Taaa. Może też powinnam iść do apteki, jak Kicia Kocia. Ale tam farmaceuta doradza, jakie są najlepsze herbatki na przeziębienie. Idźcie mi do de z herbatkami.
Kicia Kocia znana mi była do tej pory jedynie z nazwy, to się w końcu zapoznałam z postacią. Ma przyjaciela Packa (też kota) oraz dwoje ludzkich przyjaciół - dzieci Adelkę i Julianka. I to by było ma tyle.
Początek:
Koniec:
Wyd. Media Rodzina Sp. z o.o., Poznań 2022
Ilustracje: autorka
Przeczytałam 20 maja 2026 roku
Praga, dzień drugi
Nie jest dobrze. Choram. Bo mam horom curke. Kupiła sobie w piątek gatki krótkie i dawaj w nich na pole (znaczy dwór). Na drugi dzień już była przeziębiona. A na trzeci mnie zaczęło drapać w gardle. I teraz leje mi się z kinola, w gardle drapie dalej, kaszlę i kicham i oczywiście łeb boli. Nie mogłam zasnąć, pamiętam, że o 2:30 patrzyłam na zegarek...
No, ale umówiona byłam z Věrą na oglądanie kota, więc cóż było robić. Spotkanie pod żółtą wieżą.
Byłam pierwsza, więc czekając wlazłam na nią. Im dalej w las, tym większy mam lęk wysokości, a sami widzicie, że żadna to wysokość. Widok z góry też taki sobie, bo to po prostu osiedle. Dobrze, że cała osiatkowana była, i tak kurczowo trzymałam się poręczy.
Wszystko to pójdzie do ziemi jeszcze w tym roku (wieża stoi obok centrum handlowego z czasów słusznie minionych - znaczy z lat 80-tych, postawią coś nowoczesnego i pięknego 😟).
Kota chyba będą musieli przenieść na drugą stronę placu.
Kot Mikeš był miejscowym celebrytą. Mieszkał w pobliżu, ale nikt by go w domu nie utrzymał, wychodził rano na obchód placu (na żebry w sumie), zaczynał od sklepu z kwiatami, a potem już krążył cały dzień. Rada Dzielnicy zorganizowała zbiórkę funduszy na pomniczek i w rok po śmierci Mikeš wrócił na swoje ulubione náměstí. Ładnie to wyglądało po odsłonięciu, ale teraz ludzie przynoszą te śmieci (z dobrego serca oczywiście, ale i z braku dobrego gustu) i jest już tandetnie.
Na schodach przed budynkiem w kilku miejscach zrobione drewniane ławeczki i wyryto złote myśli, to wszystko zniknie za chwilę.
Myśmy też stamtąd zniknęły - w poszukiwaniu drugiego kota. Mapa mówiła, że była to para kot i pies, ale pies się stracił jakoś ćwierć wieku temu. Miejscowi co i rusz przemalowują kota, aktualnie jest czarny, ale widziałam zdjęcia białego i niebieskiego.
Kot i dziewczyna z gałęzią poniżej to typowe przykłady charakterystycznej dla Czechosłowacji powojennej - sztuki czteroprocentowej. I nie, nie chodzi o słabe piwo. Każda państwowa budowa (szkoła, szpital, osiedle) obowiązkowo przeznaczała 4% ze swego kosztu na sztukę: rzeźby, fontanny, reliefy, mozaiki. Państwo wspierało w ten sposób artystów. Tak było zresztą i w USA, we Francji, w Niemczech, po 1 procencie.
Również fontanna-jabłko na osiedlu pochodzi z tamtych czasów.
W planie miałam jeszcze parę porcelanowych rzeźb Pan i Dama na terenie przedszkola. Oczywiście na taki teren nie wejdziesz. Ale obłaziłyśmy naokoło, że może choć przez siatkę zobaczymy. Nic nie widać. Krzaczory wszędzie. A było klikać w linki na mapie! - teraz dopiero czytam, że już ich tam nie ma (losy nieznane) 🤔
Ktoś coś?
Dosyć tej sztuki na dziś. Po obiedzie zajrzałam do Urzędu Praha 1, bom się niedawno dowiedziała, że jest tam pasaż prowadzący do równoległej ulicy. I ogólnie dostępne WC, co zawsze warto wiedzieć i takie miejsca znać 🤣🤣 WC, no cóż, okazało się out of order... Czyli jest, ale nie ma. Ale widzicie, jak luksusowo!
Za to odkryłam, że jest tam paternoster 😍
Przejażdżka była obowiązkowa! O, właśnie się wynurzam z parteru. Odźwierny bardzo uważnie mi się przyglądał, nie spuszczał ze mnie oka, aż się bałam, że może to jest tylko dla pracowników (ale drzwi do tej klatki chodowej były otwarte, tom wlazła, no co).
Jak się zastanowić, to istnieje jednak coś w kuchni czeskiej, co lubię - chlebíčky- właściwie uwielbiam.
Pan listonosz też się stracił.
Dzień bez książki 😂 Nie że się nie starałam, na osiedlu obleciałam trzy knihobudki, a koło domu wstąpiłam do antykwariusza-gaduły. No ale udało się - nic nie kupiłam.
Podwórko, a co.
Domofon na dziś. Żadnych Polaków.
Po południu miałam pierwszą z czterech wycieczek (oby nie ostatnią). Była prowadzona przez jakiegoś eksperta do spraw kolejnictwa i gadało się o kolejowych sprawach: stacje, tory, takie tam. Ponieważ czułam się już fatalnie ledwo zmusiłam się do wyjścia z domu, z myślą, że pewnie się urwę po pół godzinie. Ale pan obiecał, że na końcu wycieczki pokaże nam salonik prezydencki, więc to mnie trzymało na nogach (i pod parasolką, bo momentami kropiło).
Salonik na dworcu kolejowym powstał, gdy Franz Josef przyjechał pociągiem w podróży poślubnej i zwrócił uwagę, że przydałoby się jakieś pomieszczenie, gdzie mógłby odpocząć, przebrać się. Pan ekspert opowiedział anegdotkę o tym, że cysorz bardzo lubił się przebierać i nieraz robił to kilkanaście razy dziennie, ale - i tu pan mówił odwrócony w drugą stronę, więc nie było słychać - chyba chodziło o to, że bielizny pod spodem zbyt często nie zmieniał, bo mówił, że jej przecież nie widać.
Na tymże dworcu zobaczyłam coś, na widok czego serce mi zadrżało - zrozumie mnie każdy miłośnik Amelii 😎
Wróciłam do domu metrem, choć w metrze wieje, ale za to szybciej. Nie mam już siły na nic, piastuję jedynie nadzieję, że dziś będę spać.
Jutro ta wycieczka pod górę... ciekawe, czy w ogóle się wybiorę. No, umrzeć przecież nie umrę, prawda? Ale wiadomo, jak się człowiek czuje zdechły w takich okolicznościach przyrody.
Dziś praski standard: 16.720 kroków = 11,7 km






















W przyszłym miesiacu jadę do Pragi i ma w planach przejechania się tą windą.
OdpowiedzUsuńPierwszy paternoster, jakim jechałam, znajduje się w siedzibie YMCA: https://praskiefascynacje.blogspot.com/2018/04/paternoster-w-paacu-ymca.html
UsuńTego w głównym magistracie nie polecam, bo ponoć wprowadzili opłaty 😣
Podziwiam nieustannie, dla mnie te windy są przerażające😱
UsuńTrochę są, zawsze się kurczowo łapię poręczy!
UsuńKatar niby błaha rzecz, a uprzykrzy życie przeokropnie. Mam nadzieję, że jutro będziesz już się czuła o wiele lepiej!
OdpowiedzUsuńSwego czasu Kicia Kocia była bardzo uwielbiana przez moją córkę, ale cóż, czas leci i w końcu dojrzała do przekazania kolekcji małemu miłośnikowi kotki ;-)
Serdeczności! saxony
oczywiście - dzisiaj, nie jutro!
UsuńNie czuję się lepiej (raczej gorzej, bo nie nadążam z wycieraniem śpików 😂 i kaszlę już okrutnie), ale przynajmniej głowa mnie nie boli po tym, jak w nocy zażyłam Magiczną Tabletkę ze starych zapasów.
UsuńMyśmy Kici Koci nie znały, za stare jesteśmy 🤣
Taaa... Kicia Kocia... Cieszę się, że mój gust w dzieciństwie kształtowały koty Szancera i Grabiańskiego.
OdpowiedzUsuńZrobiłaś sobie foto z mobilu?
Nie zrobiłam, wszak jestem Mistrzynią w selfie, jak wiadomo, to po co mi to 😂
UsuńNawet nie wiedziałam, że to się nazywa mobil, zostałam przy francuskiej nazwie photomaton.
„Na tymże dworcu zobaczyłam coś, na widok czego serce mi zadrżało - zrozumie mnie każdy miłośnik Amelii 😎”
OdpowiedzUsuńAmelię pamiętam! I też pamiętam, jak na Dworcu Centralnym w Warszawie (tym, co Czterdziestolatek budował) robiłem sobie takie zdjęcia (czarno-białe) w takich automatach.
Pozdrawiam i życzę zdrowia!
P.S.
A propos kroków… według mojego „Fitbit” na ręku, zrobiłem już dzisiaj ponad 6.000 kroków, prawie 5 km. Co ciekawe, przez cały dzień nie opuszczałem swojego domu. Tak więc chyba powinienem czuć się dumny, iż mam tak ogromną nieruchomość… tym bardziej, że do północy jeszcze pozostało kilka dobrych godzin i pewnie zaliczę ze 2 dodatkowe kilometry!
Myśmy sobie ze Ślubnym robili takie czarno-białe zdjęcia w automacie w Paryżu właśnie, były potrzebne do wyrobienia karty miesięcznej. Oczywiście wyglądamy na ich jak bandyci. Co i tak trudno porównać z moim zdjęciem w aktualnym dowodzie, zrobionym wedle wszelkich reguł.
UsuńKiedyś zamierzałam sprawdzić, ile km się wyrabia chodząc po domu, ale to bym musiała nosić cały czas telefon ze sobą, bo nie mam takiego krokomierza na rękę.
Z tym liczeniem kroków w mieszkaniu to jest dziwnie, bo krokomierze (w telefonie i smartwatchu) włączają się po kilku krojach. Jakiś czas temu postanowiłam zmierzyć i wyszło zaskakująco mało, a jednak sporo latam po chałupie. Tylko te odległości są na tyle małe, że się kroki nie zliczają👿
UsuńTak że trzeba mieć duży metraż, a najlepiej schody i ogród do kompletu.
Kiedyś powieszę sobie telefon na szyi i będę chodzić w te i we wte, jak ja to zresztą robię, bo przyszedłszy do kuchni zapominam, po co.
UsuńAGATA: "Tak że trzeba mieć duży metraż, a najlepiej schody i ogród do kompletu."
UsuńJako że często zanim wstanę rano z łóżka, mój Fibtit już pokazuje, iż zrobiłem kilkaset kroków, to zapewne oznacza, że nie tylko mam imponujący metraż domu, ale też ogromne łóżko! 😁
Ty po prostu w nocy lunatykujesz!!!
UsuńZauważyłam ostatnio modę na hejtowanie Kici Koci, być może z powodu gigantycznego sukcesu autorki (pewnie również finansowego). Ja wspominam miło te historyjki i graficznie też je lubiłam. Córce nawet na osiemnastkę kupiłam najnowszą Kicię Kocię jako żartobliwe przypomnienie dawnej miłości. Póki co wszystkie posiadane tomiki trzyma na półce.
OdpowiedzUsuńPech z choróbskiem, ale w takich sytuacjach organizm potrafi się zmobilizować, czego i Tobie życzę, tym bardziej że pogoda sprzyja szybkiemu ozdrowieniu.
Zdjęcia z automatów (mobilu😅) robiłyśmy z koleżankami, mam w albumie. Mam nawet sesję z moim kochanym psem w ramionach. I o ile dobrze pamiętam to też je robiłam na świeżo otwartym Dworcu Centralnym. Natomiast kilka lat temu na jakiejś imprezie typu targi robiłyśmy sobie zdjęcia z córką w fotobudce, ale nie dali wydruku, tylko przysłali na maila, zarówno zdjęcie, jak i w formie ruchomego gifu. Signum temporis. Nino nie miałby czego sklejać.
Zdrówka!
Dla mnie to było pierwsze zetknięcie z Kicią Kocią, ktoś przyniósł do knihobudki, ale tylko jedną 😂😂
UsuńChwilowo mój organizm mobilizuje się... do leżenia w łóżku bardziej. No, ale przecież nie mogę sobie na to pozwolić, nie po to czekam 9 miesięcy, żeby na końcu urodzić - choróbsko 🙄
Właśnie siedzę i myślę, gdzie by tu się wybrać na poranną Przyprawę NIEDALEKO. Moje kartki z opracowanymi trasami, z jazdą pociągiem etc. niewiele mi się przydadzą na razie.
Gdzieś (he he) mam zachowaną tę legitymację z Paryża, ze zdjęciem z automatu. To były emocje, zrobić sobie tam zdjęcia - po raz pierwszy w życiu.
Jak na przeziębioną i z bólem głowy, to sporo zaliczyłaś atrakcji!
OdpowiedzUsuńOby szybko przeszła ta zmora, co Cię dusi!
Się zmobilizowałam ze względu na Vierę, dziś już sama nie wiem. Może pojadę zobaczyć ŻABĘ.
UsuńChyba jakiś wirus króluje, bo i u nas ludzi dopada. Zdrowiej szybko!
OdpowiedzUsuńBardzo bym chciała, bo czuję się cholernie ograniczona!
UsuńZa żadnego diabła nie wsiadłabym do takiej windy. W moim mieście przed laty był taki wypadek, że winda zmiażdżyła dwie kobiety, bo ruszyła, gdy wsiadały i mam uraz.
OdpowiedzUsuńA co to znaczy "się stracił"?
Ale rozumiem, że to była normalna winda, nie paternoster? Bo ten nie może nagle ruszyć - jest w ruchu cały czas.
UsuńSię stracił... he he, chyba po czesku napisałam 😂 Zginął, przepadł.
->Kicia Kocia
OdpowiedzUsuńOna ma takie oczy, jakby się w tej aptece najadła czegoś psychoaktywnego. Mam dziś zmęczony nastrój i takie dzieciolubne rysunki są dla mnie lekko groteskowe.
Sztuka 4% to piękny sygnał, że ludzie są zamożni i ich stać. Super, pod warunkiem, że starcza na szpitale, szkoły i całą najpotrzebniejszą niewidzialną z pozoru cywilizację.
"Franz Josef przyjechał pociągiem w podróży poślubnej i zwrócił uwagę, że przydałoby się jakieś pomieszczenie, gdzie mógłby odpocząć, przebrać się."
Jest taki dowcip z którego zdradzę puentę: "cysorz to ma klawe życie, on tylko wkłada koszulę i zdejmuje koszulę, wkłada koszulę i zdejmuje koszulę, wkłada koszulę i zdejmuje koszulę". Opowiedzcie sobie początek. W dowcipie występuje parobek, który ocenia i kategoryzuje ludzi po tym ile razy w tygodniu zmieniają koszulę (w domyśle chyba bieliznę, ale historia była łaskawa dla Franka Józefa).
W armii rosyjskiej postanowiono wprowadzić zmiany:
Usuń- Teraz będziecie - mówi dowódca - zmieniać codziennie koszule. Tak jak w armii amerykańskiej.
- No to trzeba będzie ustalać kto z kim...
przepraszam, ale się zapomniałem - pozdrawiam Nieryba
Usuń=> Nieryba
UsuńKto wie, skoro spędziła w niej cały dzień...
Ta koszula to chyba synonim bielizny, tak czy siak. Tak się zdaje się mówiło.
=> Jack
UsuńKawały o ruskich zawsze na propsie 🤣