sobota, 21 marca 2026

Jiyoung Kang - Mordercza pani Shim

No tak. Kolejny argument za NIEczytaniem żadnych beletrystycznych nowości.

Nie będę tu wskazywać palcem, kto ją zarekomendował jako czytable, ale nie dam się więcej nabrać.

Może ona i daje do myślenia na temat miejsca kobiet, zwłaszcza starszych kobiet, w społeczeństwie koreańskim i ma inne zalety, ale to naprawdę nie moje klimaty (choć miało być dobrze, skoro bohaterka to morderczyni 😉). I te zachwyty nad książką to dla mnie tak, jakby się rozpływać nad serią Kółko się pani urwało, bo przecież podejmuje tę samą tematykę. A idźta mi tam! 

Natomiast tak mi się pomyślało, gdy pudełka banknotów i sztabki złota przechodziły z rąk do rąk, co JA bym zrobiła, gdyby mi taka zdobycz wpadła w ręce. Leżę, dumam i cóż, nie ma się tej fantazji, bo jedyne, co mi przyszło do głowy, to że może pojechałabym trzy razy do Pragi zamiast dwóch 😂


 Początek:

Wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2025, 354 strony

Tytuł oryginalny: dajcie spokój 🤣

Przełożyła: Klaudia Szary

Z biblioteki

Przeczytałam 21 marca 2026 roku
 


Najnowsze nabytki

Trochę dużo się napatoczyło w tym tygodniu. W związku z tym należy teraz przejrzeć wcześniej przytargane książczydła i coś wynieść z powrotem, bo cienko się robi.

Wczoraj wreszcie skończyłam odkurzanie i katalogowanie w tzw. obecnie "gabinecie" (ongiś ha ha salonie) i teraz zabieram się za kuchnię (21 półek), po czym nastąpi KONIEC, wreszcie! No, ale miejsca mi nie przybyło, choć owszem, przy paru tytułach dopisałam szereg pytajników czyli żeby w przyszłości rozważyć ich wyprowadzkę. 

Ta fińska Pułapka nic mi nie mówiła, ale skojarzyłam, że mam tak samo wydany kryminał Zamknięty pokój - i faktycznie też kryminał 😉 Na 1945 się cieszę, bo zakładam, że będzie ciekawe.

A potem trafiłam na tę Zdrową kuchnię domową i to był dobry nabytek, bo znalazłam zupę (o czym niżej) oraz jakieś mięsko, które planuję wykonać na Wielkanoc. Krall dość sfatygowana, ale cieszy, że jest. Gawędy o księgarzach też może będą fajne?
 


I na koniec trafiły się cztery Gardnery 😍

Tak że tydzień w knihobudce satysfakcjonujący. Wczoraj rano pan od warzyw wyszukał jakiś duży wór i pomógł mi zapakować do niego hałdę szmat, którą debile nanieśli do budki. Pomyślałam, że pójdę do spółdzielni porozmawiać, czy by nie można jakiegoś miejsca na osiedlu przysposobić na taki cel... ale wiem, jak to z nimi jest - trzeba im podać konkretny pomysł na tacy, to może się zastanowią... No a zdaję sobie sprawę, że zaraz by się tam zrobił śmietnik po prostu. Nierozwiązywalna kwestia, odkąd jest ta zakichana segregacja tekstyliów i zniknęły pojemniki PCK. 
A teraz wracam do Zdrowej kuchni domowej, znalazłam tam zupę krem z marchwi, a że zaprosiłam na kolację eks-koleżankę z pracy z jej Rafałem, to postanowiłam zaeksperymentować. I powiem Wam, że polecam gorąco, naprawdę pyszna.

Na drugie zaplanowałam... 

Pamiętacie ten przepis z postu sprzed tygodnia? Józefina pisała, że to bardzo popularny w Wielkiej Brytanii placek.

 

Wszystko kupiłam - i boczek i otrąbki (są w Lewiatanie po 2,19 zł, kto by przypuszczał) i twaróg. 

Więc tak: Jolanta Glapińska, niech Cię... i Twoje otrąbki i twaróg też!

Co żem się namęczyła, żeby zlepić to ciasto do kupy, to wiem tylko ja. W końcu zaczęłam dodawać po łyżce zimnej wody i jakoś skleiłam. 


Wyszedł taki chleb 🤣 Tu już nie było czasu na żadne zabawy, bo goście prawie ante portas, więc siup do piekarnika.

Na początku jeszcze grzecznie jedli razem z wałkiem, dobrze wychowani ludzie... tylko raczej było ciężko ten wałek nożem stołowym kroić, więc zapadła decyzja, że jak pizzę - wezmą do ręki 😁 Przy następnych kawałkach po prostu odkroiłam wałek od ciasta. I nie było to łatwe!


A dziś zjadłam na drugie śniadanie te pozostałe wałki, ostrożnie, starając się nie połamać zębów 🤣


Niech mi teraz ktoś mądry powie, o co w tym wszystkim biega. Właściwie jasne było od początku, że dwa jajka nie dadzą rady skleić 30 dag mąki, 10 dag otrąbków niech ich szlag latały po całej kuchni oraz 10 dag twarogu. Czy pani Glapińska pomyliła składniki z inną potrawą? Ale przecież w redakcji musieli to ciasto upiec, żeby zrobić zdjęcie! I wyszło im razem z tymi otrąbkami??? 

No nic, czasem słońce, czasem deszcz. Nie mam pojęcia, co będę jutro robić na obiad, ale na pewno nie będzie to żaden eksperyment. 

czwartek, 19 marca 2026

Eduard Verner - Utrpení mladého Boháčka

Co tym razem wybrać z czeskiej półki? 

(z 29 czeskich półek ha ha, policzyłam!) 

Padło na powieść, która została sfilmowana. Cierpienia młodego Boháčka. A właściwie odwrotnie - Verner napisał scenariusz, który już po roku (w 1969) został zrealizowany, a dopiero po 29 latach opracował go literacko i w ten sposób powstała ta powieść. Miałam i film w kioskowym wydaniu i całe szczęście, bo nie ma go na YT. Spieszmy się kupować filmy etc. 😉


Co znaczy nezdolná, musiałam poszukać w słowniku. Niepokonana, nieprzezwyciężona, nieugięta. Taka właśnie jest matka tytułowego bohatera, 30-latka, który żyje z dnia na dzień, sparzywszy się w miłości nie szuka już kobiet, ale matka chce koniecznie wnuka, więc daje w jego imieniu ogłoszenie matrymonialne, gdy syn ma wrócić z wojska i zawzięcie koresponduje z kilkoma kandydatkami, ustalając daty spotkań. A nawet sprzedaje sad, żeby mu kupić Wołgę, bo jak ma niby jeździć do tych "narzeczonych", przecież nie służbowym traktorem. Tonda ani myśli o żeniaczce, ale gdy matka znanymi matczynymi sposobami czyli prośbą, groźbą i szantażem ("niedługo umrę") zatruwa mu życie, w końcu wybiera się do pierwszej z kandydatek. Po drodze spotka jednak autostopowiczkę z Pragi.

Film jest z gatunku kultowych w Czechach, ale wolę książkę, pogłębiającą temat i taką gorzką. Swoją drogą patrząc na okładkę dvd przestraszyłam się, że będą mówić po słowacku, bo na niej wszystko w tym języku - ale nie. Dziwne. Widać płytka była przeznaczona i do dystrybucji na Słowacji, jest też cena 2 ojrosy.

Z materiałów dodatkowych (rozmowy z twórcami) na płycie dowiedziałam się, że te wsiowe klimaty były kręcone na peryferiach Pragi, wtedy jeszcze rzeczywiście wsi Slivenec. Niedawno tam pociągnęli linię tramwajową i nawet byłam się przejechać, ale nic więcej. Chyba się znów wybiorę i odnajdę dom, gdzie Boháčkowie w filmie mieszkali. Ulica K Lochkovu 10 😁
Początek:

Koniec:



Za komuny używało się wyrazu Dederónie na oznaczenie NRD, jak twierdzi autor - od czasu, gdy wschodni Niemcy wynaleźli koszule, w których człowiek się poci latem, a marznie zimą 😉


Wyd. 
Knižní klub, Praha 1997, 157 stron

Z własnej półki - tak wpisuję do książki zakup (jeśli nie zapomnę), a teraz jeszcze dopiszę, kiedy przeczytana:

Przeczytałam 16 marca 2026 roku
 

Urobek filmowy

Zbieram się i zbieram i zebrać nie mogę, żeby podsumować urobek filmowy, za ponad miesiąc czyli czas, kiedy zmarł Ojczasty i kiedy była wymiana pionu i kiedy się właściwie nic nie oglądało. Czyli dużo tego nie ma.

Obejrzałam Rosselliniego Rzym, miasto otwarte, a potem długo nic. Gdy już dojrzałam, źle wybrałam, bo trafiłam na hiszpańską Rudą wiewiórkę (na Arte.tv), która mi kompletnie nie podeszła, więc nie polecam. 

Na wiadomej stronce za to polecam Głos Hind Rajab, co prawda namęczyłam się z angielskimi napisami, bo co jakieś inne włączyłam, to źle szły. Wstrząsający w każdym razie i nie tylko w kontekście tego, co robi Izrael.

Tamże obejrzałam chiński film z tego roku z Jackie Chanem (o Matko Bosko!), bo nie wiedziałam, że to on 😉 Nazywa się to Unexpected Family i opowiada o demencji. Znów po angielsku i to bite dwie godziny, dlaczego mnie tak męczą! Film nie byłby taki zły, gdyby obył się bez tych azjatyckich nawalanek.

Następny Rossellini to była Miłość, ale o tym chyba już wspominałam? Dwie historie z Anną Magnani jako heroiną. Kolejny Rossellini to Paisa' i chyba mi jeszcze dwa zostały (co to je do końca marca trzeba zobaczyć). Gdzie? Na Arte.tv znów. A pewnego wieczoru siadłyśmy z córką i zaliczyłyśmy hiszpański serial Celeste o pracownicy skarbówki, która podejmuje się ostatniego zadania - przyskrzynić tytułową piosenkarkę, która nie płaci w Hiszpanii podatków, bo twierdzi, że nie ma tam rezydencji podatkowej. I o tym, jak ta ostatnia przed emeryturą sprawa Sarę zmieni. To sześć odcinków, ale półgodzinnych, więc da się w jeden wieczór. 

No i w niedzielę chadzam na ten włoski przegląd kobiet - reżyserek, gdzie pierwszy film miał taki tytuł: Porwani zrządzeniem losu przez wody lazurowego sierpniowego morza 😂 Żałuję jednakże, że częścią cyklu nie będzie inny film tej samej reżyserki o tytule Krwawe zajście pomiędzy dwoma mężczyznami z powodu pewnej wdowy. Podejrzewa się przyczyny polityczne - bo go nigdy nie widziałam 😂 To mi przypomina słynny skecz czeski z "gołębicą", przed kasą w kinie, gdzie sprzedają bilety na Sobota wieczorem, niedziela rano (polski!) i na włoski Wczoraj, dziś, jutro.

 

A skoro o Czechach mowa, to wczoraj pojawił się na stronie czeskiej telewizji dokument o antykwariatach, nie tylko praskich. Między innymi o tym, jak antykwariusze widzą przyszłość (tylko online, prawdziwe sklepy jedynie w centrum dla turystów). Tutaj

A tutaj taka ciekawostka. Lata temu, w Wenecji będąc, kupiłam sobie dwa odcinki Inspektora Derricka, akurat gdzieś rzucili, może w supermarkecie, musiało być tanio w każdym razie, skoro się skusiłam. To tak na fali wspomnień, bo - wydaje mi się - ten serial oglądałam w szkolnych czasach. Znaczy wydawało mi się jeszcze chwilę temu, ale czytam na Wikipedii, że polska premiera była w 1988 roku, więc to już nie były moje szkolne czasy. To był okres, gdy wynajmowaliśmy ze Ślubnym mieszkanie w Nowej Hucie, a potem, na jesieni chyba, przeprowadzaliśmy się na własne czyli tutaj, gdzie do tej pory tkwię. I mieliśmy telewizję, więc widać wtedy oglądałam..

No, w każdym razie teraz nadszedł czas na obejrzenie tych dwóch odcinków. To był serial RFN-owski, więc kompletnie inne realia: luksusy, zamki, hrabinie, prostytutki w hotelu. Te ostatnie i u nas były, ale czy miały takie mieszkania jak w filmie? Znaliście jakąś? 😂 W każdym razie powiem po tych dwóch odcinkach, że nuda. Psychologiczne rozkminiania następujących sytuacji: 

- w Śmiertelnej sonacie ktoś zabija taką właśnie hotelową call girl, a trop prowadzi do arystokratycznej siedziby kobitki w średnim wieku z trójką potomstwa, z których najmłodszy jest genialnym pianistą, ale śmiertelnie chorym (AIDS czyli choroba złapana od prostytutki właśnie, przy czym prawie że się głośno nie wymienia nazwy choroby)

- w Herbacie z mordercą znów zamek i arcybogata właścicielka, która kupiła sobie młodego męża, a jako że zapadła na osteoporozę i ledwo chodzi, naraiła chłopu własną pielęgniarkę jako kochankę 

I cóż widzę? Obie te bohaterki są grane przez tę samą aktorkę! Cóż to ma być? Nie zwróciłam uwagi, czy i zamek był ten sam 😂 Powstało 281 odcinków tego serialu, który był ponoć niezwykle popularny (sprzedano go do ponad 100 krajów), zwłaszcza jako odpowiedź na kryminalne seriale amerykańskie. Akcja zazwyczaj rozgrywa się wśród burżuazji bawarskiej. Derrick jest niezwykle ojcowski i wyrozumiały - dla śmietanki towarzyskiej. Nie przyciska morderczyni do muru, tylko czeka, aż ona sama dojrzeje do przyznania się. W międzyczasie uprawiają psychologizujące i filozofujące konwersacje.

Oglądaliście, pamiętacie? 


No i jeszcze, na żądanie Józefiny, rzymski Senator.

Na tło lepiej nie zwracać uwagi (jak trafię w knihobudce na lepszy egzemplarz, na pewno wymienię, tego możecie być pewni).

wtorek, 17 marca 2026

E.W. Hildick - Ptaszek Jones

Taka się kiedyś trafiła książka z knihobudki. Ucieszyłam się, że angielska i współczesna. Znaczy współczesna - pochodzi z 1963 roku. Można uznać, że mnie współczesna 😁

O Ptaszku Jonesie autor napisał pięć powieści! A w ogóle tej twórczości dla dzieci/młodzieży wyprodukował bardzo dużo (tu Wikipedia). W Polsce wyszły jeszcze dwie o Tropicielach, może to są The Questers? Polskie internety nic więcej nie mówią. 


Ptaszek Jones to młody człowiek, który ma jedną pasję i zdolności w jednym kierunku - gwiżdże. W sensie, że popularne piosenki. Ma też przyjaciela Pewniaka, który postanowił zostać jego menedżerem. Razem zrobią karierę. Problem jedynie w tym, że ludzie się muszą o gwizdaczu dowiedzieć. Niestety list wysłany do londyńskiego agenta muzycznego zrobił na nim dość złe wrażenie (po co komu piosenki bez słów?), więc pozostaje jedno - natychmiast jechać do stolicy i zaprezentować się osobiście, żeby uzyskać jakiś angaż. Chłopcy wypłacają wszystkie pieniądze ze swoich książeczek oszczędnościowych (ha! Ja też taką miałam w szkolnych czasach!), czyszczą odświętne ubrania i ruszają z fasonem, kupując bilety kolejowe do pierwszej klasy. Nieśmiały Ptaszek Jones uważa to oczywiście za dużą ekstrawagancję, ale jeszcze nie wie, na co stać Pewniaka. Zwłaszcza, że już mają wizytówki artysty estrady i jego impresaria z czerwonymi literami.

Londyńskie przygody dwóch nastolatków o wielkich ambicjach śmieszą i dziś, w czasach, gdy większość ich rówieśników marzy podobno o karierze influencerów.  A do tego ilustracje słynnego Charliego 😍 

Pan Bell pojawia się jedynie na początku, aby wprowadzić dwóch głównych bohaterów, potem ginie po nim wszelki ślad - lubię takie myki. 

Koniec:

Wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 1966, 134 strony

Tytuł oryginalny: Birdy Jones

Przełożył: Andrzej Nowicki

Ilustracje: Karol Ferster 

Seria: Klub Siedmiu Przygód

Z własnej półki

Przeczytałam 14 marca 2026 roku  

sobota, 14 marca 2026

Przepisy czytelników - Wiosna. 120 przepisów

Wiosna wiosna wiosna ach to ty - więc zrezygnowałam z zaplanowanej wcześniej lektury pozycji ABC sztuki kulinarnej i oddałam się wiośnianym przepisom. Które jednakże do końca takie nie były. Może jakieś sałatki, ale reszta to tylko pretekstowo. A że tym razem chciałabym na Wielkanoc coś jednak przygotować 😂 to chyba jeszcze ogarnę Wielkanoc. 111 najlepszych przepisów w marcu. Dek.

Tymczasem co sobie wynotowałam z Przepisów czytelników. Ciasto z porami czyli tarta, a tarty uwielbiam. I w Lewiatanie są tanie pory 😁 Przy czym ciasto zrobię klasycznie, a nie z żadnymi otrąbkami i twarogiem, bez wygłupów.
 


A to, co jest na pierwszym zdjęciu po lewej stronie to chrupki serowe.
 


Taka kiełbasa w cieście naleśnikowym to dobry awaryjny, na szybko obiad.

 

Ryb nie jemy właściwie nigdy, więc może kiedyś? Tylko to nagrzewanie piekarnika sporo kosztuje. Dojrzewam do nabycia drogą kupna jakiegoś pojemnika do frajera, w którym by można takie rzeczy piec - ma ktoś konkretne namiary?

 

Tu jest to samo - że też zapiec w piekarniku.



Niby-pizza też jest bardzo szybkim obiadem, trzeba spróbować.

No i ciasta. My się z ciastami nie kochamy (no nie mam do nich ręki), ale jak widzę coś prostego, to moooooże... 

Choć jak mi piszą wyłożyć do formy, a coś tam po upieczeniu - to przecież nic nie wiem, ile piec, w jakiej temperaturze... 

Za keksami nie przepadam, ale przynajmniej wiadomo, że nie będzie go zbyt dużo. Bo gdy piekę to jedyne, co umiem czyli kefirowe z owocami, zazwyczaj po paru dniach odkrywam, że zapleśniała resztka - no całej tortownicy nie przerabiamy, a z drugiej strony nie mam śmiałości częstować sąsiadów swoimi pożal się Boże wyrobami 🤣 

 

Ten najszybszy placek właściwie przypomina moje kefirowe, tylko jest śmietana zamiast.

I na koniec skandynawskie. Ma wyglądać tak:

Tyle że nigdy jeszcze nie robiłam lukru, no ale kiedyś trzeba spróbować 😉 Fajnie też, że 2 szklanki utartej marchwi. Pozostaje mi się jedynie domyślać, że na drobnych oczkach? I do szklanki ją będę upychać? Nie można to podać na wagę czy jak?


Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 1994, 128 stron

Seria Biblioteczka Poradnika Domowego, nr 2/1994 

Z własnej półki

Przeczytałam 12 marca 2026 roku 

 


Najnowsze nabytki

W zeszłą niedzielę wracając z kina, mimo fatalnego nastroju (koleżanka zwierzyła się, że ma guza piersi, będzie operowana niedługo), zajrzałam do knihobudki i opłaciło się.

 

A wczoraj przyjechał Szyszkodar z nową dostawą. W sumie nie przejrzałam tego jeszcze, tylko wywaliłam z Ikeowskich toreb.

Ale potem poszłam do budki uporządkować półki, bo tam też trochę wyłożył i cóż, znalazłam trzy sztuki dla siebie. Książkę z serii A to Polska właśnie wzięłam właściwie na podmiankę, bo byłam pewna, że ją mam - a tu nie, dziwne 😂 Morcinek jest wydany w serii z kogutem, powiększa mi się zbiorek. A Wspomnienia starego lekarza mnie zainteresowały, bo po otwarciu na chybił trafił zobaczyłam, że pisze o Szpitalu Dzieciątka Jezus, a w jednym z filmików Ojczasty opowiadał, jak miał tam operację, takoje sowpadienie 😉

 

Ale zobaczcie, było mi tego mało i po południu wybrałam się do filii bibliotecznej w Borku Fałęckim, gdzie mają regał na bookcrossing i zgarnęłam dwa łupy: lekturkę z niemieckiego (na kiedyś, jakiś humor i satyra) i zawsze miłe sercu memu wydawnictwo Czarne.


Tyle by tego było, ale skoro wspomniałam o kinie, to rzecz w tym, iż w kinie KIKA w Podgórzu w marcowe i kwietniowe niedziele o 16.00 można oglądać włoskie filmy w ramach przeglądu Kobiety reżyserki. Informacyjnie podaję.

Tam jednakże mam wejściówki, ale chciałam się wybrać tradycyjnie jednomiesięcznie do Paradoxu, zaplanowałam sobie film w czwartek i plan dnia pod tym kątem ułożyłam (co brzmi, jakbym miała niezwykle napięty grafik 🤣), ale w środę wieczorem zaglądam na stronę kina, a tam sala wyprzedana! Oż (osz?) wy gady! Chyba szkoła, no bo cóż by innego. No nie był mi widać ten węgierski film (familijny!) pisany. A nigdzie go nie ma. Zresztą przestałam żałować, gdy obejrzałam zwiastun - jest dubbingowany, a ja przecież chciałam po węgiersku posłuchać!

Tośmy sobie grały z córką w scrabble. Oczywiście wypada dodać, że zdobyte z knihobudki kiedyś 😂  No i tu jest zdjęcie z pierwszej rozgrywki, gdzie widać, żeśmy jeszcze nie załapały reguł i źle układały 😂 Ale za drugim razem już było lepiej i w ogóle to FAJNE JEST 😍




środa, 11 marca 2026

Dorota Chmielewska - Czechy. Czemu pohoda to nie pogoda? czyli czeski luz

Oddawałam książkę w filii bibliotecznej bardzo odległej ode mnie i absolutnie nie miałam zamiaru nic pożyczać, ale musiałam chwilkę poczekać, bo pani bibliotekarka miała kogoś na linii i cóż było robić, rzuciłam okiem na półkę z nowościami. Na wszelki wypadek poprosiłam panią o sprawdzenie, czy nie ma tego gdzieś bliżej mnie, ale nie było, więc wzięłam. I teraz będę znów musiała jechać na koniec świata, kurka wodna.

Żeby to chociaż jakaś satysfakcja została... ale nie. 



Wiecie, ja rozumiem, że amatorka, że czechofilka itd., ale to są skutki przenoszenia postów /artykułów blogowych do książek. Nie popieram generalnie. Nie wiem, czy zdarzyło się kiedyś, żebym była zadowolona z lektury tego typu książki... 

Czym są Czechy? Misz maszem, który mógłby nawet być ciekawy, gdyby nie rozpędził się do ambicji przewodnika, i to dość specyficznego, bo skupiającego się na paru kwestiach - nie wiadomo, po co. Dopóki autorka opowiada o swoich pasjach, jeszcze to ujdzie (choć zaczynam reagować alergicznie na hasło złoty trunek). Ale potem zaczyna opisywać przewodnikowo pewne fragmenty Czech. Ponieważ w bibliografii podała jakąś swoją wcześniejszą książkę (Czechy. Inspirator podróżniczy), to zachodzi podejrzenie, że z niej wzięła te opisy ścieżek rowerowych czy morawskich winnic albo miejscowości uzdrowiskowych (z wyliczeniem, gdzie jest jakie źródło), żeby nowa pozycja była obszerniejsza.

Nie chcę się pastwić nad książką, bo być może komuś, kto o Czechach wie bardzo mało lub prawie nic, wniesie trochę wiedzy. Na pewno nie jest adresowana do czechofilów, bo ci to wszystko wiedzą. Ja sama nawet bym się tak nie określiła, bo właściwie Czech nie znam, jeżdżę przecież tylko do Pragi, a to, czego się do tej pory dowiedziałam o czeskiej mentalności, czeskich zwyczajach, to było tak po drodze, przy okazji. Też jestem amatorką - choć nie mogę się porównać z Chmielewską, która do Czech jeździ od 20 lat (ja mam za sobą połowę tego czasu) - mimo wszystko jednak nie porywałabym się na wydanie tego typu książki. Co innego blog, tu zawsze można się wypisać i nawet, gdy się trafią jakieś błędy, to jest to wybaczalne. Podejrzewam, że na swoim praskim blogusiu nieraz coś bzdurnego napisałam 😁

Dlaczego jednak wydawnictwo Pascal decyduje się na wydanie takiego zbioru wszystkiego i niczego, nie wiem. Co gorsza, jest tam ktoś podpisany pod korektą. A tu długo by mówić... Pomijam literówki, wiadomo. Ale kompletne nietrzymanie się kupy w kwestii czeskiej pisowni, błędy w odmianie słów i wreszcie błędy merytoryczne? No nie. Gdyby autorka wydała książkę własnym sumptem, to cóż, niechta. Ale firmuje ją wydawnictwo, które do tej pory poważałam w dziedzinie przewodników. 

Osobiście padłam trupem, przeczytawszy taki passus. Autorka ni z tego ni z owego zabiera się za opisywanie kilku stacji kolejowych, jako pretekstu używając swojej miłości do pociągów. I pisze o fresku, znajdującym się w głównej hali dworca Praha - Smíchov


 Fresk przedstawia szczyt Sorelli. Matko i córko! Fresk ów nie przedstawia żadnego szczytu, ino reprezentuje szczyt stylu socrealistycznego w architekturze czy malarstwie, zwanego popularnie SORELĄ 🤣 Wiem, że Chmielewska nie skupia się na zwiedzaniu jedynie Pragi, jak ja, ale na Boga - po 20 latach można chyba wiedzieć, co to sorela! Zastanawiałam się, jak je się to udało, strzelić takiego bąka - i otóż: jest to tekst z internetu, gdzie są opisane te dworce właśnie. Ktoś ten tekst wziął jako swój własny, wrzucił w google translate i wyszło to, co wyszło 😂 Dowód? Tutaj!

Przyznacie sami, że po takim numerze trudno mieć zaufanie do innych informacji. Czytałam do końca, ale cały czas z takim poczuciem, że gdybym się chciała kierować nimi przy organizacji jakiegoś wyjazdu, to wszystko, ale to wszystko sprawdziłabym w internecie.

I to by było na tyle względem tej pozycji.  



Początek:


 Koniec:


Spis treści:


Wyd. Pascal, Bielsko-Biała 2024, 303 strony

Z biblioteki

Przeczytałam 11 marca 2026 roku 

 

Dziś mija miesiąc od śmierci Ojczastego. Przeglądam sobie filmiki sprzed paru lat, chciałam tu jeden zamieścić, ale blogger powiedział mi, że jest za duży, więc załadowałam go na YT. W pierwszych latach po śmierci mamy odprowadzał mnie jeszcze na stację, gdy odjeżdżałam. Tu opowiada historię z kawalerskich czasów 😁 Jest rok 2018, jeszcze słyszy (choć z aparatem), jeszcze widzi, jeszcze chodzi...

 

Miałam pisać o urobku filmowym (który jest aktualnie dość nędzny), ale to może, jak się tego więcej zbierze. Więc tylko dwie sprawy. Pierwsza to filmy dostępne na arte.tv - wypisałam sobie, które do kiedy, więc udostępniam listę, jeśli ktoś jest zainteresowany 😉


Tamże jest do obejrzenia w tym roku film Przechwycone, byłam na nim w kinie, więc go na liście nie ma, ale polecam osobno.

/Rosyjscy żołnierze dzwoniący z frontu ukazują zupełnie inny obraz wojny niż kremlowska propaganda. Nagrania rozmów, przechwycone przez ukraińskie służby, zestawione są z dokumentacją zniszczeń i zbrodni wojennych./ 



Po tym, jak umyłam wszystkie okna, skończył się mój zapał do sprzątania i trochę pauzuję. Jednakże założyłam, że do końca marca odkurzę i skataloguję brakujące półki w chwilowym/obecnym gabinecie i tak oto dotarłam do niemieckich Reader's Digest. Naprawdę kiedyś myślałam, że poznam ten język do tego stopnia... i kupiłam dziesięć tomów po 4 zł 😂 Pomijam, czy kiedykolwiek wyjdę poza A1, ale przecież czytanie tego wydawnictwa mija się z celem, prawda? 🤣

Niemniej jednak z daleka wygląda szlachetnie, nieprawdaż? A z lewej strony widać egzemplarz po włosku - no, to jest pamiątka ze studenckich czasów, dwie takie zdobyłam w antykwariacie. W teorii może kiedyś opróżnię tę półkę... 


Donoszę również o wiekopomnym wydarzeniu, jakim było wreszcie sprzątnięcie ręczników. Rozłożone na dwa dni! Ale - wszystkie się zmieściły!


Teraz mogę zacząć negocjować z córką wydanie czerwonego stolika ikeowskiego. Stał on mianowicie wcześniej w przedpokoju pod wiszącymi szafkami na buty i jak można się domyślać, wiecznie był zawalony wszystkim. A głównie jej bajzlem. Skoro od trzech tygodni obywamy się bez niego w przedpokoju, to może... może jest niepotrzebny? To znaczy coś tam jest potrzebne, ale nie mam na razie pomysłu.