No tak. Kolejny argument za NIEczytaniem żadnych beletrystycznych nowości.
Nie będę tu wskazywać palcem, kto ją zarekomendował jako czytable, ale nie dam się więcej nabrać.
Może ona i daje do myślenia na temat miejsca kobiet, zwłaszcza starszych kobiet, w społeczeństwie koreańskim i ma inne zalety, ale to naprawdę nie moje klimaty (choć miało być dobrze, skoro bohaterka to morderczyni 😉). I te zachwyty nad książką to dla mnie tak, jakby się rozpływać nad serią Kółko się pani urwało, bo przecież podejmuje tę samą tematykę. A idźta mi tam!
Natomiast tak mi się pomyślało, gdy pudełka banknotów i sztabki złota przechodziły z rąk do rąk, co JA bym zrobiła, gdyby mi taka zdobycz wpadła w ręce. Leżę, dumam i cóż, nie ma się tej fantazji, bo jedyne, co mi przyszło do głowy, to że może pojechałabym trzy razy do Pragi zamiast dwóch 😂
Początek:
Wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2025, 354 strony
Tytuł oryginalny: dajcie spokój 🤣
Przełożyła: Klaudia Szary
Z biblioteki
Przeczytałam 21 marca 2026 roku
Najnowsze nabytki
Trochę dużo się napatoczyło w tym tygodniu. W związku z tym należy teraz przejrzeć wcześniej przytargane książczydła i coś wynieść z powrotem, bo cienko się robi.
Wczoraj wreszcie skończyłam odkurzanie i katalogowanie w tzw. obecnie "gabinecie" (ongiś ha ha salonie) i teraz zabieram się za kuchnię (21 półek), po czym nastąpi KONIEC, wreszcie! No, ale miejsca mi nie przybyło, choć owszem, przy paru tytułach dopisałam szereg pytajników czyli żeby w przyszłości rozważyć ich wyprowadzkę.
Ta fińska Pułapka nic mi nie mówiła, ale skojarzyłam, że mam tak samo wydany kryminał Zamknięty pokój - i faktycznie też kryminał 😉 Na 1945 się cieszę, bo zakładam, że będzie ciekawe.
A potem trafiłam na tę Zdrową kuchnię domową i to był dobry nabytek, bo znalazłam zupę (o czym niżej) oraz jakieś mięsko, które planuję wykonać na Wielkanoc. Krall dość sfatygowana, ale cieszy, że jest. Gawędy o księgarzach też może będą fajne?
I na koniec trafiły się cztery Gardnery 😍
Tak że tydzień w knihobudce satysfakcjonujący. Wczoraj rano pan od warzyw wyszukał jakiś duży wór i pomógł mi zapakować do niego hałdę szmat, którą debile nanieśli do budki. Pomyślałam, że pójdę do spółdzielni porozmawiać, czy by nie można jakiegoś miejsca na osiedlu przysposobić na taki cel... ale wiem, jak to z nimi jest - trzeba im podać konkretny pomysł na tacy, to może się zastanowią... No a zdaję sobie sprawę, że zaraz by się tam zrobił śmietnik po prostu. Nierozwiązywalna kwestia, odkąd jest ta zakichana segregacja tekstyliów i zniknęły pojemniki PCK.
A teraz wracam do Zdrowej kuchni domowej, znalazłam tam zupę krem z marchwi, a że zaprosiłam na kolację eks-koleżankę z pracy z jej Rafałem, to postanowiłam zaeksperymentować. I powiem Wam, że polecam gorąco, naprawdę pyszna.
Na drugie zaplanowałam...
Pamiętacie ten przepis z postu sprzed tygodnia? Józefina pisała, że to bardzo popularny w Wielkiej Brytanii placek.
Wszystko kupiłam - i boczek i otrąbki (są w Lewiatanie po 2,19 zł, kto by przypuszczał) i twaróg.
Więc tak: Jolanta Glapińska, niech Cię... i Twoje otrąbki i twaróg też!
Co żem się namęczyła, żeby zlepić to ciasto do kupy, to wiem tylko ja. W końcu zaczęłam dodawać po łyżce zimnej wody i jakoś skleiłam.
Wyszedł taki chleb 🤣 Tu już nie było czasu na żadne zabawy, bo goście prawie ante portas, więc siup do piekarnika.
Na początku jeszcze grzecznie jedli razem z wałkiem, dobrze wychowani ludzie... tylko raczej było ciężko ten wałek nożem stołowym kroić, więc zapadła decyzja, że jak pizzę - wezmą do ręki 😁 Przy następnych kawałkach po prostu odkroiłam wałek od ciasta. I nie było to łatwe!
A dziś zjadłam na drugie śniadanie te pozostałe wałki, ostrożnie, starając się nie połamać zębów 🤣
Niech mi teraz ktoś mądry powie, o co w tym wszystkim biega. Właściwie jasne było od początku, że dwa jajka nie dadzą rady skleić 30 dag mąki, 10 dag otrąbków niech ich szlag latały po całej kuchni oraz 10 dag twarogu. Czy pani Glapińska pomyliła składniki z inną potrawą? Ale przecież w redakcji musieli to ciasto upiec, żeby zrobić zdjęcie! I wyszło im razem z tymi otrąbkami???
No nic, czasem słońce, czasem deszcz. Nie mam pojęcia, co będę jutro robić na obiad, ale na pewno nie będzie to żaden eksperyment.













Ciekawe, kto cię wpuścił w ten koreański kanał :D Nie pamiętam, bym entuzjastycznie zachwalał panią Shim, chociaż żeby to było takie nieczytalne jak sugerujesz, to nie nie powiem. Całkiem miło wspominam spotkanie z tytułem.
OdpowiedzUsuńU mnie miasto się poddało i rozstawiło z powrotem kontenery na ubrania, takie w typie tych poprzednich PCK. Bo przez moment był pomysł, że co jakiś czas, raz na kilka miesięcy odbierać w konkretnych miejscach worki ze szmatami, ale to się chyba w ogóle nie sprawdziło. Ludzie przywykli do tego co było wcześniej i nikt już nie chciał gromadzić szmat tylko wywalał do najbliższego wolnego kubła.
Ciasto wygląda apetycznie, ale może za suche?
OdpowiedzUsuńJak to zniknęły pojemniki PCK? U nas stoją nadal...a obok inne jeszcze.
Tym razem nabytki prima!
Nie będę tu wskazywać palcem, kto ją zarekomendował jako czytalną, ale nie dam się więcej nabrać.
OdpowiedzUsuńWnoszę, że źródłem rekomendacji tej książki nie była notka reklamowa na okładce (tzw. „blurb”), lecz konkretna osoba. Cóż — jestem przekonany, że wiele książek, które sam pochłonąłem jednym tchem i które gorąco bym polecał, na innych nie zrobiłoby żadnego wrażenia.
Ogólnie czytam owe „blurby” i w ponad 90% przypadków nie zawiodłem się na nich — z tym że wiem, na co zwracać uwagę. Przede wszystkim pozytywne recenzje w bardzo znanych, poważanych i renomowanych gazetach czy magazynach (np. The Wall Street Journal, The Economist, The New York Times, The Globe and Mail) są zazwyczaj wiarygodne. Natomiast gdy widzę rekomendacje podpisane przez kompletnie nieznane osoby lub publikacje, od razu pojawia się duży znak zapytania. Zresztą bywały przypadki, że tacy recenzenci w ogóle nie istnieli — a jeśli nawet istnieli, to po prostu zapłacono im za możliwość wykorzystania ich nazwiska. Wiele lat temu ktoś zasugerował, abym przeczytał jego książkę i napisał recenzję. Odmówiłem, wykręcając się i brakiem czasu, i brakiem zainteresowania w temacie książki.
Jednak nawet najlepsze pozycje — powszechnie uznawane za bardzo dobre — potrafią czasem rozczarować. Dla przykładu:
• The Passage (Przejście) Justina Cronina — książka była szeroko chwalona i stała się bestsellerem, a poza tym lubię tego typu literaturę. Przeczytałem jednak około 200 stron, wciąż licząc, że mnie wciągnie — niestety tak się nie stało i ostatecznie ją odłożyłem.
• Doctor Sleep (Doktor Sen) Stephena Kinga — ze względu na bardzo dobre recenzje oraz fakt, że The Shining (Lśnienie) czytałem z zapartym tchem i oglądałem jego 2 ekranizacje, byłem przekonany, że i tę książkę pochłonę jednym tchem. Niestety, nie jestem nawet pewien, czy dotarłem do pięćdziesiątej strony.
Dodam jeszcze, że często kieruję się również recenzjami i ocenami („ratings”) na stronach takich jak Goodreads czy Lubimy Czytać.
A propos używanych ubrań i innych rzeczy, to o stokroć wolę je oddawać do sklepów z używanymi rzeczami, prowadzonymi przez organizacje charytatywne, niż do kontenerów na ubrania (i jak pisałem, tego rodzaju punktów jest 5 w okolicy, na tym samym skrzyżowaniu). Zresztą nawet nie wiem, czy pojemniki nadal są koło mnie, bo były z nimi problemy: często ludzi wyrzucają do nich po prostu śmieci i niepotrzebne, kompletnie zniszczone rzeczy, jak też był wypadek śmiertelny—jakaś bezdomna osoba do takiego kontenera weszła, zaklinowała się… i koniec.
A co do gotowania… to jednak jestem zwolennikiem filmów na YouTube!
"Mordercza pani Shim"
OdpowiedzUsuńAle fragment nawet ciekawy jest
O, "Sześć odcieni bieli" to pozycja godna pozazdroszczenia!
OdpowiedzUsuńBrytyjska kuchnia jest mi obca i żywię do niej zapośredniczoną niechęć. Twoja historia jak ulał pasuje mi do tej układanki:
OdpowiedzUsuń1. Koleżanka opisywała jak to pracując w hotelu na angielskiej prowincji musiała podawać na śniadanie smażone kiełbaski pływające w tłuszczu (fuj!).
2. Jedzenie chipsów z octem wydaje mi się czymś absolutnie obrzydliwym.
3. Wszystkie przepisy ciast świątecznych z Wielkiej Brytanii, jakie miałem w rękach charakteryzowały się gigantycznymi ilościami cukru jako składnika. Gdyby trzymać się tych zaleceń to spokojnie można po kilku razach dostać jednocześnie cukrzycy i galopującej próchnicy ;-).
Jedynie kuchnia z byłych kolonii ratuje honor brytyjskiej cusine. Indyjskie potrawy przywiezione przez tambylców na wyspy są ciekawe i smaczne. Korzystając z podpowiedzi koleżanek z pracy (które kilka lat mieszkały w Zjednoczonym Królestwie) zacząłem robić curry. Dobre!
Pozdrawiam - Nieryba
Uwielbiam wałki wszelakie i jakby co to lądują na moim talerzu.
OdpowiedzUsuńja tam nie wiem czy pomyliła ale miałam taka dietetyczkę, która mi rozpisywała dietę i takie były dania, że nie wychodziły ...no nie było opcji, zapytałam czy sama to robiła/ odpowiedziała, że owszem NIE. no to jak mogła widzieć, że kotlety wegańskie, które proponowała się za cholerę nie skleją....
Też się wciąż i wciąż daję naciąć na aktualne bestsellery, eh. "Humor cięty jak brzytwa", to nie mogło być dobre🤣
OdpowiedzUsuńNabytki fajne, Krall chętnie bym wzięła, bo chyba żadnej nie mam na własność. Grzebałkowska mi się nie podobała, pisane pod tezę (nIeMcy bIeDni i gOspoDaRni, PoLaCy kRWioŻErczY i pRYmiTywni, dajciemiNike) i pretensjonalnym stylem. Beksińscy byli dużo lepsi (choć aż takie grzebanie w prywatności jest dla mnie jako czytelniczki niekomfortowe), ale jednak nie przepadam za jej manierą pisania i boję się wypożyczyć Konopnicką. Ta na bank będzie LeSBijkĄ🤡 a - nomen omen - grzebanie będzie bez pardonu...
Gawędy o księgarzach, Pułapka i Poczciwi wiejscy ludzie - brałabym. Rejs na pewno bym przejrzała, a nuż ciekawy?
U mnie na szczęście wciąż są te pojemniki na szmaty PCK i legenda głosi, że bywa też mobilny PSZOK.
Kolejny raz zazdroszczę poziomu książek w Twojej knihobudce. U mnie albo trafiam na już przebrane, albo ludek pobożny a prymitywny, a najpewniej jedno i drugie. Dobrze, że jest to Schronisko Książek.
Nieryba: ad 1.Mnie szokowały brytyjskie śniadania na (eksbrytyjskiej) Malcie i brytyjskie staruszki wpier... z wielkim apetytem na śniadanie przy 27 stopniach te ohydne fasole w pomidorowym sosie i kiełbaski. Miałam wtedy około trzydziestki, strusi żołądek i zdrowy apetyt, a nie dałabym rady tego zjeść, zwłaszcza o tej porze i w upale. Na szczęście były też jakieś sery i müsli dla nas, nie-Brytyjczyków.
Ad.3. Oj to prawda, nawet polska bardzo popularna blogerka mojewypieki.com (mieszkająca w GB) tym przesiąkła, chętnie korzystam z jej przepisów, ale cukru z automatu daję połowę lub 3/4. I z tego, co widzę w komentarzach, wiele osób tak robi. Nigelli przepisy, a bardzo lubiłam kobitkę i mam jej książki kucharskie, też tak przerabiałam.
Czytałam „Pułapkę”, mam nawet recenzję na blogu. :) Mnie się ten kryminał podobał, a jestem dość wybredna. Jest to kryminał starego typu, czyli autor nie opisywał życia prywatnego detektywa ani nie rozwijał wątków obyczajowych, tylko skupił się na intrydze kryminalnej. Zagadka kryminalna też jest niezła.
OdpowiedzUsuń