Opisane jako Level 1.
Historyjka podobna jak w Lisa Goes to London - bohaterka wygrywa bilet do Nowego Jorku i leci zwiedzać, z tym, że ma tam kuzynów, u których mieszka. George z poświęceniem oprowadza ją po Wielkim Jabłku, ale Amy nie ma, ponoć jest na uczelni. Tymczasem jakaś dziewczyna w różowym kapelutku zostawia Lisie wiadomości, wskazując, gdzie się ma z kolei udać.
Każdy z dziesięciu rozdziałów ma zestaw ćwiczeń.
Dodatkowo w książce jest wkładka z tłumaczeniem słówek na siedem języków, w tym na polski. No i płyta z nagraniem całego tekstu, tak że całkiem porządne wydawnictwo.
Wyd. mm publications 2009, 54 strony
Seria: TOP READERS
Z własnej półki
Przeczytałam 10 stycznia 2025 roku
Najnowsze nabytki
Czyli czeska paczka pięciokilowa. Jedno pragensie, coś tam z działu humor i satyra (tego nigdy za wiele), coś z czeskiej literatury pięknej, a reszta wiadomo - kryminały. A nie, przepraszam, jeszcze dwie filmowe, jedną nawet już czytam. Teraz sobie to bardzo ładnie wprowadzimy do katalogu, a potem... na półki, to dopiero będzie zabawa.
/109,18 zł z przesyłką/
/i umówmy się, że do majowej Pragi już sobie dajemy spokój/
Córka z knihobudki przyniosła to. W sumie nie wiem, co to jest, przypuszczam tylko, że budzik. Niestety nie działa, prawdopodobnie jest na paluszki, więc niby no problem, ale żeby się dostać do środka, należy użyć jakiegoś narzędzia do odśrubowania - nie chce mi się, więc wróci tam, skąd przyszedł 😂 Zresztą dynamitu do budzenia nie potrzebuję!
Ja natomiast wczoraj czułam, że powinnam zajrzeć do trzech budek na Grottgera. Przeczucie mnie nie myliło, bowiem znalazłam tam dwa słowniki: angielsko-angielski i hiszpańsko-hiszpański. Teraz mam zagwozdkę, bo osiołkowi w żłoby dano. Otóż ja już posiadam takie słowniki, tylko inne wydania. Jeśli chodzi o angielski mam 2-tomowego Hornby'ego (1981, po lewej), teraz znalazłam tego Longmana (1994, po prawej). Chciałam jedynie na podmiankę, ale ten Longman jest jakiś dziwny i nie wiem, o co kaman.
Hornby (poniżej) tłumaczy jak krowie na rowie.
A co robi Longman? Hm. Odsyła?
Teraz hiszpański. Mój stary po lewej, jeszcze ze studenckich czasów, kubańska wersja, 1985. Nowy po prawej jest z 1999.
Stary ma rysuneczki, co nie zaszkodzi 😉
Nowy ma z kolei gdzieś tam wkładki z kolorowymi tablicami, typu przekrój domu i nazwy wszystkiego.
Ja naprawdę nie chcę dublować tych słowników i chętnie zostałabym przy jednej sztuce (miejsce, głupcze!), ale nie wiem, na które się zdecydować. Nawet trudno się kierować podstawową zasadą ilości haseł, bo Hornby podaje, że zawiera 100 000 items, ale inne już nie.
OCZYWIŚCIE NIE WIADOMO, CZY KIEDYKOLWIEK DOTRĘ DO TAKIEGO POZIOMU ANGIELSKIEGO I HISZPAŃSKIEGO, ŻEBY SIĘ POSŁUGIWAĆ SŁOWNIKIEM JEDNOJĘZYCZNYM 🤣🤣🤣
To chyba jasne!
Urobek filmowy
- brytyjski Goodbye June (polski tytuł Żegnaj, June), 2005 obejrzałam online z polskimi napisami, bo to Netflix. June umiera na raka, gromadząc wokół siebie w ostatnie Boże Narodzenie skłóconą rodzinę, która odgrywa jasełka w szpitalu. Oczywiście happy end, bo siostry się pogodziły.
- francuski MIAŁ BYĆ online - napisane, że This Life of Mine czyli w oryginale Ma vie, ma guele (z Agnès Jaoui, którą bardzo lubię) - tymczasem pod tą etykietką ukrywał się film Jane Austen a gâché ma vie, 2024. Owszem, też francuski, ale flaki z olejem i ble ble ble. Tyle, że trochę muzyki a' la In the Mood for Love. Obejrzałam z rozpędu, no bo mówili (częściowo) po francusku, ale szkoda czasu i atłasu. Były polskie napisy. Nie pierwszy raz już się spotkałam z taką nieprzyjemną zamianą i nie wiem, o co w tym chodzi, czy ktoś ładując film się pomylił czy co. A o czym? O staropanieńskiej Agacie prowadzącej angielską księgarnię w Paryżu i próbującą swych sił w pisaniu - dostaje zaproszenie na pobyt rezydencjalny/twórczy w domu Jane Austen. A tam potomek pisarki wzbudzą jej natychmiastową antypatię. To już resztę wiecie.
- litewski Five and a Half Love Stories in an Apartment in Vilnius, 2023 (polski tytuł Pięć i pół historii miłosnych w mieszkaniu w Wilnie). Mieszkanie wynajmowane na Airbnb jest tłem (a może też bohaterem) historii kilku par z różnych krajów; jest też akcent polski. Wszystko łączy postać sprzątaczki. Obejrzane online z francuskimi napisami (innych oprócz angielskich nie było). 7 na 10.
- amerykański The Notebook z 2004 roku czyli Pamiętnik, obejrzany online z polskimi napisami (nr 1). Córka mi powiedziała, żebym sobie naszykowała rolkę papieru toaletowego na osuszanie łez, ale nie było chwili, powtarzam CHWILI, żebym coś uroniła. Chyba mnie nie wzruszają takie historie - popłuczyny po Wielkim Gatsbym i tyle. Dla mnie 5 na 10, nie więcej.
- radziecki Goniec z 1986 roku, obejrzany z polskimi napisami z niedawno nabytego dvd z serii Klasyka kina radzieckiego. I oto po pierwsze film zatytułowany jest na okładce Kurier, a gdy go zaczynamy oglądać widzimy napis Goniec - zresztą młodociany bohater zostaje właśnie gońcem w redakcji, nie kurierem przecież. Dalej na tejże okładce (i w środku również) jako reżyser występuje niejaki Arnold Ides (z błędem w dodatku, jako Ide) - który grał tu epizodyczną rolę gościa na przyjęciu. A film wyreżyserował (według własnej książki) Karen Szachnazarow. Tak że takie kwiatki. Dodam jeszcze, bo to drugi film z ostatniego zakupu, że wydawca nazywa to booklet, książka z filmem - w rzeczywistości książka składa się z kilku stron, gdzie główną rolę grają zdjęcia, a reszta to kilkanaście zdań w dwóch wersjach językowych. Ja nie wiem, jak można tak bezczelnie łgać. Mam sporo takich bookletów, ale zawsze tam jest kilkanaście stron i sylwetki twórców i ciekawostki z planu czy inne, a tu dosłownie NIC.
Sam film bardzo dobry, daję mu 8 na 10. Córka twierdzi, że oglądałyśmy go razem w 2022 roku - nie wiem, jak, przecież ona po rosyjsku by nie oglądała, a poza tym cokolwiek bym pamiętała chyba?
- estońska Lwica z 2024 roku. Oglądałam online z czeskimi napisami (do wyboru były jeszcze angielskie i francuskie; i niemieckie, jakby ktoś sobie życzył). 15-letnia Stefi sprawia kłopoty wychowawcze, wpadła w złe towarzystwo myśląc, że to jej prawdziwi przyjaciele, ma poza tym złe relacje z matką. I to matka właśnie nie widząc znikąd pomocy postanawia córkę porwać ze szpitala i więzić, aby ją odizolować od złych wpływów i próbować naprawić stosunki. Też 8 na 10.













Wow, na bogato!
OdpowiedzUsuńDziwny ten budzik, córka lubi takie gadżety?
Pogoda sprzyja czytaniu i oglądaniu:-)
jotka
Bardziej dla jaj go przyniosła 😂 Ja bym chętnie usłyszałam, jak on dynamitowo budzi, ale nie chce mi się grzebać, żeby dostać się do baterii.
UsuńSłowniki - zostaw i nie wydawaj żadnego. Z czasem zobaczysz, że słowniki jednojęzykowe to najlepsza zabawa (to moja opinia sprzed 4-5 lat). Albo zobaczysz, że nie używasz bo to nudne (to moja obecna opinia) i wydasz wszystkie cztery.
OdpowiedzUsuńCzy ty się uczyłaś kubańskiej odmiany hiszpańskiego???
Booklet+DVD
do DVD dołączano "książki" prawdopodobnie dlatego, że VAT był niższy i cena bardziej konkurencyjna.
Dobra, zostawiam angielski, bo jest jakiś inny i może rzeczywiście inspirujący. Hiszpański dam koleżanc ez pracy, która się uczy, niech się cieszy 😁
UsuńKubańskie wydanie kupiłam, bo takie było do nabycia w księgarni akurat. Za komuny jeszcze.
Sprawa bookletów wyjaśniona, dzięki!
Ależ ty masz przerób! :D
OdpowiedzUsuńJa bym coś obejrzał, ale sam nie wiem co, więc tylko śledzę odcinki "U Pana Boga w Królowym Moście", który mnie trzyma przy sobie chyba zadziwieniem z żenująco wręcz niskiego poziomu humoru.
No widzisz, staram się 😂
UsuńSerial - co kto lubi 🤣 Ostatnio jednak wolę filmy, choć chętnie bym wróciła do tych tam jakichś koni brytyjskich na drugi sezon.
Filmweb twierdzi, że obejrzałam w zeszłym roku 110 filmów i 8 seriali, ale nie zawsze tam weszłam, żeby ocenić. Nienawidzę Filmwebu, jest taki beznadziejny, również w wyszukiwaniu, a już znalezienie filmu radzieckiego to Sztuka.
Ja już całkiem porzuciłem Filmweb na rzecz IMDb.
UsuńRozsądne podejście...
UsuńCo robi Longman?
OdpowiedzUsuńStrona tytułowa podaje: Language Activator - uaktywniacz języka.
W założeniu ma pomóc użytkownikom w wybraniu właściwego słowa zależnie od okoliczności.
Patrząc na pierwszą stronę i otoczenie słowa ABOUT poczułem pewne pomieszanie.
No jest istotnie jakiś INNY 😁 Myślę, że na początek należy dobrze przestudiować instrukcję obsługi 🤣
UsuńCzeski jest przynajmniej oryginalny, ale dobrowolna nauka angielskiego nie mieści mi się w głowie. Widać mam za małą.
OdpowiedzUsuńNatomiast dynamit do budzenia bardzo by mi się przydał.
Ty zawsze rozbawisz, kobieto 😂
Usuń/dynamit już zabrany z budki, może kogoś budzi/
Jaaa? Ale czym...?
UsuńNormalnie czymkolwiek 🤣🤣🤣
UsuńOCZYWIŚCIE NIE WIADOMO, CZY KIEDYKOLWIEK DOTRĘ DO TAKIEGO POZIOMU ANGIELSKIEGO I HISZPAŃSKIEGO, ŻEBY POSŁUGIWAĆ SIĘ SŁOWNIKIEM JEDNOJĘZYCZNYM
OdpowiedzUsuńDla mnie zakup sporej wielkości słownika angielsko-angielskiego — bodajże Merriam-Webstera — miał miejsce kilka miesięcy po przyjeździe do Kanady. Bardzo często z niego korzystałem, choć bywało to momentami dość trudne. Pamiętam, że w półrocznej szkole językowej (6 poziomów, od podstawowego do najwyższego) nauczyciele już od 3–4 poziomu wymagali używania słowników angielsko-angielskich, choć dopuszczali też inne — zwykle jednak dopiero po skorzystaniu z tego pierwszego.
Słowniki typu Learner’s Dictionary również bardzo sobie ceniłem, głównie ze względu na liczne przykłady. One najlepiej pokazują nie tylko znaczenie danego słowa, ale też jego właściwe użycie w kontekście. Kiedyś kupiłem nawet książkę, która świetnie wyjaśniała często bardzo subtelne różnice między synonimami — a to dla osób uczących się języka bywa naprawdę sporym wyzwaniem.
Dziś właściwie wszystko jest dostępne online i rzadko sięgam po słowniki w formie papierowej.
Z drugiej strony — sprawdzanie nieznanego wyrazu w słowniku polskim też ma swoje zalety, szczególnie w przypadku pojęć bardziej abstrakcyjnych. Co ciekawe, nadal czasem tak właśnie robię.
Niedawno oglądałem radziecki film z 1989 roku Zerograd (Город Зеро). Być może był interesujący jak na tamte czasy i dla ówczesnej publiczności, ale na mnie nie zrobił większego wrażenia — pewnie nie potrafiłem wychwycić i docenić wszystkich niuansów. Myślę, że to trochę tak, jakby ktoś z zagranicy (albo z innej epoki) oglądał film Rejs. A poza tym nigdy nie lubiłem stylu radzieckich filmów.
Ten film Szachnazarowa, który obejrzałeś, jest mi nieznany, więc może sobie zapodam 😂 Co ciekawe, okazuje się, że go nie mam! A naiwnie myślałam, że jeśli chodzi o kino radzieckie, to mam prawie wszystko. Cóż, prawie robi właśnie różnicę. Na szczęście jest na YT.
UsuńOgólnie kina ichniego lat 80-tych nie lubię, ale zobaczymy. "Fantasmagoryczny"...
Mówi się, że nauka języka powinna bazować właśnie na tłumaczeniu w tymże języku, że nie powinno się (w głowie) przekładać na swój język. Tak do końca się z tym nie zgadzam, bo nie każdy niuans da się dobrze zrozumieć i jednak znaleźć dla niego odpowiednik.
Uczona byłam hiszpańskiego przez Hiszpana, czyli bez polskiego i była to droga przez mękę. Z całej grupy w Instytucie Cervantesa zostałam na koniec semestru ja i jeszcze jedna pani (chyba z sympatii do mnie, bo się zakumplowałysmy).
UsuńZresztą moje dzieci i też się tak uczyły języka rzucone do hiszpańskiej szkoły - u nich lepiej poszło, ale początkowo była rozpacz.
Tak do końca się z tym nie zgadzam, bo nie każdy niuans da się dobrze zrozumieć i jednak znaleźć dla niego odpowiednik.
UsuńZupełnie się z Tobą zgadzam! Tłumaczenie obcego wyrazu na język polski z pewnością pomaga i pozwala zrozumieć jego ogólne znaczenie — czasami bardzo dokładnie, a czasami jedynie w sposób przybliżony — ale zazwyczaj nie oddaje całej gamy jego „kolorystyki”, kontekstu kulturowego i emocjonalnego. Dlatego ja osobiście zazwyczaj nigdy nie starałem się tłumaczyć wyrazów czy zdań dosłownie na język polski, a raczej ograniczałem się do ogólnego zrozumienia ich znaczenia i funkcji w danym języku.
Szczególnie bezsensowne (a czasem wręcz komiczne) bywają próby tłumaczenia zwrotów idiomatycznych — choć, oczywiście, nie tylko ich. Jest to temat ciekawy, złożony i na tyle obszerny, że spokojnie można by na jego podstawie napisać długi artykuł, a nawet solidną pracę akademicką. Kiedyś miałem kolegę, który nieustannie nagabywał mnie o „polskie odpowiedniki” angielskich słów i zwrotów, kompletnie nie potrafiąc zaakceptować faktu, że powinien skupić się na ich znaczeniu w języku angielskim, a nie na mechanicznym przekładzie na polski.
Podam tylko dwa przykłady. Będąc w 2001 roku w Waszyngtonie, niedaleko pomnika Lincolna, jedna z uczestniczek wycieczki zaczęła nagrywać wideo i zapytała mnie, jak przetłumaczyć słynną inskrypcję znajdującą się na pomniku:
In this temple as in the hearts of the people for whom he saved the Union, the memory of Abraham Lincoln is enshrined forever.
Choć sens całego napisu rozumiałem w 100%, za diabła nie potrafiłem poradzić sobie z jednym słowem — enshrined. Po powrocie zajrzałem do słownika angielsko-polskiego i rzeczywiście: nie znalazłem jednoznacznego odpowiednika, a jedynie opisową definicję.
Drugi przykład pochodzi sprzed ponad 20 lat, kiedy toczyła się dość gorąca dyskusja, jak przetłumaczyć na język polski słowo portage, oznaczające przenoszenie kanu z jednego akwenu wodnego na drugi, zazwyczaj na plecach. Proponowano takie odpowiedniki jak „przenoska”, „transport” czy „przewóz” — które moim zdaniem kompletnie nie oddawały sensu tego pojęcia. Ja używałem spolszczonego słowa „portaż”, a purystom językowym tłumaczyłem, że angielskie portage zostało zapożyczone z języka francuskiego (porter), a ten z kolei wywodzi się z łacińskiego portare, czyli „nosić”. Na dodatek mogłem się podeprzeć faktem, że już Arkady Fiedler używał słowa „portaż” w swoich książkach — co zwykle kończyło dyskusję.
Z drugiej strony sądzę, że jeżeli ktoś jest zawodowym tłumaczem, to zapewne ma naturalną tendencję do „tłumaczenia wszystkiego w głowie”. To jednak nie jest już kwestia nauki języka, lecz wykonywanego zawodu i specyficznych nawyków z nim związanych.
Agata: Uważam, że na początkowym etapie nauki języka obcego nauczanie musi się odbywać przy użyciu języka zrozumiałego dla ucznia — chyba że mamy do czynienia z małym dzieckiem. Również wyjaśnianie niuansów gramatycznych w języku, którego ktoś dopiero się uczy, byłoby niezwykle trudne (a czasem wręcz niemożliwe). Osoby z Kanady wyjeżdżające np. do Azji, aby uczyć angielskiego, zazwyczaj pracowały albo z dziećmi, albo z dorosłymi, którzy już znali podstawy — bo nie były w stanie niczego wyjaśnić w ich rodzimych językach.
A tak zupełnie na marginesie — bardzo mnie ciekawi, skąd wzięło się u Ciebie zainteresowanie językiem hiszpańskim? I czy Ty lub Twoje dzieci nadal go znacie i używacie?
O ile dobrze pamiętam, Agata trochę mieszkała w Hiszpanii, czy tak?
UsuńZ tłumaczeniem idiomów w jedną czy drugą stronę to istnieją również ZAMIERZONE efekty komiczne. Klasyka najbardziej klasyczna to "thank you from the mountain" (z góry dziękuję) 🤣 Sporo jest takich 😁
Usuń„Thank you from the mountain” znam doskonale; jeden z pracowników, który rekrutował ludzi do pracy wymagającej znajomości angielskiego, widząc takie językowe „kwiatki”, zwykł ironicznie dopytywać: „from which mountain?” 😉
UsuńPrzypomniała mi się przy tej okazji pewna historia. Kiedyś zgłosiła się do mnie kobieta z prośbą o pomoc w napisaniu podania o pracę w domu opieki nad osobami starszymi. Twierdziła, że widziała ogłoszenie i — według jej rozumienia — chodziło o ogólną pomoc mieszkańcom. Zawsze staram się pisać takie dokumenty ściśle pod kątem konkretnego ogłoszenia i wymaganych kwalifikacji, ale tym razem nie miała go przy sobie.
Gdy przyniosła ogłoszenie następnym razem, byłem naprawdę zaskoczony. Dom opieki poszukiwał bowiem osoby do „Pastoral Care” — czyli kogoś zapewniającego wsparcie duszpasterskie, psychologiczne i duchowe (kolejny termin, który bardzo trudno jednoznacznie oddać po polsku). Oczywiście wymagane były konkretne kwalifikacje i doświadczenie, których ona kompletnie nie posiadała.
Najwyraźniej ktoś błędnie przetłumaczył jej znaczenie tej pozycji. Ponieważ placówka była „polska”, uznała, że poradzi sobie z podstawowym angielskim i że zakres obowiązków będzie raczej prosty i techniczny. To doskonały przykład na to, jak jedno nieprecyzyjne tłumaczenie może całkowicie zmienić sens — i oczekiwania — związane z ofertą pracy.
Ciekawe, czy słówko "pastoral" zostało pominięte jako nieistotne czy też odebrane w sensie, że tzreba z pensjonariuszem chodzić na spacery na łąkę 🤣
UsuńNie myślałem o tym, ale całkowicie możliwe. Tylko zapomniała, że podczas spacerów trzeba również im udzielać profesjonalne wsparcie duchowo-religijne!
Usuń🤣🤣🤣
UsuńZaczęłam "Goodbye June" bez zapoznania się z opisem o czym on i przestałam oglądać po pierwszych scenach kiedy zorientowałam się, że jakoś chyba nie mam ochoty na taką tematykę. Jakoś nie bardzo wchodzą mi filmy z rakiem w roli głównej. Bywa 🤷♀️
OdpowiedzUsuńCo do słowników, to lubię te papierowe, chociaż dziś wszystko w sieci można znaleźć. No i te językowe wyjaśniające znaczenie słowa, nie tylko przetłumaczające je, są świetne, bo przy okazji pojawiają się dodatkowe słowa nieznane i tak sobie można szukać w nieskończoność 🙂
Ja zaczęłam kilka miesięcy temu naukę włoskiego na duolingo 🫣 W sumie to trochę bez sensu, bo nie mam z tym krajem nic wspólnego, nawet wycieczki w planie, ale wciągnęło mnie na maksa na zasadzie świetnej zabawy, że głowa jeszcze zupełnie nie zardzewiała i ciągle zapamiętuje 😁
Tylko chyba jednak muszę sobie sprawić jakaś książkę do nauki w papierze, bo samo on-line trochę uciążliwe, bez porządnego wytłumaczenia gramatyki.
Zaglądam tu dość często, bo fajnie wiedzieć co inni czytają 🙂
Czy rak czy inne ciężkie (żeby nie powiedzieć nieuleczalne) choroby stały się już właściwie codziennością, niestety. Co chwilę się dowiadujemy o kimś znajomym czy znajomym znajomego, że ma diagnozę. Okropne.
UsuńAle film był dla mnie entym wałkowaniem tematu. Kate Winslet wzięła się za reżyserię.
Właśnie to skakanie po papierowym słowniku, kartkowanie - jest najfajniejsze. I rozwijające. Z tym, że coraz częściej myślę o tym, że na nic mi to wszystko, bo MOJA głowa już nie trzyma. W jednym wideo na YT pani mówiła o tym, co można fajnego robić w zimie i były tam sanki i saneczkowanie. Sprawdziłam w słowniku, bo nie znałam słowa. Kilka dni później usiłowałam je sobie przypomnieć... wiedziałam tylko, że na -s. Ech.
Tak że ciesz się ze swojej głowy 😁
Duolingo, moim zdaniem, nie nauczy języka. Owszem, jest to zabawa, owszem, pojawiają się nowe słówka etc., ale podstawy chyba jednak, tak jak mówisz, trzeba opanować z prawdziwego podręcznika. Z mojego doświadczenia z "Angielskim w tłumaczeniach" polecałabym włoską wersję, pewnie istnieje. Ma i ten plus, że cały czas możesz się sprawdzać sama, w sensie zakryć stronę włoską i tłumaczyć zdania ze strony polskiej.
Fajnie, że zaglądasz, pozdrawiam 😀
No tymi sankami to mnie zabiłaś 😃 Serio, nie wiedziałaś co to takiego? 👀😄
UsuńKtoś, gdzieś, kiedyś dawno temu powiedział mi, że jeśli się zna jakiś język obcy, to nauka każdego następnego idzie jak z płatka. I jak mi to duolingo w oko wpadło, to stwierdziłam, że przetestuję czy praktyka pokrywa się z teorią 😄 A że niemieckiego nie lubię zbytnio, francuski z góry uznałam za zbyt trudny, a spośród hiszpańskiego, portugalskiego i włoskiego ten ostatni wydaje mi się (!!) najłatwiejszy i dla ucha przyjemny, to tak sobie lecę z tymi lekcjami. I póki co dobrze się bawię, a to chyba w tym wszystkim najważniejsze 🤭
I dzięki za podpowiedź odnośnie podręcznika. Zaraz zacznę szukać 🙂
Aż musiałam sprawdzić te sanki, no i źle obstawiałam, znałam tylko te ciągnięte przez konie "in the one horse open sleight" (oczywiście głównie dzięki piosence Jingle bells nauczonej w dzieciństwie😁). Ale jest podobnie, to może zapamiętam. Niestety tez zauważyłam, że mi wolniej wchodzi do głowy nauka, buuu😭
Usuń=> Aśka
UsuńTa teoria to się może sprawdzić, gdy się uczysz dziesiątego języka chyba 😂
Oczywiście jest łatwiej, gdy już z doświadczenia nauki jakiegoś języka romańskiego wiesz, jak to tam działa w innym romańskim (że podobnie). Ale mam znajomą, która zna angielski i uczy się włoskiego, wcale jej ten angielski nie ułatwia.
=> Agata
UsuńAI mówi, że sledge to wersja brytyjska, a sled amerykańska. Ta pani użyła słowa sled. Ale nie wiem, skąd pochodzi (bo zdaje się mieszka w Hiszpanii aktualnie - nomen omen).
@toprzeczytałam - 😄 Nie wiem dlaczego z góry założyłam, że mówisz o sankach w języku polskim 🤦♀️ Głupia ja! 😄😄
UsuńTen mój włoski to drugi j. obcy, albo trzeci, jeśli wliczymy rosyjski z czasów podstawówki, czyli sto lat temu 😉 Dlatego sprawdzam teorię i praktykę na sobie 😄
A ja się dziwiłam, że Ty się dziwisz, że nie znam słowa sanki po angielsku. Takie qui pro quo 😂
Usuń😘zostawiam ślad bytności ❄️
OdpowiedzUsuń😍😍😍
Usuń