O Bożenko, ledwo czwarty dzień Reszty Mojego Życia, a ja już mam zaległości (czyli następne przeczytane)! Nie zapowiada się to dobrze...
Lećmy więc z tym koksem. Fantazję miałam, żeby sięgnąć na półkę z reportażami (których dzięki niebiosom i własnej zapobiegliwości mi nie brakuje) i wybrać humor brytyjski. Tak, wiem, niektórzy (niektóre) tutaj za nim nie przepadają 😁 ale ja lubię. I motto też mi się podoba. Jedno i drugie, chociaż drugie to nie motto, tylko dedykacja.
Angielski humor reprezentuje już wstęp napisany przez syna autora.
Potem do akcji wkracza nasz bohater - i naprawdę uznaję go za bohatera, bo ruszyć w taką podróż będąc już w sile wieku, no cóż, trzeba mieć dużo samozaparcia, kondycji i wiary w siebie i w ludzi.
Enfield wybrał się kiedyś jachtem przyjaciół na żeglugę po Francji i przy tej okazji stwierdził, że o wiele przyjemniej i bezpieczniej byłoby pedałować wzdłuż francuskich szlaków wodnych po ścieżkach holowniczych. Pomysł ten wcielił w życie w następne wakacje - razem z żoną (tą, która nie narzeka na jego nieobecność) - i jak pisze, był to pierwszy krok ku wielkiej przygodzie. Choć...
Moja żona zawsze powiada, że najprzyjemniejszą chwilą wyjazdu jest powrót. I z tym się zgadzam 😁
W 1991 roku Enfield zbliżał się do emerytury i najbardziej zależało mu na tym, żeby nie robić rzeczy, na które nie miał ochoty i nie myśleć o ludziach, o których wolał zapomnieć. Z drugiej strony potrzebny mu był jakiś plan, choćby po to, żeby móc odpowiadać na pytanie "A co będziesz robił, jak przejdziesz na emeryturę?" Zaczął więc się przygotowywać do wielkiej wyprawy. Tu, uwaga, mądra rada:
W ostatnim roku pracy trzeba się zaopatrzyć we wszystko, na co człowiek ma ochotę, bo później nie będzie go na to stać.
Weźcie to sobie do serca 😉
Oraz:
Człowiek zawsze żałuje, że na czymś oszczędzał, nigdy jednak nie żałuje swoich ekstrawagancji.
Tak więc przygotowania: rower, namiot, sprzęt do biwakowania, japońskie ręczniki nylonowe wysychające w pięć minut i zajmujące tyle miejsca, co chustka do nosa (??? znacie taki wynalazek?), termiczny materac samonadmuchujący się, kalesony na chłodne noce, grzałka do wody etc. A potem planowanie trasy. O, to znam i wiem, jakie to przyjemne 😎 I jeszcze książka do czytania siedząc pod gruszą i odpoczywając po etapie. Nie zgadlibyście, co ze sobą zabrał... "Iliadę" Homera... w wydaniu dwujęzycznym.
Wreszcie nadszedł ten dzień. Ubrany w podkolanówki koloru khaki i tegoż koloru szorty (co miało mu nadawać wygląd kolonialny i wyróżniać jako Anglika w międzynarodowym tłumie na campingach 😂) Enfield wsiada ze swym pojazdem na prom mający go przewieźć przez Kanał - a co było dalej, dowiecie się, jak sobie pożyczycie tę książkę z biblioteki 😉
W każdym razie autor tak się zapalił do rowerowych podróży, że opisał ich jeszcze kilka po roku 2000: po Grecji, Irlandii i wzdłuż Dunaju.
Koniec:
Spis treści:
Jest to znów książka skasowana z biblioteki, a więc z wyciętą kartką tytułową czyli brak mi części danych. Jedyne, co wiem, to że wydawnictwo MUZA SA w Warszawie i ilość stron 161. Oraz seria DOOKOŁA ŚWIATA.
Wikipedia podaje, że oryginalny tytuł to Downhill All The Way, wydany w 1994 roku ( a u nas w trzy lata później).
Z własnej półki
Przeczytałam 5 czerwca 2026 roku
Ponieważ na cześć Viery i jej wnuczki piekłam ciasto z rabarbarem i zostało go sporo - rabarbaru, nie ciasta - postanowiłam ugotować KOMPOT. Co prawda pamiętałam z dzieciństwa te kłaki pływające w szklance, ale Ania gotuje zaproponowała kompot przetarty czy tam przecedzony, więc czemu nie. I czemu moja mama na to nie wpadła. Dodałam parę truskawek i - jeśli damy mało wody, to otrzymamy rodzaj koncentratu, który można doprawić na przykład kapką sowietskoje igristoje lub w ostateczności gazowaną wodą mineralną. Plus jakiś plasterek cytryny. Normalnie nawróciłam się na kompoty 😂 Życie zatacza koło i czas starości to czas powrotu do dzieciństwa, najwyraźniej.
Z dalszych eksperymentów kulinarnych - zagadka. Co też to może być?
Rozwiązanie zagadki na końcu.
Zachęcona przykładem Agaty, która wspomniała o zanotowaniu kilkunastu tytułów z wiadomej stronki z filmami i zniechęcona setkami linków w laptopie, gdzie trudno coś odnaleźć - przystąpiłam do kolejnej roboty głupiego czyli spisywania interesujących mnie na przyszłość dzieł w moim sławetnym 500-kartkowym zeszycie - nie ma co oszczędzać, i tak mi powinien wystarczyć do końca życia. Przy okazji sprawdzam, jakie i czy mają napisy, co trwa kupę czasu, więc pięć dziennie to już jest dobry wynik 😉 Jak zwykle - znalazłam sobie nowe hobby!
Dzielę się pierwszymi stronami, gdyby ktoś coś; przy czym oczywiście napisy wyszukuję pod siebie (polskie, czeskie, rosyjskie, włoskie, francuskie, na końcu angielskie). Wot czyli voila'.
Taka przykra niespodzianka mnie spotkała przy jakimś tureckim filmie.
Inna przykrość na Messengerze, czego wy gnidy chcecie, odczepcie się. Nie ma jak tego ominąć...
Ale największa przykrość - ba, tragedia normalnie - z telewizorem. Gad jeden twierdzi, że nie widzi wi-fi i cokolwiek chcę obejrzeć, muszę przez laptopa. Nawet YT. Już próbowałam tego i śmego i wyłączania routera i nic. Może jakaś aktualizacja sterowników jest potrzebna czy co, no ale jak, skoro nie ma w nim internetu?! A tak się przed Pragą cieszyłam, że mam aplikację do ichniej telewizji...
A na Arte.tv (które też muszę teraz przez laptopa włączać) obejrzyjcie dokument o Sołżenicynie, będzie jeszcze przez tydzień.
Rozwiązanie zagadki
Cóż. Jest to po prostu zupa-krem z czerwonej soczewicy i ziemniaków po wyjęciu z lodówki na drugi dzień po ugotowaniu 🤣
Dodam, że ugotowana mniej więcej też według przepisu z Ania gotuje, tylko bez pomidorów i bez marchewki, której nie było w domu. Zaznaczam, że ona każe wlać 1,5 szklanki wody (???), ja oczywiście dałam grubo więcej, chyba ze 4 szklanki albo pięć, a rezultat i tak widzicie 😁 Tak że też powstał koncentrat, jak kompotu... Jest to dobry patent, jeśli ktoś nie ma miejsca w lodówce na większy garnek - potem sobie w trakcie odgrzewania doleje wrzątku i szlus 😁

















Syn autora może jest dobrym aktorem komediowym, ale w swojej przedmowie średnio śmieszy.
OdpowiedzUsuńNie znam jako aktora (chyba), choć istotnie przeczytałam na Wiki, że takowym jest.
UsuńZupa w kulkach 😃 Fajna! W pierwszej chwili pomyślałam, że to lody. Z własnego doświadczenia znam zupę z czubem - tak gęstą, że wystawała ponad brzegi talerza nie wylewając się z niego. Ha! I nie była zamrożona 😄😄
OdpowiedzUsuńGdzie dorwałaś 500-kartkowy zeszyt??! Do tego w kratkę! Zdradź proszę, uwielbiam takie rzeczy 🤔😃
O ile mnie pamięć nie myli to knihobudce
Usuń=> Aśka
UsuńMnie też to wygląda jak lody 🤣 pytanie o jakim smaku w tym kolorze!
Zastanawiam się, jaki rodzaj zupy mógł być z czubem... ziemniaki chyba wystawały?
Myślę, że w porządnym dużym sklepie papierniczym takie zeszyciska mogą być do dostania.
=> John
UsuńCo za pamięć 😂 Przecież to już musiało być dosyć dawno...
Ale istotnie - dwa takie grubaśne zeszyty wyfasowałam z knihobudki, drugi jest nawet A4 i jeszcze nietknięty, bo nie wymyśliłam, na co go przeznaczę.
@Toprzeczytalam - No lody w tym kolorze to jedynie musztardowe 🤪
UsuńW naszej zupie wszystko wystawało ponad powierzchnię, nie tylko kartofle 😂 A łyżka stała pionowo... Takie cuda grawitacji gdy jedną zupę 4 osoby gotują 😂 Z tego co pamiętam, to byliśmy wtedy na jakimś wypadzie w szkole średniej. Sporo osób z klasy, ale wypad zorganizowaliśmy sobie sami, bez ciał pedagogicznych 😄
Już widzę, jak by mnie mama puściła na wypad bez ciała... Nawet nie byłam nigdy na tzw. rajdzie (ależ zazdrościłam).
UsuńZazdroszczę autorowi jednej rzeczy—że lubi podróżować sam. Ja nie lubię (chociaż czasami nie mam wyjścia), a nie jest prosto znaleźć odpowiednie (a nawet nie-tak-bardzo odpowiednie) osoby do podróżowanie, nawet na weekend.
OdpowiedzUsuńMówiąc o książkach podróżniczych z humorem, nie tak dawno temu przesłuchałem „A Walk in the Woods” autorstwa Bill Brysona (ukazała się po polsku pod tytułem „Piknik z niedźwiedziami”) o jego pieszej wyprawie przez części szlaku The Appalachian Trail. Świetna lektura, pełna ciekawych informacji i humoru, polecam!
Również z książek podróżniczych polecałbym „The Lunatic Express: Discovering the World . . . via Its Most Dangerous Buses, Boats, Trains, and Planes” („Lunatic Express: Odkrywanie świata… poprzez jego najniebezpieczniejsze autobusy, łodzie, pociągi i samoloty”) autorstwa Carla Hoffmana. Bodajże „zaliczyłem” jeden z tych „najniebezpieczniejszych samolotów” wspomniany przez autora—kilka razy leciałem liniami kubańskimi. I faktycznie, w ciągu tego okresu rozbiły się 2 samoloty kubańskie, w 2010 r. i 2018 r., w których zginęło 180 osób.
@Jack - "A Walk in the Woods" jest też jako film z R. Redfordem i N. Noltem 🙂 Książki nie czytałam, ale film widziałam chyba dwa razy i bardzo mi się podobał 🙂
Usuń=> Jack
UsuńDruga osoba w podróży może być przydatna do popilnowania bagaży, gdy się chce iść do WC 🤣
Oczywiście również do wymiany wrażeń... ale to gdy podziela pasję i zainteresowania. Więc nie dziwię się, że czasem nie możesz znaleźć kogoś odpowiedniego.
"Piknik z niedźwiedziami" jest w bibliotece, więc dałam na wirtualną półkę. Tymczasem wolę biblioteki obchodzić z daleka i nadganiać swoje 😎
Tego drugiego autora nie ma, pewnie nie był tłumaczony.
=> Aśka
UsuńO. Jest na stronce 😁 I to nawet z polskimi napisami! Hura!
Oczywiście film to nie książka, ale popatrzę sobie na starego Redforda 🤩
AŚKA: Filmu nie oglądałem, ale czytałem o nim. Również trochę znalazłem informacji o jego towarzyszu podróży (pseudonim Katz). Oboje chyba są oryginałami.
UsuńTO PRZECZYTAŁAM: "Druga osoba w podróży może być przydatna do popilnowania bagaży, gdy się chce iść do WC 🤣"
To też prawda, szczególnie gdy się podróżuje samolotem lub pociągiem. W moim przypadku to raczej najmniejszy problem. Chociaż ok. 8 lat temu zamiast samolotem ($700 US) zdecydowałem się pojechać autobusem Greyhound ($130 US) z Minneapolis do Toronto, z dwoma ogromnymi walizkami i bagażem podręcznym. Jazda zaczęła się o godzinie 21:00 i o tej samej zakończyła następnego dnia. Miałem dwie przesiadki, w Chicago i w Detroit. Wiedziałem, że zazwyczaj towarzystwo podróżujące tego rodzaju środkami komunikacji jest "specyficzne", toteż prawie nic nie jadłem i nie piłem. I dobrze--w Chicago nad ranem spędziłem w poczekalni ponad godzinę, otoczony takimi ludźmi, że wielu z nich nie chciałbym spotkać w ciągu dnia na ulicy! Nie wiem, co zrobiłbym z bagażami, gdybym musiał udać się do toalety! Cały czas udawałem, że czytam książkę i starałem się jak najmniej rzucać w oczy, co nie było takie proste, chociażby z powodu mojego koloru skóry 😁 Ale jakoś bezpiecznie wszedłem do autobusu i dojechałem do Detroit (stacja autobusowa zabezpieczona niczym forteca) i od razu miałem przesiadkę, a za paręnaście minut już byliśmy w Kanadzie.
A wracając jeszcze do pilnowania bagażu... Kiedyś wraz z Catherine byliśmy na lotnisku i idąc do toalety, głośno do mnie powiedziała, "Jack, watch my bag." Na to ja odpowiedziałam, "No, I won't watch it, I've seen it so many times!" Przechodząca kobieta, słysząc to, spojrzała się na mnie z dużym niesmakiem.
=> Jack
UsuńZa takie przygody to ja podziękuję...
A co do drugiego akapitu - zawsze się znajdą osoby o mikrym poczuciu humoru. Raz w pracy cytowałam jakąś odzywkę córki i widziałam reakcję jednej koleżanki, pełną właśnie niesmaku czy wręcz oburzenia. Co mnie nauczyło, żeby zachowywać pewne rzeczy dla siebie w jej obecności.
Zupą mnie nie zaskoczyłaś. Moja pierwsza samodzielnie ugotowana grochówka tak właśnie wyglądała.🤭
OdpowiedzUsuńWidzę to dokładnie oczami wyobraźni 🤣
UsuńLubię powieści i filmy drogi, a angielski humor także .
OdpowiedzUsuńWyczyn prawdziwy, kondycja pierwsza klasa!
Myślałam, że to ciasto na pierogi, ale z przepisami tak bywa, zawsze trzeba cos zmienić po swojemu.
Kiedyś, w okolicach prawie trzydziestki to chyba było, dostałam propozycję wyprawy rowerowej na inny kontynent. I żeby było śmieszniej - nawet ją na poważnie rozważałam. Co człowiek ma w głowie...
UsuńNa szczęście moja mama spazmowała i zeszło na niczym 😁
Już sobie wyobrażam taką wędrówkę... z migreną...
OdpowiedzUsuńHumor brytyjski nie😅, ale oldskulowy kompocik jako wspomnienie z dzieciństwa chętnie (niestety rabarbar jest dziwnie drogi, może poczekam na tańsze truskawki; co prawda w zeszłym roku tak sobie czekałam, a one JUŻ były najtańsze wtedy, kiedy myślałam, że są jeszcze bardzo drogie 😂). Wracając do Brytyjczyka na rowerze, czytałam jakiś czas temu "Rowerem przez II RP" niejakiego Newmana, który też się wyspecjalizował w jeżdżeniu i opisywaniu, tyle że jak tytuł wskazuje, prawie sto lat temu. Ten z kolei był nie tylko dowcipny, ale chyba jeszcze gorzej, bo (choć generalnie życzliwie nastawiony, to jednak) brytyjsko w sobie zadufany i z typową dla tej nacji wyższością, zupełnie dla mnie niezrozumiałą (na przykład Polki wszystkich warstw społecznych uważał za wyjątkowo brzydkie. Brytyjczyk!!😂). Książka byłaby jednak sympatyczna i pouczająca, szczególnie kiedy opisywał Huculszczyznę i inne Kresy, gdyby nie niespodziewane zachwyty III Rzeszą w końcówce podróży, kiedy to zawadził o Prusy Wschodnie. Poza tym sporo chyba podkoloryzował, bo liczba przygód była dosyć podejrzana. Ale jeśli podobała Ci się sama idea takiej wyprawy, to może zobacz. Napisane bardzo sprawnie. Jest jeszcze nasz Bobkowski, który w "Szkicach piórkiem" jechał w czasie wojny rowerem po Francji, bardzo ciekawe.
Jeśli chodzi o komunikat przy tureckim filmie - kilka razy mi się zdarzyło, wystarczyło odświeżyć stronę. Twoja lista mnie zawstydza, bo na mojej są głównie kryminały, aktualnie na przyklad oglądam całkiem fajny serial "Broadchurch" (brytyjski, żeby nie było, że jestem totalną antybrytką - ba, oglądam z przyjemnością po skandynawskich, którymi się jakiś czas temu przejadłam).
COŚ w garnku wzięłam za lody hihi.
...i ja też pamiętam, że grube notesy z knihobudy, bo też bym chciała
Tak, ten rabarbar był (i dalej jest) mega drogi, przynajmniej w Lidlu. Owszem, wystarczyło na ciasto i dwa razy kompot, ale wolałabym mniej łodyg, za to taniej. Truskawki ciągle po 20 zł i straciłam nadzieję, że stanieją - trzeba brać, póki są. O dziwo, córka je - bo ona z zasady nie je owoców :(
UsuńJest jeszcze kompot z jabłek, ale pamiętam doskonale, że tego mdłego smaku nie cierpiałam. Za to uwielbiałam w zimie, jak do niedzielnego obiadu mama posyłała ojca do piwnicy po słoik kompotu z czereśni - mniam mniam.
Tak mi coś zaczęło chodzić po głowie o relacji z podróży w międzywojniu, ale jednak tego nie mam, tylko coś kompletnie innego - "Okrążmy świat raz jeszcze" Tadeusza Perkitnego. Jak tytuł wskazuje, to nie Polska, ale reszta świata 😁 Dwutomowe, kiedyś się za to zabiorę, może być ciekawe.
"Rowerem przez II RP" musiałam gdzieś widzieć...
A "Szkiców piórkiem" ubolewam, że nie mam, ale nie tracę nadziei, że kiedyś się w budce pojawią 😉
O tym odświeżeniu strony nie pomyślałam, będę próbować, bo coś mnie w tym tureckim filmie ciekawiło (może tylko tytuł 🤣). Za serial dzięki, dopiszę (znaczy założę osobne kartki na seriale). W moich linkach jest normalnie WSZYSTKO: i kryminały i stara klasyka i głupie komedyjki i nawet romanse się trafią czy zwykłe obyczajówki. W końcu wszystko zależy od humoru w danym momencie. Może powinnam dopisywać na liście gatunek, zwłaszcza gdy to dramat i człowiek się nie chce dołować. Przedwczoraj obejrzałam "If I had legs, I'll kick you" czy jak to się zwało. O matko.
Książka B. Newmanna - Pedalling Poland - dla mnie to była bardzo ciekawa lektura - Polska oczami Anglika, rok 1934, - kilka szokujących fragmentów - Danzig (Gdańsk) - najbardziej nazistowskie miasto w Niemczech, wszechobecność Żydów, konflikt litewsko-polski i jak już wspomniała Agata - aprobata nazistów na miejscu bitwy pod Tannenbergiem.
UsuńAnglicy chyba mają bzika na punkcie turystyki rowerowej, Jerome K. Jerome, autor popularnej książki - Trzej panowie w łódce - napisał książkę - Three men on a Bummel - wycieczka rowerowa po Niemczech (rok 1900).
"Szkice" niestety odniosłam niedoczytane, to jest zdecydowanie książka, którą trzeba mieć na własność. Nie wyrobiłam się w czasie w ciągu tych bibliotecznych trzech miesięcy maksymalnego trzymania książki.
UsuńO tym rowerze w II Rzeczypospolitej było swego czasu głośno, widocznie wydawnictwo mocno to reklamowało. Opinie tez były pozytywne, nie tylko te u blogerów opłacanych darmowymi egzemplarzami 😁 I rzeczywiście, ma on lekkie pióro, acz kolejnych części już jakoś nie chciałam czytać (jechał jeszcze bodajże wokół Baltyku).
Jeszcze mi się przypomniała książka "Afryka Kazika" którą czytałam kiedyś dzieciom, o panu z Polski, który też w dwudziestoleciu międzywojennym zjeździł Afrykę (pięć lat trwała wyprawa). Zdaje się, że jest o nim też książka dla dorosłych i nawet planowałam ją przeczytać, ale oczywiście zapomniałam hehe.
O Panu Bez Nóg to chyba nie czuję się na siłach, wystarczy mi ponury na starość Iwaszkiewicz i własne doły.
=> Lech
UsuńWidzę, że są po polsku dwie książki: "Trzech panów na włóczędze" i "Dziennik wycieczki do Oberammergau". O, a w bibliotece jeszcze "Trzej panowie na rowerach" i "Trzech panów w Niemczech tym razem bez psa". Diabli wiedzą, czy każda inna, czy wydawane pod różnymi tytułami 😁😁
=> Agata
Usuń"Afryki Kazika" nie znam 😉 a tym bardziej książki o nim dla dorosłych.
Planowałam za to odświeżyć sobie "Z panem Biegankiem w Abisynii", ale jakoś odłożyłam, choć wzięłam już do ręki.
Nikt tam nie jest bez nóg, tytuł od czapy (albo czegoś nie zrozumiałam) - a bohaterką jest kobieta z chorym dzieckiem i wiecznie nieobecnym mężem, która nie radzi sobie z niczym. A zwłaszcza uważa, że nie powinna być matką, nie nadaje się.
Nie polecam dla rozrywki...
O rany jak ja uwielbiałam pana Bieganka! Ciekawe jak by się to teraz czytało
UsuńNo nie wiem właśnie, czy by mnie nie nudziło. Ale może kiedyś spróbuję.
UsuńPewnie by😔
UsuńPo doświadczeniu z "Ferdydurke" jednak nie chcę wracać do wszystkiego jak popadnie...
I to racja...
UsuńSpojrzalam i osadzilam ze robisz pyzy czy jakies inne ziemniaczane kluski.
OdpowiedzUsuńNajgorsze ze to skojarzenie zrobilo mi smak na gulasz z pyzami i mizeria........
Wogole nie jestem "turystyczna" a jeszcze rowerem?????
Gulasz z pyzami - o rany, zjadłoby się. Przy czym pyz NIGDY nie robiłam, więc może by kiedyś, w ramach kolejnego eksperymentu kulinarnego? 😂
UsuńGdybym była zmotoryzowana jak Ty to pewnie chętnie bym jeździła tu czy tam. Co innego, gdy jest się uzależnionym od pociągów, autobusów czy wręcz busów...
Pyzy można kupić mrożone. Może nie smakują jak te własnej roboty, ale są szybsze w wykonaniu. Wiem, że to kulinarna herezja, jednakowoż jak się ma smaka na określone danie to trzeba korzystać z chwili.
UsuńMoi mili
Pozdrawiam - nieryba
W sumie racja 😁
UsuńJa też kilka miesięcy temu odkryłam kompoty. Kupuję mrożone owoce (mieszanka malin, jeżyn, porzeczek itp.), dodaję trochę cukru i wodę i gotuję do miękkości. :-)
OdpowiedzUsuńMyślałam, że te kulki to lody pistacjowe.
pozdrawiam,
Jozefina
Rzeczywiście, są przecież takie mieszanki mrożonki. I przypomniałaś mi, że z porzeczek też mama gotowała kompot - oczywiście to były porzeczki z krzaka u rodziny 😉
Usuńznam Stroszka, bo jest fanką Wernera od dekad :-)
OdpowiedzUsuńoraz te duńskie z darknesem i Ministrantów widziałam.
podobają mi się sentencje pana od bicykla. a jeszcze bardziej podejście do życia i podróży. o tak planowanie uwielbiam.
ja może mam szanse być starsza panią na moturze :-DDD
a już teraz planuje kupienie roweru elektrycznego.
A ja nie pamiętam, czy w czasach intensywnego uczęszczania do DKF trafił się jakiś przegląd Herzoga czy nie. Więc zapisałam.
UsuńDuńskie podziwiam, że masz obejrzane, bo długie strasznie 😁
Tak, motorem jestem zadziwiona!
Utwórz ten kod PIN i zapisz go sobie gdzieś ku pamięci. Innej opcji nie ma ;), taka mamy rzeczywistość - nie ominiesz :) :) :) mMa
OdpowiedzUsuńChwilowo ominęłam w prosty sposób - weszłam do Messengera z poziomu FB, a nie osobnej aplikacji. Na ile to podziała, nie wiem. Pewnie, że jak się inaczej nie będzie dało, to zrobię, co każą 😉
Usuń