wtorek, 3 lutego 2026

Jonathan Carroll - Kraina Chichów

Znów nie pamiętałam, że niedawno czytałam 😂 Bo rozumiem - dziesięć lat, dwadzieścia temu. Ale pięć? I znów wiedziałam tylko, że pies, który mówi, a reszta gdzieś ginie w (nie)pamięci. Dobra jestem...

Tak że tak: proszę zajrzeć do postu z poprzedniego razu - o tutaj - i tam sobie doczytać, co i jak, bo wiele się nie zmieniło, jeśli chodzi o mój odbiór. Znaczy dalej fantasy nie lubię (co jest bardzo dziwne, zważywszy, że jedna z najukochańszych książek czyli MiM to przecież też fantasy), ale jakoś tę powieść trawię 😉 Choć przyznam, że najbardziej mi się podoba, dopóki bohater nie znajdzie się w Galen i nie zaczną się te fantastyczne wydarzenia. 


Początek:

Koniec: 

Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 1994, 366 stron

Seria DUŻE LITERY (na teraz jak znalazł) 

Tytuł oryginalny: The Land of Laughs

Przełożyła: Jolanta Kozak

Z własnej półki

Przeczytałam 2 lutego 2026 roku 



Wielkie emocje. Wczoraj wieczorem zajrzałam do skrzynki, a tam bumaga ze Spółdzielni, że za tydzień ZEBRANIE. Znaczy spotkanie informacyjne. W sprawie wymiany pionu oczywiście. I mało tego - ustalony zostanie termin robót, firma proponuje 16-20 lutego! Czyli już za chwilę!

Alem się podjarała 😁 Bo trochę się bałam, że wypadnie w maju, jak będę w Pradze albo coś.

Lista pytań przygotowana, a po południu udaję się do piwnicy, żeby się spróbować dokopać do pudełka (a może dwóch?) z flizami, które zostały po remoncie łazienki i zbadać ich stan i ilość. Wychodzi mi, że potrzebuję co najmniej dziesięciu sztuk. No to nie wiem, czy tam tyle będzie. Ale wśród naszykowanych pytań jest i takie, czy ewentualnie istnieje możliwość zdjęcia fliz niekoniecznie metodą walenia młotkiem... Cała ta tylna ścianka idzie do demolki. 

Oraz czy może do mnie na dół dojdą dopiero ostatniego dnia? Bo hm, bez toalety, w zimie, to ciężka sprawa 😂 Do 18.00 niby mogę chodzić do przychodni, ale wiecie, wolałabym mieć dostęp natychmiast, jak mi się zachce 😁 


Informuję również, że soda oczyszczona najlepsza. Jeszcze tam trochę przy dnie zostało do doczyszczenia, ale i tak niebo a ziemia.


To było domowo, a na koniec migawka z kroków (wcześniejszych, bo mi się w te mrozy nie chce wychodzić). Najpierw taki dom, wybudowany niedawno na wąskiej działce. Na moje oko, to ma maksymalnie 3,5 - 4 metry szerokości. 
Chyba pomieszczenia muszą być w amfiladzie?


 

Następnie takie oto urządzonko zaobserwowane na grodzonym osiedlu nieopodal. Kojarzy mi się z suszarką do parasoli od Wioli z Pierogów, ale to na pewno nie to 😂 Ktoś coś?

 

A na koniec zdobycz z knihobudki czyli karty pasjansowe Piatnika. Otóż w dawnych dawnych  czasach dostałam od Ślubnego taki zestaw, co było wyczynem (finansowym), bo z Pewexu, normalnie w handlu Piatnika nie było. Niedługo się nim cieszyłam (ani nawet nie pamiętam, co było na rewersie), bo miałam ten szczęśliwy pomysł, żeby zabrać je w naszą autostopową podróż poślubną, a wiemy, jak się ona skończyła 🤣 Przez kolejne 40 lat jakoś nigdy pasjansowych kart nie kupiłam, a jeśli już jakiegoś pasjansa sobie stawiałam (zdarza się), to zwykłymi kartami, co jak wiadomo zajmuje dużo miejsca na stole. No. A teraz ktoś przyniósł do budki, a ja je hyc 😍 Sissi 😍


I co tu jeszcze widać? Kawa. Otóż przeczytałam, że picie kawy może pomagać przy stłuszczeniu wątroby. Za kawą nie przepadam, ale poświęcam się raz dziennie 😂

- Badania naukowe pokazują, że regularne picie kawy ma korzystny wpływ na wątrobę. Może nawet spowalniać, a w niektórych przypadkach częściowo cofać włóknienie tego narządu, będące skutkiem przewlekłego uszkodzenia - mówi dr Gietka.

Z analiz naukowców wynika, że osoby, które piją od dwóch do czterech filiżanek kawy dziennie, rzadziej chorują na marskość i raka wątroby. Naukowcy podkreślają jednak, że przekraczanie tej ilości nie zwiększa efektu ochronnego, a więc nie jest zalecane.

Nowy punkt na liście dziennej, kurde. 

sobota, 31 stycznia 2026

Jerzy Haszczyński - Rzeźnia nr 1 i inne reportaże z Niemiec

 Część z tych reportaży była wcześniej drukowana w Rzeczpospolitej, więc może ktoś z Was je zna. Mój kolega z pracy czytywał ten dziennik, czasem coś tam pokazywał, ale o ile dobrze zapamiętałam - mała czcionka była 😉

Temat przewodni - imigranci. Trudna rzeczywistość współczesnych Niemiec po milionie uchodźców zaproszonych przez Angelę Merkel słynnym "damy radę". Jeden z tekstów zresztą dotyczy samej Merkel i jej polskich korzeni. A same Niemcy opisywane w książce to była NRD, ze wszystkimi problemami wynikłymi po zjednoczeniu. 

Czegoś mi tu brakowało i chętnie przeczytałabym kolejny reportaż na niemieckie tematy, jeśli znacie, to podrzućcie tytuł /autora. Kraj tak blisko, a nie wiem o nim prawie nic. 


Początek:

Koniec: 


Wyd. Czarne, Wołowiec 2022, 220 stron

Z biblioteki

Przeczytałam 29 stycznia 2026 roku



Najnowsze nabytki

Czyli dla każdego coś miłego. W sensie dla każdego z moich ulubionych działów 😂 Dla dzieci i młodzieży (Kosmohikanów wzięłam na wszelki wypadek, bo nie byłam pewna, czy są w domu czy nie - nie było, jest Klub Kosmohikanów). Kryminał z kieszonkowej serii z labiryntem. Kolejna pozycja do nauki języków (gromadzę i końca temu nie widać). Cegła z gatunku literatura faktu. I ostatnia - rodzinne wspomnienia. Tak mi coś wczoraj mówiło idź do budek na Grottgera. I dobrze mówiło, bo właśnie tam znalazłam Małą księgę Brandysa, o której wcześniej nie słyszałam, ale gdy zajrzałam do środka, wiedziałam, że muszę przeczytać. Czyli będzie niedługo.

Apdejt z wieczora

Taaaaaa. Właśnie chciałam wpisać kryminał do katalogu. I się dowiedziałam, że go mam 😁 No i bardzo dobrze!
 

Urobek filmowy

- francuska Stara strzelba (Le vieux fusil) z 1975 roku. Obejrzany na Arte - dostępny jeszcze do końca lutego. Opis z ich strony:

Inspirowany faktami film Roberta Enrico z Philippem Noiretem i Romy Schneider w rolach głównych. Francja, rok 1944. Po wylądowaniu aliantów w Normandii, w odwecie za ataki partyzantów, oddziały SS dokonują masakry na ludności cywilnej w jednym z francuskich miasteczek. Giną w niej żona i córka szanowanego chirurga, który poprzysięga zemstę. W 1976 r. film został nagrodzony trzema Cezarami.

- krótki dokument ICE - żelazna ręka Trumpa z Arte,  

- po tym warto zobaczyć kolejny, pełnometrażowy Ameryka Donalda Trumpa klik  

- pełnometrażowy wywiad z Claudem Lelouchem na ARTE.tv (ale już go nie ma). Tzw. leluchy były pogardzane jako kino dla mas, ale kto nie lubi Kobiety i mężczyzny? Mówiono, że Lelouch kręci cały czas ten sam film. A co jest najważniejsze w życiu, więc i w kinie? Miłość oczywiście.

- amerykański Arszenik i stare koronki, 1944 w reż. Franka Capry, obejrzany online z polskimi napisami. Cudna czarna komedia, w której doskonale widać, że powstała z adaptacji teatralnej (ponoć czekano z realizacją filmu, dopóki się sztuka całkiem nie wyprzeda). Przypomniał mi o niej newsletter z francuskiego blogu filmowego Mon cinéma à moi sprzed kilkunastu dni (klik). Dwie urocze ciotki, które mordują samotnych starszych panów z miłosierdzia, ich siostrzeniec, znany krytyk teatralny, który wbrew głoszonym przez siebie poglądom właśnie się żeni i próbuje to ukryć przed całym światem, dwóch rzezimieszków ładujących się do domu z kolejnym trupem i policjant, którego marzeniem jest odnieść sukces jako autor sztuk teatralnych. Całość sprawiająca wrażenie bardzo angielskie, aczkolwiek rzecz dzieje się w Brooklynie. Cary Grant trochę za bardzo pajacuje, jak na mój gust, ale i tak warto.

-  radziecki Afonia z roku 1975, obejrzany na DVD z serii Klasyka Kina Radzieckiego. Na YT natomiast można oglądać z angielskimi napisami. Afonia jest hydraulikiem i może nawet się zna na swojej robocie, ale olewa ją z góry na dół. W przypadku awarii w bloku zakręci zawór w piwnicy i zostawi 300 rodzin bez wody, bo on już na dzisiaj skończył. Podobnie traktuje partnerki i kolegów. Ba, do ciotki, która go wychowała, nie odezwał się od czasów wojska. Alkohol, hulanki i wieczne łgarstwa. A tu zakochała się w nim młoda, naiwna, romantyczna dziewczyna...

 

- włoski Niemcy - rok zerowy z 1948 roku czyli klasyka kina. Do obejrzenia na ARTE do końca marca. Z opisu na stronie:

12-letni Edmund mieszka w zrujnowanym przez wojnę Berlinie z chorym ojcem, siostrą i bratem, który po powrocie z Wehrmachtu ukrywa się przed alianckimi władzami. Wobec bezradności dorosłych, chłopiec ima się różnych sposobów, żeby zdobyć środki do życia dla swojej rodziny. Ten przejmujący dramat z 1948 r. jest ostatnim filmem z antywojennej trylogii Roberto Rosselliniego.

Doskonały obraz zdegenerowanego społeczeństwa po wojnie. Tylko naturszczyki niestety marne, to psuje wrażenie. Planuję przypomnieć sobie pozostałe obrazy Rosselliniego na tej stronie. Póki tam są 😉

-  czeska komedia Mimořádná událost, z 2022 roku, dostępna na stronie czeskiej tv do 11 lutego. Miejsce akcji - motoráček czyli wagon motorowy, jaki kursuje na lokalnych liniach kolejowych (bez konduktora). W nim kilkunastu pasażerów, mały przegląd społeczeństwa. W trakcie jazdy maszynista zatrzymuje pociąg, wysiada, żeby naprawić z zewnątrz usterkę, ale pociąg rusza sam w powrotną drogę, bo ma z górki. Zanim podróżujący zorientują się, że jadą bez kierowcy, upłynie trochę czasu. Zawsze mnie zachwyca, jak Czesi potrafią kpić z siebie samych 😍 

- amerykański Jerry and Marge Go Large z 2022, na LM. Absolutne nieporozumienie. Przeczytałam poniższy opis (nieco mylący):

Based on the true story about long-married couple Jerry and Marge Selbee, who win the lottery and use the money to revive their small town. 

Obejrzałam początek, gdzie Jerry przechodzi na emeryturę, to mnie dodatkowo zachęciło 😂 Ale potem to już był taki snuj. Z obowiązkowym happy-endem.

 

Na czwartek miałam zaplanowane kino i cóż oto się stało? Prawie zaczynałam się szykować do wyjścia, gdy dopadła mnie... niedyspozycja żołądkowa, tak to nazwijmy. Całe szczęście, że nie PO wyjściu z domu 🤣 Teraz nie wiem - w środę jeszcze będzie ten film, więc pójdę, jeśli nic innego się nie wydarzy, no ale to już będzie luty, a nie styczeń (a miałam chodzić raz w miesiącu). Czy w związku z tym mam w lutym iść dwa razy? Czy też raczej mam puknąć się w łeb, bo jakie to ma znaczenie?

 

Jeśli jednak chodzi o dotrzymywanie postanowień, chwalę się kolejnym eksperymentem kulinarnym czyli zupą-kremem z selera i ziemniaków.


Mówiłam, że nie przepadam za zupami kremami, ale chyba się nawrócę 😉

Zrobiłam wszystko wedle przepisu (znowu nam wyszło na 3 dni), zupka jest szybka w wykonaniu, tylko niezbyt szybka w przygotowaniu czyli pokrojeniu w kostkę tych cebul, selera i ziemniaków. Koszt 6 talerzy wyniósł: 1,46 za selera + 0,75 zł za ziemniaki (na promocji w Lidlu) + 0,60 zł za cebule 🤣 Zupka bardzo ekonomiczna, a  moim zdaniem można nią nawet poczęstować gości. 

Przepis z książki Kuchnia dla początkujących


Co będzie następne, jeszcze nie wiem, ale podczytuję już następną pozycję kulinarną i rzucił mi się w oczy kulebiak, tylko to takie bardziej pracowite 😁 

środa, 28 stycznia 2026

Petr Šabach - Putování mořského koně

Brakowało mi drugiej książki przeczytanej po czesku w tym miesiącu, wybrałam oczywiście coś cienkiego 😉 i miało to być rozrywkowe, co nazwisko autora jakby gwarantuje.

Książka wyszła zresztą po polsku (Podróże konika morskiego).

W internecie możemy przeczytać:

Konik morski to jedyny przedstawiciel fauny, u którego to samiec nie samica wydaje na świat młode. Bohater tej książki to jedyny (a przynajmniej jedyny, którego sam zna) mężczyzna w Pradze, który w końcu betonowych lat osiemdziesiątych nie chce stać żonie na drodze do kariery naukowej i nie bardzo wiedząc w co się pakuje, bierze na siebie opiekę nad trzyletnim synkiem.

Podróże konika morskiego to wielokrotnie wznawiany w Czechach pamiętnik młodego ojca na „urlopie tacierzyńskim”. Czy kiedy w roli taty występuje czołowy czeski humorysta Petr Šabach możemy oczekiwać tylko tego, że założy pieluchę na lewą stronę, przypali mleko i zgubi dziecko w monopolowym? Jak się okazuje- niekoniecznie. Ta niezwykle ciepła, zabawna i -co ciekawe- bardzo autobiograficzna książka to lektura obowiązkowa dla każdego rodzica i miłośnika czeskiej (lub po prostu dobrej ) prozy. 

I tak, humorystyczna, ale i smutna. Społeczeństwo jeszcze (wówczas) nie dojrzało, by widzieć coś NORMALNEGO w sytuacji, że to tata opiekuje się dzieckiem, a mama poświęca się karierze naukowej. Sama mama zresztą zaczyna postrzegać męża jako mało męskiego i wdaje się w romans z kolegą z pracy. Tak jak ta samica konika morskiego...  

Jeśli traficie na polskie tłumaczenie, czytajcie. Spoza opisu rozmaitych tragikomicznych przygód (Pepino z głową za piecem) wyłania się wielka miłość do dziecka. I szacunek. Pepino nie bawi się w piaskownicy, on tam pracuje

Niezłe ilustracje Vladimíra Jiránka. 




 Początek:

Koniec: 

Wyd. PASEKA, Praha 1999 (wydanie IV), 116 stron

Z własnej półki

Przeczytałam 26 stycznia 2026 roku

 


Jak wiadomo, lubię kolor róziowy. A tu kubki mi się zasyfiły od osadu herbacianego. Nabyłam wczoraj w Pepco nowy, skoro akuratnie w pasującym (do mnie) kolorze był. Ale pod wieczór naszła mnie chętka na porządki. Mam taki punkt nawet w dziennym regulaminie - ordnung się nazywa i bardzo rzadko się tam pojawia krzyżyk, że niby zrobione tego dnia COŚ. Wczoraj jednak zapytałam AI, jak można taki kubek wyczyścić. No bo to przecież ceramika, musi się dać odskrobać! Jedna z odpowiedzi sugerowała kwasek cytrynowy (to było to prostsze, choć nie najlepsze, rozwiązanie: wsypać łyżeczkę kwasku, zalać wrzątkiem, zostawić na pół godziny). Gdyby ktoś jednak spodziewał się potem efektu ŁAŁ czyli że kwasek wyżre cały osad i zastanę cudownie biały kubek, to jednak nie (a miałam taką małą nadzieję)  😂 Potem to wymagało wysiłku czyli szorowania i jako że mnie w końcu ręka rozbolała, a nawet obie, prawa od trzymania, lewa od czyszczenia, więc coś tam jeszcze bliżej dna zostało, ale już jest lepiej i dziś będzie kontynuacja akcji PUTZEN PUTZEN. Na razie kolekcja moich i tylko moich róziowych kubeczków przedstawia się tak 😂

Przy okazji kubeczka napatoczył mi się też taki oto bambusowy organizer z rączką, który wzięłam z myślą o kuchni, ale w domu zmieniłam zdanie - będzie dobry w pokoju na piloty etc. 😉

 

Miałam na kolacji koleżanki z fabryki i oprócz sporej porcji plotek wzbogaciłam się o takie dzwoneczki. Jeśli dożyją do wiosny, to je przesadzę do większej doniczki. 


Donoszę, iż eksperyment kulinarny pod tytułem zupa cebulowa został wykonany, wspólnymi siłami (ja musiałam pokroić cebulę, bo córka twierdzi, że swoją złamaną ręką nie daje rady). 

Przypominam, że według przepisu miała wyglądać tak:

 Z czego wniosek, że nie należy się słuchać tak we wszystkim - żadne ZESZKLIĆ, tylko zrumienić cebulę trzeba. Aczkolwiek w smaku było to dobre i wchodzi do repertuaru (zwłaszcza, że wystarczy mieć w domu cebulę czyli to takie awaryjne danie). Zgodnie z radą Józefiny ser do grzanek przyszpiliłam wykałaczkami we frajerze 😂 Kuchnia francuska zakłada dodatek białego wina i zapiekanie w kokilkach* w piekarniku, ale weźcie się... to jest wersja alla polacca i good 🤣 Co się zgadzało z książką? Rzeczywiście wyszło 6 porcji, czyli jadłyśmy 3 dni.

Następna w kolejce jest ta selerowa. 

* kokilek nie posiadam i o ile ktoś nie przyniesie do knihobudki, posiadać nie będę 😂 

Skoro o knihobudce i rozmaitych łupach, to oto one, jeszcze z zeszłego roku. Jakoś nie potrafiłam się tej latarni oprzeć, mimo że nie jestem maniaczką morza 😁 Zegar też nie z mojej bajki, jakieś prowansalskie klimaty, ale no co. Zawsze przecież mogę wynieść z powrotem! I pewnie tak się skończy, gdy wrócę z kanapą do obecnego "gabinetu", bo on za głośno tyka i nie mogłabym spać chyba.

  

niedziela, 25 stycznia 2026

Josephine Bell - Osaczona

Josephine Bell nie ma polskiego hasła na Wikipedii, mógłby ktoś się zabrać za przetłumaczenie angielskiej wersji, skoro była w Polsce wydawana. Kiedyś się bawiłam w opracowywanie tam haseł (krakowskich), ale to było wieki temu, wypadłam z rytmu. 

Co do tych tłumaczeń, to chyba tylko jeszcze jedna jej rzecz u nas wyszła - Łowca uczuć, z okładki wygląda raczej na romansidło, ale to chyba też kryminał. Autorka była lekarką, pracowała przez lata w szpitalu i część swych powieści kryminalnych osadziła właśnie w tym środowisku. Zresztą nawet w Osaczonej kluczową informację przynosi reprezentantka medycznej profesji. 

Książka jest bardzo angielska w stylu, polecam wielbicielom starej Anglii. No, starej... to rok 1959, jeszcze świeże wojenne przejścia. Młode małżeństwo z dzieckiem wynajmuje pokój spokojnej starszej pani, która chętnie zajmuje się ich córeczką w razie potrzeby. Nagle grom z jasnego nieba - lokatorka próbuje się otruć gazem. Wtedy na jaw wychodzi jej przeszłość, pani Trubb okazuje się dzieciobójczynią, która dostała dożywocie, a po 15 latach wyszła na wolność. Jednak Mavis i Red nie wierzą ani w samobójstwo ani w jej winę i rozpoczynają własne śledztwo. Bardzo lekkomyślnie zresztą. Cóż, widocznie nazwisko zobowiązuje (Holmes) 😁 

Bardzo porządny kryminał z tymi angielskimi smaczkami i niespodziewanym zakończeniem.

Początek: 

Wyd. Iskry, Warszawa 1972, 196 stron

Seria: Klub Srebrnego Klucza 

Katalog mówi, że mam 52 sztuki z tej serii (oczywiście, jeśli mu można wierzyć), blog natomiast twierdzi, że przeczytałam 14. To mam co robić na starość 😂 

Tytuł oryginalny: Easy Prey

Nie chciało mi się wstać od biurka i sprawdzić w słowniku, co znaczy prey, ale drogą dedukcji (i z kontekstu) doszłam do tego, że to samo, co po włosku preda - i zgadza się! Jednak warto znać języki 😂 

Przełożyła: Irena Laskiewicz

Z własnej półki

Przeczytałam 24 stycznia 2026 roku 


Urobek filmowy

Planowałam wybrać się w tym tygodniu na comiesięczne wyjście do kina, upatrzony film (Father, Mother, Sister, Brother czy jakoś tak, nowy Jarmusch w każdym razie) był o godz. 18.00, co dla mnie już jest trochę późno - ale opublikowali program na przyszły tydzień i będzie o 16.00, więc przełożyłam wyprawę. Tak więc oglądałam w domowych pieleszach filmy online lub z DVD.

- włosko-szwajcarsko-francuskie Ciało niebieskie (Corpo celeste) z 2011 roku. Obejrzałam online (z polskimi napisami). Wrażliwa 13-latka wraca z rodziną do rodzinnej miejscowości w Kalabrii po 10-letnim pobycie we Szwajcarii, więc przygląda się wszystkim i wszystkiemu naokoło z wielkim zaciekawieniem. Dysfunkcyjna rodzina, problemy podczas przygotowań do bierzmowania, dojrzewanie... cały czas bałam się, że ten splot doprowadzi do tragicznego końca, ale dzieci są silne, silniejsze od dorosłych. 8/10

- grecki Krawiec (Raftis) z 2020 roku, obejrzany na Arte, gdzie film opisany jest następująco: Nikos pracuje i mieszka w zakładzie krawieckim swojego ojca, który specjalizuje się w szyciu eleganckich garniturów. Kiedy bank grozi przejęciem pracowni z powodu długów, a ojciec zapada na zdrowiu, Nikos postanawia działać. Zamiast garniturów na miarę zaczyna szyć niedrogie suknie ślubne, które sprzedaje z obwoźnego straganu. I po raz pierwszy się zakochuje. Takie filmy właśnie chciałabym oglądać 😍 Mocne 7/10 i polecam gorąco - nie mówcie, że naiwny!

- brytyjski Panna Marple: Karaibska tajemnica (Miss Marple: A Caribbean Mystery) z 1989 roku. obejrzany online z francuskimi napisami - zaczęłam z polskimi, ale mnie zirytowały, francuskie zresztą też nie były idealne. A sama Miss Marple niezła 😁 Książki nie znam i nie mam. 

- polski Motylem jestem czyli romans 40-latka, 1976. Obejrzany na YT. Stefciu Karwowski ze swoim Wackiem 😁 Oraz piękna Irena Jarocka 😍

- czeska Hra bez pravidel (polski tytuł: Gra bez reguł), 1967. Obejrzana na You Tube. Kryminał czarno-biały, bardzo francuski, w stylu film noir. Zaczyna się sceną napadu na jubilera. Udział bierze trzech rzezimieszków, dwóch ginie, a policjant, który w obronie własnej zastrzelił jednego z nich, zostaje wyrzucony z roboty. Pracuje jako taksówkarz, ale ciągle pragnie rozwiązać zagadkę i odnaleźć skradzione złoto. Mocne 7/10. 

- rumuńska komedia Vecina z 2025 roku. Obejrzana online z napisami angielskimi (do wyboru jeszcze były tureckie 😁). Vecina znaczy po rumuńsku sąsiadka, tu z piekła rodem: nie daje żyć innym w bloku, bo wymaga absolutnej ciszy, co chwilę wzywa policję, ma ponoć 500 spraw w sądzie. Jeśli sąsiedzi się nie zjednoczą w walce z nią, będą na przegranej pozycji...  Śmieszne jednak to wszystko nie było, humor naprawdę z dolnej półki, jeśli daję 4/10 to i tak zawyżone (sobie przynajmniej posłuchałam rumuńskiego, no i czytałam te angielskie napisy). 

- radziecki Stworzył nas jazz (My iz dżaza), 1983. Obejrzane z niedawno zakupionego DVD z serii KLASYKA KINA RADZIECKIEGO. Akcja w latach 20-tych, młody człowiek zostaje wyrzucony z Technikum Muzycznego za granie burżuazyjnej muzyki, spotyka dwóch wędrownych grajków i namawia ich na stworzenie pierwszego radzieckiego jazzbandu, wbrew wszelkim przeciwnościom. Oglądałam to przez 15 laty, tyle że w oryginale, dałam wtedy 7/10, zostaję przy tej ocenie. Jak by co - jest na YT.

 

Najnowsze nabytki

Pisałam wcześniej, że trzy. To był reportaż z Hiszpanii i dwa kryminały, które poprzedni właściciel z fantazją posklejał srebrną taśmą 😂 Ale ta Agata Christie wydała mi się rzadkością, więc zatrzymuję.

Potem była cisza, aż tu nagle Dziewczęta z Nowolipek w takim wielkim formacie i z dużą czcionką, więc postanowiłam zamienić moje stare wydanie z 1956 roku, z domu jeszcze. Trochę mi szkoda, bo jest tam wielka pieczęć Ojczastego, ale tu jest też Rajska jabłoń, której nie czytałam. Nawiasem mówiąc, to nowsze wydanie (1995) było nagrodą za pracę w Sklepiku Uczniowskim 😉
 

No a wczoraj wychodzę po obiedzie na kroki, a tu ktoś całą knihobudkę zapełnił. Przeglądałam na chybcika, bo ręce grabiały, a tu część książek była obłożona (przeważnie w czarny papier!) i musiałam wyciągać z półek i otwierać, żeby zobaczyć, co to. Kischa odniosę z powrotem, bo to nie reportaże, tylko dziennik. Mam tak samo wydanego Szalejącego reportera, też z pieczęcią Ojczastego 😁

Wzięłam jeszcze pierwszy tom dzieł Gałczyńskiego, bo posiadał obwolutę - mam (jeszcze z domu) egzemplarz, ale nawet nie wiedziałam, że pierwotnie obwolutę miał. Tak więc zamierzyłam się jedynie na nią, a książkę odniosę. Z tym, że chciałam teraz sprawę załatwić do końca - a tu Gałczyńskiego nie ma na miejscu, gdzie stał od lat i wiedziałam na pamięć. Zaglądam do katalogu, a tam, że niby ma być na innym regale - ale tam go też nie ma. Ja się potnę normalnie, cały czas porządkuję i cały czas burdel!!! Na wszelki wypadek Gałczyńskiego nie wynoszę, będzie czekał, może się ten mój odnajdzie.

A zdjęcie daję, bo ciekawa dedykacja. Taka dziwna trochę, bo tu wielce szanownej a tu od Staszka, tak familiarnie. No i do znakomitego zbioru książek 😁 Staszek musiał bywać w domu wielce szanownej, skoro o tym wiedział?



piątek, 23 stycznia 2026

Friedrich Dürrenmatt - Grek szuka Greczynki

Dürrenmatta mam tylko Wizytę starszej pani, a musiałam ją czytać daaaawno temu, bo blog nie pokazuje. Chodzi mi jednak po głowie, że coś tam kiedyś jeszcze miałam w rękach, ale czy ja pamiętam. Usiłowałam teraz znaleźć na YT jakieś słuchowisko, ale bez rezultatu. Są sztuki teatralne... po niemiecku. Plus Wizyta starszej pani z Teatru TV z 2001 roku, z Jandą i Stuhrem. Chyba warto obejrzeć. 

Groteska, satyra, komedia prozą. Skromny pomocnik buchaltera w dziale kleszczy porodowych, potomek Greków, który nigdy w Grecji nie był, człowiek z wytyczoną (przez samego siebie) sztywną hierarchią moralną, zostaje namówiony przez barmankę w lokalu, gdzie się stołuje (oczywiście nie pije alkoholu i nie je mięsa) - żeby dać ogłoszenie matrymonialne do gazety. Szuka Greczynki, bo chce z nią wyjechać na mityczny Peloponez. I oto zgłasza się i przychodzi na umówione spotkanie cud-kobieta, piękna i elegancko ubrana. Mało tego - z miejsca się w naszym Arnolfie Archilochosie zakochuje. Idą na spacer i nagle wszyscy mu się kłaniają. I jak mówię wszyscy, to mam na myśli wszystkich z jego hierarchii moralnej, i biskup i właściciel fabryki, w której pracuje i nawet sam prezydent. Archilochos nie łączy za bardzo wątków, a już pojąć nie może, dlaczego następnego dnia zostaje niewiarygodnie awansowany w pracy, dlaczego biskup mianuje go członkiem Światowej Rady Kościelnej, dlaczego dostaje na własność piękny pałacyk, w którym jego narzeczona (od razu podejmują decyzję o ślubie) pracowała jako pokojówka hm hm. Po tych wszystkich niesłychanych wydarzeniach następuje kulminacja czyli ślub i wtedy dopiero nasz Grek pojmuje i staje przed najtrudniejszym w swoim życiu wyborem.

Z jednej strony przezabawna opowieść, taka dla rozrywki wydawałoby się,  z drugiej satyra na współczesne społeczeństwo, na hierarchie właśnie, na religię, na sztukę, na politykę i anarchię. Czego tam nie ma! 

Początek: 

Koniec: 

Wyd. PIW Warszawa 1967, 149 stron

Seria z kolibrem 

Tytuł oryginalny: Grieche sucht Griechin – Eine Prosakomödie

Przełożył: Roman Karst

Z własnej półki

Przeczytałam 22 stycznia 2026 roku 

Powieść została sfilmowana w 1966 roku w NRD i jest na YT, ale to tylko dla bardzo zainteresowanych (brak jakichkolwiek napisów plus jakość VHS...).



Tymczasem w knihobudce pustki (na razie wzbogaciłam się o trzy książki i lepiej, żeby tak zostało). Sama trochę własnych wyniosłam i z naszykowanej dziś do sprawdzenia w katalogu półce widzę, że jeszcze coś ubędzie 😍 Do czego to doszło, żeby człowiek się cieszył, że będzie mniej książek w domu...

Za to ktoś przyniósł toaletkę.

Na drugi dzień rano już jej nie było, za to pojawiły się kolejne artefakty. Róziowy wózeczek dla lalek - że też ja nie mam wnuczki 🤣

Na zdjęciach widać, że czas już najwyższy wybrać się do budki z mokrymi chusteczkami. Ale mróz nie zachęca do zdejmowania rękawiczek.

Po dwóch dniach smogowej przerwy już nie mogłam wytrzymać bez kroków, więc wznowiłam chodzenie (i siłkę). Ograniczam się do bliskiej okolicy, w tym takiego osiedla domków jednorodzinnych (szeregowych, atrialnych). I tam wędrując snuję następujące marzenie: żeby odwiedzić ich mieszkańców w celach wywiadowczych i wyprodukować książkę o tym, jak to było, że powstała ta jakaś spółdzielnia, co z tą aferą (mało nie doszło do katastrofy budowlanej), jak się tam żyło kiedyś, a jak dziś, jak się zmieniają właściciele, czy mają jakieś życie sąsiedzkie... no tak reportażowo-wspomnieniowo. Masa roboty i kto by to wydał, chyba tylko prywatnie i liczyć, że wszyscy z tego osiedla sobie książkę kupią 😁 Ponieważ lubię tracić czas na bzdury, już nawet zaczęłam się zastanawiać nad wstępnym kwestionariuszem, rozmaite pytania takie same dla wszystkich plus potem rozwijanie tematów, które się wyłonią. I szperanie w archiwach za artykułami z czasów budowy i za mieszkańcami takimi bardziej znanymi. To wszystko by było FASCYNUJĄCE!

Dobra, tośmy sobie pomarzyli, a teraz zabierajmy się za prozę życia czyli tę półkę do przejrzenia i  skatalogowania. Drugi realny plan na dzisiaj to obejrzenie rumuńskiego filmu UWAGA! z angielskimi napisami! Będzie się działo (chyba, że po pięciu minutach zdesperowana wyłączę) 😂 

 

Apdejt z katalogowania

Zyskane 9 cm na półce (nie muszę chyba dodawać, że natychmiast zagospodarowane). Włoskie nie będą mi już potrzebne, a do angielskiego mam milion innych (nowszych) podręczników 😉



środa, 21 stycznia 2026

Aleksandra Kozłowska - Ambulans jedzie na wieś. Śladami wędrownych wyrwizębów

Reportaż z czasów dawno minionych. Autorka idzie śladami swojej matki-stomatologa, a potem rozszerza poszukiwania, trafia do potomków dentystów, którzy zaraz po wojnie jeździli po wsiach Ruchomymi Ambulansami Dentystycznymi. Raczej nie z własnego wyboru - po ukończeniu studiów dostawali nakaz pracy i rzadko opiewał on na miasto, w którym się uczyli, bo w miastach sytuacja na rynku pracy służby zdrowia była lepsza, a tragicznie było właśnie na wsi czy w małych miasteczkach. 

Moja mama też dostała nakaz pracy po ukończeniu Studium Nauczycielskiego i wyjechała w białostockie. Och, o ileż spraw chciałabym ją teraz zapytać...



Jedni traktowali to jako dopust boży, inni nie przejmowali się ani ciężkimi warunkami pracy ani jeszcze gorszymi mieszkaniowymi. Bo to nie było tak, że rano ambulans z obsadą (lekarz plus kierowca plus pomoc dentystyczna) wyruszał ze stolicy czy innego Poznania i pod wieczór wracał. Wyjeżdżało się na długo. Kierownik szkoły był wcześniej zawiadamiany, że ambulans przyjedzie i miał za zadanie przygotować noclegi, ale często nie palił się do tej roboty. Załoga ambulansu czasem spała w jakiejś zimnej kanciapie w szkole, czasem w samym ambulansie. Obsłużywszy głównie dziatwę szkolną i pracowników spółdzielni rolniczych - ci mieli dentystę za darmo - oraz ewentualnie nieco zarobiwszy na prywatnych rolnikach (tu bardzo przydatny był proboszcz, który ogłaszał z ambony, że ten ambulans przyjechał i stacjonuje przed szkołą i można się zgłaszać, więc trzeba było z nim trzymać sztamę) ambulans ruszał do kolejnej miejscowości. I od nowa to samo. Praca często od rana do wieczora. Sprawozdawczość: czy zrealizowany plan przeglądów, ekstrakcji, wypełnień. Czy wypełniony zeszyt ewidencji spirytusu. 

Stan higieny na wsi fatalny. Większość mieszkańców nie tylko w życiu dentysty nie widziała, ale i szczoteczki do zębów. Trzeba więc też było się zająć pracą oświatową na ugorze czyli podnoszeniem świadomości zdrowotnej i higienicznej ludności.


 Przeczytajcie tylko fragmenty poniżej...



 


 Wierzyć się nie chce, że to przecież było tak niedawno. A czy dziś jest lepiej? Z dostępem do dentysty na wsi na pewno nie.


Książka ciekawa. Irytująca jedynie maniera autorki polegająca na robieniu na siłę porównań dentystycznych 😁 styl drętwy jak policzek po znieczuleniu, czerwony krawat pali go niczym ropiejący wrzód. 

 

Wyd. ZNAK, Kraków 2024, 397 stron 

Z biblioteki

Przeczytałam 20 stycznia 2026 roku 

 

Dzień z życia emerytki 

Na obiad resztki z lodówki czyli kaszotto. I - ha ha ha - zrobiłam, jak risotto w PRL-u czyli z ugotowaną kaszą, ale następnym razem już będzie po bożemu.

 
Po obiedzie córka namawiała na pieszą wyprawę na ulicę Fiszera, bowiem widziała tam jakiś dziwny dom. Myślałam, że chodzi o opuszczone miejsce i zapowiedziałam jej, że nie wejdę do środka, bo nigdy nie wiadomo. Tymczasem chodziło o dom w budowie, tym bardziej nie weszłyśmy, bo monitoring 😉 Ale na innym domu znalazłyśmy fresk. Sorry, okazało się teraz, że ostrość mi chwyciła na pierwszym planie 🤣


Jako że byłyśmy niedaleko centrum handlowego, wstąpiłyśmy tu i tam (aczkolwiek uciekałam czym prędzej, żeby się nie ugotować; dlaczego tak grzeją w sklepach, to jest nie do wytrzymania 😢). Rezultat - Wielkanoc w domu i zagrodzie 🤣 Choinki jeszcze nie rozbieram, mam czas. Kuzynce się sama rozebrała - przewróciła się. Większość bombek (w Krakowie zwanych bańkami) potłukła się oczywiście.

Tośmy sobie pospacerowały, a wczoraj w ogóle nie wychodziłam, okropna jakość powietrza, nawet alert przyszedł (żadnej aktywności fizycznej na dworze!) - dziś też, a MPK zarządziło darmową komunikację. Chciałabym iść na kroki (i na siłownię), ale wybór jest między mniejszym i większym złem. Mogłabym pochodzić po schodach w bloku: iść w górę, a zjeżdżać w dół (ponoć schodzenie w dół jest niezdrowe dla stawów czy coś), ale to też ryzykowna sprawa, bowiem w weekend spadła winda w jednym z bloków na naszym osiedlu 😂 Jechała nią 83-letnia kobieta na piąte piętro, winda zleciała na drugie i tam się zatrzymała (dowiedziałam się przy tej okazji, że jest takie zabezpieczenie, lina wyhamowująca), strażacy panią wydobyli, coś tam sobie uraziła tylko.
 

Siedzę więc w domu i dalej kataloguję. Przyszedł mail z klasztoru z potwierdzeniem rezerwacji na sierpień. To już mam dwie, bo zrobiłam też w tym nowym, u sióstr. I nie wiem, którą wybrać, a którą skasować. 

U sióstr mam na maj, ale w sierpniu nie są dostępne te pokoje na I piętrze (tam gdzie byłam w zeszłym roku), tylko wyżej, gdzie w ciągu roku szkolnego jest coś w rodzaju internatu. I tam nie ma już różnych udogodnień z I piętra (na przykład czajnik jest tylko na korytarzu, w aneksie kuchennym). Dodatkowo za WC w pokoju trzeba dopłacać 120 koron na dzień. Znaczy pokoje są z łazienkami, ale toalety na korytarzu, takich ze sraczem jest kilka zaledwie. Po podwyżce cen wychodzi doba na 970 koron. Tymczasem w klasztorze cena na razie jest po staremu - 780 koron (oczywiście mogą jeszcze podnieść). 

U sióstr było w zeszłym roku po 650, teraz jest prawie dwie stówki drożej niż u braci, to mam obiad i nawet jeszcze piwo do niego 😂

Skłaniam się ku opcji, żeby w maju jeździć do sióstr na I piętro z kibelkiem, a w sierpniu do braci, gdzie takich ograniczeń nie ma. Wilk syty i owca cała. Tylko walizę trzeba do klasztoru dalej targać, ale pies drapał, za to upały nie grożą w grubych klasztornych murach, a u sióstr nie wiadomo, jak to w lecie wygląda, bo to zwykła kamienica, jak okno wychodzi na południe, to może być tragicznie.


A skoro już o Pradze - czeski premier popisał się na konferencji prasowej, gdy zapytano go, czy może coś powiedzieć odnośnie sytuacji z Grenlandią. 

- Ja sobie kupiłem taki wielki piękny globus (tu odpowiedni gest rękoma, jak wielki) za 15 tysięcy koron, żebym zobaczył, gdzie ta Grenlandia jest.

Oczywiście internet zalany memami. Nowy przelicznik: ile masz emerytury? Jeden globus. Takich mamy rządzących, czy oni czy my...