czwartek, 30 kwietnia 2026

William A. Nolen - Jak zostałem chirurgiem

Ostatni dzień kwietnia, ostatnia migrena, ostatnia książka. Chodzi mi po głowie, że kiedy ją przyniosłam z knihobudki Jack się bardzo pozytywnie wyrażał o autorze - i teraz się z nim zgadzam w 100 procentach!  

 Książka po kolei opisująca kilkuletnie zdobywanie zawodu chirurga podczas specjalizacji odbywanej po studiach lekarskich. Co się wiązało z każdym etapem, jak wyglądały kilkumiesięczne "praktyki" na rozmaitych oddziałach szpitalnych, jak się zdobywa doświadczenie nie tylko samemu operując, ale i przyglądając się pracy innych, jak się w końcu dochodzi do najwyższego (na tym etapie) stanowiska adiunkta i jak wtedy nie oszaleć, przejmując całą odpowiedzialność za pacjenta o za młodszych kolegów. Jak sobie w ogóle radzić ze stresem i emocjami, jak je próbować wyłączać. Jak współpracować z lekarzami innych specjalności (na przykład interniści nie lubią się z chirurgami), jak (nie) przerzucać pacjentów między oddziałami. W którym momencie uznać, że już się jest chirurgiem (kiedy ma się zaufanie we własne siły). 

Nolen praktykował w szpitalu dla biednych w latach 50-tych i jako stażysta zarabiał 85 dolarów - to był jego wybór, bo mógł iść do prywatnego szpitala. Nie wiem, ile to było w tamtych latach, poza tym, że bardzo mało. Z serialu Chirurdzy (porównania się tu cisną co chwilę) jednak pamiętam, że któraś ze stażystek mieszkała w samochodzie, a to już były lata 2000. Więc chyba się wiele w tym temacie nie zmieniło. Co natomiast na pewno uległo zmianie, to udział kobiet w specjalizacji chirurgicznej. W książce Nolena nie ma ani jednej chirurżki kobiety-chirurga, ANI JEDNEJ. Świat czysto męski. Nie ma też operacji laparoskopowych, poszukałam teraz, od kiedy się one datują - od 1987, kiedy to francuski chirurg wykonał po raz pierwszy w ten sposób cholecystektomię. Ja też miałam ją wykonaną laparoskopowo (przez kobietę) i dopiero czytając Jak zostałem chirurgiem mogłam sobie uświadomić, ile mi oszczędzono. 

Ciekawy jest rozdział o pracy pielęgniarek na chirurgii, o roli instrumentariuszki, która - jeśli jest dobra w tym, co robi, jeśli zna się na rzeczy - potrafi w znacznej mierze skrócić czas operacji, a czasem nawet taktownie podpowiedzieć lekarzowi lepsze rozwiązanie problemu. Taktownie, bo hierarchia w tej dziedzinie była, jest i będzie. Ostatnio miałam przykład w rozmowie z przyjaciółką, która była dentystką. Opowiadała o różnych pomocach dentystycznych, jakie miewała, i o jednej dziewczynie, która była tak świetna, że NAWET zaproponowała jej przejście na ty.

- Ale znała swoje miejsce i przy pacjencie zawsze mówiła do mnie "pani doktor".

Ha! A teraz czytam jakąś przedwojenną sensacyjną powieść dla kucharek 😂 i tam narrator mówi, że babcia go zawsze ostrzegała, żeby się nie spoufalać ze służbą 🤣 

A wracając do Nolena - każdy rozdział jest ciekawy, choć zatrważające jest uświadomienie sobie, ile w nas jest w środku możliwości popsucia się. Jakim skomplikowanym jesteśmy ustrojstwem i jak sekundy mogą decydować o życiu i śmierci. Ech.



Początek:


Koniec:


Wyd. Państwowe Zakłady Wydawnictw Lekarskich, Warszawa 1976, 245 stron

Tytuł oryginalny: The Making of a Surgeon

Przełożył: Witold Rudowski

Z własnej półki

Przeczytałam 30 kwietnia 2026 roku 


Lubię cmentarze, a tu jedna praska dzielnica poszukuje pracownika. Nie napisali co prawda, ile będą płacić (za 30 godzin miesięcznie!). Za to poszukałam w słowniku słowa dochvilnost, bo nie znałam... i bardzo się zdziwiłam, że to znaczy punktualność (znaczy zdziwiłam się, że słowa nie znałam 😂). Robota odpowiedzialna - o 7.00 trzeba otworzyć, o 20.00 zamknąć, człowiek uwiązany cały dzień 😉

A najlepsze jest to, że akurat mam w planie zwiedzić ten cmentarz. Znaczy za każdym razem na jakiś idę, ale teraz na maj mi się ich tyle namnożyło, że nie wiem, co wybiorę. 

Każdy wyjazd powinien objąć szereg punktów:

- cmentarz

- kościół /klasztor

- rzeka /potok

- zegar słoneczny

- fontanna lub pomnik 

- kino

- usedlost (czyli rodzaj posiadłości ziemskiej)

- pociąg

- wystawa (czy to w muzeum czy galerii) 

- wieża (hm, wleźć łatwiej, zleźć trudniej)

- schody (nowe w programie, bo właśnie odkryłam hasło na Wiki)

- kiedyś był w programie paternoster, teraz już rzadziej

- podobnie kiedyś przepływałam Wełtawę tramwajem wodnym, ale w sumie mam już wszystkie te trasy zaliczone

Spojrzawszy na jedną z półek z pragensie uświadomiłam sobie, że takie pozycje, jak Praskie poczty czy Praskie zabytki lekarskie czy Praskie browary albo Praskie gospody też powinnam stopniowo, krok po kroku wykorzystywać. Tak, mam takie książki 😂 I tak, już za dwieście lat mogłabym zrealizować program. W zeszłym roku już zaczęłam chodzić po miejscach z Pragi esbeckiej. I jeszcze mam trzy tomy Skrytych zamków i pałaców... a tu mi mówią, czemu do Ołomuńca nie pojedziesz! No jak, kiedy! 😁
 

Do budki ktoś przyniósł pudełko świątecznych ozdób i wybrałam sobie kilka na choinkę 😂 Trzeba być przewidującym i w kwietniu myśleć o grudniu!


Pojechałam na zaległą wystawę, co to mnie na wernisażu mało nie zgnietli, i obejrzałam sobie luksusowo, w pojedynkę 😂 Jeszcze Toyen w maju i koniec zaległości.


Ale ale! W
racając zobaczyłam coś dziwnego na Plantach, więc wysiadłam z tramwaju. Cóż to za obozowisko?




A to tylko instalacja artystyczna 😉
 



A dzisiaj z Frankiem obejrzeliśmy po południu, gdy już się lepiej poczułam, pierwsze odcinki Alaski i bardzo nam się podobały. Kiedyś kiedyś kochałam się w Chrisie o poranku... ale już w Moim greckim weselu nie, zapomnij.


poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Jacek Janczarski - Kocham pana, panie Sułku

Ach wspomnienia. Któż nie pamięta pani Elizy i pana Sułka? Chyba tylko ci, którzy są młodsi 😂 Nieśmiertelna Trójka i piątkowe wieczory przed radiem. Tępa, ale zakochana do szaleństwa pani Eliza i gburowaty uczeń podstawówki pan Sułek... oraz oczywiście gajowy Marucha, lokalny deus ex machina. Lasek Wolski - czy w szkolnych czasach, gdy się tego słuchało, odbierało się to jako aluzję do rzeczywistości? Kto wie? Pewnie nie...

Miły powrót do słuchowisk sprzed lat kilkudziesięciu. A wiecie, że Jacek Janczarski był synem Czesława, tego od Misia Uszatka?

 

 Początek:


Koniec:

 


Wyd. Wydawnictwa Radia i Telewizji, Warszawa 1978, 195 stron

Z własnej półki

Przeczytałam 25 kwietnia 2026 roku 

Słuchowiska są do odsłuchania ma YT:



Pieriepałki ze wspornikami

Czas wracać do pokoju - po remoncie i 3 latach. Najpierw filmy na półki z powrotem. No i szyny są na tyle długie, że mogę tam powiesić jeszcze 3 dodatkowe półki. Więc wycieczka do Castoramy po wsporniki.

Zapomnij.

Znaczy kupiłam 6 sztuk, zadowolona wróciłam do domu, po czym okazało się, że NIE PASUJĄ. Ta górna część się nie mieści. Czyli czeka mnie ponowna wycieczka, żeby je oddać, ale to jest ten mniejszy problem... Skąd wziąć takie stare? Nowe białe to oczywiście made in China, stare popielate możliwe, że były jeszcze polskiej produkcji (nie pamiętam, jak stare są) - dziś w Polsce się nic nie produkuje pewnie.

Tak że póki co półek jest ciągle sześć, a nie dziewięć. Druga torba Ikeowska ciągle stoi w przedpokoju wyładowana filmami. Przy rozładowywaniu tej pierwszej odłożyłam osobno VCD, bo okazało się, że jeszcze jakieś były, sprawdziłam, że część z nich mam w formie jakichś ściągniętych niegdyś z internetu, więc pudełka wyniosłam do knihobudki, ale kilka zostało (na przykład Dziewczyna z perłą czy Dzieje grzechu), no bo co teraz, zostanę w ogóle bez?

Po czym zapodałam do laptopa Czy jest tu panna na wydaniu - i ludzie kochane chodzi!!! Tackę co prawda trzeba otwierać za pomocą komendy wysuń 😂 ale jednak!

 

Praga 

Kupiłam sobie bilecik na zwiedzanie zaplecza technicznego Biblioteki Narodowej. Coraz mniej mnie nęcą oprowadzane zwiedzania 😉 ale do pewnych miejsc inaczej się nie dostaniecie, wiadomo. Naprodukowałam tyle papierów i notatek do majowej Pragi (luzem), że nie wiem, czy na to właśnie piątkowe popołudnie nie miałam czegoś innego zaplanowanego, więc wybrałam godzinę zwiedzania 15.30, z myślą, że jakby coś, to jeszcze zdążę gdzieś pojechać. Codziennie wieczorem mówię sobie jutro uporządkuję te papiery... Ta.

 

Filmowo 

Wczoraj był ostatni seans w cyklu kobiet-reżyserek i nie poszłam, bo globus, dzień na straty. W minionym tygodniu poprosiłam o receptę na 6 Magicznych Tabletek - ale ich nie ma, nie ma, nie ma, od dawna nie ma, jasny gwint. Znaczy w ZIKO nie ma, pójdę jeszcze do innych aptek popytać. Proponują zamienniki, ale słuchajcie - głowa wie, że tylko Magiczna Tabletka działa, więc jak biorę inną, to nie reaguje - mimo że to przecież to samo 😢

W sobotę za to obejrzałyśmy z opice japońską komedię z 1996 roku Supermarket Woman. Córka się upiera, że to nie żadna opice, tylko Franek, więc niech będzie, z Frankiem obejrzeliśmy. Jak widać - z czeskimi napisami, niech się Franek uczy. Są też angielskie, ale nie przesadzajmy, nie za dużo tej przyjemności na raz 😂

Więc jest sklep, który już od pewnego czasu podupada, a tu jeszcze w sąsiedztwie otwiera się nowy, z agresywną polityką marketingową. Wygląda na to, że dni są już policzone, ale właściciel (czy tam manager) spotyka przypadkiem dawną szkolną koleżankę, która ma mnóstwo pomysłów, jak ożywić handel, więc ją zatrudnia. Pewną rolę odgrywa również wątek romansowy: oboje są wdowcami. Oczywiście do japońskich komedii i tej specyficznej żywiołowości trzeba mieć trochę cierpliwości, uprzedzam. Internety doniosły, że reżyser i aktor - Juzo Itami - był dość znany (zmarł samobójczą śmiercią rok później; istnieje wersja, że został zmuszony do skoku z dachu przez yakuzę, którą karykaturował w swych filmach), zwłaszcza z filmów Tampopo i Kobieta-taksówkarz*, są oba na wiadomej stronie, z tym, że jeszcze nie sprawdzałam, jak stoją z napisami. Tymczasem Kobietę z supermarketu można zobaczyć tu (ewentualnie też po rosyjsku).

* och nie, A Taxing Woman to kobieta ze skarbówki, a nie z taksówki 😂 całkiem jak w tym hiszpańskim serialu na Arte.tv


sobota, 25 kwietnia 2026

Obiady za 9,99 zł. Pokaż się z dobrej kuchni

Kiedyś łup z budki. Dania na miarę każdego. Wiadomo, że koszt 10 zł za obiad dla 3 osób - bo tak tu są wyliczone przepisy - w 2011 roku to nie 10 zł w 2026... ale można się zdziwić. Owszem, jajka są tu wyceniane na 40 gr czyli dziś co najmniej dwa razy tyle, ale na przykład podany koszt 3 ziemniaków to 50 groszy - w Lidlu ostatnio są po 0,99 zł za kilo, więc 😂 Albo 10 dag kaszy jęczmiennej to za złotówkę - przecież tyle nie kosztuje, tylko mniej, prawda? Pęczek włoszczyzny to 3 zł - ale nie kupuję nigdy w pęczkach, więc nawet nie wiem, jak się to ma do dzisiejszych cen.

Ale to wszystko nieważne, bo przeczytałam całość - chichrając się bez ustanku. 


 Otóż znakomita większość przepisów zawiera błędy. Te klasyczne czyli albo jest coś w podanych składnikach, a nie ma w przepisie albo na odwrót. To wręcz niesamowite, że NIKT nie przeczytał książki przed oddaniem do druku! W rezultacie nie wiem do końca, czy da radę skorzystać z przepisów 😂 Owszem, kilka sobie wypisałam, ale ryzyko istnieje!

Żeby nie być gołosłowna, pokazuję karteczkę, na której w trakcie lektury wpisywałam strony z błędami. 


No i jedziemy!
 


Napełnić masą ziemniaczano-grzybową!

 

Wymieszać wszystkie składniki. Znaczy tę wątróbkę tak wziąć, jak ze sklepu przyszła? Ciężko będzie te pulpeciki uformować 😁 


 


A przecier pomidorowy - za okno! 

Jak nasi sąsiedzi z II piętra, wczoraj pozbyli się czubka papryki w ten sposób oraz zatłuszczonego papieru z wędliny.

Rozgrzać tłuszcz i dodać do ciasta. Gdybyście koniecznie chcieli wiedzieć ILE, to sobie odmierzcie za 20 groszy.

 


Zalać zimnym wywarem. To może najpierw należałoby ugotować wywar z tego pęczka włoszczyzny czy co?

Tu z kolei nie wiadomo, co się stało z wywarem, bo żołądki gotujemy z warzywami - z których mamy w składnikach jedynie marchew, jako że cebulę smażymy osobno. Za to potem spada nam z nieba z sufitu w kuchni kapusta włoska.

I tak dalej i tak dalej. Nie chce mi się przecież tego wszystkiego fotografować i wrzucać 😂 Przepis na serca drobiowe z sosem chrzanowym mówi na końcu, żeby oblać każdą porcję płucek sosem. Zapiekanka z mięsa mielonego wieprzowo-wołowego: dusić cebulę z wątróbką. Roladki z cebulą: w składnikach pół szklanki bułki tartej, w przepisie nie ma o tym słowa. Jakieś jajka: w składnikach 4 sztuki (przypominam, obiady są obliczone na 3 osoby). 

Same zestawy też są ciekawe. na obiad składa się zupa oraz jakieś coś na drugie, byle się zmieściła całość w 9,99 zł. Zestaw 7: zupa z dyni, a na drugie jajka faszerowane. Z taką masą z tuńczyka, na zimno. Czyli klasyczna przystawka. Tu właśnie 4 jajka na 3 osoby. Zestaw 9: zupa szpinakowa i cebula z grilla, po 2 cebule na łeb, upieczone w folii. Zestaw 12: zupa powidłowa (fuj!) i placuszki szwedzkie. Czyli wsio na słodko.

O, parówki z grilla widzę: cebulę i parówki pokroić w grube pióra. No po co by to przeczytać przed drukiem 🤣 

To, że zdjęcia nie pokazują potraw z przepisu, to już właściwie standard, biorą jakiekolwiek z Shutterstocka i gut. Oto przykład - spróbujmy sobie wyobrazić, że tak właśnie będą wyglądać kluski grysikowe, formowane łyżką i wrzucane do wody...
 


Tak że ten - w sumie się ubawiłam 😁 czego i Wam życzę!

Wyd. Wydawnictwo DRAGON, Bielsko-Biała 2011, 144 strony

Wybór i opracowanie przepisów: Iwona Czarkowska 

Z własnej półki

Przeczytałam 22 kwietnia 2026 roku

 


Natomiast wcale mnie nie bawi, że znalazłszy przy urządzaniu szuflady herbacianej pudełko z liściastą BriZton i uznawszy, że mi odpowiada - przeszukałam internety i jest nie do kupienia 😢 Łaj, pytam się. Nie wiem, skąd ona się u mnie wzięła, niewątpliwie jakiś geschenk, ale od kogo i skąd przywieziony?

W ruskim internecie jest wpis na jej temat (że ze średniej półki i całkiem dobra), co usprawiedliwia tekst po rosyjsku na pudełku, widać to szło na ich rynek. Ale z Rosji to tylko raz nasza była dyrektorka-wariatka (każdy dyrektor ma coś za uszami, ale ta była wyjątkowa 😉) przywiozła nam z wypadu do Moskwy herbatę ekspresową - bardzo mi też smakowała i wycięłam kartonik z pudełka, ale co z nim zrobiłam? Może jest w charakterze zakładki w którejś książce? Tak że i tamtej herbaty nie znajdę.


A szuflada herbaciana okazała się mało pojemna (bo szerokości 40 cm), tak że się nie zmieściły do niej nierozpakowane do tej pory pudełka. Czyli dalej wszystko porozrzucane. Ale i tak się cieszę, że te na bieżąco używane mam już pod ręką.


Teraz o youtubach. 

Od jakiegoś czasu oglądam (choć nie zawsze, bo te filmiki są długie i trochę mi szkoda czasu) profil Agnieszki Koniecznej, która komentuje programy telewizyjne poświęcone urządzaniu wnętrz, jakimś takim metamorfozom, które zazwyczaj prowadzący robią kompletnie nie po myśli mieszkańców 😂 I w jednym z ostatnich filmików pojawiło się warszawskie miejsce - schronisko dla książek. Czy to jest właśnie to, gdzie uczęszcza Agata? Zaczyna się w 16 minucie.


Tu przy okazji podaję listę moich braków Rossa Macdonalda:

- Chłód

- Odszukać ofiarę

- Okrutne wybrzeże

- Potępieni

- Pożegnalne spojrzenie 

- Sprawa Galtona 

- Śmiertelny wróg 

- Zdradliwa toń

 

Kiedyś wyświetliło mi się wideo 50-letniej kobiety z chińskiej prowincji i zaczęłam oglądać. Mieszka sama, bo mąż zazwyczaj jest w trasie jako kierowca ciężarówki, a dzieci są już dorosłe. Pracuje w jakiejś małej szwalni, zarabiając około 11 dolarów dziennie i wykonując przez szereg godzin te same ruchy. I jest ze swego życia zadowolona, bo utrzymanie się na wsi nie kosztuje zbyt wiele. A ja patrzę, jak wygląda jej dzień; widzę, że chodzi i śpi w tym samym ubraniu, że przygotowuje sobie jedzenie i potem je zjada cały czas będąc w kurtce, że kładąc się do łóżka zdejmuje jedynie tę kurtkę i rozściela ją na kołdrze - widać nie mają tam ogrzewania albo oszczędza - i jest szczęśliwa. A przynajmniej tak twierdzi.

Jak łatwo się przyzwyczaić do warunków, prawda? 

 

 

Następnie obejrzałam film Gosi, która nabyła sobie drogą kupna odtwarzacz dvd w charity shopie i zaopatrzyła się również w film Skrawki życia, o którym marzyła od lat. Co mnie zachęciło do ściągnięcia z półki pudełka z dvd, które tam też stało od lat. Niestety film uznałam za typowy amerykański snuj, wybaczcie. Podejrzewam, że tak to właśnie jest - Gosia oglądała go kiedyś w czasach młodości, wtedy on się może podobać. W moim wieku to już takie historyjki nie rajcują 😂

 


Za to myśmy z opice* obejrzały film niemiecki z ANGIELSKIMI napisami (bo innych nie było) i nam się podobało, znaczy mnie (opice oglądała półgębkiem, a potem padła na plecki i gapiła się w sufit, co moja córka, zawzięta nieprzyjaciółka Niemiec, skomentowała w wiadomo jaki sposób), pewnie dlatego, że dałam radę wytrzymać dwie godziny 😁 Film nazywa się The Hero of Friedrichstrasse Station i podejmuje odwieczny temat, jak to łatwo jest zabrnąć w ślepą uliczkę, gdy raz się zacznie kłamać. Oraz to satyra na współczesne media, zjednoczenie Niemiec (wszystko się zaczyna z powodu 30-tej rocznicy obalenia Muru Berlińskiego), ale również komedia romantyczna i to z happy endem, więc było OK 😍 Gdyby ktoś coś, to link tutaj.

Nie wiem, czy to drugi film obejrzany z angielskimi napisami czy trzeci, nie zapisałam sobie, co jest bardzo dziwne u takiej miłośniczki wszelkich spisów i list. Niniejszym wprowadzam nową etykietę film po angielsku i na przyszłość będę tego pilnować.

* opice to po czesku małpa i tak ją na razie nazywam, nie ma imienia

 

Co z postami w Pradze

Zastanawiam się. Bo codzienne ich publikowanie zabiera mi mnóstwo czasu, cały wieczór, wiecie - wybranie zdjęć, zrzucenie ich na laptopa i zmniejszenie, załadowanie do posta etc. Fajnie, że mogę się z Wami dzielić wrażeniami na gorąco (a i potem przydają mi się do odtworzenia każdego dnia w praskim zeszycie), ale chyba już nie daję rady... I myślę nad zmianą koncepcji - ale na jaką? Żeby robić jeden post na dwa dni? Na trzy dni?  Что делать? pytał Włodzimierz Iljicz w książce o strategii partii. Ja też muszę obrać jakąś strategię 😂 Nie wiem, nie wiem, nie wiem. 

środa, 22 kwietnia 2026

Ross Macdonald - Uśmiech śmierci

Nie miałam tej książki i nawet nie wiedziałam o jej istnieniu, a tu w budce się trafiła. Od razu zabrałam się za czytanie, bo Lew Archer to jeden z moich ulubionych detektywów, wiadomo. 

Pod koniec miałam wrażenie, że znam jednak tę fabułę, ale nie, skąd? Ten szkielet w szafie mnie chyba zmylił. Czyta się dobrze, akcja osadzona w powojennym czasie (książka wyszła w 1952 roku), spiritus movens jak zawsze - pieniądze. Dolar rządzi światem, dla dolara zrobi się wszystko. 

Z Wikipedii dowiedziałam się, że istnieje jedna powieść Macdonalda nieprzetłumaczona na polski (The Way Some People Die) oraz że - do licha - jest jeszcze osiem (poza zbiorami opowiadań), których nie mam i nie znam. Jest na co polować. Jest cel w życiu 😁

Początek: 

Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 1998, 243 strony

Tytuł oryginalny: The Ivory Gris

Przełożył: Wiesław Horabik

Z własnej półki (od paru dni)

Przeczytałam 21 kwietnia 2026 roku
 

 

Z życia emerytki w Krakowie

Emerytka pojechała na dworzec oblukać ten pociąg, którym będzie jechać do Pragi. Jest tym nieco przerażona, bo tyle czasu ciurkiem wysiedzieć? Bez przesiadki? Ale za to jak już wtarabani walizę w Krakowie, to dopiero w Pradze się z nią będzie bawić, więc czysty zysk.

Niestety nic nie oblukała, bo pociąg okazuje się przyjeżdża z Warszawy, stoi wszystkiego parę minut i w tym czasie dokonuje wymiany pasażerskiej, więc jak już się załadowali ludzie z kuframi, to emerytka bała się wsiąść, że nie zdąży wysiąść, pociąg ruszy - a takie dobrodružství to emerytki jakoś nie rajcuje, zwłaszcza, że nie wie, gdzie następna stacja 😂 Tak że dalej nie wie, jak będzie usadowiona, no ale cóż.

Ta mała wyprawa wystarczyła, by emerytka poczuła się kompletnie zmordowana - wróciła do domu i przebrała się z powrotem w koszulę nocną, że będzie odpoczywać 🤣 Z taką kondycją to w Pradze wiele nie zdziała, hm.

Idąc do tramwaju emerytka zobaczyła taką ciekawostkę:


W przejściu podziemnym koło dworca. Czy ja jestem dziwna jakaś, że mi się to wydaje ABSURDALNE? Taka pazerność??? Mówi się zresztą od dawna, że toalety publiczne powinny być za darmo... 

Akurat rano na FB widziałam rolkę o rzekomo najstarszej publicznej toalecie w Pradze (postanowiłam odwiedzić 😁). Temat się zgrał.
 

Ktoś zamieścił na FB post, że odda duży zbiór książek jednej osobie. Ze zdjęć faktycznie wygląda na duży - regały do sufitu w kilku pomieszczeniach. W komentarzach:

- chętnie wezmę kilka

- oddać do biblioteki

- czyżby prywatna biblioteka profesora? (no bo przecież tylko profesor może mieć dużo książek, najwyraźniej)

- chętnie przygarnę wąski regał

- szkoda, że ktoś nie umie docenić ogromu potencjału na tych pułkach (tu ktoś przytomny odpowiedział, że szkoda, że ludzie nie przykładają się do ortografii)

- dlaczego tylko jednej osobie

- chętna na część

- chętnie odwiedzę i przeglądnę książki- wezmę kilka 

Czytanie ze zrozumieniem kwitnie w narodzie.

A ja dostałam takiego maila:

Ha ha naiwni, już potwierdzam.

Gdyby napisali, że 45 zł, to może bym się nabrała, bo tyle jakoś płacę za gaz 😂 Oczywiście żadne gazownie, prądownie i spółdzielnie nie zwracają nadpłat, tylko zaliczają a' conto przyszłych płatności, to osobna sprawa.

I ostatnia sprawa emerytki: będąc w Lidlu po mleko rzuciła się mię w oczy patelnia, jak by to powiedziała Młoda Lekarka. Wcale nie byłam na kupnie, ale ostatnio zauważyłyśmy z córką, że nasza duża teflonowa patelnia jakoś tak na środku się wypuczyła czy co, bo się tam przypala nieco. A że mam jeszcze 450 zł do końca miesiąca 🤣 to wzięłam tę stalową. Ale takiej nigdy nie miałam i zapytowywuję się, czy używacie i co myślicie etc. Na wszelki wypadek trzymam paragon.
 



niedziela, 19 kwietnia 2026

Marcello Mastroianni - Pamiętam. Tak, pamiętam...

Córka mi przyniosła wczoraj z knihobudki, a że to taki drobiazg, a ja coś się nie mogłam zdecydować, co czytać, no to akurat 😍

To zapis wspomnień snutych przez Mastroianniego podczas kręcenia filmu w Portugalii. Anna Maria Tatò zrobiła wówczas taki dokument - że też ja go do tej pory nie obejrzałam! - a to jest wersja książkowa. Skromna, bez zadęcia, Mastroianni z lekkością opowiada o tym, co pamięta ze swego życia będąc już po siedemdziesiątce. Bezpretensjonalne, momentami zabawne, czasem dające do myślenia. 

Szkoda tylko, że niechlujnie przetłumaczone. Jak chociażby słowo recitare przełożone dosłownie na 'recytować' (pojawia się w tej wersji wielokrotnie), a oznacza ono 'grać', w sensie na scenie czy w filmie. Przy okazji taka ciekawostka - nigdy się nad tym nie zastanowiłam, ale cóż, nie jestem aktorem - że po francusku 'grać' to jouer czyli dosłownie bawić się. Że granie czy w filmie czy na scenie ma być zabawą. Wiedział o tym dobrze Fellini, a i sam Mastroianni też uznawał taką zasadę i wyśmiewał aktorów przynoszących pracę do domu, czy inaczej przenoszących rolę na życie prywatne, miesiącami się wczuwających, aż do kryzysu nerwowego 😉 

Dosłowne tłumaczenie widzicie też na zreprodukowanym końcu książki: niektóre manifestacje - 'manifestazioni' w tym wypadku nie oznaczają tłumu z transparentami pod oknem MM, tylko PRZEJAWY 😂 przejawy sympatii i przyjaźni, o których dalej mówi. 

Takich przykładów jest sporo, tylko jak zwykle nie robiłam notatek czytając, nigdy się chyba tego nie nauczę. Ale jeden błąd kompletnie bezsensowny wbił mi się w pamięć. MM mówi o filmie, który mieli nakręcić razem z Sophią Loren, ale jemu nie spodobał się scenariusz, więc Loren wystąpiła u boku Lina Wertmüller. Wiecie, że ja tak zgłupiałam, jak to przeczytałam, że nawet szukałam w internecie, czy Lina Wertmüller - reżyserka nie była córką albo siostrą jakiegoś Lino Wertmüllera - aktora 😂 Nie, nie była. Takiego byka kompletnie nie rozumiem. 

Dziś zresztą też - w kinie - w polskich napisach do włoskiego filmu pojawił się książę Miskin 🤣 O ile rozumiem, że można nie mieć w domu Idioty, żeby na szybko sprawdzić polską pisownię, o tyle każdy jednak ma Wikipedię na podorędziu! Jak to łatwo mogą wyjść na jaw niedostatki kulturowe...
 


Początek:

Koniec: 

Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 1999, 99 stron

Tytuł oryginalny: brak podanego (ale przecież wiem, jaki to był - Mi ricordo, sì, io mi ricordo)

Przełożyła: Magdalena Gronczewska 

Z knihobudki

Przeczytałam 19 kwietnia 2026 roku 




Korzystając z okazji - czyli po malowaniu chciałoby się coś jeszcze w domu zmienić - postanowiłam parę rzeczy wypchnąć do ludzi. W tym etażerkę, którą kiedyś przyniosłam z wystawki na osiedlu (były na niej rzeczy Ojczastego), a potem dałam do piwnicy. Więc wczoraj wystawiłam ją na OLX za stówkę 😉 Zaraz zgłosiła się dziewczyna, czy bym ją przetrzymała do następnego weekendu, bo ona wtedy będzie w Krakowie. Dobrze, może być. Po czym pisze inna dziewczyna, że chce. Ja, że zarezerwowana. Ona, że daje 150, bo jej zależy. Ja, że moje słowo droższe piniendzy 😂 i tak sobie gadamy. A po paru godzinach ta pierwsza pisze, że jednak rezygnuje, więc ja do drugiej, że zwolniło się. To ja przyjadę po 18.00. Przyjechała, zabrała i 150 dała, mimo, że protestowałam, że przecież sprzedaję za wystawioną cenę. Ale ona uznała, że przemyślałam sprawę i tamtej widać odmówiłam, wyszłam na chytrusa 🤣


No, to jedną sprzedaż mam za sobą, szykuję trzy następne, tylko się może w cenach zorientuję, bo najwyraźniej drewniane etażerki drożej chodzą, więc kto wie, jak to jest na przykład z nachkastlikami 😁

Moja córka natomiast nie sprzedawała, tylko kupowała. To znaczy bardzo chciała kupić - normalnie marzenie jej życia - małpę w IKEI. Ale małp zabrakło (tylko czarne były) i to totalnie, w całej Polsce, wróciła zrozpaczona i czekała na maila, którego jej obiecano, jak się pojawią. W piątek nadeszła informacja i natychmiast poleciała do sklepu, wracając dumna i blada 😂


A przed godziną wracam z kina i kogóż zastaję na lekturze? 😂😂😂



A wczoraj odkryłam na Arte francuski film z 1969, który oglądałam w telewizji w szkolnych czasach, pewnie to było w latach 70-tych i zrobił na mnie wówczas wielkie wrażenie, tak że do tej pory pamiętałam oryginalny tytuł (Que la bête meure). Thriller o tym, jak mały chłopiec zostaje przejechany na ulicy miasteczka w Bretanii, kierowca auta nawet się nie zatrzymuje, a ojciec ma od tej pory jedyny cel w życiu - odnaleźć sprawcę wypadku i zabić go. Niech bestia zdycha jest do obejrzenia jeszcze dzisiaj przez trzy godziny, cud, że zdążyłam. W ogóle to jest tam cały przegląd Chabrola, ale reszta filmów będzie dostępna do 14 lipca (Bastylia!), a tylko ten tak krótko, ciekawe, dlaczego. I ciekawe, że kiedyś widziałam na Arte jakby osobny dział na filmy, które się kończą, a teraz tego nie mogę znaleźć. Carramba!

PS. Za równiutki miesiąc o tej porze będę już rozpakowywać walizkę w Pradze, tak że przygotowania wkraczają w ostrą fazę. Ogłosili program Open House i aczkolwiek wiem z doświadczenia, że nie należy sobie wyznaczać zbyt wielu celów, jednak kilkanaście miejsc wypisałam. Teraz przymierzam karteczki do mapy i nastąpi redukcja. Więcej niż cztery sztuki na dzień raczej nie ma sensu planować, żeby uniknąć rozczarowań.

Kiedyś za każdym razem przywoziłam z Pragi kolejną mapę, zwłaszcza, że one tak szybko odchodzą się niszczą... Ale to było zanim kupiłam tę w formie książki, a potem to już w telefonie, najlepsza!

Tutaj eksperymentalnie użyłam papierowej, żeby przymierzyć się do odległości 😉 

PS. 2

Dla Teatralnej 😁