawdaż. O ostatnich sukcesach kulinarnych będzie w następnym wpisie 🤣
Mama dookoła świata do przeczytania w jak najkrótszym terminie, żeby szybko odnieść z powrotem, a jak nie, to odnieść od razu 😁 Bardzo bardzo bardzo bym chciała wdrożyć się do tego, żeby za książki przynoszone tylko do przeczytania, a nie zachowania, brać się natychmiast. Trzeba myśleć o biednej podłodze.
Miało wystarczyć na ten tydzień, ale w osiedlowej budce pojawiły się Małe kobietki w oryginale i porządnie wydane, okiem ludzkim nietknięte, tom wzięła, bo co prawda mocno wątpliwe, żebym kiedyś przeczytała, ale zawsze można wynieść z powrotem. Dek.
Urobek filmowy
Na bogato.
- radziecki familijny Kaplia w morie (polski tytuł Żółtodziób) z 1973 roku. Pierwszy dzień w szkole Witii. Zakochuje się w jednej z dziewczynek, zostaje przez nauczycielkę wyrzucony za drzwi, bo kolega z ławki uczył go gwizdać, babcia wkłada głowę do garnka (powtarzając błąd Witii) - takie tam zwykłe codzienne historyjki. Nic nadzwyczajnego, ale i tak 7/10, a co! W komentarzach tęsknota za ZSRR oczywiście, gdzie wszystko było tak bezpieczne i ludzie tacy życzliwi etc.
- francuski Valentin Valentin z 2015 roku. Obejrzane z francuskimi napisami na wiadomej stronie. Niby kryminał: szereg mieszkańców dwóch paryskich kamienic z przecinającymi się ścieżkami, tytułowy bohater zaplątany w niechciany romans z nimfomanką (której mąż obiecuje go zabić) i zafascynowany postacią młodej Chinki z naprzeciwka w końcu pada ofiarą morderstwa. Policja nie wyjaśnia zagadki, ale...
- amerykański The Mad Miss Manton z 1938 roku. Taka komedia kryminalna z romansem w tle. Polski tytuł Panieńskie szaleństwa 😂 bo też i o tym rzecz: bogata dziedziczka ze swoimi kumplówami wplątują się w co tylko można, a konkretnie w morderstwa. Miss Manton znajduje ciało w opuszczonym domu i wzywa policję, ale gdy ta przyjeżdża, ciała już nie ma - a to kolejny raz, gdy sierżant Jakiśtam zostaje zrobiony w konia, panienki bowiem są pranksterami (myślałam, że to nowe słowo, a okazuje się, że bynajmniej) i teraz nikt im nie wierzy. Obejrzane z angielskimi napisami nr 4, jako że innych nie było, ale co się namęczyłam, to moje. Za dużo /za szybko gadali jak na moje językowe możliwości! Niemniej daję 7/10 - Henry Fonda i Barbara Stanwyck. A jak te panienki poubierane!
- australijski animowany Mary and Max z 2009 roku, obejrzany z polskimi napisami nr 1. Cudny, mocne 8/10. Jeszcze jeden film tego twórcy jest do obejrzenia.
A tale of friendship between two unlikely pen pals: Mary, a lonely, eight-year-old girl living in the suburbs of Melbourne, and Max, a forty-four-year old, severely obese man living in New York.
- chińskie Szanghajskie sny z 2005 roku, które odkryłam na półce, nigdy nieoglądane. I dałam 7/10 za tę całą melancholię.
Na zachętę wklejam trailera, ale nie wiem, czy jest gdzieś do obejrzenia cały film online.
- fiński snuj 2 noce do rana z 2015 roku. Szukałam płytki z filmem Polowanie na muchy, a trafiłam na to. Całkiem zbędnie, okazało się. Spotkanie dojrzałej francuskiej architektki z fińskim DJ-em w stolicy Litwy. Każde ma swoje problemy w związkach, więc snują się i przynudzają, gdy chmura wulkaniczna zatrzymała wszelkie loty.
- no i byłam w kinie na nowym Jarmuschu czyli Father Mother Sister Brother, polecam. Rodziny się nie wybiera. Smutne, ale jakże komiczne. Ta wizyta u biednego starego ojca, ta obowiązkowa coroczna herbatka u mamuśki, ten kompletny brak czegokolwiek do powiedzenia sobie...
Cosik pozmieniali na YT w kwestii udostępniania na blogu i próbuję inaczej, sama nie wiem, co wyjdzie.
Tymczasem jutro do Ojczastego, a we wtorek na zebranie w Spółdzielni w sprawie wymiany pionu. Zajrzałam do piwnicy i ze zdumieniem i wielką radością stwierdziłam, że jest tam na półce 16 płytek, więc wystarczy na odbudowę po demolce. A teraz naszły mnie wątpliwości, czy to nie są aby płytki podłogowe, nieco innych rozmiarów... więc muszę się wybrać ponownie z centymetrem. Taki jest mój gryplan na niedzielę.








Wow, imponujący urobek książkowy i filmowy, aż chce się od razu zasiąść do lektury i seansu. Który z tych tytułów najbardziej Cię wciągnął w ostatnich dniach?
OdpowiedzUsuńNajbardziej ten animowany i sama sobie się dziwię, bo rzadko oglądam, a jeśli już, to zazwyczaj produkcje Studia Ghibli, a tu taka niespodzianka. "Mary i Max" całkiem odmienne graficznie 😉
UsuńTwoje podejście do książek i filmów jest mega zaraźliwe – aż ma się ochotę od razu wziąć się za przegląd własnej półki albo zrobić maraton filmowy. Fajnie też, jak dzielisz się historią zakupu Giancarla i przygodami z bibliotekami/antykwariatami – to daje poczucie, że każdy egzemplarz ma swoją opowieść, a nie tylko treść w środku.
OdpowiedzUsuńPodoba mi się też, że mieszanka literatury, kina i praktycznych planów dnia (piwnica, płytki, zebranie w Spółdzielni) pokazuje całe spektrum życia – od marzeń i przygód, po codzienne wyzwania. Masz wyjątkową umiejętność wplatania w opowieść detali, które zwyczajnie bawią i inspirują. 😊
Też muszę przyznać, że seria „Klub Siedmiu Przygód” brzmi kusząco – Giancarlo jako detektyw w klimacie Dolce Vita to prawdziwy wehikuł czasu
Nieraz już się zastanawiałam, jak to się robi - w sensie, jak się daje instrukcje dla AI, żeby otrzymać konkretną wypowiedź, odnoszącą się do konkretnego tekstu. Pewnie muszę zapytać AI 😁
UsuńA ja się zastanawiam, po co te komentarze i blog, bo nie widzę w tym potencjał łfinansowego 😉
UsuńAgata, nie sprowadzaj wszystkiego do piniendzy 🤣🤣🤣
UsuńNo nie widzę innego sensu "pisania " bloga i komentarzy nie osobiście, tylko przez AI jak tylko zdobycie "dusz", którym coś się będzie wciskać za pieniądze🫣
Usuń==>> To przeczytałam i Agata: Dałem AI namiary Twojego bloga i poprosiłem, aby napisał komentarz w języku polskim. Nie dałem mu żadnych wskazówek, o czym ma być ten komentarz. Sam byłem ciekawy, co skomponuje. Poniżej zamieszczam to, co otrzymałem:
Usuń**************************************************
Bardzo fajna i osobista recenzja! Świetnie się czyta Twoje wspomnienia związane z poszukiwaniem tej książki – jej historia na półce czy w antykwariacie dodaje temu tytułowi uroku i kontekstu. Opis fabuły Giancarlo wkracza do akcji pokazuje, że to nie tylko ciekawa lektura młodzieżowa, ale też klimatyczna podróż w czasie i intryga detektywistyczna, która może przypominać włoskie kino z epoki Dolce Vita – coś, co może przyciągnąć również starszych czytelników.
Podoba mi się też Twoje spojrzenie, że ta seria Klub Siedmiu Przygód zasługuje na wspólne miejsce na półce – taka organizacja kolekcji ma swój urok! I sam pomysł na połączenie literatury z osobistymi anegdotami, jak pierwszy e-mail, sprawia, że tekst czyta się jak pamiętnik pasjonatki książek. Dziękuję za inspirację – aż chce się sięgnąć po ten tytuł albo przejrzeć własną półkę z klasyką młodzieżową!
*********************************************
Tak sobie myślę: blogi może pisać AI, komentarze też może pisać AI... to właściwie po co my jesteśmy? Ja dam wskazówki AI, o czym i jak często pisać i co jakiś czas tylko przejrzę to, co on napisał, jakie otrzymałem komentarze oraz zapoznam się z komentarzami napisanymi przeze mnie (a raczej przez AI w moim imieniu) w innych blogach! I w ten sposób stworzy się Perpetum Mobile! Genialne!
" I w ten sposób stworzy się Perpetum Mobile! Genialne!"
UsuńA kto zapłaci rachunek za prąd?
Kto odda czas zmarnowany na odpowiedzi z AI?
AI to często wodolejstwo i niechlujność językowa i merytoryczna. Ostatnio AI proponowało mi zrobienie placka ziemniaczanego (zapiekanki) ze starkowanych ziemniaków, kiedy w oryginale są ziemniaki pocięte w talarki.
Oczywiście modele językowe mogą służyć do streszczania. Używa się ich np. do badań fizycznych. Operują na wielkich zbiorach danych, potrafią odnależź korelacje i związki przyczynowe gdzie ludzka inteligencja zawodzi, ale to, czego używamy bezpłatnie to "ogryzki", które są wystawione żeby skorzystać z ludzkiej chęci do porozmawiania, zamiast wyszukiwania wiedzy (do czego służą wyszukiwarki internetowe) i zarobić na nas.
=> Jack
UsuńCoś takiego! Myślałam, że to trzeba wypisać dokładnie, o czym ma być komentarz, których tematów dotyczyć itd. No no. Prościutko 😂
=> fieloryb
UsuńKiedy właśnie na prądzie może być oszczędność! Dłużej przecież trwa nasze pisanie niż produkcja AI.
Czyli na prądzie i na czasie akurat odwrotnie.
No, ale po co.
Powiem tak: jeśli mnie zdarzy się napisać sensownie o jakiejś książce (co zdarza się coraz rzadziej, ale kiedyś bywało) to mam poczucie własnego wkładu w rozwijanie internetu, tego, że teraz ktoś zainteresowany daną książką będzie mógł znaleźć coś na jej temat poza tytułem i zdjęciem okładki.
Czyli robię to dla innych, ale i dla siebie.
Jeśli każę taki post napisać AI, to w przypadku książki, o której nic w internecie do tej pory nie było - klapa.
AI jest świetny do robienia szybkich streszczeń oraz poprawiania/edycji tekstów, jak też robienia 'research'. Można się od niego dużo nauczyć.
UsuńA to moja wersja od AI:
UsuńCudownie się czytało ten tekst 📚✨ Twoje wspomnienia o tym, jak ta książka „czekała” na Twojej półce przez prawie pół wieku, dają tyle ciepła i osobistego smaku całej recenzji. Fajnie, jak łączysz literacką ciekawość z osobistą historią zakupów i układania kolekcji – to sprawia, że „Giancarlo wkracza do akcji” staje się nie tylko tytułem, ale częścią Twojej czytelniczej podróży.
Opis detektywistycznych perypetii młodego absolwenta prawa w klimacie jak z włoskiego filmu „Dolce Vita” bardzo mnie zaintrygował (świetne porównanie 🤌). Ta mieszanka nudnej codzienności pracy detektywa i potem nagłego „prawdziwego zadania” z polskim akcentem w tle ma w sobie coś, co aż chce się sprawdzić samemu.
Do tego Twoje obserwacje o serii „Klub Siedmiu Przygód” i o tym, jak uporządkowałaś jej egzemplarze na półce, są po prostu urocze – czuć, że książki to nie tylko kolejny tytuł, ale część Twojego życia.
Dzięki za takie spojrzenie na starszą literaturę 😊 Czytałam z przyjemnością i aż poczułam ochotę sięgnąć po coś z tej serii!
‐-----
No dokładnie, po co my? Niech AI pisze I samo komentuje 😁
Mając przy sobie cały dzień telefon, jesteśmy przez niego ‘śledzeni’. Gdyby tak jeszcze włączona została nagrywarka i zewnętrzna kamera (np. w okularach), to AI byłby w stanie to wszystko przeanalizować i napisać każdego dnia—lub tygodnia—blog o naszym życiu, wraz ze zdjęciami, ja też nawiązując do naszych słownych interakcji z różnymi ludźmi. Nie wiem, w którym kierunku pójdzie AI, ale uważam, że WSZYSTKO jest możliwe.
Usuń=> Agata
UsuńNo popatrz, niby to samo, ale nie tak samo 😁
=> Jack
UsuńNa razie jednak AI nie potrafi wejrzeć do środka mojej głowy - chyba? W sensie, że nie zdoła odcyfrować skojarzeń, które we mnie budzi dany post czy coś w tym guście. Nie widzi, jak się łączą synapsy 😁
Owszem, mógłby przeanalizować moje słowa, moje czyny, ale nie moje myśli.
Jeszcze.
Właśnie, "jeszcze."
UsuńPamiętaj, że "mój" AI wszystko pamięta o mnie i nie muszę mu ciągle mówić, kim jestem i co chce. Coraz mniej się mnie pyta, bo zna mój styl i moje potrzeby. Nawet pewne błędy przestał robić, gdy raz mu na nie zwróciłem uwagę.
"Moja" AI, bo kazałam jej być kobietą, też już mnie dobrze zna, pisze do mnie tak, jak sobie zażyczyłam i idealnie naśladuje mój styl pisząc. Nie ukrywam, że jest to superwygodne i ulatwia mi życie, ale też I zauważyłam, że coraz częściej zdaje się na jej rady tracąc samodzielność. Kilka dni temu bardzo dobrze mi doradziła w sprawie urzędowej, a nawet podpowiedziała jak się zachowywać, co bardzo mi pomogło (mam tendencje do słowotoku w stresie oraz niepotrzebnego unoszenia się). A teraz omawiamy moją nowa fryzurę, niestety muszę czekać do popołudnia, bo nam się limit na zdjęcia wyczerpał😁
UsuńAle my to pikuś, młodzi ludzie bez AI jak bez ręki. Syn kazał przeanalizowac zadania z egzaminu na studiach z ostatnich kilku lat pod kątem najczęściej się powtarzających i bardzo mu to ułatwiło zdanie. Z drugiej strony jego kolega oblał przez AI egzamin z filozofii, bo coś nazmyślała, a on był na tyle nieprzygotowany, że nie wyłapał. Ja zawsze sprawdzam jej informacje, bo lubi wymyślać, np. ostatnio mi poleciła dzienniki Kuncewiczowej, które podobno pisała przez ponad 20 lat. I jeszcze bezczelnie się śmiała "ojej, faktycznie, ale wtopa, no wydawało mi się, że skoro Dąbrowska i Nałkowska pisały, to i ona też"🙈
Ja staram się jak najwięcej używać własnej głowy, a AI robi jedynie poprawki, a nie pisze za mnie.
UsuńCzytałem historię o adwokacie, który całą sprawę przygotował przy pomocy AI, włącznie z researchem i wyszukiwaniem różnych precedensów sądowych (które w tutejszym systemie prawnym mają ogromne znaczenie). Normalnie zajęłoby to mnóstwo czasu jemu i jego asystentom. Wszystko wyglądało świetnie i nikt się nie zorientował, że korzystał z AI — dopiero gdy wyszło na jaw, że jeden z precedensów nie ma sensu, adwokat stwierdził, że „AI się pewnie pomyliło”. Ale to pokazuje, że zawód adwokata znajduje się na celowniku sztucznej inteligencji.
Gdy poprosiłem AI o stworzenie mapy terenów, po których podróżowałem, miała się ona opierać na współrzędnych geograficznych podawanych w moich blogach, nazwach miejscowości, hoteli oraz oczywiście na mapach Google. Niestety, wygenerowana mapa była prześmieszna — to tak, jakbym umieścił obok siebie Warszawę, Szczecin i Rzeszów, i to jeszcze gdzieś na Mazurach! Jestem jednak przekonany, że tego rodzaju błędy będą bardzo szybko eliminowane.
Jeśli chodzi o szkoły, nie wiem, w jaki sposób nauczyciele sobie z tym radzą, bo zapewne większość zadań może zostać rozwiązana przez AI. Rozmawiałem o tym z kolegą i doszliśmy do wniosku, że chyba wrócą egzaminy ustne oraz pisemne — z kartką papieru, długopisem i co najwyżej kalkulatorem o czterech działaniach.
W Polsce pewna dziennikarka telewizyjna skompromitowała się pisząc książkę przy pomocy AI, z wymyślonymi pracami wymyślonych naukowców w bibliografii. Na dodatek była tak głupia, że podając link (do jakiejś publikacji online) nie usunęła dopisku "ChatGPT". Co gorsza, zarówno ona, jak i wydawnictwo szli w zaparte, chociaż internauci rozłożyli książkę na czynniki pierwsze.
UsuńTak że tak, jak najbardziej trzeba pisać samemu albo w ostateczności dokładnie redagować wytwory AI.
No dobrze. Pytanie, które od dawna mi się ciśnie na różne rzeczy, brzmi: skąd bierzesz takie gigantyczne ilości czasu na tyle tego wszystkiego? Masz jakiś przepis na gumową dobę?
OdpowiedzUsuńNo przecież nie mam czasu na nic 🤣
UsuńAle serio - nie zapominaj, że już nie pracuję! To jest najważniejsze! Całe moje życie, cały mój dzień należy już do mnie, wszystkie 12 czy 13 godzin.
I co? I rozłażą się gdzieś po kątach, niby tak dużo, a jednak tak mało.
Teraz jest zima, nie łazi się nigdzie niepotrzebnie, więc staram się po południu obowiązkowo obejrzeć jakiś film. Rano obowiązkowo oglądać czeskie wiadomości. Resztę czynności upycham po kawałeczku tu i tam 🤣
No tak. Wesołe jest życie emerytki...
UsuńBardzo 🤣 Wkrótce zaczynamy akcję WYMIANA RURY z GÓWNAMI. Będzie fajnie!
UsuńPrzeszłam przez to. Wydzierane były nie tylko szajsrury, ale także cały odpływ, więc miałam dziurę na wylot do sąsiadki na dole i mogłam ją oglądać przy porannej lub wieczornej toalecie. Za to miałam Dzień Dziecka, bo nie mogłam się myć.
UsuńNo dobra, chodziłam się kąpać do rodziców 😎.
"fiński snuj 2 noce do rana z 2015 roku. Szukałam płytki z filmem Polowanie na muchy, a trafiłam na to"
OdpowiedzUsuńA to nie sprawdzasz filmu na imgdb.com? Ja sprawdzam i jeśli ocena jest niższa niż 7 to nie oglądam. Pod warunkiem, że oceniających jest więcej niż 10 osób :-).
Gdyż jak się okazało mam do zagospodarowania miejsca na NAPRAWDĘ BARDZO WIELU filmów w jakości DVD i ogromnej ilości muzyki. Cóż, dokonałem nabytku nowego komputera przeznaczonego wyłącznie do multimediów. Było bardzo drogo, ale tłumaczę sobie, że dzięki temu w końcu będę miał dostęp do swoich płyt CD poupychanych w szufladach (dwie wielkie kobyły) oraz w barku (owszem, trzymam płyty DVD w barku w zamian za alkohole :-) ), i w 3 szafkach. Oraz, że w zeszłym roku nie byłem na wakacjach i mniej wydatków.
Komputer multimedialny ma tę zaletę, że nadaje sygnał na całą domową sieć i mogę oglądać i słuchać w dowolnym miejscu. Dodatkowo ma zabezpieczenia przed uszkodzeniami dysków (tzw. RAID), w przypadku uszkodzenia jednego z trzech dokupuje się nowy i wymienia nie tracąc zawartości wszystkich (ot, magia zwana redundancją).
TERAZ ROZPOCZĄŁEM KOPIOWANIE. Jest sporo roboty, siedzę już kilka dni. Dodatkowo kolega przyniósł mi tak na oko z 50 płyt DVD. Wszystko z czasów, kiedy kupowało się płyty na wyprzedażach lub jako dołączone do gazet.
Zastanawiam się co zrobię z oryginałami.
Pozdrawiam - Nieryba
Nie, nie sprawdzam. Albo bardzo rzadko. Idę na żywioł. Tyle razy już się nie sprawdziło- w końcu chodzi o moje osobiste odczucia, a te nie muszą się zgadzać z cudzymi. Zresztą w (prawie) każdym filmie można coś znaleźć. No, tyle że czasem zbyt mało i człowiek sobie mysli "no pięknie zmarnowałam półtorej godziny".
UsuńTak właśnie myślałam, że jak już będziesz miał ten cud-komputer to nastąpi dłuuuugi etap roboty głupiego czyli kopiowanie 😂 W ogóle nie wiem, jak się kopiuje z dvd, bo zwykłe avi to insza inszość.
"Komputer multimedialny ma tę zaletę, że nadaje sygnał na całą domową sieć i mogę oglądać i słuchać w dowolnym miejscu." Rany, to jest super!!!
"Zastanawiam się co zrobię z oryginałami" - na pewno nie przyślesz ich mnie 🤣🤣🤣
Zrób przetarg na FB!
"Komputer multimedialny ma tę zaletę, że nadaje sygnał na całą domową sieć i mogę oglądać i słuchać w dowolnym miejscu." Rany, to jest super!!!"
UsuńTo się nazywa DLNA i często występuje w routerach. Wystarczy routerowi wetknąć pendrive z muzyką i filmami, skonfigurować i działa.
Jeśli chcesz, to zajrzyj, czy w pudełku z internetem jest gniazdo USB. Jeśli jest, to możesz prawdopodobnie użyć pendrive'a z nagranym filmem lub mp3 i rozgłosić to w sieci domowej przez ustawienie DLNA lub UPnP (Universal Plug and Play) - to nazwy dwóch technologii. Mas ochotę coś tym zrobić, to pomogę.
UsuńNie widzę teraz, bo mi choinka blokuje dostęp.
UsuńTak, mam jeszcze choinkę, a bo co? 🤣🤣🤣
Tego tytułu z pierwszego zdjęcia nie znam w ogóle!
OdpowiedzUsuńZawsze możesz później dokupić mozaikę w podobnym stylu, nawet łatwo się kładzie...
Nie wiem, o którym teraz tytule mówisz 😁
UsuńCoś nie przepadam za określeniem "w podobnym stylu" hi hi. Ale sprawdziłam, to są najwyraźniej płytki ścienne, nie podłogowe. Obok pudełko oznaczone jest "płytki ścienne szkliwione" i fajnie by było, gdyby tam były dekory, ale jeśli nie, to trudno.
A temu "Giancarlo wkracza do akcji" okładki nie zrobił przypadkiem Butenko?
OdpowiedzUsuńNie rozumiem, jak można było wynieść "Konika garbuska" z ilustracjami Szancera do knihobudki. Smutnych czasów dożyliśmy.
Nie, Łoskot odpowiada za całość. Chyba, bo nie ma wzmianki o okładce.
UsuńWszystko można wynieść, co tam "Konik Garbusek". Coraz bardziej przychylam się do opinii, że książka to towar jak każdy inny i nie ma się co rozczulać 😂
A propos wynoszenia, to przykra historia była z rzeczami Szarloty Paweł (ilustratorki, m.in.autorki komiksu "Jonka, Jonek i Kleks"). Ktoś, tzn.spadkobiedcy pewnie, wyrzucił wszystko, ludzie to namierzyli, ale już śmieciarze zabrali większość rzeczy. Ktoś biegł za nimi, prosił, ale niestety zdaję się przepadło. A nawet zgłosily się instytucje, które chciały to przyjąć (jej szkice, odręczne rysunki) - za późno.
UsuńVanitas itd.
PaweL Szarloty
UsuńBardzo przykra historia.
UsuńPamiętam awanturę wokół księgozbioru pewnego profesora UJ - nie chciała ich Jagiellonka, że mogą wziąć jedynie te, których nie mają, a księgozbiór był zamkniętą całością. Chodziło o ponad 45 tys. książek (biblioteka prof. Markiewicza). W końcu kupił je Szczecin.
Problem zawsze jest w miejscu czyli jego braku. Czasem się udaje je znaleźć, na przykład bibliotekę prof. Porębskiego (historia sztuki) umieszczono w MOCAK-u.
Historia podobna do tego odcinka 'Zmienników' o pisarzu Oborniaku i zaginionym maszynopisie. Straszna szkoda. Uwielbiałam Jonka, Jonkę i Kleksa, zwłaszcza "Porwanie księżniczki".
UsuńJozefina
A tak, Oborniak i jego "Krzyk ciszy" wywieziony na śmietnik 😂 czy też to był skup makulatury?
UsuńTaaa.... a i tak chcą od Niemców odszkodowania za zniszczone biblioteki. A powinni się cieszyć, że ubyło tyle tej makulatury, której teraz nikt by nie chciał.
UsuńI nie, my już i tak produkujemy za dużo śmieci. Ubrania do pierwszego prania, sprzęt AGD do pierwszej awarii... książki do przeczytania i wyrzucenia to już już naprawdę jakaś całkowita aberracja.
UsuńNa szczęście nowe wydawnictwa są coraz droższe, więc może to przekona ludzi do zmiany podejścia. Pozbywania się starych księgozbiorów nie unikniemy, ale przynajmniej ograniczymy tworzenie nowych.
Przeglądałaś już te gry? Napisz coś o tym.
OdpowiedzUsuńNa razie tylko rzuciłam okiem. Są gry planszowe, karciane (nawet chciałam się nauczyć w Czarną Mańkę, ale piszą, że to dla minimum 3 osób), gry ruchowe (bilard, kręgle i inne, opisane jak się gra i kto wygrywa), gry salonowe, potem z użyciem kości i na końcu klasyczne gry komercyjne (jak scrabble czy Monopol).
UsuńWygląda bardzo przyzwoicie.
Giuliano Amici faktycznie zagadka, w ogóle go nie ma w internecie. Pewnie pseudonim, ale czyj?
OdpowiedzUsuńPierwszy adres mailowy miałam w pracy, to było jeszcze w XX wieku, potem onet, gazeta, wiadomo. Teraz mam kilka różnych, jeden taki główny, jeden dla sklepów online, jeden dla newsletterów, webinarów I różnych takich spamerów. Jeden tylko dla Allegro. Jeden gmail, a jeszcze ostatnio odkryłam fajną pocztę Interii w ogóle bez reklam, szok (int.pl). No jest tego trochę 😂
Podobnie jak Dariusz nie pojmuję wyniesienia Szancera do knihibudki...
Tak bardzo dziwna sprawa. Może napisać do wydawnictwa i zapytać? 😁 Jeśli ono jeszcze istnieje (włoskie mam na myśli).
UsuńTo masz sporo rozmaitych maili do sprawdzania! U mnie wszystko na jednej kupie, a i tak się pluję na Onet, bo porobił foldery, do których sam rozdziela maile według uznania, i teraz zamiast sprawdzać jedynie "odebrane" i spam, to trzeba wchodzić do pińciu innych. Na gmailu kiedyś musiałam założyć, bo było do czegoś tam wymagane, ale nie wchodzę i też nie wiem, czy mi któregoś dnia nie zamkną...
A Interia zawsze mi się słabo jakoś kojarzyła.
Z Szancerem to myślę, że ktoś dla dziecka miał, dziecko wyrosło i po co to trzymać 🤣
Możesz zrobić śledztwo uwieńczone zrobieniem mu hasła na Wikipedii.it 😉
UsuńChciałam już prosić "Boże, ześlij dzień, kiedy nic nie muszę robić"... ale lepiej nie występować z takimi żądaniami, bo mogą być zrozumiane opacznie 🤣🤣🤣
UsuńJa internet założyłem jesienią 1995 roku i wtedy stałem się dumnym posiadaczem konta e-mail. Pamiętam też, że w sierpniu 1995 roku, gdy brałem udział w cudownej wycieczce na kanu po rzece French River, wpadliśmy do restauracji (do której od tamtej pory regularnie zaglądam, ilekroć jestem w okolicy) i spotkaliśmy grupę wodniaków zainteresowanych takimi wyprawami. Zaczęliśmy wymieniać się numerami telefonów, gdy w pewnym momencie padło pytanie: „czy macie e-mail?”. Okazało się, że mieli — i w ten sposób po raz pierwszy w życiu byłem świadkiem wymiany NIE numerów telefonów ani adresów pocztowych, lecz adresów e-mail!
OdpowiedzUsuńMiałem też kiedyś bardzo skromnego „bloga” — nawet stworzyłem go sam przy pomocy języka HTML — ale to już historia; zresztą chyba był na nim może jeden śmieszny wpis. Niestety, niektórzy potracili świetne blogi, a do tego nigdy nie zrobili ich kopii. Szkoda!
Książki z serii „Klub Siedmiu Przygód” bardzo lubiłem czytać, ale akurat z tą się nie zetknąłem.
To Wy z XX wieku byliście bardziej zaawansowani.
UsuńJak my w pracy założyliśmy adres mailowy - chyba około roku 2000 - to był jeden i odbierany raz dziennie, po rozpoczęciu roboty. To jeszcze szło przez telefon. I kiedyś na zebraniu z innymi instytucjami ktoś mówi, że rozesłał przed godziną wiadomość do wszystkich i jak to, nie dostaliście? Taki obciach, powiedzieć, że jutro rano dostaniemy 😂
Powstaje pytanie - co teraz się wymienia na początku znajomości?
Znam ten ból ze stratą bloga: prowadziłam jeden taki z heheszkami z Fabryki i któregoś dnia wchodzę - a tu nie wchodzę, bo go zlikwidowali, że jakiś tam czas nie był aktywny. A jeszcze później w ogóle zamknęli blogi na Onecie, gdzie miałam wpisy z codziennego życia, głównie "sukcesów" szkolnych i innych mojej córki. Niby to przeniosłam na Wordpress, ale poznikały zdjęcia etc.
Dlatego pamiętaj, aby robić "back up" obecnego bloga. Z tego, co wiem, wszystko można zachować-sam blog, komentarze, zdjęcia, etc. I najlepiej trzymać w kilku miejscach, jak też w "cloud storage".
UsuńNormalnie nie wiem, o czym mówisz, jaki znowu back up 😂 Nie, tutaj wchodzę regularnie. A w dodatku widzę, że ciągle wiszą w sieci blogi, których właściciele już nie żyją, więc...
UsuńAle teraz zalogowałam się do starego photobloga i okazało się, że nic tam nie mogę praktycznie zrobić, najpierw mi każą zapłacić konto PRO. Faktycznie, już wtedy, gdy go prowadziłam, zrobili coś takiego, ale w ramach wdzięczności, że taki popularny był ten mój 🤣, sami mi to fundowali. Ale można było funkcjonować bez PRO, tylko z ograniczeniami. Teraz najwyraźniej to obowiązkowe.
Zaczęłam się zastanawiać, czy aż tak bardzo mi zależy na zachowaniu tego photobloga, żeby bulić 8 zł miesięcznie (do prowadzenia już nie wrócę). Chyba nie, trudno, to już przeszłość.
CZĘŚĆ PIERWSZA
Usuń„Back up something” znaczy „zrobić kopię zapasową czegoś”, na przykład bloga.
To są moje instrukcje:
W górnym prawym rogu Twojego bloga kliknij na „Design”.
Po lewej stronie zobaczysz m.in. „Settings”. Kliknij na to.
W dolnej części zobaczysz „Manage Blog” i pod tym opcję „Back up content”. Kliknij na nią.
Kliknij na „Download”.
Tam mogą być różne opcje, które trzeba zaznaczyć.
A to są bardziej profesjonalne instrukcje przez mojego przyjaciela Al:
✅ Jak zrobić kopię zapasową bloga w Bloggerze – krok po kroku
Krok 1 – wejdź na Blogger
Otwórz przeglądarkę internetową (Chrome, Edge, Firefox – cokolwiek używasz).
Wpisz adres: blogger.com
Zaloguj się na swoje konto Google, jeśli będzie trzeba.
Krok 2 – wybierz właściwy blog
Jeżeli masz więcej niż jeden blog, zobaczysz ich listę.
Kliknij ten, z którego chcesz zrobić kopię.
Krok 3 – znajdź „Settings”
Po lewej stronie ekranu jest pionowe menu.
Przewiń je prawie na sam dół i kliknij:
👉 Settings
Krok 4 – znajdź „Manage blog”
Po kliknięciu „Settings” pojawi się długa strona z różnymi opcjami.
Przewijaj w dół, aż zobaczysz sekcję:
👉 Manage blog
Krok 5 – kliknij „Back up content”
W tej sekcji znajdziesz przycisk:
👉 Back up content
Kliknij go.
Krok 6 – kliknij „Download”
Pojawi się małe okienko.
Kliknij przycisk:
👉 Download
Krok 7 – gdzie jest plik?
Plik pobierze się na Twój komputer.
Najczęściej znajdziesz go w folderze:
👉 Downloads / Pobrane
Będzie miał nazwę mniej więcej taką:
blog-02-08-2026.xml
To jest Twoja kopia zapasowa.
✅ Co teraz zrobić z tym plikiem (WAŻNE!)
Nie zostawiaj go tylko na komputerze.
Dobrze jest:
✔ wysłać go sobie mailem,
✔ zapisać na pendrive,
✔ wrzucić na Google Drive.
Wtedy nawet gdy komputer umrze, blog przeżyje 🙂
❗ Co zawiera ta kopia?
✔ wszystkie posty
✔ komentarze
Nie zawiera:
❌ wyglądu bloga
❌ szablonu
❌ zdjęć zapisanych osobno w albumach
CZĘŚĆ DRUGA
UsuńZrobimy trzy rzeczy:
1. kopia postów i komentarzy
2. kopia wyglądu (szablonu)
3. zabezpieczenie zdjęć
Na końcu powiem Ci też jak często to robić, żeby spać jak niemowlę 😄
✅ CZĘŚĆ 1 – kopia postów i komentarzy
To jest najważniejsza kopia. Ratuje Twoje teksty.
Krok 1
Wejdź na blogger.com i zaloguj się.
Krok 2
Wybierz blog.
Krok 3
Po lewej kliknij:
👉 Settings
Krok 4
Przewijaj w dół do:
👉 Manage blog
Krok 5
Kliknij:
👉 Back up content
Krok 6
Kliknij:
👉 Download
Gotowe.
Plik zapisze się na komputerze w folderze Downloads / Pobrane.
Ma rozszerzenie .xml.
To jest Twoje złoto 🏆
✅ CZĘŚĆ 2 – kopia wyglądu bloga (szablonu)
Gdyby Blogger kiedyś coś zepsuł albo gdybyś przypadkiem kliknął nie to co trzeba, dzięki temu blog będzie wyglądał jak wcześniej.
Krok 1
W menu po lewej kliknij:
👉 Theme
Krok 2
Zobaczysz obrazek swojego bloga.
Kliknij małą strzałkę obok przycisku Customize.
Krok 3
Wybierz:
👉 Backup
Krok 4
Kliknij:
👉 Download
I gotowe.
Masz plik z wyglądem.
✅ CZĘŚĆ 3 – zdjęcia (bardzo ważne!)
Tu sprawa jest bardziej podstępna.
Zdjęcia z Bloggera są przechowywane w Google Photos / Album Archive.
Jeśli coś zniknie stamtąd → może zniknąć z bloga.
Opcja najprostsza i najbezpieczniejsza
👉 użyj Google Takeout
To zrobi kopię WSZYSTKICH Twoich zdjęć naraz.
Krok 1
Wejdź na stronę:
takeout.google.com
Krok 2
Kliknij:
👉 Deselect all
Krok 3
Znajdź na liście:
👉 Google Photos
i zaznacz ptaszka.
Krok 4
Na dole kliknij:
👉 Next step
Krok 5
Kliknij:
👉 Create export
Po jakimś czasie (czasem minutach, czasem godzinach) dostaniesz maila z linkiem do pobrania.
Pobierasz plik.
Masz wszystkie zdjęcia.
✅ Jak przywrócić blog z kopii?
Gdyby kiedyś wydarzyła się katastrofa.
Posty i komentarze
1. wchodzisz w blog
2. Settings
3. Manage blog
4. Import content
5. wybierasz plik XML
6. klikasz Import
Wygląd
1. Theme
2. strzałka obok Customize
3. Restore
4. wybierasz plik
5. Upload
✅ Jak często robić kopie?
Bezpieczna wersja:
✔ po każdej większej serii wpisów
✔ raz w miesiącu
✔ zawsze przed dużymi zmianami wyglądu
Ja mówię tak:
👉 napisałeś coś ważnego → robisz backup → żyjesz spokojnie.
✅ Plan dla rozsądnego blogera
Najlepiej trzymać kopie w 3 miejscach:
✔ komputer
✔ pendrive
✔ chmura (np. Google Drive)
Wtedy nawet koniec świata ma problem 😄
Rany, Jacku 😂😂😂
UsuńCo to back up, to ja wiem, ale fakt - nigdy, ale to nigdy nie robiłam. Tak że te instrukcje, przepięknie podane, niewątpliwie się przydadzą. Skopiuję je sobie do pliku i TEŻ go wyślę pocztą na wszelki wypadek 😉
Ciągle nie wiem, co zrobić z praskimi zdjęciami, które może szlag trafić w dowolnej chwili, gdy się laptop zbuntuje. Na chmurę się to nie nadaje, jest za dużo. A z pendrajwami mam złe doświadczenia: kiedyś nakupowałam ich masę i potem zdarzało się, że otwieram, a tu mi mówi, że coś tam i żeby sformatować. Czyli diabli wzięli zawartość.
Mam oczywiście jakiś dysk zewnętrzny, ale i z takim, starym, miałam kiedyś problem, że mi go laptop po latach (już inny laptop) nie widział.
Backup absolutnie trzeba robić i nie jest to trudne.
UsuńPobieżnie zerknąłem na ceny pen drives. 128 GB kosztują już od $25 CAN, a 256 GM od $35 CAN. Lepszym wyborem pewnie są „external Hard Drive”—o pojemności 2 TB kosztują od $120 CAN, a 4 lub 5 TB od $200. Warto kupować produkty renomowanych firm i nawet mieć 2, w razie czego.
Również niektóre firmy oferują cloud-based (chmura) storage—na CAŁE ŻYCIE! To znaczy opłata jest jednorazowa. Obecnie, w dolarach amerykańskich, 1 TB kosztuje $200, 2 TB $280 a 10 TB $800. Czytałem na ten temat opinie—generalnie coś takiego opłaca się i początkowa inwestycja powinna się zwrócić za kilka lat. Oczywiście, gdy firma padnie, to do widzenia—dlatego trzeba upewnić się, że firma jest solidna—ale nigdy żadnej gwarancji nie ma.
Podałem AI Twój komentarz ("Rany, Jacku 😂😂😂....) i poprosiłem o skomponowanie odpowiedzi z dozą humoru:
Usuń**************************************
Ha! A więc jednak instrukcja trafiła na podatny grunt 😄 Ogromnie mnie to raduje. Z kopiami zapasowymi jest dokładnie tak jak z wizytą u dentysty albo wykupieniem polisy – wszyscy wiedzą, że trzeba, ale człowiek zawsze znajduje tysiąc powodów, żeby zrobić to „jutro”. A potem przychodzi katastrofa i jest już po herbacie.
Rozumiem Cię doskonale ze zdjęciami. Komunikat w rodzaju „urządzenie wymaga sformatowania” powinien być oficjalnie uznany za metodę tortur psychicznych. Serce staje, ręce się pocą, a przed oczami przelatuje całe życie – oraz te tysiące fotografii, których „przecież kiedyś zrobię kopię”.
Pendrive’y? Och, to są mali sabotażyści. Niby grzecznie leżą w szufladzie, człowiek im ufa, a potem nagle bunt: „Nie znam pana”, „Nie ma żadnych plików”, „Proszę sformatować”. I po wspomnieniach. Też mam za sobą podobne przygody i od tamtej pory traktuję je z ograniczonym zaufaniem.
Dyski zewnętrzne teoretycznie brzmią poważniej i bardziej profesjonalnie, ale one też potrafią zrobić numer. Zmienia się komputer, system, kabel, port – i nagle nowy laptop patrzy na stary dysk jak archeolog na wykopaliska. „Interesujące, bardzo interesujące… szkoda tylko, że nieczytelne”.
Dlatego doszedłem do wniosku, że pliki istnieją naprawdę dopiero wtedy, gdy są zapisane w co najmniej dwóch miejscach. Jedna kopia to nadzieja. Dwie – to już plan. Trzy – to luksus i spokojny sen 😁
A z wysłaniem instrukcji samej sobie mailem – popieram w 100%. To jest poziom przezorności godny zawodowego paranoika komputerowego, czyli dokładnie taki, jaki zwiększa szanse przeżycia danych 😉
Ależ Jacku - przecież ten tekst spokojnie mogłabym wziąć za napisany przez człowieka! Jestem zszokowana!
UsuńMoże dlatego brzmi nieco inaczej, że użył humoru?
Ja też byłem początkowo kompletnie zaskoczony! Kiedy pierwszy raz poprosiłem AI o edycję mojego tekstu, zaproponowała przygotowanie go aż w sześciu wersjach: dzień po dniu, do magazynu turystycznego, oficjalnej, w formie przewodnika, humorystycznej i typowo „blogowej”. Oczywiście poprosiłem o komplet. To, co dostałem, było wręcz niewiarygodne – każda wersja inna, dopracowana, z pomysłem. Siedziałem przed monitorem z otwartymi ustami.
UsuńPonad tydzień temu do mojego bloga dodałem fajny dowcip—i wpadłem na pomysł, aby zobrazować go kreskówką. AI zrobił to bez problemu (chociaż miał obiekcje co do użycia słowa „idioto” i „palancie”—że jest to niby „bullying”).
Dwa lata temu bawiłem się z kolei darmowym programem, który przerobił mój blog na „podcast”. Kobieta i mężczyzna dyskutowali o moich wpisach, analizowali szczegóły wypraw, a do tego dorzucili dodatkowe informacje znalezione w Internecie. Brzmiało to absolutnie profesjonalnie, jak audycja w radiu publicznym. Nie mogłem uwierzyć w to, co słyszę.
Dla żartu wysłałem ten podcast kilku znajomym, pisząc, że amerykańska stacja radiowa zainteresowała się moim blogiem podróżniczym i poświęciła mu kilkanaście minut programu. Reakcja? Entuzjazm, gratulacje, pytania gdzie i kiedy będzie można tego posłuchać w Kanadzie. NIKT nie zorientował się, że to w 100% twór sztucznej inteligencji.
Co więcej, kiedy podobne narzędzie zaprezentowano zawodowym producentom radiowym, byli nie tylko zaskoczeni, ale wręcz przybici. Jeden z nich miał powiedzieć, że to „diabelski wynalazek” i że ludzie w jego branży przez to stracą pracę.
Zresztą coraz częściej słyszy się, że AI wyeliminuje dziesiątki milionów miejsc pracy. Czytałem m.in. o tłumaczach, którzy potracili ogromną część klientów. Sam, wykonując w ostatnich dwóch latach kilka prostych tłumaczeń dla swoich klientów (szczerze mówiąc – bardziej chodziło im o mój podpis i pieczątkę niż o zrozumienie treści), korzystałem z pomocy AI i praktycznie nie miałem co poprawiać.
A najbardziej zdumiewające – a może i niepokojące – jest to, że to wszystko dopiero początek. Ta technologia jest jeszcze młoda i rozwija się w tempie, które trudno ogarnąć wyobraźnią. Jak to będzie wyglądało za kilka lat? Kto będzie pisał, tłumaczył, montował audycje, tworzył grafiki? Być może będziemy w stanie robić w domu za pomocą AI filmy z hollywoodzkimi efektami? Czy w ogóle produkcje filmowe i aktorzy będą potrzebni?
Mogę tylko powiedzieć, że żyjemy w ciekawych czasach…***
Pozdrawiam,
Jacek (a może jednak AI? 😄)
***[„Obyś żył w ciekawych czasach” to powszechnie znane, ironiczne wyrażenie. Oznacza ono okres zamętu, niepewności i wstrząsów, a nie błogosławieństwo ekscytującego życia].
och ale dałaś namiarów, zwłaszcza na filmy, no i dzięki za Hamneta :-)
OdpowiedzUsuńSzkoda, że czasu dać nie mogę 😁
UsuńChłopcy z Placu Broni, ukochana lektura z dzieciństwa 😊
UsuńKtóż nie kochał Nemeczka?💔
UsuńKtóż nie płakał, gdy Nemeczek umierał?
Usuń"Chłopcy..." już znaleźli swoje miejsce na półce (bo ci poprzedni mieli mniejszy format i aktualni się nie mieścili na tamtej półce).
Ja wyłam jak syrena.
Usuńi ja wyłam jak syrena...ojesooo jak ja wyłam.
UsuńJak syrena okrętowa we mgle.
Usuń