sobota, 12 września 2020

Olga Gitkiewicz - Nie zdążę


Bardzo chciałam przeczytać tę książkę, opowiada bowiem o wykluczeniu komunikacyjnym znacznej części Polaków (i Polek... no co, zażartować nie można?). Ale w bibliotece mieli tylko audiobook.
No, ja i audiobook to dwa różne światy.
Kiedyś na próbę kupiłam, pamiętam, Doktora Faustusa. Niezliczoną ilość razy zabierałam się do niego. I za każdym razem usypiałam.
No, ale - myślę - to było dawno, a tu jeszcze temat taki interesujący, to może lepiej pójdzie?
Niekoniecznie :)


Nie nadaję się i tyle.
Na okładce jest napisane, że 7 godzin.
Mnie wyszło o wiele dłużej, bo słuchałam, po chwili spałam i na drugi dzień musiałam zaczynać rozdział od nowa.
Ale pomijając ten detal - nie umiem się skupić na słuchaniu. Gdy czytam, wzrok jest skupiony na tekście i nic mnie nie rozprasza. Gdy słucham natomiast, błądzi wszędzie, a głównie po półkach z książkami i od razu zaczynam myśleć:
- Gdyby tak tę wysoką przełożyć na lewo, to byłoby bardziej wyrównane.
Wstaję, przekładam.
Następnie dostrzegam, że trzeba oberwać zwiędły liść u fikusa.
Wstaję, obrywam.
Dalej...
No - i tak dalej.

W rezultacie właściwie nic nie wiem z tej książki, poza faktem podstawowym - myślałam do tej pory o wykluczeniu komunikacyjnym w kontekście PKS-u. Tymczasem istnieje jeszcze to drugie. PKP zwane pekapem. Niby wiedziałam, że nie ma już jednolitego tworu o tej nazwie - ale nie zdawałam sobie sprawy z kierunku, w jakim to poszło. Choć przecież w normalnych czasach spędzam godziny na stacji w Dżendżejowie i widzę, że kasa jest czynna w ograniczonym stopniu, że nie ma już dawno żadnych usług (patrz bar), że nawet nie ma w poczekalni zegara! W poczekalni kolejowej!
Tymczasem okazuje się, że w wolnej Polsce zlikwidowano nie tylko PKS-y, ale również w znacznej mierze koleje. Kasowano przystanki i całe linie. Głównie w myśl zasady, że zysk osiąga się tnąc koszty...
Że podzielono firmę na gigantyczną ilość spółek, w rezultacie czego nikt za nic nie jest już odpowiedzialny. Cytowano przykład jakiegoś przejścia podziemnego o długości 350 metrów, które jest podzielone na odcinki należące do CZTERECH różnych spółek.


Cała reszta, o liczbach nawet nie mówiąc, mi umknęła podczas tego "słuchania".
Nie ma rady, jeszcze kiedyś będę musiała Nie zdążę poszukać, w analogowej wersji. Może na Rajskiej będą mieli?
Tymczasem przysięgam sobie, że choćby tam nie wiem, co - za żadne audiobooki się już nie biorę! Ten będzie jedyny w tej kategorii!

[Jaciekręcę! Mają to teraz w mojej osiedlowej bibliotece! Jako normalną książkę! Tyle że kolejka jest :) To nic, to ja za jakiś czas...]

Z biblioteki
"Przeczytałam" 12 września 2002 roku


JESIEŃ 2020
Wspomniałam ostatnio, że sporządziłam listę zadań na jesień. Ja bez takiej listy nie umiałabym chyba funkcjonować. Gdyby mnie los rzucił na jakąś bezludną wyspę, to bym sobie samej pewnie kazała liczyć liście na drzewach albo co, do końca tygodnia te po prawej stronie.
A na liście poprzedniej, wakacyjnej, był taki punkt:
# sprawdzić gramofony w internecie
Chodzi bowiem o to, że porządkując książki dotarłam też do półki ze starymi winylami. I znów mi się zamarzyło, żeby ich posłuchać jeszcze kiedyś. A przed wielu laty stary mój wyprowadzając się podzielił majątek następująco: zabrał wieżę, a mnie zostawił gramofon i kolumny. Ponieważ nie miałam wzmacniacza (patrz: zabrał wieżę), kolumny służyły mi przez długi czas jako podstawki pod paprotki, aż w jakiejś kryzysowej sytuacji je przehandlowałam.
Coraz częściej jednak nachodziła mnie nostalgia winylowa.
No i teraz, gdy przy porządkach pozbywałam się wielu rzeczy, trzeba było podjąć decyzję, co z płytami. W końcu uwolniłyby ładny kawałek miejsca...

Ale nie byłam w stanie. To przecież moja młodość!
Więc postanowiłam dokupić (najlepiej okazyjnie) ten brakujący wzmacniacz, no i również kolumny.
A miejsca na to nie mam W OGÓLE!
Ponieważ w wakacje się za to nie zabrałam, przerzuciłam ten punkt na jesień.
Mało, że przerzuciłam, ale nawet od razu rach-ciach-ciach zrealizowałam!
Najpierw jednak spotkało mnie duże rozczarowanie.
Co tylko weszłam na jakieś forum, to się dowiadywałam od tych audiomaniaków, że mnie nie stać. Sprzęt, na który ewentualnie można by już nie spluwać, kosztuje minimum kilka tysięcy. A te terminy! Te nazwy! Te firmy! Te złote kable! Jak jeden powie, że to dobre, drugi się obśmieje jak norka i powie, że szajs kompletny.
No ale tak czy siak - ja przecież chciałam OKAZYJNIE :)
I jeszcze chciałam wrócić tylko do wspomnień.
Zajrzałam na OLX i znalazłam szajsowy gramofon z głośnikami za stówę. Poprosiłam dziewczynę o wymierzenie sprzętu i potem chodziłam z metrem po całym mieszkaniu. Miejsca nie znalazłam, ale i tak kupiłam :)


Powtarzam - miejsca nie znalazłam: więc stoi na biurku.
I bardzo dobrze, bo jak tylko się zabieram za gotowanie obiadu, zaraz sobie wyciągam którąś płytę i wio do towarzystwa (bo biurko w kuchni).
Ale jaki to powrót do przeszłości!!!
Bo w takim typie gramofon miałam w liceum, nazywał się Artur, a ten Cyryl.
I teraz mój projekcik na jesień jest taki, żeby przesłuchać wszystkie te płyty. Jedna po drugiej, po kolei.
Spodziewam się miliona wspomnień!
Dziś robiłam spaghetti przy akompaniamencie tego:

Nigdy nie miałam żadnych wypasionych płyt, bo i skąd. Nikt z rodziny nie przywoził ich z zagranicy, nikt też nie rzucał kasą na to, żeby je kupić na czarnym rynku. Czasy były trochę inne :) W sklepach można było dostać od czasu do czasu poza Polskimi Nagraniami krążki Miełodii albo Supraphonu. No i takie właśnie mam: trochę klasyki, trochę jazzu i nieco innych. Gdy wyjechałam na studia, otwarły się przede mną właśnie takie możliwości, których w Dżendżejowie nie było. Pamiętam jeszcze podwórko jednej z kamienic w Rynku Głównym, gdzie był sklep z płytami jazzowymi, trzeba było często zaglądać, jak się chciało coś upolować i już mnie tam zaczęli rozpoznawać...
Nie macie pojęcia, jak się cieszę!
Tak, z takiego szajsu :)
I jeszcze - mam nadzieję, że wśród tych płyt jest jedna taka ze szkolnych czasów jeszcze, którą ciągle słyszę gdzieś z tyłu głowy i to wcale nie dlatego, że taka świetna, nie, polski pop... Niewątpliwie się podzielę informacją, jeśli ona tu jest i do niej dotrę.

A teraz się zastanawiam, co zrobić z poprzednim gramofonem. Szkoda mi się zrobiło tak go wystawić przed klatkę... Może też sprzedam na OLX :) Odkurzyłam i czeka w przedpokoju na decyzję.
Miejsce po nim już zostało zagospodarowane. Niestety Cyryl tam nie może iść, bo w przeciwieństwie do niego musi mieć otwartą klapę podczas grania, a półka jest zbyt niska na to. Weszłam teraz przez ten nowy interfejs, a tu opcja dołącz film z komputera. No, zaraz zobaczymy. Nagrałam przy pierwszym odtwarzaniu płyty, na wieczną rzeczy pamiątkę :)
O, poszło :) Ale robię tu enter cały czas, żeby był nowy akapit, a ten się nie pojawia. No mówię, że ten nowy interfejs to jest wszystko, tylko nie intuicyjny... Jednak fakt, ulepszyli, skoro można teraz wstawiać własne filmy, a nie tylko z You Tube.

czwartek, 10 września 2020

Lucyna Legut - Nasza zmierzchowa mama


Dzisiaj post nr 1300, 1300-na książka przeczytana od 2010 roku, okrągluśka taka liczba trochę, a tu znów przykra niespodzianka na blogspocie, znów nowa wersja i znów szukanie tej starej. Grożą, że teraz to już naprawę tylko do końca września stara będzie do dyspozycji. A ja nie mam teraz czasu na uczenie się nowej :) zgodnie z zasadą, że im więcej czasu jest na wykonanie danego zadanie, tym więcej ono go zajmie :)
Skoro skończyły się wakacje i lista zadań, które miałam w lipcu i sierpniu wykonać, została plus minus zamknięta (no nie wszystko udało się zrobić), sporządziłam kolejną. Nazywa się JESIEŃ 2020, ale podejrzewam, że wejdzie i na ZIMĘ 2021. Bo część planów jest taka bardziej dalekosiężna. A o najnowszym - dzisiaj wymyślonym - napiszę następnym razem, bo jeszcze zdjęcia będą potrzebne.

Tymczasem przeczytałam tę Legut. Ja Legut do tej pory nie znałam. Słyszałam o książce dla dzieci Piotrek zgubił dziadka oko, ale nic tej autorki nie posiadam. Jednakże Józefina wspomniała u siebie na blogu o pewnej pozycji wspomnieniowej, z bardzo przyciągającym tytułem Nasza zmierzchowa mama (chwaląc). Uruchomiłam poszukiwania i udałam się do biblioteki na Rajskiej, gdzie na szczęście posiadają tak antyczny egzemplarz - z 1979 roku. To już coraz większa rzadkość w bibliotekach :(

Nie lubię tego zwyczaju dawania na okładce fragmentu tekstu ze środka. Skoro już mam książkę w ręku, to sobie mogę ją przekartkować i zobaczyć, czy mi leży. Na okładce wolałabym dostać informację bądź to o autorze bądź o samej książce. No, pożaliłam się - ale to jedyne, na co mogę ponarzekać :) Książka, jak napisała Józefina, jest przeciekawa, to prawda.

W ogóle to Lucyna Legut ma wielką intuicję do świetnych tytułów. Zobaczcie choćby spis treści:

A przede wszystkim ma wielką UWAŻNOŚĆ. Siła rzeczy porównywałam to, co ona przekazała o życiu swojej matki (a co czerpała z jej opowieści), z tym, co ja bym mogła opowiedzieć. Niestety niewiele, nie tylko dlatego, że życie mojej mamy nie było aż tak ciekawe (myślę zresztą, że w każdym życiu są interesujące momenty)... Zabrakło mi właśnie tej uważności na bliską osobę. Zabrakło też czasu. Rzadko się widywałyśmy. Autorkę z matką dzieliło w dorosłym życiu 700 km, ale gdy już matka do niej przyjeżdżała, Legut umiała słuchać. Ba, nawet wpadła na ten świetny pomysł, by opowieści matki nagrywać!

I te opowieści są fascynujące, bo to cały świat, który - na szczęście - odszedł (odchodzi?) w przeszłość. Na szczęście, bo kondycja człowieka w środkowej Europie w XXI wieku jest jednak o wiele lepsza niż wtedy, w czasach młodości pani Julii, która co prawda starała się z życia czerpać pełną garścią, ale warunki były, jakie były. Taka bieda, zwłaszcza na wsi, dziś wydaje się niewyobrażalna, a przecież była częścią codzienności. Ignorancja już mniej przemijająca... mentalność się wolniej zmienia...

Siedziałam sobie w sobotnie popołudnie przy otwartym oknie i delektowałam się lekturą :) Nie posiadając balkonu naturalnie.
To już, jak mawiała MOJA mama, ostatnie podrygi. Wygląda na to, że zima idzie... a przynajmniej jesień.







Poczułam się mocno zachęcona do pisarki, więc zamówiłam w bibliotece te Piotrki, co zgubiły dziadka oko. Leżą w przedpokoju na kwarantannie trzy sztuki. Ale wcześniej mam dwie książki do przeczytania/oddania na zaraz, bo kolejka czeka. To mi się nie chce. Ech.

Początek:
Koniec:

Wyd. Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1979, 149 stron
Z biblioteki
Przeczytałam 5 sierpnia 2020 roku


A' propos zbliżającej się jesieni/zimy. Tak przemyśliwam, co dalej z dojeżdżaniem do pracy rowerem... A tu na poniedziałek zapowiedzieli deszcz.
No to już wiedziałam, że będzie wyzwanie.
Mianowicie - poszłam na piechotę. Że pod parasolką, no nie?
Czułam się jak jakaś Siłaczka albo co.
Albo takie dziecko z Naszej zmierzchowej mamy, co to do szkoły musi iść 10 kilometrów.
Ale ja mam tylko 5,5 km. W obie strony fakt, to już czyni jedenaście :)
Nastawiłam budzik na 5.30 (borze szumiący!) i ruszyłam w drogę półtorej godziny przed wyznaczonym terminem stawienia się w robocie. Nie miałam przecież pojęcia, ile mi to zajmie czasu, w życiu tak nie szłam. Przystanek Biprostal osiągnęłam po 29 minutach (hm, nie mam zegarka... znaczy bateria mi się skończyła... sprawdzam czas na wyświetlaczach przystankowych), a po wejściu w progi Fabryki zaraz zapytałam ochrony, która to też jest. Osiągnęłam cel w 61 minut!!!
No bohaterka ze mnie niesamowita.
Za to w drodze powrotnej dorobiłam się jakiegoś odciska czy czego, bo szłam już bez skarpetek (przemokły w drodze tam, przypominam - deszcz lał - może trzeba zainwestować w kalosze?). Wobec tego cieszę się z powrotu pogody czyli z jazdy rowerem, bo chodzenie aktualnie wygląda u mnie jak u takiego żółtego drobiu.
Ale! Wiem już, że mogę!
Córce się chwalę, iż prawdopodobnie nabędę mnóstwo odporności, skoro tak 2h będę zażywać ruchu na świeżym powietrzu.
Ona na to:
- O smogu zapomniałaś?
Fakt, zapomniałam :)

sobota, 5 września 2020

Katarzyna Janowska, Grzegorz Jankowicz, Michał Sowiński - Rozmowy o przyszłości


Kolejna z nowości bibliotecznych. Miałam się teraz zająć czym innym, ale ktoś ją sobie po mnie zarezerwował, więc nie będzie możliwości prolongaty. No, ja się nie dziwię, że są chętni do tej lektury - wszyscy się teraz zastanawiamy nad przyszłością, choć głównie tą najbliższą.
Tymczasem byłam pierwszym czytelnikiem.
Niesamowicie czyta się te teksty w chwili, gdy cały świat się zmienił, choć książkę wydano już w tym roku.
Zresztą tak naprawdę nie wiemy, czy się zmienił - albo inaczej: czy się zmieni. Na razie przechodzi jeden z największych kryzysów, ale to wcale nie jest pewnikiem, że od tej pory wszystko będzie inaczej, jak prognozują niektórzy. Jestem kiepskiego zdania o ludzkości i jej wyciąganiu nauki z doświadczeń.

Te rozmowy o przyszłości Planety i Człowieka nie brały pod uwagę pandemii. Głównie skupiały się na kwestiach klimatycznych (wyżywienie ludzkości też od tego zależy), jeśli chodzi o zagrożenia, i medycznych i technologicznych, jeśli mowa o prognozowanym postępie.
Przyznam się, że niektórych rozdziałów właściwie nie rozumiałam i nie dziwiłabym się, gdyby to dotyczyło właśnie technologii, ale rozmowa z Dukajem czyli humanistą mnie rozwaliła, czytałam niektóre akapity i ni w ząb. No, za głupia jestem. Ucieszyłam się, że nigdy mi nie przyszło do głowy czytać książek jego autorstwa, bo bym pewnie nie dała rady.

Ogólnie rzecz biorąc wizja przyszłości nie napawa optymizmem, ale to wiadomo. Dobrze jednak, gdy dostaje się na talerzu konkretne prognozy, które dotyczą naszego horyzontu. Jak na przykład ta, że w przeciągu najbliższych 30 lat (a w teorii mogę przecież założyć, że jest to mój horyzont) nasze nadmorskie tereny będą stale zalewane przez podwyższające się w wyniku ocieplenia morza. Że bardzo realne jest zagrożenie braku energii (mowa tu cały czas o Polsce) - nasze elektrownie są na granicy wydajności, w ostatnich latach trzeba było wyłączać bloki energetyczne z powodu zbyt wysokiej temperatury.

Zastanawiam się, czy nie poprosić o tę książkę pod choinkę. Choćby po to, by po nią sięgnąć za te umowne 30 lat - jeśli dożyję, jeśli dożyjemy - i zobaczyć, co się spełniło, co się udało wyprostować, a co poszło jeszcze gorzej.
Przypominają mi się znów artykuły w prasie sprzed 50 lat :) oczywiście w prasie popularnej, coś, co byłam wówczas w stanie ogarnąć: wizje świata w roku 2000, latające samochody, jedzenie w pigułkach etc. Pewne założenia się zrealizowały przecież. Tylko wtedy prognozy były chyba głównie optymistyczne: świat się rozwija, ludziom będzie się żyło coraz lepiej. Dziś świat kroczy ku przepaści, a jeden z przepytywanych w książce autorów twierdzi wręcz, że już w tę przepaść spada....








Wyd. MANDO Kraków 2020, 262 strony
Z biblioteki
Przeczytałam 3 września 2020 roku


CIĄG DALSZY SZMERGLA
Dnia pierwszego września roku pamiętnego podpisałam umowę na najbliższe cztery miesiące, która po opłaceniu ZUS-u i podatku pozwoli mi jeszcze uregulować fakturę za prąd i dokonać kilka razy w miesiącu zakupów spożywczych w Lidlu. Zapas chemii gospodarczej na szczęście posiadam, a cała reszta dóbr konsumpcyjnych jest przecież zbędna, prawda? Już się właściwie przez ostatnie pół roku mogłam do tego przyzwyczaić.
Pracować będę trzy razy w tygodniu po 4,5 godziny, nie określono jednak, czy w tym czasie mam wykonać taki sam zakres czynności, jaki przez ostatnie 20 lat wykonywałam w trybie 5 razy po 7 godzin :) Cóż, ich błąd, ja się przecież nie zarżnę :)
Poprzedniego dnia wzięłam udział w konkursie klikania na szybkość, nazywającym się naborem wniosków o bon dla samozatrudnionych. Z wiadomym sukcesem. Moja Derechcja bardzo na ten mój sukces liczyła, chcąc zaoszczędzić na wypłacie dla mnie jeszcze więcej, bardzo mi przykro, że ją tak rozczarowałam. Jak sobie pomyślę, ile nerwów mnie kosztowały na przełomie roku negocjacje w sprawie podwyżki (łącznie z wystosowanym w pewnym momencie żądaniem wskazania mi, komu mam przekazać swoje obowiązki, bo skoro tak, to pier..., nie robię) i jak się cieszyłam, że finalnie udało się wyrwać 4 stówy i że zobaczyłam te pieniądze tylko raz, bo potem wszystko dupło... no, to może wkurzyć.
Ale przecież i tak jestem szczęściarą, że wracam do pracy, prawda?

Z tej radosnej okazji wymachując podpisanym cyrografem zajechałam jeszcze raz do Biedronki, a tam - monstera, w dalszym ciągu za grosze. Potraktowałam to jako ostatni jakikolwiek inny zakup w tym roku i znów wzięłam na kierownicę. Dziwna taka jest, bo nie ma tych dziur charakterystycznych, ale to mi nie przeszkadza.

Ale następnego dnia z tych normalnych, dozwolonych środkami finansowymi zakupów lidlowych przyniosłam krotona :) Bo był jeszcze tańszy i taki ładny, żółciutki. Internet powiedział, że długo taki ładny u mnie raczej nie będzie, bo to wymagająca cholera, ale cieszmy się życiem, póki jest!
Wygląda na to, że z kwiatkami jest jak z książkami - trudno się zatrzymać.
A' propos książek.
Ja wiem, jak to zabrzmi (debilnie? albo może: nieodpowiedzialnie?) w kontekście tego, co powyżej, ale zamówiłam sobie znowu trochę czeszczyzny.
Tłumaczę to sobie tak - przecież we wrześniu i tak żyję jeszcze z oszczędności :) wypłata będzie za miesiąc dopiero i wtedy trzeba się będzie dostosować :)

sobota, 29 sierpnia 2020

Zuzanna Orlińska - Wstydu za grosz!

Przeglądałam nowości w osiedlowej bibliotece i masz! pięć książek zamówionych i odebranych! a jeszcze cztery inne zarezerwowane, bo aktualnie w wypożyczeniu! Co oznacza, że muszę się spieszyć z czytaniem, bo te zarezerwowane mogą w każdej chwili zostać oddane (jestem pierwsza w kolejce) i nie będę miała miejsca na karcie :) Takie to obiecywanie sobie, że już nie pożyczam...

Wstydu za grosz! wzięłam, przeczytawszy, że nagroda w konkursie na współczesną książkę dla młodzieży. Z ciekawości, co też teraz młodzież czyta.


Owszem, ona jest współczesna. Ale jakoś mnie nie przekonuje. Pewnie, że problemy, które opisuje, są ważne: odstawanie od grupy, trudności z samorealizacją dla starszych osób, rozwody rodziców, depresje matek, kłopoty z pieniędzmi, prekariat, nierówności społeczne... Ale nie mam wrażenia, że ta powieść może zostać już nie mówię kultową, ale jakoś szerzej zapisać się w pamięci czytelnika.
Choć oczywiście - co ja wiem, nie jestem targetem :)
Jedno, co wiem - to że nie chciałabym dziś być nastolatką. Czasy są zawsze ciężkie, owszem, ale dziś wyjątkowo łatwo się pogubić.

Aha! Co prawda trochę się wzbraniałam przed sprawdzeniem, co to jest ta depilacja brazylijska, ale jednak uległam pokusie doinformowania się. W wieku prawie emerytalnym :) Jest to w każdym razie coś, czego nie zamierzam sobie fundować. Jak to dobrze być starym i nic nie musieć! Z drugiej strony - czuję się coraz bardziej do tyłu, codziennie powstają nowe terminy, określenia, nie nadążam za tym normalnie, choć niby tyle siedzę w internecie. Teraz się natknęłam w komentarzach na temat pewnego dupka, że jest incel. Ki czort? A tu, mój Boże, okazuje się, że prawie dwie dekady już funkcjonuje to pojęcie...

Początek:
Koniec:


Wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2020, 279 stron
Z biblioteki
Przeczytałam 28 sierpnia 2020 roku


SZMERGIEL W DOBIE KORONAWIRA

Rośliny doniczkowe co prawda miałam zawsze (a ręki do nich nigdy), ale w czasie pandemii zapragnęłam mieć wręcz dżunglę. Dopiero teraz się dowiaduję, że nie było to zbyt oryginalne pragnienie, a nawet sama nazwa domowa dżungla to coś równie popularnego jak ... Jezu, no bardzo popularne jest! A ja myślałam, że to MÓJ pomysł był :)
W każdym razie pracowicie rozmnażam, kiełkuję, wysadzam, podlewam (słowo - klucz, o czym za chwilę), rano i wieczorem oglądam... Rezultat?
Noooo, jeszcze za wcześnie o tym mówić :)
Faktem jest, że tzw. zielonego palca to ja nie mam absolutnie, ale po części przypisuję winę licznych śmierci moich kwiatków ciemnemu parterowi - no coś/kogoś w końcu trzeba zwalić. Gdy nieraz przeglądam stare zdjęcia, widzę, jak wielkie mnóstwo rozmaitych roślin już miałam - i gdzie się toto podziało?
Na przykład paprotki.
Wydawałoby się, że najprostsza roślina w świecie, w końcu za PRL-u dyżurny kwiatek w każdej klasie i urzędzie. A mnie zdychają. Podobają mi się, a zdychają.
I tu odkrywam za pomocą miliona filmików na YT (które nawiasem mówiąc często mają w tytule... domową dżunglę), że wszystko źle robię. A najbardziej źle - podlewam. Ja im leję z całego serca, a one tego wcale nie pragną (a przecież pamiętamy z Bruneta wieczorową porą, że PAPROTKI MUSZĄ MIEĆ WILGOĆ!). Ostatnio dowiedziałam się takiej mądrości, że generalnie im mniej światła ma roślina, tym mniej wody potrzebuje. A ja myślałam, że na odwrót :) Wytłumaczenie było proste: mniej światła = mniej energii do przetworzenia tego, co dostaje. Ba! Ja te moje dwie mikre paprotki aktualne rano i wieczorem zraszałam. A tu - nie trzeba. Znaczy szkoły są dwie; jedna mówi, żeby zraszać, druga, żeby nie, i tu argumentem jest, że może się zagrzybić. Dobra, przyjmuję, zobaczymy, czy wrócą do formy.
Ale teraz już całkiem głupia jestem z tym podlewaniem. Nawet sobie dopisałam do listy rzeczy do zrobienia w czasie wakacji (oj, to już niedużo czasu zostało), żeby przestudiować dokładnie opisy poszczególnych kwiatków i wykonać tabelę...
Jedyne, co wiem na pewno, to że papirus lubi mieć mokre stopy i tu mogę się dalej wyżywać. A nie ma większej przyjemności, niż gdy zaglądam do niego rano, a tu nowy kiełek :)
Papirusy ci ja już miałam i to duże, ale ususzyłam. O tego sobie przysięgam dbać i zamierzam osiągnąć naprawdę duży egzemplarz :)

W tej chwili właściwie jedyny dorodny kwiatek w mym domu to ficus beniamina po mamie, zdążyłam go zabrać, zanim Ojczasty go ususzył. Stał sobie w wygodnym kąciku, ale ostatnio doszło do przestawek, trochę się boję rezultatu, bo one, te kwiatki, nie lubią zmieniać miejsca, ale nie szło inaczej. Powoli zawęża mi się wejście do pokoju, a trącania też nie lubią :)

Mam natomiast problem z drugim fikusem. Był spory, ale chorował, w końcu poobcinałam go (nawet pół liścia nie zostało) i właściwie miałam zamiar wyrzucić, ale ktoś na FB mi podpowiedział, żeby go trochę przesuszyć i faktycznie, puścił się do życia na nowo, całkiem raźnie. Niemniej jednak ciągle mam obawy, że jest zarażony i trzymam go na parapecie za oknem.
A tu chyba noce robią się coraz zimniejsze i wypadałoby go zabrać z powrotem do domu?
Boję się postawić go koło innych, na wypadek, gdyby faktycznie był chory, a znowu luźnego miejsca nie mam. No, takie problemy w obliczu głodu w Afryce.

A to sobie uhodowałam z pestek, tylko nie wiem, czego - być może pomarańczy. Jak już będzie większe, to się dowiem.

Teraz tak. Byłam ci ja trochę przypadkowo w Biedronce (bo u mnie na osiedlu nie ma, więc bywam w jakiejś odleglejszej raz na parę miesięcy). Widać mnie przeczucie zagnało z przejażdżki rowerowej. Odkryłam, że tam mają przy wejściu regał z roślinami i to jak tanio! Nie mogłam przejść obojętnie i co się okazało, nawet nie mając koszyka rowerowego - da się przewieźć :)
Trochę tak dyndały te siatki, trochę się obijały o kolana (nie wiem, jaka była zawartość cukru w cukrze), ale poszło, dowiozłam.
W domu rzucam się na internety, a tu po pierwsze ta dracena na pniu jest fragrans czyli pachnąca - oj, nie lubię! Zapachy nie dla migreników, w domu w Dżendżejowie jest hoja (jeszcze nie ususzona przez Ojczastego), jak kwitnie to jest koszmar. Ale ta dracena na szczęście w domu kwitnie ponoć bardzo rzadko :)
A teraz druga, ja widziałam wcześniej foty tego kwiatka i mi się podobał, dlatego wzięłam, na metce było napisane Plebosia Nicolas Diammond, wrzucam do wyszukiwarki, a to - paproć! Nie, znowu zamorduję!
:)
No nic, obiecuję sobie żałować jej wody. Zagospodarowałam kwiatkami jedną trzecią biurka, ale co tam.
W kuchni korzystając z lata, gdy więcej i dłużej światła, pyknęłam dwa kwiatki nawet na suszarkę do naczyń :) ale obawiam się, że przyjdzie jesień i zima i zdechną tam... Na razie spaliłam ostatniego liścia, bo nie zwróciłam uwagi, że wlazł na lampkę.
A przy kuchennym oknie rozrósł mi się drugi scindapsus i też nie wiem, co z nim będzie, gdy kaloryfer zacznie grzać.
Czy mam może siebie i córkę ziębić od tej pory, skoro kwiatki nie lubią wysokich temperatur?
Tysiąc pytań z tą dżunglą!
A Biedronkę będę nawiedzać :)


Skleroza!
Miałam się tu podzielić tym, co wyczytałam na włoskiej Wiki w związku z dracena fragrans!
Otóż we Włoszech ta roślina jest nazywana pieńkiem szczęścia i zgodnie z nazwą miała przynosić domowi szczęście, toteż była bardzo popularna. Aż tu w latach 80-tych zaczęła się szerzyć legenda miejska, że w pieńku wije sobie gniazdo trujący pająk, ni mniej nie więcej, tylko ptasznik! Mało tego, ugryzienie przez ptasznika miało wywoływać AIDS, chorobę, która właśnie zaczynała się szerzyć! I tak z włoskich domów dracena drastycznie zniknęła :)
Wszystko ładnie pięknie, ale jakoś podejrzliwie spoglądam na ten pieniek teraz...

środa, 26 sierpnia 2020

Adam Mickiewicz - Pan Tadeusz

Jadąc do Dżendżejowa miałam zapisane w kapowniku, żeby poszukać Pana Tadeusza i przywieźć. Bo ten, który mam u siebie i który zawsze czytam, to takie zwykłe wydanie pochodzące z Dzieł, ale w domu było porządniejsze. Ja nawet myślałam, że to jakieś jubileuszowe, ale okazało się, że nie, bo z 1950 roku, a nie z 1955 (kiedy było stulecie śmierci Mickiewicza).
Książkę odnalazłam nawet bez problemu, tyle że w kiepskim stanie. Nie pamiętałam jej takiej i nie rozumiem, jak i dlaczego - kto się nad nią tak znęcał? Ponadrywany grzbiet i u góry i u dołu. Córka zeznała, że owszem, bywając u dziadków w dziecięctwie, wertowała ją, ale żadnych szkód ponoć nie poczyniła.
Na okrasę okładka jeszcze mocno przybrudzona jest i nawet myślałam, że zejdzie ta szarość, gdy użyję gumki do ścierania - ale nie, niestety. Mam plan, żeby ją zawieźć do introligatora i zapytać, czy może coś z tym zrobić. Czy da się podkleić ten grzbiet bez rozbierania go, no i jakoś wyczyścić. Szmatką na mokro się bałam, naturalnie.


Zależy mi na tym wydaniu bardzo - jest to praktycznie jedyna książkowa pamiątka po mamie (poza kucharskimi). Dostała ją na imieniny (Jadwiga!) pracując w szkolnictwie na Białostocczyźnie, z przydziału oczywiście, po ukończeniu Studium Nauczycielskiego w Ełku.

Jednocześnie jest to jedna z najbardziej przeze mnie pamiętanych książek z dzieciństwa, kiedy jeszcze nie czytałam sama, ale przeglądałam pilnie wszystko, co miało obrazki :)
A tych obrazków jest tu bez liku, bo wiele stron jest ozdobionych mniejszymi ilustracjami, a oprócz tego każda księga ma jedną kolorową rozkładówkę.
To naprawdę MA ZNACZENIE przy lekturze!
Już od dłuższego czasu chciałam wrócić do Pana Tadeusza (ostatni raz przed 6 laty), ale właśnie tego ładnego. I miałam rację, bo choć to nasze narodowe poema jest zawsze piękne, czytane w takim wielkim formacie, z dużą czcionką i pełne ilustracji - jest jeszcze piękniejsze!












Uświadomiłam sobie nawet, że moje upodobanie do baroku prawdopodobnie wywodzi się z tego dziecięcego oglądania rozkładówek...


No a tu widać dokładnie, co się biedakowi stało...

Teraz trzeba mu znaleźć miejsce, co ze względu na rozmiary nie jest prostą sprawą. Jest jednak taka wysoka półka, gdzie stoją stare winylowe płyty, może tam się jakoś upchnie?

405 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 24 sierpnia 2020 roku