poniedziałek, 11 maja 2026

Zapraszam do stołu. Kuchnia Jerzego Knappe + Perła Szanghaju

Oczywiście z knihobudki kiedyś. Leżało sobie, leżało wśród niespisanych, a miejsca na półkach z kulinariami już nie ma czyli jeśli zostawić, to coś innego wynieść... Więc najpierw przeczytać, czy warto mieć.

Otóż z pewną taką satysfakcją (że jednak POTRAFIĘ czegoś się pozbyć) wynoszę. Wyfociłam ewentualnie interesujące mnie przepisy i szlus. Ale co jest najlepsze - patrzę na tę okładkę i mówię do córki:

- Ten Knappe wygląda całkiem jak taki jeden aktor.

Córka turlała się ze śmiechu, jaka ja jestem głupia. Bo to serial był i faktycznie to Szyc, a Knappe to tylko nazwisko jego bohatera.

A skąd ja to niby miałam wiedzieć 🤣 


Dobrze, więc tak. Przepisy są proste i tanie, według zapowiedzi. Ten poniżej akurat taki jest (czy makaron w innym przepisie, wymagający 12 żółtek też? no nie wiem). Tak prosty, że nawet już go mamy za sobą, bo akurat nic się nie chciało robić, a pomidorki i mozzarella były w lodówce 😁 Nie jest to może danie na przyjęcie gości, ale wchodzi na moją prywatną listę szybkich i awaryjnych.


 Placuszki owsiane wypróbujemy.


Też by można (Smażone zielone pomidory się kojarzą)...


Makaron z okruchami chleba - już gdzieś to widziałam. Też z gatunku 'co zrobić, gdy nic w domu nie ma'.


Co to są knelki??? Pierwsze słyszę. Nie twierdzę, że wypróbuję, ale nigdy nie wiadomo.


Zalewajkę u mnie w domu gotowało się z kiełbasą, a nie z boczkiem i smażoną cebulą. I dwa kilo ziemniaków???

 

Nigdy nie zamrażałam zup czy innych płynów, nawet nie mam odpowiednich pojemników...


I na koniec tarta cebulowa, którą jadamy czasem, ale na cieście do tarty, a tu proponują na gotowym francuskim. To by było dużo roboty zaoszczędzone...


Reszta czyli smażone kalmary, kaczka w rozmarynie i konfitura z czerwonej cebuli mnie nie interesują, więc pomijam 😉

Wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013, 197 stron

Przeczytałam 10 maja 2026 roku

 

Znalazłam niedawno w knihobudce trzy powieści sensacyjne przedwojennego autora Antoniego Marczyńskiego, zadowolona przyniosłam do domu i zaraz zabrałam się za lekturę Perły Szanghaju.

No nie zmogłam tego. Wiecie, że jak już coś zaczęłam, to zazwyczaj staram się doczytać do końca... Nie tym razem. Chciałam, dotarłam nawet do 118 strony - po czym pizgnęłam tym dziełem i nie myślę do niego wracać. To taka awanturnicza sensacja: polski pisarz (niby niemajętny, ale sobie podróżuje po świecie) spotyka w pociągu piękną Niemkę Lottę, która wybiera się do Szanghaju, gdzie ją oczekuje bogaty stryj, najwyraźniej z zamiarem uczynienia ją spadkobierczynią majątku. Od początku jednak ktoś próbuje przeszkodzić tej podróży. A tu wybucha miłość...

Dziękuję uprzejmie, postoję.  



U Teatralnej pisała Jotka o kryminalnym serialu duńskim. Nazywa się Kasztanowy ludzik, to serial Netflixa, ale kto Netflixa ma, tak jak ja, może obejrzeć na wiadomej stronce; są dwa sezony. 

Ach, myślę sobie, duński... Gang Olsena 🤣 to dawajcie! I nawet w pierwszym odcinku któryś z aktorów mówił w taki sposób, który od zawsze z duńskim kojarzę. Ale to nie żadna komedia oczywiście. Tak się z Frankiem wkręciliśmy, że w sobotę obejrzeliśmy cały pierwszy sezon - raczej takich siupów nigdy nie wyprawiamy, no zdarzyło się. A w niedzielę skromniej, tylko cztery odcinki, tak że pozostałe dwa mamy na dzisiaj i już się cieszymy.

A na jutro mamy inny plan - przyjdzie pan Krzysztof przykręcić szyny. Bo tak, słusznie mnie zdopingowaliście, żeby jeszcze przed Pragą zrobić te dodatkowe półki na filmy. Zawsze to dwa stosy mniej w przedpokoju 😉 Tak więc poszłam znów do Castoramy (poszłam, a nie pojechałam, bo mi się karta MPK skończyła i nie ma sensu kupować przed wyjazdem; pół godzinki spaceru), z powrotem kupiłam te 6 wsporników plus dwie metrowe szyny i dawaj!

sobota, 9 maja 2026

Patrick Modiano - Rue des Boutiques Obscures


To jest jedna z dwóch książek po francusku, które uwielbiam nad życie i których bym nie oddała. No bo dobrze, jeszcze Maigrety lubię czytać, ale to co innego, nie wracam do nich z takim uczuciem rozkoszy, jak do Ulicy Ciemnych sklepików 😉 Ciekawa jestem, czy byście zgadli, jaka jest ta druga... ale to zbyt trudne chyba.
 


Moja historia z tą książką jest już długa. Czytałam bardzo dawno temu pożyczoną z Instytutu Francuskiego. Potem przeczytałam po polsku (choć unikam takich operacji), no bo była akurat w bibliotece. I narzekałam, że bym chciała wrócić do wersji oryginalnej, więc mi czytelniczka podpowiedziała, żeby poszukać w bibliotece na Rajskiej. I była tam. A gdy już ją znowu czytałam, doszłam do wniosku, że tak dalej być nie może, muszę mieć swoją i zamówiłam w księgarni francuskiej. Po czym - zapomniałam 🤣 W sensie takim, że teraz dopiero czytałam swój egzemplarz pierwszy raz. Po sześciu latach. I nadal UWIELBIAM.

Jak kiedyś pisałam:

Jest tam wszystko, co kocham w powieści - tajemnica, detektywistyczne próby rozwikłania zagadki, nieprzeniknioność naszego życia, niepewność, romantyka, ale nie przesłodzona, melancholia, powolne odkrywanie własnego ja... 

Początek:


Koniec:

Ostatnia strona polskiego tłumaczenia:


 

Wyd. Gallimard 2019, 250 stron

Seria: Collection FOLIO 

Z własnej półki

Przeczytałam 7 maja 2026 roku



Czas biegnie jednocześnie szybko i powoli. Dzień mija za dniem - tak na niczym, powiedziałabym. Przed wyjazdem (choć to jeszcze dziesięć dni przecież) nie umiem ani się skupić na czymś ani niczego zaplanować. Poza samym wyjazdem oczywiście. 

Z domowych spraw: pojechałam do Leroy Merlin, bo przyszedł SMS, że są do odbioru zamówione opaski, te do futryn w łazience i toalecie, do wymiany po zalaniu. Ale jak mi Pan Malarz zaczął kiedyś wyliczać, jaka to będzie robota i ile to będzie kosztować, to mi się odechciało wszystkiego i jednak postanowiłam odłożyć sprawę na później (czyli na świętego Nigdy...). Więc opaski odebrałam NA magazynie (jak to mawiają), a w parę minut później zwróciłam je NA sklepie 😂 Faktem jest, że tak czy siak, były inne niż te, które mam w domu i nie mam pojęcia, jak by to wyglądało po zamontowaniu, pewnie różnica rzucałaby się bardzo (albo mniej bardzo) w oczy - i to przecież zaraz na wejściu. 

Druga wyprawa była do Castoramy, gdzie oddałam wsporniki nie pasujące do szyn i prawie prawie pogodziłam się z myślą, że nie będę już miała trzech dodatkowych półek. A wieczorem nagle TADAM! Przecież wystarczy dokupić dwie nowe szyny (czyli z tymi innymi otworami) i przykręcić je w górnej części między starymi!

Czyli czeka mnie ponowna wycieczka do sklepu, żeby kupić dwie szyny i z powrotem te sześć wsporników 🤣 Tak się przejęłam tą myślą, że znów nie mogłam usnąć w nocy 😂

Niestety trzeba będzie zawołać gościa ze spółdzielni, żeby mi przyszedł to przykręcić i ta myśl wystarczyła, żeby odłożyć całość operacji na czerwiec... Całość, bo skoro będzie wiercił, to przecież czeka w piwnicy ten straponten kupiony jeszcze za Ojczastego, który chcę przymocować koło drzwi wejściowych, żeby móc wygodnie przysiąść do zakładania butów. A może by jednak zrobić to w przyszłym tygodniu i mieć z głowy? No tak, teraz się będę bić z myślami... tak by się chciało poprokrastynować 🤣

Z filmów:

- obejrzeliśmy z Frankiem film Marlina. Zbrodnia w czterech aktach z 2017 roku. 


Opis na "mojej" stronce był następujący: 

After encountering a group of bandits with plans to rape and steal from her, a young widow ventures into the wilderness in search of justice.  

Zaczęłam oglądać i kurka wodna nie rozumiem: kiedy to się dzieje i gdzie, jakim oni językiem mówią. W końcu poszukałam na Filmwebie - Indonezja! I to dziś! W sumie nie wiem, czy widziałam już wcześniej jakiś film indonezyjski... Ten został ochrzczony mianem spaghetti westernu i faktycznie jest w nim ten klimat, są wspaniałe pejzaże, jest muzyka. Ale jest też mnóstwo przemocy i życie kobiet niewyobrażalne dla nas, Europejek w XXI wieku. Dla chętnych - link.

- dalej był film fiński Perhoset (tytuł angielski Butterflies) z 2024 roku. Polskiego tytułu brak. Mój słownik fiński podaje, że perhonen to motyl, więc zgadza się, widać taka ich liczba mnoga 😎

Bohaterka Siiri pracuje jako asystentka ministerialna i dwoi się i troi, żeby móc pojechać ze swoją przełożoną do Brukseli czy gdzie tam, już zdążyłam zapomnieć. Na służbowym wyjeździe spotyka swego ojca-nieudacznika, który jest na progu bankructwa, ale oczywiście się do tego nie przyznaje, mimo że mieszka w samochodzie. Niby to komedia, ale smutna - choć z happy endem. O tym, co jest w życiu ważne, o trudnych relacjach między dziećmi i rodzicami, o wyborach życiowych. Nie takie złe. Link - tu. Ale ale! Napisy tylko angielskie! Tak że obejrzałam kolejny film po angielsku, dzielna ja.

- następny z mojej stronki to Mój stryj Jens z 2025, tym razem norweski. Trochę tak norwesko-irański.


Franek też jest imigrantem, więc oglądał z zainteresowaniem. Bowiem w mieszkaniu spokojnego nauczyciela w Oslo, współdzielonym z innymi młodymi ludźmi, pojawia się niezapowiedzianie stryj z Kurdystanu. Akam go nawet nie znał. Stryj Jens raczej nie uznaje norweskich porządków (nie ma bidetu w łazience!?) i zwyczajów, ale zadomawia się i nawet po trosze zaprzyjaźnia ze współlokatorami Akama, choć ci nie mogą pojąć, jak można przyjechać bez zaproszenia i siedzieć... Akam jednak odkrywa, że stryj nie pojawił się u niego prosto z lotniska i że jest tu wielki problem z wizą i dokumentami. Nawiązuje znajomość z dziewczyną pracującą w urzędzie d/s imigracji i jeszcze nie wie, jak to pojawienie się stryja zmieni jego życie. Niby nic specjalnego, ale warto zerknąć, sympatyczne - tu

- obejrzeliśmy też na Arte.tv w ostatniej chwili Stromboli. Ziemia bogów Rosselliniego, ale już go tam nie ma...
 


A potem dokument o Gorbaczowie, który jeszcze jest, ale tylko do wtorku. Rozmowy z ostatniego roku życia.

Teraz w związku z wyjazdem nadrabiam filmy, którym kończy się dostępność w maju. Franek nie chciał ze mną oglądać francuskiego W górę serca z 1999 roku, bo mówi, że nie będzie się dołował (dziewczyna w ciąży dowiaduje się, że ma raka piersi i za wszelką cenę chce uratować to dziecko). Mnie temat akurat bliski, bo koleżanka z pracy miała we wtorek operację - oszczędzającą, bo wycięli jej z piersi dwa guzy - i miejmy nadzieję, że na tym się skończy. 

poniedziałek, 4 maja 2026

Modiano, Sempé - Katarzyna

Porządki w książkach, tych leżących w stosach, do zdecydowania, czy zostawić czy wynieść. Córka to kiedyś przyniosła z knihobudki, nie spodobało jej się i odłożyła do wydania. A ja wzięłam do przeczytania w ramach oddechu od pewnej powieści sensacyjnej, którą męczę od paru dni i chyba nie zmęczę, ale o niej może następnym razem.

Więc wzięłam do łóżka tę Katarzynę, zaczynam czytać i - o rany, to jest napisane dokładnie w stylu Patricka Modiano! Więc zachwyt! Więc przeczytanie za jednym zamachem! Zresztą to mała książeczka.

Po ostatniej stronie zamykam tomik, patrzę jeszcze na tylną okładkę:  


 Hm... autor: Modiano 🤣🤣🤣

Tak, nie zauważyłam jego nazwiska, tylko Sempé mi się w oczy rzuciło 😁

Pośmiałam się sama z siebie i ze swoich odkryć. A teraz jeszcze dodatkowo myślę, że ja już kiedyś tę Katarzynę czytałam, pewnie w czasach przedblogowych. Tak czy siak - urocza lektura i taka tęsknota mnie ogarnęła za Modiano, że zaczęłam od razu Rue des boutiques obscures, choć czytałam sześć lat temu czyli jeszcze się nie odstało 😉 Ale poza nostalgią za klimatem tej książki jest jeszcze jeden powód, o którym oczywiście też następnym razem. Ten klimat jest i w samym tekście - opowieści o dzieciństwie bohaterki, spędzanym z troskliwym ojcem w Paryżu - i w mikołajkowych ilustracjach, jakby z innej bajki. To jest Paryż, którego ja poznać nie mogłam (byłam tam po raz pierwszy w 1986 roku), ale który mam gdzieś z tyłu głowy zakodowany: Paryż ludzi nie wiadomo skąd, Paryż ciemnych interesów, Paryż lat wczesnopowojennych, Paryż rosyjskich imigrantów...

Początek: 


 


 Koniec:

Wyd. TENTEN, Warszawa bez daty (chamstwo! jak tak można!), 95 stron

Tytuł oryginalny: Catherine Certitude

Przełożyła: Regina Gręda

Z własnej półki

Przeczytałam 2 maja 2026 roku
 


Siedzę oczywiście nad Pragą. Zeszyt już prawie zrobiony, listy książek i filmów powklejane (żeby nie przywlec nic podwójnie), cztery wycieczki kupione. CZTERY, mimo, że nudzi mnie chodzenie za przewodnikiem 🤣 No, ale to czasem jedyna okazja, żeby usłyszeć, zobaczyć coś, czego w książkach się nie znajdzie. I teraz tak: jedna z tych wycieczek, znaleziona przypadkiem, bo z tym organizatorem (Pamięć narodu) jeszcze nigdy nie chodziłam, wiedzie na miejsce happeningu KEEP TOGETHER zorganizowanego w 1973 roku przez praski underground. Trasa 4km, czas trwania 2 godziny, wszystko OK, ale na końcu opisu taka uwaga - trudniejszy teren, początkowo strome podejście, zalecane obuwie trekkingowe. No to ja odpadnę na samym początku, bowiem jeśli chodzi o wchodzenie pod górę to jestem autentyczny neptek 😣 

W związku z tym postanowiłam trenować - obok osiedla jest lekkie podejście pod górkę do Bronowic, tzw. Zielony Most. I poszłam. Ale to jest faktycznie LEKKIE i mało. Nawet się nie zmęczyłam. I co dalej? Uświadomiłam sobie, że w okolicy nie ma nic pod górkę! W sumie to dobrze - na co dzień, ale gdzie tu poćwiczyć? Chyba będę wchodzić u siebie na X piętro... Wiem, co by mnie mogło wykończyć: pojechać na al. Kasztanową na Woli Justowskiej i stamtąd wleźć pod górę do Lasu Wolskiego! Ale nie w ten upał, bo rzeczywiście mogłabym wtedy mówić o wykończeniu (się).  

Wracając do praskiego zeszytu: ciągle pracuję nad ulepszeniami 😁 W zeszłym roku doszłam do wniosku, że lepiej projekty wypraw zapisywać na luźnych kartkach, a to dlatego, że jeśli pozostają niezrealizowane (a zawsze są takie), to nie trzeba ich przepisywać do kolejnego zeszytu. Więc mam tu opracowanych kilka wycieczek na cienkich kartkach ze starego kalendarza 😂 Ciekawe, ile z nich uda się odbyć, a ile zostanie na sierpień...

Niby jadę na 10 dni, ale weekend Open House odpada, dni podróży też, cztery wycieczki - więc cóż zostaje? Malutko. Czego się nie dotknę, to już bym chciała tam iść. Bardzo szkoda, że tylko dwa razy w roku mam tę przyjemność. Teraz na emeryturze jestem niby wolny człowiek i mogłabym jeździć częściej (w miarę finansów), ale niby kiedy? Raz byłam w październiku i bez sensu, ciągle padało. We wrześniu są jakieś dni architektury, może by wtedy skoczyć? Ale tak przecież nie cierpię samej podróży... Baba nie wie, czego chce.

 

Tymczasem w Bronowicach. Udogodnienie dla zmęczonych długim oczekiwaniem na przejściu.


Zajmujemy sobie miejsce na zaparkowanie auta.



Na Bronowiance jest nowy mural z wyobrażeniem dwudniowego pomnika sprzed lat. Szkoda, że nie pomyślano, żeby zrobić napis z prawej strony nieco wyżej, skoro jest tam parking...

Ukradzione z FB:

W 1969 roku na terenie boiska klubu sportowego „Bronowianka” doszło do niezwykle odważnego, jak na tamte czasy, incydentu.

21 lipca, w dniu lądowania Neila Armstronga na Księżycu, ustawiono tam pomnik upamiętniający to wydarzenie. Pomysł jego stworzenia powstał w ścisłej konspiracji, tuż po tym, jak świat obiegła informacja o planowanej misji, która miała się zakończyć lądowaniem człowieka na Księżycu.

Pomnik zaprojektowała Danuta Nabel-Bochenkowa i wykonała go wspólnie z Kazimierzem Łaskawskim. Miał on 6 metrów wysokości. Wzmianka na jego temat pojawiła się nawet w „Gazecie Krakowskiej”.

Pomnik stał jednak tylko dwa dni. Gdy ówczesny pierwszy sekretarz partii komunistycznej, Władysław Gomułka, dowiedział się o jego istnieniu, nakazał natychmiastowe usunięcie pod pretekstem remontu obiektu sportowego „Bronowianki”.

W międzyczasie otrzymał depeszę z podziękowaniem od prezydenta USA, Richarda Nixona, oraz reprymendę od Leonida Breżniewa — najważniejszej osoby po drugiej stronie układu sił.

 

Nad Rudawą odwiedziłam knihobudkę (na szczęście nic tam dla mnie nie było):

 

Wypatrzone w gąszczu:


Na osiedlu parkuje z kolei rower.


 

Dawno nie donosiłam, co się dzieje w mojej willi. Otóż, ludzie kochani, nie żadne werandy budują, tylko najwyraźniej osuszają fundamenty. A przynajmniej tak wnioskuje laik czyli ja.