Dürrenmatta mam tylko Wizytę starszej pani, a musiałam ją czytać daaaawno temu, bo blog nie pokazuje. Chodzi mi jednak po głowie, że coś tam kiedyś jeszcze miałam w rękach, ale czy ja pamiętam. Usiłowałam teraz znaleźć na YT jakieś słuchowisko, ale bez rezultatu. Są sztuki teatralne... po niemiecku. Plus Wizyta starszej pani z Teatru TV z 2001 roku, z Jandą i Stuhrem. Chyba warto obejrzeć.
Groteska, satyra, komedia prozą. Skromny pomocnik buchaltera w dziale kleszczy porodowych, potomek Greków, który nigdy w Grecji nie był, człowiek z wytyczoną (przez samego siebie) sztywną hierarchią moralną, zostaje namówiony przez barmankę w lokalu, gdzie się stołuje (oczywiście nie pije alkoholu i nie je mięsa) - żeby dać ogłoszenie matrymonialne do gazety. Szuka Greczynki, bo chce z nią wyjechać na mityczny Peloponez. I oto zgłasza się i przychodzi na umówione spotkanie cud-kobieta, piękna i elegancko ubrana. Mało tego - z miejsca się w naszym Arnolfie Archilochosie zakochuje. Idą na spacer i nagle wszyscy mu się kłaniają. I jak mówię wszyscy, to mam na myśli wszystkich z jego hierarchii moralnej, i biskup i właściciel fabryki, w której pracuje i nawet sam prezydent. Archilochos nie łączy za bardzo wątków, a już pojąć nie może, dlaczego następnego dnia zostaje niewiarygodnie awansowany w pracy, dlaczego biskup mianuje go członkiem Światowej Rady Kościelnej, dlaczego dostaje na własność piękny pałacyk, w którym jego narzeczona (od razu podejmują decyzję o ślubie) pracowała jako pokojówka hm hm. Po tych wszystkich niesłychanych wydarzeniach następuje kulminacja czyli ślub i wtedy dopiero nasz Grek pojmuje i staje przed najtrudniejszym w swoim życiu wyborem.
Z jednej strony przezabawna opowieść, taka dla rozrywki wydawałoby się, z drugiej satyra na współczesne społeczeństwo, na hierarchie właśnie, na religię, na sztukę, na politykę i anarchię. Czego tam nie ma!
Początek:
Koniec:
Wyd. PIW Warszawa 1967, 149 stron
Seria z kolibrem
Tytuł oryginalny: Grieche sucht Griechin – Eine Prosakomödie
Przełożył: Roman Karst
Z własnej półki
Przeczytałam 22 stycznia 2026 roku
Powieść została sfilmowana w 1966 roku w NRD i jest na YT, ale to tylko dla bardzo zainteresowanych (brak jakichkolwiek napisów plus jakość VHS...).
Tymczasem w knihobudce pustki (na razie wzbogaciłam się o trzy książki i lepiej, żeby tak zostało). Sama trochę własnych wyniosłam i z naszykowanej dziś do sprawdzenia w katalogu półce widzę, że jeszcze coś ubędzie 😍 Do czego to doszło, żeby człowiek się cieszył, że będzie mniej książek w domu...
Za to ktoś przyniósł toaletkę.
Na drugi dzień rano już jej nie było, za to pojawiły się kolejne artefakty. Róziowy wózeczek dla lalek - że też ja nie mam wnuczki 🤣
Na zdjęciach widać, że czas już najwyższy wybrać się do budki z mokrymi chusteczkami. Ale mróz nie zachęca do zdejmowania rękawiczek.
Po dwóch dniach smogowej przerwy już nie mogłam wytrzymać bez kroków, więc wznowiłam chodzenie (i siłkę). Ograniczam się do bliskiej okolicy, w tym takiego osiedla domków jednorodzinnych (szeregowych, atrialnych). I tam wędrując snuję następujące marzenie: żeby odwiedzić ich mieszkańców w celach wywiadowczych i wyprodukować książkę o tym, jak to było, że powstała ta jakaś spółdzielnia, co z tą aferą (mało nie doszło do katastrofy budowlanej), jak się tam żyło kiedyś, a jak dziś, jak się zmieniają właściciele, czy mają jakieś życie sąsiedzkie... no tak reportażowo-wspomnieniowo. Masa roboty i kto by to wydał, chyba tylko prywatnie i liczyć, że wszyscy z tego osiedla sobie książkę kupią 😁 Ponieważ lubię tracić czas na bzdury, już nawet zaczęłam się zastanawiać nad wstępnym kwestionariuszem, rozmaite pytania takie same dla wszystkich plus potem rozwijanie tematów, które się wyłonią. I szperanie w archiwach za artykułami z czasów budowy i za mieszkańcami takimi bardziej znanymi. To wszystko by było FASCYNUJĄCE!
Dobra, tośmy sobie pomarzyli, a teraz zabierajmy się za prozę życia czyli tę półkę do przejrzenia i skatalogowania. Drugi realny plan na dzisiaj to obejrzenie rumuńskiego filmu UWAGA! z angielskimi napisami! Będzie się działo (chyba, że po pięciu minutach zdesperowana wyłączę) 😂
Apdejt z katalogowania
Zyskane 9 cm na półce (nie muszę chyba dodawać, że natychmiast zagospodarowane). Włoskie nie będą mi już potrzebne, a do angielskiego mam milion innych (nowszych) podręczników 😉







Ajajaj rumuński z angielskimi, szalejesz kobieto😅 Dürrenmatt brzmi bardzo zachęcająco, już go dałam na półkę (w wypożyczalni obcojęzycznej).
OdpowiedzUsuńRóziowy wózeczek uszczęsliwi małą dziewczynkę, pamiętam co to się działo na punkcie tego koloru (zwanego przez moje słabo mówiące i sepleniące dziecko dla ułatwienia PINK). Jest w dobrym stanie i niebrzydki.
Ja wczoraj zwiozlam comiesięczny łup ze Schroniska, bardzom zadowolona, bo i dwie Nałkowskie i "najpiękniejsze opowiadania" Iwaszkiewicza, Allende, Marquez, Breza (na fali dzienników Nałki, bo sie blisko kumplowali i mi się przypomniał), jakieś obiecujące varsavianum, no cuda różne, ledwo doniosłam dwie siaty. Od razu mi się humor poprawił, bo dodatkowo był bardzo ładny dzionek (dziś już ponuro). Niestety pojawiają się objawy dobrze Ci znanego BRAKU MIEJSCA, ale tym będę się martwić za jakieś pół roku (wtedy to tego miejsca naprawdę zabraknie i trzeba będzie WYNOSIĆ 😭).
Pomysł na reportaż fajny, może by zainteresował jakieś wydawnictwo cracovianistyczne?
No, wreszcie działają odpowiedzi na komentarze :)
UsuńWózeczek już został zaopiekowany. On by się nawet nadawał na podstawkę pod kwiatka dużego czy kilka mniejszych...
Dwie siaty??? Łał. Tak to chyba dawno nie miałam (jeśli w ogóle) 😂 Z drugiej strony, jeśli to raz na miesiąc, to insza inszość. A co Brezy, ciekawa jestem?
U mnie - mam wrażenie w ostatnich dniach - jest to powolne wychodzenie na prostą, w kwestii miejsca. Jak ktoś nie rzuci do budki cymesów to może MOŻE uda się wszystko upchać, oczywiście gdzie w drugich rzędach.
Wydawnictwo cracovianistyczne? Ponieważ mam porównanie z Pragą to widzę, że u nas z tym cienko. Mówię tu o takich małych monografiach dzielnicowych. W Pradze najdziesz tego multum. Tutaj zazwyczaj jak się coś pojawia to jakimiś dziwnymi nakładami, zdaje się, że autorzy wtedy kombinują alpejsko... Zdjęłam z półki dla przykładu "Zakrzówek moja dzielnica". Copyright by autor. W stopce pojawia się "Wydawnictwo i Drukarnia Towarzystwo Słowaków w Polsce". Na ich stronie widzę PARĘ krakowskich tytułów, konkretnie właśnie DWA. Firmują to, ale pewnie autor płaci.
To jest o tyle fajne, że wybierasz z listy, cała sztuka w tym, żeby zdążyć przed innymi😂 ale ja na ogół dostaję co chcę, bo chcę niemodne starocie. Dla mnie to super sprawa, bo niestety nie znam dbrrych knihobudek z książkami w moim guście, rzadko coś fajnego trafię. Dawniej byłam zdana na Allegro, jesli coś chciałam na własność albo nie było w bibliitece, a mi zależało, ale teraz wysyłka tyle kosztuje, że rzadko tam kupuję. A tu za 4.40 (bilet na 75 minut) mam dwie siaty.
UsuńBrezy "Spiżowa brama".
"Spiżową bramę" nie pamiętam, czy w końcu przeczytałam, "Urząd" na pewno. Ciekawe, kiedy się zamierzę na "Nelly", specjalnie przywiezioną z Dżendżejowa.
UsuńNo właśnie, z tymi przesyłkami z Allegro... książki nieraz po złotówce, ale co z tego...
Małgosiu, pomysł na książkę fajny. Zacznij, a jak skończysz to się będziesz martwić o resztę. Zawsze możesz puszczać na blogu, jak ja moje dyrdymałki, bo nie mam siły brać się za bary z wydawaniem. Raz to przeżyłam i już mi się nie chce. Uściski i serdeczności cały wagon 😘❤️
OdpowiedzUsuńNie, nie ma sensu zaczynać nie mając żadnych szans na wydanie. To już nie chodzi tylko o moją pracę, ale o rozbudzone nadzieje w ludziach tamtejszych, którym bym naopowiadała o książce, a spełzłoby na niczym. Wyszłabym na oszustkę, która się wtryniała do cudzych domów pod jakimś zmyślonym pretekstem.
UsuńNie, nie ma sensu zaczynać nie mając żadnych szans na wydanie.
UsuńTematem wydania książek zbytnio się nie interesowałem, ale z tego co wiem, obecnie można praktycznie albo wydać książkę e-book w 100% samemu, albo przez pewne strony internetowe, które pobierają pewną skromną komisję, ale zapewniają marketing i sprzedaż. W każdym razie czytałem o pisarzach, którzy zdecydowali się na wydanie książek samemu i okazało się to absolutnie świetną decyzję z punku finansowego—a co najważniejsze, większość dochodów trafiła do ich kieszeni, a nie na koszty druku, dystrybucji i oczywiście wydawcy.
Albo papierowa albo wcale! Stare baby są uparte 😂
UsuńEh, tak bardzo uparty to nie byłbym. Poza tym wiele drukarni ogłasza się, że wydrukują książkę. Nie wiem, jakie są koszty, ale chyba nie astronomiczne. Ja swoje blogi bardzo często dawałem do druku do drukarni, na lepszym papierze, w kolorze. Cena znacznie szła w dół, gdy drukowany nakład się zwiększał. One wyglądały bardziej jak skrypty, rozmiaru kartki papieru i oprawione za pomocą "spiral binding".
UsuńRozumiem. Jednak gdybym miała podejmować taki gigantyczny wysiłek (i zawracać ludziom głowę), to musiałaby powstać PRAWDZIWA książka. W miarę możności w twardej oprawie w dodatku. Wstępnie się mogę podowiadywać, jakie koszty plus minus, ale myślę, że mogłabym się za sprawę zabrać dopiero, gdy już z tych czy innych powodów nie będę mogła jeździć do Pragi.
UsuńFriedrich Dürrenmatt: muszę przyznać, że nazwisko to niewiele mi mówi — być może dlatego, że teatr nigdy nie był w kręgu moich szczególnych zainteresowań. Doskonale natomiast pamiętam z Polski sztukę Wizyta Starszej Pani, a właściwie sam jej tytuł. Najpewniej była wielokrotnie wystawiana i po prostu zapadła mi w pamięć, choć samego spektaklu nie widziałem.
OdpowiedzUsuńJeśli chodzi o kino rumuńskie, jedynym filmem, jaki kiedykolwiek obejrzałem, był The Death of Mr. Lazarescu (Moartea domnului Lăzărescu). To było dawno temu i — szczerze mówiąc — nie pamiętam, by wywarł na mnie szczególnie silne wrażenie, choć wiem, że wielu uważa go za wyjątkowe dzieło .
Kiedyś wspominałem tu książkę Arkadego Lvova The Courtyard, która w niezwykle drobiazgowy sposób opisuje codzienne życie zwykłych mieszkańców jednej kamienicy w Odessie w czasach Józefa Stalina. Moim zdaniem to bardzo interesująca lektura, zwłaszcza dla osób znających realia Związku Sowieckiego lub ciekawych, jak wyglądała „zwyczajna” egzystencja w epoce stalinowskiej. Dlatego pomysł napisania książki o mieszkańcach jednego budynku uważam za wyjątkowo wdzięczny temat — daje ogromne możliwości obserwacyjne i narracyjne.
W czasach PRL-u czytałem w gazecie — bodajże w Kulisach — obszerny reportaż o lokatorach przedwojennej kamienicy na warszawskiej Pradze, zamieszkanej przez dość zdegenerowane towarzystwo. Tekst był niezwykle sugestywny, skoro pamiętam go do dziś. Wydaje mi się, że „za moich czasów” największą barierą przy pisaniu podobnych reportaży był sam dostęp do takich środowisk: wielu mieszkańców tych domów stanowiło element na tyle zdeprawowany i nieufny, że obcy po prostu bali się tam wchodzić. Często były to budynki zrujnowane jeszcze od wojny, żyjące własnym, mrocznym rytmem.
Agata (piszę tutaj, bo „Odpowiedz” wciąż nie działa): jestem ciekaw, co sądzisz o Allende i Márquezie. Allende uchodzi za bardzo płodną pisarkę, choć przyznam, że nie mam w swojej bibliotece żadnej jej książki. Márqueza posiadam — Sto lat samotności czeka u mnie na półce, ale jeszcze nie doczekało się lektury. Z Brezy czytałem Urząd oraz Spiżową Bramę; był to bez wątpienia świetny pisarz, choć wyraźnie lewicowy i — co tu dużo mówić — funkcjonujący na usługach ówczesnej władzy. A o Márquezie natknąłem się kiedyś na bardzo ciekawą historię — być może przytoczę ją następnym razem.
O, to Ci dziękuję za tego pana Lazarescu, bo coś mi się wydaje, że go obejrzę, jest nawet z polskimi napisami, hura 😁😁
UsuńWstrząsającym filmem rumuńskim - o aborcji i sytuacji kobiet za reżimu - był "4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni".
U nas ten Lvov nie był wydany, szkoda, bo brzmi bardzo interesująco. Ja z kolei mam w pamięci pewien film radziecki opowiadający o mieszkańcach komunałki, ale w Moskwie. W latach 50-tych. Nazywa się "Pokrowskije worota", uwielbiam go.
Warszawska Praga się zmienia oczywiście, bo zrobiła się modna (na ile ja wiem), ale takie kamienice z lumpenproletariatem można znaleźć do tej pory. To już będzie lepiej wiedzieć Agata.
Jacku (też zauważyłam, że czasem odpowiedź nie działa, innym razem muszę sie dopisać pod kogoś wypowiedzią, bo nie mogę napisać samodzielnego komentarza [myślałam, że to z braku logowania]) - dopiero przeniosłam te książki. Marqueza właśnie "Sto lat...". Wydaje mi się, że je czytałam, bo jak byłam na przełomie podstawówki i liceum panowal istny szał na literaturę iberoamerykańską, ale że mam pamięć jak nasza Małgosia😆, to nie pamiętam. Allende czytałam tylko "Dom duchów" i mi się podobał, niestety też na tyle dawno, że zlewa się w mojej pamięci z filmem "Dom dusz" (taki był polski tutuł), który nie wiem na ile był wierną ekranizacją. Wczoraj zdobyłam "Japońskiego kochanka", to dość nowa jej powieść, z 2016 toku. "Urząd" Brezy był moją lekturą w liceum, teraz wzięłam "Spiżową bramę".
UsuńŻe tu wlezę między wódkę a zakąskę:
Usuń"ale że mam pamięć jak nasza Małgosia"
🤣🤣🤣
Hehe, mam nadzieje, ze Cię nie uraziłam, ale jesteś jedyną osobą, jaką znam (wirtualnie), która nie pamięta treści książek po kilku latach jak ja. To pocieszające🤣
UsuńNo coś Ty, jakie uraziłam 😂 Prawda jaka jest każdy widzi 🤣
UsuńMnie również pociesza Twój brak pamięci!
Małgosia: Na początku obecnego stulecia, gdy jeszcze przed jakiś czas miałem telewizję, oglądałem niezwykły film dokumentalny o bezdomnych dzieciach mieszkających na stacji metra Piața Victoriei w Bukareszcie, Children Underground. Film był mianowany do Oscara. Absolutnie warty obejrzenia—unikalny. Można też dowiedzieć się z Internetu o dalszych losach tych dzieci.
UsuńCzytałem, że Arkady Lvov miał w planie napisać dalszy ciąg swojej powieści, ale prawie na pewno nie napisał—może dlatego, że The Courtyard nie stał się żadnym bestsellerem, przynajmniej za granicą. Rzeczywiście, dla osób nie interesujących się Związkiem Sowieckim jego książka może wydawać się raczej nudna i nie będą w stanie wyłapać różnych niuansów. Szczerze mówiąc, z chęcią przeczytałbym ją ponownie, chociaż wątpię, czy się na nią ponownie natknę w antykwariatach, chyba było tylko jedno wydanie.
Znalazłem artykuł z The New York Times, Writing Without Roots (Pisanie bez korzeni) autorstwa Seth Mydans z 23 września 1984 roku na temat pisarzy rosyjskich/radzieckich, mieszkających na emigracji w Nowym Jorku. Jest też w nim sekcja o Arkadym Lvovie (on wyemigrował w 1976 roku), którą poniżej zamieszcza w tłumaczeniu na polski:
Arkady Lvov, autor liczącej 800 stron powieści komicznej pt. The Courtyard (która nie została jeszcze przetłumaczona na język angielski), przytacza zdanie, które — jak twierdzi — zapamiętał z amerykańskiego filmu z 1966 roku The Russians Are Coming, The Russians Are Coming: „W Rosji przynajmniej KGB czyta moje pisma. Tutaj nikt mnie nie czyta”. W istocie, odkąd przyjechał do Stanów Zjednoczonych w 1976 roku, 56-letni pan Lvov opublikował około 250 stron prozy w różnych amerykańskich czasopismach — od magazynów kryminalnych po „Commentary”. The Courtyard ukazało się we Francji i spotkało się z uznaniem krytyków oraz doczekało się drugiego wydania. Autor wciąż jednak odczuwa rozgoryczenie po propozycji amerykańskiego wydawcy, który zgodził się opublikować książkę pod warunkiem skrócenia jej o połowę, aby dostosować ją do wymogów marketingowych. Zamiast tego planuje napisać kolejną, 800-stronicową część i — jak mówi — „wierzę, że mój czas nadejdzie”.
Pan Lvov szybko zadomowił się w języku angielskim. Mówi, że dolny Manhattan, gdzie obecnie mieszka w mieszkaniu na 23. piętrze z widokiem na mosty Brookliński i Manhattański oraz World Trade Center, przypomina mu jego dzieciństwo w Odessie, która była wówczas głośnym, silnie żydowskim miastem. Amerykańscy wydawcy przypominają mu natomiast nieco rosyjskich cenzorów. „W Rosji po prostu by cię wsadzili do więzienia” — mówi. „Tam jest cenzura polityczna. Tutaj jest cenzura komercyjna”.
Pan Lvov twierdzi, że lubi Nowy Jork — „raj wszystkich najbardziej atrakcyjnych cech piekła” — i zaczyna odczuwać „rywalizację między moimi różnymi pragnieniami opisywania mojego poprzedniego życia i opisywania mojego obecnego życia”. The Courtyard było analizą podwórza kamienicy w Odessie i — jak mówi — miarą jego adaptacji jest to, że z niecierpliwością czeka na rozpoczęcie nowej powieści o życiu w budynku, w którym obecnie mieszka, która byłaby paralelą do poprzedniego dzieła. Tutaj — jak mówi — znajduje „innych bohaterów, inny system społeczny, inny sposób życia. Ale psychologicznie są oni bardzo bliscy. Szczerze mówiąc” — dodaje — „doszedłem do pewnych smutnych wniosków na temat ludzi. Powiedziałbym, że nie darzę ich zbyt wielkim szacunkiem. Obawiam się, że także tutaj są oni, do pewnego stopnia, konformistami”.
Agata: O Domu Duchów (The House of the Spirits) słyszałem i widziałem tę pozycję w antykwariacie, ale jako że unikam noweli non-fiction, nie kupiłem jej. Oczywiście, niektóre są wspaniałe, jak np. Filary Ziemi Folleta, przeczytałem dwukrotnie i niebawem zabiorę się na następną część.
UsuńBodajże w ostatniej klasie ogólniaka Urząd Berezy też stanowił lekturę i nauczycielka wiązała temat tej książki z alienacją i biurokracją, jednakże podkreślała, że autor nie miał zamiaru ośmieszyć administracji watykańskiej, która po prostu stała się przykładem poruszanego przez niego tematu. Była to lektura, która rzeczywiście mnie zainteresowała i dlatego przeczytałem Spiżową Bramę.
Ten film o rumuńskich dzieciach jest na YT z angielskimi napisami: https://www.youtube.com/watch?v=HDiIrdzFGCY
UsuńA mnie on przypomniał inny dokument, o dzieciach z któregoś moskiewskiego dworca. Zdaje się nakręcony przez Polkę? "Dzieci z Leningradzkiego". Jest tu: https://www.youtube.com/watch?v=49iT9wRVV9g
Dziękuję, zobaczę, często filmy dokumentalne bardziej wciągają, niż najlepsze fabularne.
Usuń"Ten film o rumuńskich dzieciach jest na YT z angielskimi napisami".
Pamiętaj, że napisy można przestawić na język polski-spróbowałem w tym filmie rumuńskim i działają.
"Pamiętaj, że napisy można przestawić na język polski-spróbowałem w tym filmie rumuńskim i działają." - gdzie, co , jak?
UsuńSądzę, że większość filmów na YouTube posiada automatycznie generowane napisy (auto-generated closed captions). Aby je zobaczyć, należy kliknąć ikonę „Subtitles / Closed Captions” (CC). Domyślnie napisy wyświetlane są zazwyczaj w języku, w którym prowadzona jest narracja w filmie.
UsuńYouTube umożliwia jednak automatyczne tłumaczenie napisów na wiele innych języków, w tym także na język polski. Ta funkcja działała nawet w przypadku moich skromnych filmów — zarówno tych z narracją nagraną przeze mnie, jak i tych, w których narracja była generowana przez AI. Mimo że narracja była w języku angielskim (lub innym), napisy można było bez problemu ustawić po polsku.
Jak to zrobić krok po kroku:
• Otwórz film na YouTube.
• Kliknij ikonę CC, aby włączyć napisy.
• Następnie kliknij ikonę ustawień — trybik (koło zębate).
• W menu wybierz Subtitles / CC; obok będzie podany aktualnie ustawiony język (np. Romanian – auto-generated).
• Po kliknięciu zobaczysz kilka opcji: OFF, Romanian (auto-generated) oraz Auto-translate.
• Kliknij Auto-translate.
• Pojawi się długa lista języków, od Abkhazian do Zulu — przewiń ją w dół, aż znajdziesz Polish.
• Kliknij Polish.
W tym momencie napisy zostaną automatycznie przetłumaczone na język polski. Jeśli ponownie wejdziesz w ustawienia, przy opcji napisów zobaczysz informację w stylu: Romanian (auto-generated) » Polish, co oznacza, że włączone jest automatyczne tłumaczenie z języka rumuńskiego na polski.
I to wszystko — działa to zaskakująco dobrze 🙂
W ten deseń 😁 Wypróbuję!
UsuńBym kiedyś chętnie przeczytał tego Dürrenmatta.
OdpowiedzUsuńToaletka - może ktoś cię wyręczył i wyniósł to plastikowe badziewie na śmietnik?
Może się w niedzielę przejdę na dworzec. Dawno nie byłem i nie sprawdzałem, czy książki nadal się pojawiają na parapecie.
Nie znasz się na tym, co kochają małe dziewczynki 😁
UsuńI oczywiście byłoby sto razy lepiej, gdyby im rodzice kupowali takie mebelki drewniane... ale jak myślisz, co jest przyczyną zwycięstwa plastiku?...
U nas chyba na dworcu nic nie ma w tym zakresie. Nigdy nie widziałam w każdym razie. Pozostają mi trzy stacje praskie, o których wiem 🤣
Na razie myślę odłożyć Greka gdzieś u siebie. Ale zastanowię się, jak by tu o Tobie pamiętać, gdybym zechciała go wydać.
Ja ostatnio oglądam na YouTube filmiki z serii Domokrazcy w większości w Poznaniu, ale właśnie wywiady z mieszkańcami, może zamiast książki video.
OdpowiedzUsuńZerknę sobie na to.
UsuńNatomiast jeśli chodzi o mnie, to nie. I ja czuję się bardzo nieswojo przed kamerą i większość ludzi tak ma.
To krzesełko przygarnęłabym, ale za daleko mam ;-)
OdpowiedzUsuńJa się zastanawiam jak tu spisać wspomnienia z tylu lat pracy, ale nie wiem czy wszystko chcę pamiętać...
No, ja tu o Tobie myślę, a' propos tego stolika pod kwiatka, co kiedyś kiedyś mówiłaś, że Ci się podoba. Być może - po remoncie i roszadach meblowych - stwierdzę, że mi tylko zawadza i do niczego nie pasuje 🤣 Tak że wtedy planujcie wycieczkę do Krakowa 🤣
UsuńChcesz je spisać dla siebie czy wydać? Tak czy siak, jeśli masz taki plan, to długo nie zwlekaj, bo pozapominasz. Myślę, że WSZYSTKO warto pamiętać i co dobre i co złe. Samo życie przecież.
Na YT jest wersja włoska "La visita della vecchia signora". Ja sobie właśnie znalazłam tę z Jandą i Stuhrem 🙂
OdpowiedzUsuńZnajdziemy czas na obejrzenie? Oto jest pytanie 😉
UsuńFajne te ogłoszenia matrymonialne z okładki: "Pan szuka pani z mieszkaniem". ;-) Małgosiu, a czy znasz jakieś filmy o komunałkach po polsku / z polskimi napisami?
OdpowiedzUsuńpozdrawiam,
Józefina
Usiłuję sobie przypomnieć, ale chyba nie :( Te "Pokrowskije worota" nie wiem, czy gdzieś są dostępne napisy... Natomiast po polsku jest "Moskwa nie wierzy łzom", gdzie co prawda w pierwszej części bohaterki nie mieszkają w komunałce, tylko w obszczeżitii czyli hotelu robotniczym/akademiku, ale oddaje to też pewien klimat. A w drugiej części, podczas poszukiwań Goszy, trafiamy do jego pokoju w komunałce, no ale to tylko fragment.
UsuńKomunałki bardzo mi się z Leningradem/Petersburgiem kojarzą, ale to głównie z rosyjskiego YT.
U Niziurskiego były komunałki (pan Surma😂). U Ożogowskiej też (pani z Pimpusiem🦮). Pewnie są ekranizacje
UsuńJak to? Pan Surma nie był po prostu wynajmującym lokatorem? Nie pamiętam...
UsuńZ drugiej strony - fakt, u nas też to było, dokwaterowywanie etc. Nie na taką skalę jak w ZSRR, na szczęście.
Oczywiście był serial z Markiem Piegusem.
UsuńA co do Ożogowskiej - wpisałam w wyszukiwarkę 'Ożogowska pani z PImpusiem' i co mi się zaraz wyświetliło? Własny post sprzed kilkunastu lat 🤣
Fragmenty książki F. Durrenmatta wyglądają bardzo atrakcyjnie, niestety za "moich czasów" mogłem tylko obejrzeć jego sztuki w teatrze, ale dobre i to.
OdpowiedzUsuńSpisanie relacji mieszkańców domu spółdzielni mieszkaniowej - świetny pomysł. Wydaje mi się, że obecnie wydanie książki nie jest takie trudne - zobacz - Kindle, Ridero.
Nie uznaję niepapierowych książek 😂 To jest coś nieistniejącego, bo nie można wziąć do ręki... Tylko klasyczna forma i to w takim wypadku wydana na dobrym papierze, z dobrą jakością zdjęć.
UsuńI jeszcze jedno: dzięki linkowi przypomniałaś mi "Motylem jestem czyli romans 40-latka", który właśnie obejrzałem. Od razu go sobie przypomniałem-ba, nawet pamiętałem, co kto za chwilę powie-pomimo, że film oglądałem ostatnio jakieś 50 lat temu. "Czterdziestolatek" był niesamowitym serialem w ówczesnych czasach, szczególnie dla Warszawiaka, który na dodatek mieszkał stosunkowo blisko ulicy Pańskiej (na której mieszkał Karwowski). W jednym z odcinków grała dziewczyna z naszej klasy. Aż się nie chce wierzyć, że większość tych postaci już odeszła...
OdpowiedzUsuń