środa, 25 lutego 2026

Lucille Fletcher - Sorry, Wrong Number + Daphne du Maurier - Don't Look Now

Lucille Fletcher - Sorry, Wrong Number

Taką książkę znalazłam w knihobudce przed paroma dniami i przeglądając spis treści zobaczyłam znajomy tytuł - albo kiedyś widziałam film albo był jakiś Teatr Telewizji czy inna Kobra. No to wzięłam. 


Przepraszam, pomyłka - tak brzmi polski tytuł filmu. Lucille Fletcher jest określana jako scenarzystka, ale widzę na Lubimy czytać, że wyszedł u nas jeden jej jamnik, pod tytułem Krzyk w nocy. Może się kiedyś trafi w knihobudce? 😉  

Pewna unieruchomiona w łóżku kobieta czeka na późny powrót męża z pracy. Próbując się do niego dodzwonić, jest przypadkowym świadkiem rozmowy dwóch mężczyzn, którzy planują zbrodnię - jakiejś kobiety mieszkającej obok wiaduktu kolejowego: o 23.15 będzie tamtędy przejeżdżał pociąg, więc ewentualnie zagłuszy krzyk. Bohaterka bezskutecznie próbuje zainteresować tym faktem najpierw centralę telefoniczną, a potem policję i w końcu zdaje sobie sprawę, że to ona ma być ofiarą morderstwa, zaplanowanego przez jej małżonka...

Wiecie, znacie, co nie?

Film w każdym razie jest - z polskimi napisami - na wiadomej stronce. 

Początek: 

Koniec: 

Moja głowina już nic nie rejestruje, nawet, gdy poszukam znaczenia jakiegoś słówka, to go nie zapamiętuję... Ale te dwa zwroty powinnam wykuć na pamięć: going out of my mind + driving me crazy. Mam oczywiście na myśli remont.



Wyd. American Book Company, New York 1961, 10 stron

Z własnej półki (? - miałam tylko to przeczytać i odnieść, ale może też poczytam kiedyś inne opowiadania, więc na razie zostawiam)

We wstępie napisano, że jest to a collection of American prose and poetry selected for the advanced student of English as a second language, ale że trudność wzrasta z każdym rozdziałem, to w pierwszym mam jeszcze opowiadanie Saroyana (hm hm) i Jacka Londona i jeszcze jakichś nieznanych autorów. 

Przeczytałam 23 lutego 2026 roku

 

Daphne du Maurier - Don't Look Now 


Kolejna książeczka to już tradycyjnie skrót prawdziwej, podają na okładce poziom 2 - Elementary (500 words). I znów tytuł znany z filmu, a ja patrzę na okładkę i zastanawiam się, jak też się nazywa ten aktor, on przecież grał Casanovę u Felliniego. I nic, nie przypomniałam sobie bez pomocy internetu. Mojej (bez)pamięci już nic nie pomoże.

O dziwo, ta lekturka nie pochodzi z knihobudki, skąd tyle ich naprzynosiłam, tylko swego czasu ją nabyłam drogą kupna. Moje plany względem angielskiego nie datują się od wczoraj 🤣

Historia jaka jest, każdy widzi. Pewne małżeństwo przyjeżdża na urlop do Wenecji, po stracie córki. Tam spotykają jakieś dwie dziwne starsze siostry, które wmawiają nieszczęsnej matce, że zmarła córka jest tu z nimi. I że córka ta ostrzega, żeby natychmiast wyjechali. Mąż jest oczywiście sceptyczny, ale gdy nadchodzi wiadomość, że młodszy syn w szkole w Anglii jest poważnie chory, oboje podejmują decyzję o wyjeździe. Nie wszystko jednak pójdzie zgodnie z planem. To horror jest, a ja za tym gatunkiem nie przepadam, więc cieszę się, że było krótko 😉
 


Początek:


Wyd. Penguin Books 1992, 43 strony

Z własnej półki

Przeczytałam 24 lutego 2026 roku


Może powstać pytanie ale o co chodzi, dlaczego są dwie książeczki razem. Ano chodzi o moją obsesję, że jeden post = jedna przeczytana książka, a jako że osobny poświęciłam Ojczastemu, więc teraz muszę nadrobić, żeby się ilość przeczytanych w miesiącu książek zgadzała z ilością postów 😁 Możecie się śmiać, ale ja tego pilnuję - czego najlepszym dowodem są posty z Pragi z tymi dziecinnymi książeczkami.

Wyobrażałam sobie, że po skończonym remoncie pionu kanalizacyjnego i po pogrzebie nastąpią dni ciszy i spokoju. Nie nastąpiły, bo rekonstrukcja tylnej ścianki w WC to nie przelewki: w poniedziałek zdemontowano przechodni sedes, zainstalowano z powrotem stelaż od geberitu i pan przystąpił do obudowy, oflizował* dół i tak nas zostawił na noc i drugi dzień, bo sedesu na razie nie mógł zawiesić, musi wyschnąć. Czyli było gorzej niż w trakcie remontu, gdzie kibelka nie miałyśmy tylko od 7.00 do 15.00. Co nas nie zabije... ale ja na drugi dzień obudziłam się z migreną, więc prawie mogę uznać, że mnie zabiło.

* okleił płytkami znaczy się 


Jakież to jest wszystko poniżające.

Następnego dnia już około 20.00 sedes był do użytku. Teraz znów zdjęty, bo pan robi górę i by przeszkadzał. Ludzie, kiedy to się skończy. Osiwiałam, wyłysiałam, będę następna w kolejce do zakładu pogrzebowego. 

A najlepsze, że nakurzyło się na sam koniec, bo to i folie już ponadrywane, podziurawione. W kuchni wszystko pokryte białą warstewką. Tymczasem dziś zjadłyśmy ostatnie zupy ze słoików.
 

Dodajmy, że całe to cierpienie jest NA NIC - to tylko odtworzenie stanu wyjściowego, a nie remont, który ma coś odnowić, ulepszyć. Ten dopiero mnie czeka 🤣


 

Druga sprawa - pomór w klatce. W czwartek przyjechały dwie karetki do sąsiadki z I piętra, biegali z tlenem etc., ale nic nie zdziałali (atak serca, już miała wcześniej zawał). W piątek zaś zmarła (nie w domu, w hospicjum, galopujący rak) sąsiadka z II piętra. Samotna bezdzietna pani, bardzo skromna, wyciszona, codziennie rano chodziła do kościoła. Latami opiekowała się swym leżącym mężem, dopóki siły nie odmówiły jej posłuszeństwa i wtedy umieściła go w ZOL-u (tym samym, w którym my czekaliśmy na miejsce dla Ojczastego; ona go poleciła). To była ta pani, która mi tak bardzo pomogła, gdy córka miała operację i chciałam być z nią w szpitalu - zgodziła się zająć w tym czasie Ojczastym i robiła to z wielkim oddaniem, widać było, że ma podejście do niedołężnych osób. Na początku lutego widziałam, jak ją zabierała karetka, więc po południu zadzwoniłam zapytać, w którym jest szpitalu i czy jej czegoś nie potrzeba, czy coś przywieźć. Okazało się, że jest już z powrotem w domu i że dziękuje, ale nic nie potrzeba, zajmuje się nią siostrzenica. Aniśmy nie wiedzieli o istnieniu takowej. No, a dwa tygodnie później przyszła wiadomość, że pani jest w hospicjum. Bardzo mi żal. 

Więc teraz dwa pogrzeby. 

I wniosek do ZUS trzeba wysłać o wypłatę emerytury i świadczenia jeszcze.

I do spółdzielni iść napisać wniosek o odszkodowanie za zalanie kuchni w poprzednią niedzielę.

I kontrola gazowa. Na osiedlu zmarła w zeszłym tygodniu 14-letnia dziewczynka, od piecyka.

I kontrola kominiarska.

I wystawić opinię pensjonatowi.

I za nic się nie mogę zabrać. 

29 komentarzy:

  1. Z piecykami nie ma żartów. ja mam dobrą wentylację, a i tak jak się kapię zostawiam uchylone drzwi do łazienki (a w miesiącach letnich nie zamykam okienka).

    Powoli się ogarniesz, daj sobie czas.

    Hmmm... "Przepraszam, pomyłka" z opisu brzmi znajomo, ale chyba bym pamiętał, że oglądałem młodą Barbarę Stanwyck. Wrzuciłem tytuł na listę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Błogosławię ten dzień, kiedy zdecydowałam się na likwidację piecyka, mimo strachu, że mi zrobią demolkę świeżo wyremontowanej łazienki (nie zrobili). Teraz mogę się tylko bać sąsiadki z góry, która swojego piecyka nie zlikwidowała. Właściwie nie rozumiem, dlaczego spółdzielnia wtedy nie wymusiła na wszystkich lokatorach przejścia na ciepłą wodę miejską, skoro nie wiązało się to z rozwalaniem mieszkań.

      Usuń
  2. O matko, nawet nie wiem jak Cię pocieszyć w tym wszystkim. Może tym, że najgorszy bałagan za Wami, a i bez zalewania może już teraz będzie...
    jotka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wczoraj wieczorem pościągałam już folie, co prawda dzisiaj ma facet kończyć, ale chyba już nic pylącego i kurzącego robić nie będzie. Od razu inne samopoczucie 😉

      Usuń
  3. Miałam chyba 12 lat kiedy moja 15-letnia koleżanka zmarła w wyniku zatrucia gazem z junkersa 😕 Była u babci, poszła się kąpać i już z wanny nie wyszła. Dawno to było, bardzo dawno temu, a ja za każdym razem na słowo junkers reaguję wzdrygnięciem 😕

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koszmarne. I koszmarem musiała być reszta życia dla tej babci...
      Też się boję piecyków okrutnie.

      Usuń
    2. Tak, dziadkowie się załamali, a jeszcze gorsze było to, że matka tej koleżanki była akurat w ciąży ze swoim drugim mężem. Potem miała chyba jeszcze jedno dziecko. Nie wiem jak im się dalej życie potoczyło, bo wyprowadzili się z naszego bloku.

      Usuń
    3. O tej 14-latce z osiedla to słyszałam, że rodzina wynajmowała mieszkanie. A potem widziałam na "porządku pogrzebów", że była chowana 14-letnia Ukrainka, więc przypuszczam, że to właśnie ona i że emigranci. Uciec przed wojną, żeby stracić dziecko w łazience, gdy się spało za ścianą 😢

      Usuń
  4. Świetnie łączysz w jednym wpisie literackie grozy z codziennym horrorem remontowym, a zestawienie „Przepraszam, pomyłka” i „Don’t Look Now” z kurzem w kuchni i demontażem sedesu ma w sobie coś bardzo ironicznie prawdziwego. Czy po tym wszystkim łatwiej Ci jednak uciec w te krótkie angielskie lekturki niż w realne sprawy, które czekają na załatwienie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eee, chciałam też użyć AI do odpowiedzi 😂 ale mi się każe rejestrować. Co to, to nie.

      Usuń
    2. Tak a propos rozszyfrowywania sztucznej, to mnie w czacieGPT wkurzały te zdobnienia ("lekturki") i pseudodowcipy, swojego już oduczyłam. AI nie potrafi jeszcze tego używać naturalnie i lekko.

      Usuń
    3. Mam wrażenie, że od teraz czyli od AI w komentarzach, każdy komentarz napisany niepotocznym językiem będzie brany za AI właśnie.

      Usuń
  5. Laboga, AI atakujo!

    No świrus jesteś z tym, że wpis = książka, ale za to konsekwentny😁 Brawo za angielskie lektury (o tej pani kojarzę, albo czytałam, albo widziałam film, a Daphne lubię), ja przytargalam z knihobudki ruską bajeczkę i może wreszcie odświeżę język. Co do starczej (nie bójmy się tego słowa) słabej główki to niestety odpuściłam węgierski po kilku lekcjach na Duolingo. No nic nie mogłam spamiętać, co za straszny język. Wiem tylko, że alma to jabłko😅 Jak/jeśli pojadę to se włączę gadającą aplikację, zresztą liczę na ich znajomość angielskiego, niemieckiego, a starsi to może i rosyjskiego, nie powinnam zginąć.

    Kibelkowej gehenny współczuję, to do wiaderka robicie? Pocieszaj się, że teraz już będzie spokój na długo.

    Piecyków się boję, nigdy zresztą nie miałam w domu. Mojego chłopaka z czasów studenckich brata poturbowało (niegroźnie na szczescie) jak taki piecyk wybuchł i jak Aśka, mam uraz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odświeżaj, odświeżaj. Czas 😁
      Węgierski to fakt, musi być sporym wyzwaniem he he. Ale że "alma" to jabłko? No to dopiero. Najgorzej właśnie, jak słowa z niczym się nie kojarzą. Albo kojarzą, ale z czymś zupełnie innym.
      Ja, jak wiadomo, znam jedno słowo po węgiersku czyli "szeretlek". Wystarczy (póki co).

      Tak, używałyśmy wiaderka. Oprócz tego mam już obcykane na osiedlu: do 19.00 otwarta Jordanówka, do 21.00 koło Rossmanna 🤣

      Usuń
    2. No szererlek wiadomo i kesenem oraz magyar lengyel ket jo barat. Douczę się kilku zwrotow i będą mam nadzieję cieszyć sie jak Grecy z kalimera i kalinichta (w sumie my Polacy też się cieszymy jak cudzoziemiec coś tam umie). Niewątpliwie z czeskim miałaś dużo lepiej.

      Almę mnemnotechnicznie zapamiętałam dzięki nieodżałowanej sieci sklepów 😅

      Kurczę u mnie najbliższy kibelek chyba w domu kultury i Kauflandzie, oba są dobry kilometr drogi, ciężko by było. Sąsiadów zaprzyjeźnionych niet.

      Usuń
    3. Magyar lengyel ket jo barat musiałam poszukać w internecie, co znaczy 😂 Akurat Budapeszt wspominałam w mowie pogrzebowej, bo była to jedyna zagraniczna wycieczka Ojczastego. Łyżeczki takie przywiózł do kawy, klasycznie - z jakimś obrazkiem miasta. No właśnie, gdzie te łyżeczki? Brat zabrał czy się straciły? Zagadka.

      Alma była od nas daleko, raz czy dwa zawitałam jedynie. Mnie się kojarzy jedynie z Alma Mater, wiadomo.

      To bidę macie, jakby co. U nas jeszcze spółdzielnia i przychodnia, tak że do wyboru do koloru 😁

      Usuń
  6. Co nas nie zabije, to nas wzmocni. Klient nasz pan. Cierpienie uszlachetniania. Nie ma ludzi niezastąpionych. To cztery moje "ulubione"maksymy życiowe.

    OdpowiedzUsuń
  7. Dobrze pamiętasz. :))
    Była polska wersja spektaklu z serii "Kobra" pt. "Pomyłka, proszę się wyłączyć!" z Aleksandrą Śląską w roli głównej.

    Marek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z Aleksandrą Śląską... tak, tak mi się właśnie kojarzy, Marku 😊

      Usuń
  8. Najgorszym jest to ze remont zbiegl sie z zalatwianiem spraw administracyjnych. Gdy sobie przypomne ta papierkowa czesc zalatwien po smierci meza !!!!! ciarki mnie przechodza. Nie mialam remontu ale likwidowanie duzego domu i przygotowanie go do sprzedazy....
    I zgadnij co? Przebrnalam, krok po kroku i stalo sie historia. Znajac Twa zaradnosc , majac rowniez do pomocy corke, jestem pewna ze dasz rade, ze pozalatwiasz i ktoregos dnia siadzesz i z ulga odsapniesz.
    Tego Ci mocno zycze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W toalecie skończone, więc można się zabrać za porządki.
      Tak, Ty miałaś dom do likwidacji, to już w ogóle Armageddon.

      Usuń
  9. Mnie pomaga kabaretowe: jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było!

    OdpowiedzUsuń
  10. O nie, jak wokoło taki bałagan i zamieszanie, to niesposób skupić się na czymkolwiek.
    Życzę żeby prace posuwały się do przodu zgodnie z planem, a Tobie - żebyś trzymała pokój ducha.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz, jak już pan tu skończył, reszta się zrobi 😉

      Usuń
  11. Och, jak mi się podoba Twoja "obsesja", że "jeden post = jedna przeczytana książka"!
    Mimo wszystko ksiażek po angielsku w życiu nie chcialabym czytać i mam nadzieję, że mnie taka konieczność dopadnie. Ja wszystko rozumiem. Niemiecki. Rosyjski. Estoński. Rumuński. Grecki. Czukocki. Tybetański. Ale angielski?! Niemals! Никогда! Sega vakadua!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja Cię kocham, kobieto! 🤣🤣🤣😍😍😍

      PS. Czy są u nas podręczniki do czukockiego, bo się zainteresowałam?

      Usuń