Najpierw się ucieszyłam, gdy znalazłam tę powieść w knihobudce, no bo o mojej imienniczce. A potem zaczęłam czytać i przestałam się cieszyć.
Moim zdaniem niesamowicie pretensjonalne. Bohaterka ma 17 lat, a więc chodzi jeszcze do szkoły, przed nią matura. Ojciec to architekt, matka lekarka (w ubezpieczalni). Domem zajmuje się ciotka, która znalazła w tym posłanie i powołanie. Starszy brat, artysta, z powodu konfliktu z rodzicami wyprowadził się z domu i żyje gdzieś na jakimś strychu. Młodsza siostra dla Małgorzaty właściwie nie istnieje. Sama Małgorzata jeszcze nie wie, czego chce w życiu (któż w tym wieku to wie), może zostać aktorką? Więc bierze udział w castingu do filmu i zostaje wybrana. A więc problem w domu, problem w szkole, ale stawia na swoim i wyjeżdża na parę miesięcy na plan filmowy, gdzie pojawiają się kolejne problemy - chyba jednak kariera aktorska nie jest dla niej, wikła się również w romans ze starszym od siebie pisarzem, ponoć uznanym. Spotkania trwają i po zakończeniu zdjęć, po powrocie do Warszawy, oczywiście potajemne, bo prawdę trudno wyjawić ciotce czuwającej nad moralnością. Rodzice nieobecni, wojażują po Europie. Są lata 50-te, dodam. Małgorzata czuje się inna (żeby nie powiedzieć lepsza) od swoich rówieśników, właściwie nie ma przyjaciół, ma za to oryginalne burberry, buty z importu, kapelusz francuski, a na wyjazd na plan zabrała trzy suknie wieczorowe. Przyznam się, że nic z tego nie rozumiem. Owszem, ojciec architekt, ale czy to oznacza takie możliwości w tamtych czasach? Siedemnastolatka ma suknie wieczorowe?
To w kwestiach materialnych. A co siedzi w głowie? W głowie milion pytań o to, co w życiu ważne i kim się jest. Z jednej strony filozofowanie, z drugiej bezustanne pogardliwe ocenianie innych. Człowiek z fizjonomią plantatora trzciny cukrowej. Zmanierowana i rozdzielająca włos na czworo.
Autorka najpierw zamieszcza wstęp, gdzie daje do zrozumienia, że takie Małgorzaty to właśnie obraz młodego powojennego pokolenia, wyzbytego hamulców, z tak odmienną od przedwojennej moralnością.
Początek:
Koniec:
Wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 1962, 161 stron
Bez okładki, bo na niej zupełnie nic nie ma (nawet tytułu) - z czego wniosek, że kiedyś była obwoluta. Można uznać, że ta czysta okładka to symbol tabula rasa, jaką by miała być bohaterka - ale ona w wieku 17 lat dawno już nie jest tabula rasa...
Z knihobudki
Przeczytałam 4 marca 2026 roku
Taka sprawa. Wczoraj wieczorem byłam świadkiem, jak do knihobudki pani przyniosła parę płyt. Naturalnie zaraz je zabrałam - nie żeby mieć, tylko żeby przesłuchać (może), ale przede wszystkim pokazać Wam, co też ludzie przynoszą 😁
Połowa to są pomoce do angielskiego (z tym, że nie mam podręcznika tych autorów). I płyty mają taki średni format, ani nie duży ani nie mały.
A druga połowa to już normalne longplaye, nabyte pewnie kiedyś w księgarni wydawnictw importowanych, bo pochodzą z NRD i ZSRR.
Akuratnie wczoraj umyłam ostatnie okno, a tam właśnie na parapecie stoi gramofon czyli wszystko świeżo odkurzone, więc zbliżam się teraz pełna nadziei, jakie to niemieckie party dźwięki usłyszę - a tu guzik. Włączam, słyszę szum z głośników - ale tacka się nie kręci.
Powiedzcie mi - dlaczego wszystko mi jest wbrew ostatnimi czasy???
A jeszcze taki zonk z budki. Ktoś przykleił ogłoszenie.
No pojąć nie mogę, skąd ludzie biorą tak porąbane pomysły. Wiem, że zdarzają się handlarze. Facet, który obok sprzedaje warzywa i owoce, opowiadał mi, że raz zapytał gościa, który ładował książki do wózka czy plecaka jak leci, bez oglądania ich nawet - co z tym robi. Ten mu ponoć powiedział, że w Hucie jest jakaś księgarnia (podejrzewam, że raczej chodzi o antykwariat), do której on zawozi stertę książek, a w zamian może sobie coś innego z ich oferty wybrać. Może i tak. Ale CO TO KOMU SZKODZI? To po pierwsze. Książki dalej są w obiegu i komuś posłużą. A po drugie - jako alternatywę ktoś proponuje tomy ZNISZCZYĆ. Przedziurkować, pomazać markerem. No jakie trzeba mieć siano w głowie! Obrońca nie książek, tylko stanu posiadania czy co.
Niestety nie wiadomo, kto się tak przeciw pasożytom stawia, żeby można było choćby podyskutować.
Jeśli wynoszę książkę do knihobudki, tym samym pozbywam się względem niej jakichkolwiek oczekiwań (i praw). To nie jest już TWOJA książka, jak piszesz. Może ktoś ją zabrać do przeczytania i odnieść z powrotem, może sobie postawić na półce na zawsze, może sprzedać, może wreszcie wziąć na podpałkę. I to ostatnie boli, ale reszta nie.








To nawolywanie do niszczenia książek jest bolesne. Ten ktoś powinien sam więcej czytać to poznałby różnycę miedzy zastanawiać, a zastawiać. Ta książka o Malgorzacie to pewnie bajka.
OdpowiedzUsuńMyślę, co zrobić. Czy nakleić na tym swój komentarz czy po prostu usunąć bez dyskusji...
UsuńKsiążka o Małgorzacie - wygląda jakby odnosiła się do czasów obecnych.
OdpowiedzUsuńNotatka w knihobudce - chora - po to się tam zanosi książki żeby ktoś brał.
Tak, bo jak na lata 50-te jest dla mnie pełną abstrakcją!
UsuńKiedyś trafiłam na podobne "żale" na jakimś forum. Ktoś robił czystkę w szafach, wyniósł rzeczy i zostawił obok kontenera, a po jakimś czasie rozpoznał swoje spodnie czy kiecki wystawione na sprzedaż na jakimś portalu. I aż się zagotował, że jak to tak, ktoś na JEGO ŚMIECIACH ZARABIA😂 Nosz... ludzie sieczkę w głowach mają? Trzeba było samemu sprzedać, ale nie, ból pojawił się, bo jakiś "obrotny" zadał sobie trud wziąć je, wystawić na sprzedaż, latać z paczkami na pocztę i... zarobił na dwa piwa może 🤦♀️😉
OdpowiedzUsuńOtóż to. Tobie się nie chciało, to zapomnij w ogóle o sprawie.
UsuńKochana!
OdpowiedzUsuńCzytaj za mnie więcej... nie zdołam do tego dotrzeć ku czemu serce mnie wzywa.
Na koniec, może nie ostatni, miałem "normalny" sen w którym nieżyjący już przyjacieł wzywał mnie do siebie.
Jak ogólnie wiadomo, w snach jest wszystko na odwrót 😂
UsuńRany, co za kretyński pomysł samozwańczego szeryfa książkowego - zrezygnowałabym z książki podrapanej czy pomazanej (a jeśli bym wzięła, bo bardzo by mi zależalo akurat na tym tytule, to mocno wkurzona na takie barbarzyństwo 👿). I zgadzam się, że choć głównym celem knihobudek jest wymiana (kiedyś bylam w szoku, jak mi facet sprzed nosa zgarnął wszystko jak leci do wózka), to walka takimi metodami z handlarzami nie ma sensu. Niech ta se zarobią.
OdpowiedzUsuń"Małgorzata" wydaje się przekombinowana i trochę drętwa, dobrze Ci się czytało? Jako nastolatka wolałam książki o takich dziewczynach jak ja, typu Siesickiej czy Chądzynskiej, a nie aktorki w Burberry🫢
Powiem Ci, że się przyłapałam na czymś takim: idę do knihobudki, a tu przede mną lub z naprzeciwka też ktoś tam zmierza. Widzę, że mnie uprzedzi. I co? I normalnie zaczynam go nienawidzić 😂 Z jednej strony jeśli zgarnie coś przede mną, to tylko dobrze z punktu widzenia braku miejsca w domu... ale z drugiej przecież tam idę po to, żeby jednak coś może znaleźć...
UsuńTak że - uczucia mięszane 🤣🤣🤣
"Małgorzatę" czytało się źle, bo właśnie taka przekombinowana. Ciekawe, jak wówczas była odbierana. Dziś w internecie brak opinii.
Ja do dziś nienawidzę osoby, która mi w Schronisku Książek zabrała sprzed nosa 1.tom dzienników Iwaszkiewicza (przypomnę, że tam się poluje na książki online na strasznie wolno chodzącej stronce). 2. i 3. tom mam nabyte za psi grosz, a ten pierwszy jest na Allegro powyżej stówy. W Schronisku niestety ewidentnie grasują handlarze, wszystkie bardziej chodliwe książki znikają błyskawicznie. Tokarczuk, Mróz, laureaci Nike itp. Akurat na Iwaszkiewicza nikt się nie rzuca poza mną, a tu taka siurpryza👿
Usuń"Malgorzaty" ani autorki nawet że słyszenia nie kojarzę. Btw ja też lubię książki o moich imienniczkach, teraz wypożyczyłam na przykład "Porwanie doñi Agaty" niejakiej Gudrun Pausewang.
A mówią, że jak ktoś czyta książki, to taka spokojna osoba jest... a tu takie emocje 🤣
UsuńGudrun coś mi znane... ale sprawdziłam w katalogu, to mam tylko lekturkę z niemieckiego "Du darfst nicht schreien" na poziomie C czyli nigdy nie osiągnę 😂 Trzymałam też przyniesioną z budki jakąś książeczkę dla dzieci z Agatą w tytule, że przeczytam dla Ciebie i za Ciebie 😁 ale przed tą wymianą pionu zdaje się wyniosłam w końcu...
A co do imienniczki, to mam jeszcze na stanie dwie sztuki:
- Małgorzata czyli requiem dla wojowniczki
- Małgorzaty droga powrotu
Czekają.
"Małgosia contra Małgosia" mi się przypomniała ;) bardzo lubiłam w czasach podstawówki.
UsuńNie mam 😕
UsuńCo ludzie mają w głowach? nie wiem, ale na własne uszy słyszałam, jak pani chwaliła się, że w przymierzalni pocięła suknię żyletką, by utargować zniżkę, ale żeby to jeszcze droga była, ale w ciucholandzie...
OdpowiedzUsuńWygrała internety ta pani!
UsuńAle tak się zastanawiam - jeśli pocięła w niewidocznym miejscu, to pewnie i tak by jej zniżki nie dali. A jeśli w widocznym - no to na co jej taka sukienka połatana potem?
Chore to wszystko.
Też mi się wydaje, że lepiej już, jak ktoś na książce zarobi, ale ta książka jednak się uratowała, nie żeby trafiła do śmieci. Mam nadzieję, że zerwałaś to ogłoszenie, bo inicjatywą jest chyba przede wszystkim dbanie o dalsze życie książki. Albo dopisz to chociaż na ogłoszeniu markerem. Jako matka, pomysłodawczyni zaistnienia knihobudki masz większe prawa do ustalania zasad niż jakiś anonimowy szeryf pilnujący tego, by ktoś się przypadkiem na książkach nie wzbogacił :D
OdpowiedzUsuńNie zerwałam, bo ona nie przyklejona taśmą, tylko klejem jakimś i proste to nie będzie... ale trzeba się za to chyba zabrać.
UsuńJako matka-założycielka nie czuję się uprawniona do rządzenia w gruncie rzeczy, bo to jednak ludzie budkę zaopatrują i staram się szanować INNE poglądy... ale to przekracza granice.
Chyba muszę uderzyć znów do Szyszkodara po nową dostawę, bo ostatnio cienko. Choć nie chce mi się znów zawalić podłogi stosami.
Dopisz coś przynajmniej na tym ogłoszeniu. Tylko nic w stylu "Najlepiej wyrwać kilka ostatnich stron. Takiej książki na pewno nie da się sprzedać", bo jeszcze ludzie potraktują to na serio :D
UsuńZrobię to pod osłoną nocy 🤣
UsuńKtoś przykleił ogłoszenie
OdpowiedzUsuńFaktycznie — co mnie właściwie obchodzi, że ktoś na moich książkach zarabia. Tym bardziej że dwie bezpłatne Little Free Libraries, które znajdują się niedaleko mojego domu, są niemal zawsze tak przepełnione książkami, że praktycznie nie ma możliwości dołożenia tam czegokolwiek. Półki są dosłownie zapchane. Dlatego swoje książki najczęściej zanoszę do sklepów z używanymi rzeczami, gdzie są później sprzedawane za niewielkie pieniądze.
Czytając jednak o „oznaczaniu książek”, przypomniała mi się pewna historia z Kuby. Otóż dość często zdarza się tam, że kobiety z małymi dziećmi proszą turystów, aby kupili im w pobliskim sklepie mleko, sok albo jakieś inne produkty „dla dziecka”. Wielu turystów oczywiście zgadza się pomóc i kupuje takie rzeczy.
Problem w tym, że ani dziecko, ani matka wcale tych produktów nie konsumują. Kobieta ma zazwyczaj porozumienie ze sklepem i po chwili zanosi te rzeczy z powrotem do sprzedawcy, otrzymując część ich wartości w gotówce. Towar wraca na półkę i jest sprzedawany ponownie kolejnemu turyście. W ten sposób powstaje dość prosty, ale całkiem dochodowy proceder.
Zresztą wcale nie trzeba jechać aż na Kubę — podobne „przekręty” można spotkać także w dużych miastach Ameryki Północnej, na przykład w Toronto.
Dlatego niektórzy turyści znaleźli prosty sposób, aby temu zapobiec. Po zakupieniu takiego produktu biorą permanentny marker i piszą na opakowaniu (najlepiej po hiszpańsku) coś w rodzaju: „Prezent od turysty z Kanady — smacznego!”, dodając jeszcze datę i swoje imię. W takiej sytuacji znacznie trudniej oddać towar do sklepu i sprzedać go ponownie następnemu naiwnemu turyście.
No proszę - ludzie zawsze znajdą sposoby. I sposoby na sposoby 😁
UsuńU nas weszły niedawno do sklepów butelkomaty (jest teraz pobierana kaucja) i słyszę, że niektórzy uwiązują butelki na sznurku, żeby je z powrotem wyciągnąć z maszyny 😁 Inni z kolei umawiają się z restauracjami, że będą od nich odbierać te opakowania szklane czy plastikowe. Lokal ma problem z głowy (kaucję wliczy w koszty), a ktoś sobie dorabia.
Co mi mówi, że zaczyna się opłacać zbieranie puszek czy butelek - zwłaszcza trzeba celować na miejsca, gdzie jakieś imprezy masowe się odbywają. Może to moja przyszłość? Ale może być spora konkurencja 🤣
Wczoraj mi się rzucił w oczy headline, że jakiś pan zarabia na kaucjach 300 złotych tygodniowo. Nie wchodziłam w artykuł, wiec nie wiem jak to robi, ale jest to jakiś pomysł na eneryturę😁
UsuńW PRL za zwrot butelki płacono najpierw złotówkę, a później podniesiono stawkę do 3 złotych. Po osiedlach kręcili się też tacy zawodowi zbieracze, którzy skupowali butelki od dzieci czy mieszkańców za jedną trzecią tej ceny (czyli najpierw za 30 groszy, a później za 1 złoty).
UsuńAle do czego zmierzam: to były lata mniej więcej 1972–1975. Miałem kiedyś dzień wolny w szkole i razem z kolegami poszliśmy… zbierać butelki. I rzeczywiście nazbieraliśmy ich sporo! Do dziś pamiętam, że tego dnia ja sam „zarobiłem” 153 złote. Gdyby przeliczyć to na cały miesiąc, dawałoby to około 4000 zł dochodu, co w tamtych czasach było zapewne powyżej średniej krajowej. To wydarzenie po raz pierwszy uświadomiło mi, że w PRL można było czasem stosunkowo łatwo zarobić jakieś pieniądze — przynajmniej w tak nietypowy sposób.
W Kanadzie natomiast płaci się tylko za butelki po alkoholu oraz puszki po piwie — odpowiednio 20 i 10 centów. Plastikowych czy zwykłych szklanych butelek w ogóle się nie skupuje. Co więcej, punktów przyjmujących takie opakowania jest coraz mniej. Dlatego dla emerytów czy osób bezdomnych nie jest to szczególnie dochodowe zajęcie, chociaż niektórzy zbierają puszki po piwie, zgniatają je, pakują do plecaków i w ten sposób transportują do punktów skupu.
i słyszę, że niektórzy uwiązują butelki na sznurku, żeby je z powrotem wyciągnąć z maszyny
Przypomniało mi to dawny pomysł z automatami telefonicznymi. Niektórzy wrzucali monetę przywiązaną do cienkiego sznurka — po zakończeniu rozmowy wyciągali ją z powrotem i mogli w ten sposób korzystać z telefonu wielokrotnie 😁
=> Agata
UsuńTo właśnie o tym panu, co zawarł układ z restauracjami 😂
=> Jack
UsuńJeśli chodzi o butelkomaty, to puszki czy butelki nie mogą być zgniecione, co zakłada - dla zbieracza - jakiś środek lokomocji w postaci wózka, no bo ileż ich zmieścisz do plecaka. Niedawno widziałam w osiedlowym sklepie, gdzie lokalna księgarenka dostała wypowiedzenie z wynajmowanego od dziesięcioleci pomieszczenia, bo właśnie tam umieszczono butelkomat - więc widziałam tam pana, który przytargał dwa duże wory na śmieci wypełnione tym towarem. Słyszałam cały czas jakieś dźwięki, gdy stałam do kasy i myślałam, że może pracownik opróżnia czy co, a to pan sobie puszki /butelki wrzucał.
O monecie na sznurku w automatach tel. słyszałam 😁
Chociaż mniej więcej domyślałem się znaczenia, słowo butelkomat jest dla mnie zupełnie nowe i musiałem sprawdzić jego definicję. Znalazłem takie wyjaśnienie: „Butelkomat REKBOT to zaawansowane technologicznie urządzenie do zgniatania butelek plastikowych oraz puszek, które automatycznie segreguje, liczy, kompresuje i przyjmuje opakowania objęte systemem kaucyjnym.”
UsuńU nas czegoś takiego raczej się nie spotyka. Zwrot puszek i butelek odbywa się bardziej „manualnie”. Oddaje się je po prostu w specjalnym punkcie. Zgniecione puszki też zwykle nie stanowią problemu — szczerze mówiąc nawet nie wiem, czy ktoś je dokładnie liczy. Być może po prostu kładzie się cały worek na wagę i przelicza według wagi. A opakowań plastikowych się nie zwraca (oprócz tych po alkoholach).
A propos monety na sznurku…
W pierwszym odcinku kreskówki Futurama (stworzonej przez twórców serialu The Simpsons) jest bardzo zabawna scena. Będący w depresji robot Bender postanawia popełnić samobójstwo przy pomocy specjalnego automatu do „szybkiej i bezbolesnej” autodestrukcji. Jednak nawet w takiej chwili pozostaje wierny swojej naturze i próbuje oszukać automat, żeby zaoszczędzić 25 centów. Używa więc klasycznego triku z monetą przywiązaną do sznurka — wrzuca ją do automatu, a potem szybko wyciąga z powrotem, dzięki czemu korzysta z urządzenia, w gruncie rzeczy nic nie płacąc. Oszczędny do samego końca!
Zgniecione puszki kojarzą mi się ze zbieraczami złomu, oni to odwozili do punktów skupu właśnie, gdzie towar szedł na wagę, a nie na sztuki.
UsuńSłyszę, że polikwidowano masę takich punktów. Nasi dwaj osiedlowi żule stracili dochód, uzyskiwany pracą (czyli wędrówkami po osiedlu i odzyskiem metalowych części etc.), a nie kradzieżami.
https://www.facebook.com/photo?fbid=1381570343986474&set=a.155073656636155
OdpowiedzUsuńWiesz co, widziałam to, tylko zrepostowane przez kogoś. To są cenne inicjatywy.
UsuńChyba M. Jantos? Bardziej się interesuję krakowskimi sprawami niż wroclawskimi 😉 nawiasem, co sądzisz o referendum?
UsuńNie, nie wiem, kto to był, ale ten post miał wielkie mnóstwo przekierowań.
UsuńO referendum NIC nie sądzę i oddaliłam się w podskokach, gdy mnie ktoś przed Lidlem zaczepił. A to dlatego, że w ostatnich czasach jakoś nie miałam głowy do interesowania się.
Inna sprawa, że generalnie już tracę wszelkie zainteresowanie dla kwestii politycznych i nie wiem, jak to będzie przy następnych wyborach. Jestem wszystkim zawiedziona i zdegustowana. Gdyby ktoś ruszył KONKRETNIE sprawę legalnej aborcji i rozdziału KK od państwa, to może...
tez tak uważam oddałaś, nie sprzedałaś, bo nie masz czasu, nie chce ci się, to już nie twoja brocha co kto z tym robi. podobnie z innym rzeczami. Sam nie zeżre komuś nie da...
OdpowiedzUsuńOstatnie zdanie mówi wszystko 😍
UsuńMyślę, że Twój komentarz jest niezbędny. Nie wolno celowo niszczyć rzeczy- szczególnie książek- to barbarzyństwo!
OdpowiedzUsuńNo jasne. Jak można coś takiego proponować!
UsuńSpotkałem kiedyś książeczkę z wklejoną kartką na której napisano coś w rodzaju: "to jest książka z wolnego obiegu" W znaczeniu, że to bookcrossing i że nie na sprzedaż. Nawet była podana strona internetowa, gdzie można było zostawić informację gdzie się książkę znalazło i jak się ją ocenia.
OdpowiedzUsuńZamiast niszczyć książkę przy pomocy markera czy dziurkacza można zwyczajnie wkleić kartkę z taką informacją w wolne miejsce. Jeśli nawet ktoś kupi taką pozycję to może puści ją dalej wolno.
Biblioteka na Rajskiej wbija takie pieczątki, że książka została pobrana od nich i nie jest przeznaczona do sprzedaży. Lepsze to nawet niż wklejanie kartek (które zawsze można odkleić).
UsuńSchronisko Książek niby wbija swój stempel, ale spokojnie można sprzedawac, bo a) mało kto wie o tej inicjatywie (z moich koleżanek warszawianek [czy też obecnie Warszawianek] żadna), b) nie ma dopisku o niesprzedawaniu.
UsuńWidzę, że przyswajasz sobie nowe zasady ortografii 😁
UsuńTe płyty językowe to format 10", pośredni między 7" singlami i EP oraz 12" longplayami. Co do płyt z muzyką: z demoludów są tylko te z Amigi i Melodii, dwie pozostałe to niskobudżetowe wydawnictwa zachodnioniemieckie.
OdpowiedzUsuńDzięki za wyjaśnienia 😀
UsuńJeśli już "pozbywam się" książki, to z wielkim cierpieniem czynię to, ale nigdy nie pozwalam sobie, i innym, na jej niszczenie. Ta "instrukcja" to odprysk draństwa ukryty za umiejetnościa czytania.
OdpowiedzUsuńMasz rację.
Usuń