niedziela, 18 stycznia 2026

Renata Pacer - Kuchnia dla początkujących

Biblioteczkę Poradnika Domowego tak trochę zbierałam, a teraz podmieniam sfatygowane egzemplarze na lepsiejsze, jak się trafią w knihobudce. To nie jest bynajmniej tak, że książeczki się zużyły od wertowania - nie nie nie. Większość książek, które stały na trzech regałach w kuchni, doznała szoku od gotowania 🤣 Ma takie ciemne plamki czy to na grzbietach czy na kartkach od góry. W sumie nie wiem, co to - że tłuszcz osiadał czy co. Teraz im to nie grozi, bo są na zamkniętych, przeszklonych półkach, ale mądry Polak po szkodzie. Czasem sobie mówię, że powinnam wynieść WSZYSTKIE takie z tymi plamkami, ale gdzież ja się na to zdobędę... Już i tak solidnie przetrzebiłam księgozbiór 😉 Ostatnio sprawdziłam w katalogu, jak często występuje słowo WYDANE w sekcji komentarze - 811 razy, ludzie kochani! Tyle książek wyniosłam z domu! Najwięcej w zeszłym roku, gdy sytuacja z miejscem robiła się tragiczna, ale sporo też wyszło w pandemii, gdy robiłam porządki. I końca temu wszystkiemu nie widać, jasny gwint 🙄

No dobra, ponarzekaliśmy, a tu taki ładny dzień, minus dziesięć stopni i słoneczko świeci. Rano wstaję, a tu słońce na dwóch ścianach w "gabinecie" (a okno od południowego zachodu). Okazuje się, że te nowe bloki NOHO, co to chodziłyśmy oglądać mieszkanie dla brata, mają jednak dobre strony - szyby okienne na wyższych piętrach (tam właśnie, gdzie to mieszkanie, przypadek?) odbijają wschodzące słońce DO MNIE 😂 Krótko, bo krótko, ale zawsze.

Matko, wróćmy jednak do kuchni. Skoro dla początkujących, to dla mnie, jasna sprawa, ja się nigdy chyba nie nauczę gotować, mam do tego dwie lewe ręce i ani pół głowy. No, ale próbować trzeba, więc przeczytałam tę pozycję. 


 Niestety jednak tych sekretów książka zbyt wiele przede mną nie odkryła. Są tu 102 przepisy na przystawki, zupy, mięsa, ryby, warzywa, sosy i desery, ale czy udziec jagnięcy pieczony z rozmarynem to potrawa dla początkujących? Oczywiście nie zabrakło jakże modnych kiedyś potraw z ananasem z puszki 😁 Jest też pizza w dwóch wersjach - na cieście nie drożdżowym cieniutkim, tylko takim, jak na tartę. Byłam ciekawa, jak autorka wybrnie z risottem, ale tu jej się udało, bo nie wygłupiła się z popularnym w PRL-u pomysłem, że dajemy do risotta ugotowany wcześniej ryż, tylko po bożemu każe smażyć surowy, choć i tu zatrzymuje się w pół drogi: zalewa ten podsmażony ryż bulionem czy winem w całości od razu, zamiast dodawać po chochelce 😁

No nic. My tu mamy zaplanowaną zupę cebulową na przyszły tydzień. Bowiem gdy poinformowałam córkę, iż ma raz w tygodniu zrobić obiad, postawiła na zupy (cwaniara, będzie na dwa dni co najmniej). Robiła już brokułową (promocja w Lidlu) i wczoraj pomidorową. Tak że następna ma być ta cebulowa, a ponieważ NIGDY jej nie robiłam ani nie jadłam, to wolę nigdzie już nie szukać i nie sprawdzać, czy to dobry przepis, tylko według niego polecimy. W sensie ja na razie asystuję przy tym gotowaniu. Grzanki z serem myślę, że zrobimy we frajerze?

Przy okazji przy bardzo wielu przepisach autorka każe stawiać garnek na płytce ochronnej. Kojarzy mi się z zamierzchłych czasów, że coś takiego miałam, ale to było dawno. Nie mam i nie będzie gotowania na płytce. To raz, a dwa, że przy smażeniu, zwłaszcza mięsa, poleca nakryć patelnię specjalną siatką, bo tłuszcz popryska kuchnię. I taką siatkę z rączką doskonale pamiętam, że miałam i używałam, zwłaszcza przy francowato strzelającej wątróbce, ale jakież to było tłuste i oślizgłe 🤣 

I jeszcze pieczarki każe kroić w płatki, nie w plasterki. Płatki to mi się kojarzą z czymś ultra cienkim. Płatki migdałowe zum Beispiel. Moja mama z kolei nie dzieliła czosnku na ząbki, tylko na pazurki 😁 Każdy ma swoje dziwności.

Zupę krem z selera może też zrobimy, bo taka prościzna, mam nadzieję, że już nie jestem uczulona? Miałam przed laty wstrząs anafilaktyczny po potrawie z selerem, ale byłam wtedy w ciąży, różne się wtedy rzeczy przytrafiają.  



Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2003, 95 stron

Seria: BIBLIOTECZKA PORADNIKA DOMOWEGO, nr 7/2003

Z tyłu na okładce są też "Tajemnice smacznych potraw", to by mógł ktoś przynieść do budki 😁 Albo "Ciasta i ciasteczka na ostro".

Z własnej półki

Przeczytałam 17 stycznia 2026 roku 

 

Najnowsze nabytki

W tygodniu żadnych szaleństw, ale w poprzednią niedzielę, gdy napisałam post i wyszłam kontrolnie do budki, zastałam wszystkie półki zapełnione, więc coś tam sobie wybrałam.

Jeśli chodzi o Schulza, to podmianka - miałam jedynie Sklepy cynamonowe, a tu jest też Sanatorium Pod Klepsydrą i inne.  Coś z tych moich nabytków znacie, czytaliście?

 

Urobek filmowy

- czeskie Šakalí léta z 1993 roku, reż. Jan Hrebejk. Kultowy film u nich. Obejrzałam z dvd, pisałam w poprzednim poście. 

- amerykańska Sprawa Kramerów, 1979. Obejrzana online z polskimi napisami (nr 1), bo do płytki z filmem w szufladzie pod łóżkiem dalej przecież nie mogę się dostać, póki tam stoi kanapa 😉 9/10, bo powrót sentymentalny. Otóż w liceum będąc i uprawiając bogatą korespondencję po włosku dostałam od jednej z dziewczyn sporo wycinków z kolorowych gazet, traktujących o tym filmie, ówczesnym hicie. Do nas, wiadomo, nowe filmy nie trafiały tak szybko, może pokazano go na Konfrontacjach? W każdym razie znałam wtedy całą fabułę i miałam masę zdjęć, do dziś je pamiętam.

- enerdowskie Podzielone niebo z 1964 roku, obejrzane na Arte.tv O tym pisałam już we wcześniejszym poście, ale dodam, jaka jestem bystra. Skończywszy oglądać film zwróciłam uwagę na napis na dole strony Oglądaj nasze programy na komputerze, smartfonie, tablecie lub Smart TV.

Hm. Ale jak to? To nie muszę podłączać laptopa do telewizora, tylko mogę bezpośrednio? Tak, nie muszę. Tak, mogę 🤣 Wystarczyło ściągnąć ze sklepu i zainstalować na tv aplikację. Pomyśleć, że w grudniu się męczyłam z tymi filmami europejskimi... 

Męka polega na tym, że laptop obecnie, gdy biurko jest w moim chwilowym "gabinecie", jest podpięty do przedłużacza przyklejonego pod parapetem okiennym i żeby nie pełzać po podłodze odłączając i przyłączając kabel zasilacza, stawiam laptop na małym stoliczku bliżej telewizora w drugim pokoju (na tyle, na ile sięgnie kabel). Za każdym razem, gdy chcę zatrzymać film czy coś w tym guście, muszę wstawać z kanapy przed telewizorem i podchodzić do stoliczka, w tym czasie już zdążyli bohaterowie wymienić dwa zdania...

- hiszpański Detektywi w spódnicach z 2007 roku, obejrzany online . Trzy kobiety pracują w agencji detektywistycznej odkrywając sekrety, kłamstwa i zdrady dla swoich klientów, doświadczenie każe im niczemu się nie dziwić i niczym nie emocjonować. Nadchodzi jednak chwila, gdy własne prywatne życie  zmusza do takich posunięć. Jedyne, co mnie cieszyło, to fakt, że już oglądałam bezpośrednio na telewizorze i mogłam rządzić pilotem 🤣

-  tajlandzki Everybody Loves Me When I'm Dead (polski tytuł Nasza droga zmarła) z 2025 roku. Netflixowy, obejrzany online (nie mam Netflixa, ale cieszę się, jak się coś stamtąd pojawia na "mojej" stronie z filmami, bo przynajmniej wiadomo, że będą polskie napisy). Już tytuł zapowiadał głupoty, ale dobrze 😂 Kryminał egzotyczny chciałam obejrzeć. Dwóch banksterów (choć może to złe określenie, bo to szeregowi pracownicy) postanawia wyczyścić uśpione konto jakiejś zmarłej kobiety z 30 milionami (bahtów). Co za pech - okazuje się, że ta kobieta wcześniej ukradła je swemu pracodawcy mafioso, który chce forsę odzyskać. Złodziej okrada złodzieja etc. Wszystko byłoby dobrze, tylko musiała się w to wkraść (znowu złodziejstwo?) w sporych porcjach azjatycka rąbanka...

- rosyjski Szirli-myrli z 1994 roku, więc właściwie nie powinien już się znaleźć w serii Klasyka kina radzieckiego, prawda? No, ale się znalazł, zanabyłam, więc obejrzałam (bo wcześniej nie widziałam). I oto co: jak jest zapisany tytuł filmu? Po angielsku najwyraźniej. Ta seria będzie dla mnie jednym wielkim wkur... najwyraźniej.

Sam film to komedia, farsa właściwie, o trzech braciach-bliźniakach, którzy nie wiedzieli o wzajemnym istnieniu. Na końcu jeszcze objawia się czwarty. Świetna rola Inny Czurikowej jako ciotki-pijaczki, która te dzieci po narodzeniu przez siostrę rozparcelowała po świecie. Szkoda, że przesadzono z długością (143 minuty), bo pod koniec już zaczął nużyć. W oryginale można obejrzeć tu. Co znaczy tytuł? W filmie pada zdanie, że tere-fere, a w booklecie tłumaczą, że nonsens, drobiazg, błahostka.
 

63 komentarze:

  1. Patent na zdalny dostęp do laptopa to klawiatura bezprzewodowa. Zwykle jest jeden skrót klawiaturowy, który powoduje zatrzymanie filmu: spacja lub inaczej.

    Bezprzewodówka kosztuje jakieś 100-200 złotych (z myszką). Ja mam tak podłączony komputer na stałe do TV. Nie muszę używać okularów bo duży ekran pozwala na powiększanie literek. Najlepiej nie kupować tanioszki tylko średnią półkę. Czasami za półdarmo klawiatury bezprzewodowe trafiają się w marketach (mam jedną w zapasie za 50 złotych). Jak masz jakiś duży market pod bokiem to się przejdź przy okazji zakupów codziennych. Do myszki podkładka w postaci jakiejś twardej książki/broszury i proszszsz.

    Jak ja ci zazdraszczam tych knihobudek w okolicy. U nas jest jedna i w porze zimowej pustoszeje szybko bo najpewniej ludzkość wybiera książki na podpałkę do pieca. Żeby ich jasny melanż trafił! Nie umie jeden z drugą gazety kupić/skombinować, kory z brzozy naszczypać tylko mi książki wybierają. Dziadostwo!

    Jak sobie radzisz z zapachem stęchlizny od starych książek?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze rozumiem - osobna klawiatura do laptopa? I jeszcze mysz jakowaś... 😂
      Chyba mi się to nie opłaca. No bo przecież za parę miesięcy (I hope so) będzie po wymianie pionu, remoncie pokoju i telewizor wraca tutaj...
      Chociaż... jak się tak zastanowić...
      Ale co znaczy " Ja mam tak podłączony komputer na stałe do TV"? W sensie, co znaczy "podłączony"?

      Ostatnio widziałam koło knihobudki jednego z naszej pary lumpów osiedlowych, jak coś tam studiował i zastanawiałam się, czy właśnie na podpałkę czegoś nie wybiera... bo jego kumpel owszem, czyta, nieraz go widziałam na ławce z książką (z budki oczywiście), ale ten czyta jedynie etykiety z piwa.

      Nijak sobie nie radzę - szybko czytam 🤣🤣🤣 Fakt, że niektóre mają taki zapaszek, ale on jest wyczuwalny dopiero, jak weźmiesz książkę (masz blisko nosa).
      Choć, zwłaszcza w lecie, mam wrażenie wchodząc z dworu do mieszkania, że jest jakiś specyficzny cuch. Bezkarnie się w domu tylu książek nie ma, niestety. Co mam, psikać morską bryzą z kibla czy co?

      Usuń
    2. Ja sobie z zapaszkiem stęchlizny radzę tak, że odkładam te książki do przeczytania na lato, żeby je czytać na leżaku w ogródku. Nie zawsze mi się to co prawda udaje i tak sobie leżą i pachną... ;-)

      Usuń
    3. Opisuję moją konfigurację dla Windows 11 i TV Samsung. Inne systemy są podobne, ale...

      Komputer łączymy z TV przy pomocy kabla HDMI. Aby uzyskać obraz na pilocie TV zmieniamy źródło (SOURCE) na właściwe gniazdo HDMI strzałkami (gniazda są oznaczone HDMI1, HDMI2, etc, po wciśnięciu SOURCE zobaczymy na ekranie te gniazda.), wyłączamy ekran laptopa (po co ma się wypalać i żreć prąd) najczęściej skrótem klawiaturowym [logo windows]+[P].

      Istnieją inne sposoby połączenia TV z komputerem o których tu nie wspomnę, ten jest najczęstszy jaki spotykam. Jeśli telewizor milczy a komputer gra po połączeniu to należy zmienić urządzenie wyjściowe (output device) pod ikoną głośniczka w prawym dolnym rogu i ustawić żądaną głośność. Brak mi tu miejsca na większy artykulik na ten temat :-).

      Do komputera wtykamy takiego dongla USB z zestawu klawiatury i myszki USB i powinno działać od razu, mamy bezprzewodową klawiaturę i mychę (pod warunkiem, że wetkniemy im bateryjki w odpowiednie otworki). W przypadku konieczności skorzystania z komputera w formie biura używamy w salonie deski do prasowania. To, że stoimy przy pisaniu tylko przyśpiesza pracę (niewygodna pozycja powiększa motywację do szybkiego zakończenia roboty ;-) ).

      Drukarka tylko przez WiFi, bezprzewodowo. No chyba, że mamy dużo miejsca obok komputera.

      Tak to wygląda u mnie w stołowym.

      Usuń
    4. => Józefina
      Jak masz ogródek, to jesteś Gość! Gościówa właściwie 😁
      A ja nie dość, że go nie mam, to jeszcze czytam głównie w łóżku...

      Usuń
    5. => fieloryb
      Miszczu, to o czym my mówimy!
      Otóż - właśnie o to się rozchodzi, że kabel HDMI od telewizora nie sięga do laptopa na biurku i dlatego muszę tegoż laptopa ustawiać na stoliczku bliżej pokoju z telewizorem.
      🤣🤣🤣
      Ja to chyba muszę sfotografować dla lepszego rozumienia 😁
      PS. Wydawało mi się, że ten kabel kupowałam kiedyś długi, widać niekoniecznie.

      Usuń
    6. A możesz zwyczajnie zmierzyć taśmą mierniczą lub nitką, którą potem zmierzysz centymetrem krawieckim odległość na jaką potrzebny ci jest kabel HDMI?
      Na boku:
      Czuje się przy tobie jak kucharz drugiej kategorii. Zawsze osobno gotuję ryż do rizotto. Wiem, że trzeba smażyć i dodawać bulion, ale jakoś nie mam śmiałości. Wychodzi zwykle smacznie.

      Usuń
    7. He he - wczoraj właśnie tak zrobiłam jak Ty kaszotto, znaczy kaszę dałam już ugotowaną 😁

      Kolejny kabel nie jest mi potrzebny (to byłby już trzeci, bo jest też w kuchni na stałe przypięty do tamtego telewizora). To jest kwestia paru miesięcy tylko, do remontu, po którym telewizor znajdzie się na swoim starym miejscu.
      A nawet jeszcze prędzej w sumie - bo po rozebraniu choinki wróci tutaj przedłużacz, do którego się przypnie laptopa i nie będę musiała czołgać się po podłodze, żeby go odpiąć i zabrać do sypialni. Wszystko gites, jeszcze tylko chwila.

      Usuń
    8. "nie będę musiała czołgać się po podłodze, żeby go odpiąć"
      Musisz mieć bardzo czystą podłogę, żeby uprawiać WF w ten sposób - nieprawdaż? Może to dobre na reumatyzm w wieku mocno starszym? Muszę popróbować ;-) (#LosAbsudros*)

      Dam znak, co i jak
      dam znak... (za 7 lat)
      -------------------------
      * moje wpisy oznaczone tym tagiem nie mają kompletnie sensu. Służą do odreagowania całodziennego napięcia, mają walor rekraKrKraKraacyjny i humorystyczny. Spalić przed przeczytaniem, pukać trzy razy. Nie oddychać, nie regulować odbiorników.

      Usuń
    9. 🤣🤣🤣
      Poza tym wszystko w porządku? Zdrowy? 😂😂😂

      Usuń
    10. Ciężki dzień był. Zdrowy.

      Usuń
  2. Ten kryminałek lubię, mam go "id zawsze", czyli rodzice kupili. Czajką się zaczytywałam, w domu była "Córka czarownicy na hustawce", a inne tomy pochłaniałam z biblioteczek wczasowych na wakacjach. Potem, to znaczy z 15 lat temu, kupiłam kilka jej tomików na wyprzedaży za psi grosz, ale już tak dobrze mi nie wchodziły. To była niezła aparatka ta Czajka, a zmyślała jak szalona, chociaż i tak miała kolorowe życie. Dürrenmatta tego nie tylko nie znam, ale nawet z tytułu nie kojarzę. Ale ogólnie to go lubię.

    Fielorybie, takich cudownych knihobudek to chyba nigdzie nie ma poza tą Małgosi. U mnie najbliższa jest na bazarku ok.kilometra ode mnie, chyba go panowie kupcy urządzili, tyle że książki to w 90% romansidła (i to wydane w latach 90., więc nie dość, że głupie, to z upiornymi okładkami) i religijne. Raz na ruski rok coś znajdę. Z kolei Schronisko Książek fajne, ale trzeba bić się o książki, bo strona się zawiesza i tracę na te boje ze dwie godziny raz w miesiącu. Jedyny plus, że na ogół wywalczę co chce, bo lubię starocie i jeśli jest do wyboru kilka egzemplarzy tej samej pozycji to wybieram najstarszy. A ludzie rzucają się raczej na Mroza, Tokarczuk, Masłowską i tym podobne (myślę że niektórzy to handlarze).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz, a ja tę Czajkę znałam tylko z nazwiska (i famy właśnie o kolorowym życiu), więc się ucieszyłam, gdy to znalazłam. Natomiast "Grek szuka Greczynki" utkwił mi w pamięci ze studenckich czasów, że chciałam go pożyczyć z biblioteki, ale coś tam, nie udało się i taki wyrzut sumienia pozostał 😁

      Zaczynam myśleć, że faktycznie tak jest, że nasza budka wyjątkowa. No, ale nie ma się co dziwić: duże osiedle, niegdyś w znacznej części zasiedlone przez inteligencję pracującą, więc teraz ta wiekowa inteligencja wymiera, a spadkobiercy wynoszą pozostałości, a z drugiej strony dzieci inteligencji też widać czytają, tylko nie przywiązują takiej wagi do posiadania, jak już przeczytają?

      Taki bazarowy regalik zrobiono kiedyś na Nowym Kleparzu. Ostatnio tamtędy przechodziłam, więc chciałam zerknąć - już go nie ma. Nie wiem, co poszło nie tak.
      Do nas też trafia sporo religijnych i sporo Harlequinów, na to nie ma siły. Niektórzy ewangelizują 😁
      Ale też robi się trochę śmietnik, bo przynoszą ubrania, zabawki, gry, buty, no wszystko. I czego nie mogę zrozumieć, to, że przyjdzie jakieś bydlę i na przykład otworzy puzzle i porozrzuca po ziemi.
      A z tymi ubraniami... niektórzy ciągle uważają, że im niepotrzebne, ale komuś się przyda (MAJTKI! skarpetki stare!). Co ci ludzie mają w głowach? A przy tym przy kościele na osiedlu jest wielka sala, gdzie raz w tygodniu wydają ubrania właśnie, wisi ich tam masa, widziałam przez okno. Jeśli ktoś jest potrzebujący, to na pewno dostanie.

      Usuń
  3. Z samego selera zupy nie robiłam, ale z selera i pietruchy już tak. pyszna jest także zupa krem z selera naciowego lub zielonego groszku. Serię kojarzę, ale jagnięcina dla poczatkujących? ciekawe!
    Pamiętam z zamierzchłych czasów, że pierwszą pizzę w stolicy, jadłam taką na gofrach, a hot dogi, to tylko z pieczarkami i cebulą były!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja pamiętam pizzę z ulicy Szewskiej w Krakowie - była na grubaśnym cieście i cała wyładowana pieczarkami i serem, a do tego podawano uwaga! żurek 😂

      Usuń
    2. W Toruniu do pizzy podawano czerwony barszcz lub raczej czerwony octownik...

      Usuń
    3. Pamiętam te "pizze" na gofrach i hot dogi z pieczarkam🤣 jeździło się specjalnie na Starówkę na te rarytasy.
      A kiedyś w liceum z kilkoma koleżankami zrobiłyśmy pizzę, zresztą przepis był z gazety, na proszku do pieczenia. Co tam na wierzchu było nie pamiętam, ale że to był czas kryzysu, kartek, chyba jeszcze stanu wojennego itp. to raczej bidnie. Ale byłyśmy zachwycone😁

      Usuń
    4. Też pamiętam pizzę na proszku do pieczenia własnego wyrobu 😂😂

      Usuń
  4. Czajka to moja miłość! Zbieram się i zbieram, żeby ją dać na bloga, bo mam wszystkie części. :-) Kilka z nich było wydanych niedawno. Chyba wreszcie się zbiorę i je wkleję. Mam też jej biografię "Ta piękna mitomanka".
    Uważaj na grzanki we frajerze! Mnie ostatnio zdmuchnęło ser! Na wszelki wypadek przyszpil go wykałaczką.
    Jeśli chodzi o gotowanie, to dla mnie najlepszym trikiem jest po prostu kupowanie półproduktów. Na przykład ostatnio zrobiłam czerwony barszcz z soku z buraka z kartonu i smakował wyśmienicie, a nie musiałam się chrz...nić z gotowaniem buraków itp. Tak samo kupuję pokrojonego kurczaka, pokrojone warzywa i jakiś tajski sos w saszetce - myk na patelnię i jest obiad. (Do tego osobno ryż). Ziemniaków prawie nie gotuję, bo to by trzeba obierać... Stwierdziłam, że bez sensu jest marnować życie na stanie przy garach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To dawaj, dawaj, nie leń się!
      Nastraszyłaś mnie zdmuchniętym serem 😁 Obym pamiętała o tych wykałaczkach 😉
      Czerwony barszcz to ja robię w ogóle z torebki instant, więc mi nie zaimponujesz 🤣 Z gotowaniem buraków też bym się nie chrzaniła. Na surówkę kupuję już ugotowane.

      Usuń
    2. O tym serze czytałam na grupie airfryerowej i myślałam, że to urban legend. Mnie ani razu niczego nie zdmuchnęło.

      Usuń
    3. O!
      Pozapisywałam się na te różne grupy, a nic nie czytam. Biedna emeryta, nie ma czasu 🤣

      Usuń
  5. O! Czajka! Brałbym. Nie czytałem, ale jestem ciekawy, bo autorka była kiedyś dość znana (to pierwowzór Heli Bertz z "Pożegnania jesieni" Witkiewicza).

    Co do eksperymentów kuchennych - przypomniało mi się, jak kiedyś z babką postanowiliśmy sobie jadłospis urozmaicić i zupę piwną ugotowaliśmy :D To było raz i nigdy więcej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to znana postać była.
      Zupa piwna. Czekaj, czekaj - czy w "Panu Tadeuszu" nie podają czasem na śniadanie takiej zupy, z gruzłami sera?

      Usuń
    2. Tak, bo z domu była Bella (Izabella) Hertz. Ja niestety „Pożegnania jesieni” nie zmogłam. 😭 Komuś się udało przeczytać do końca?

      Usuń
    3. Ja mam "Pożegnanie jesieni" przesłuchane w 3/4 i nawet mi się to podobało, bo Marcin Hycnar ładnie powieść czytał, niestety w którymś momencie przerwałem... i się nie potrafię zmobilizować do powrotu. Niestety jak coś mnie nie zmusza do słuchania (na przykład fakt, ze powieść leci w odcinkach i jak nie włączę radia o odpowiedniej godzinie, to mi przepadnie) to nie idzie mi słuchanie audiobooków.

      Usuń
    4. Ja nawet nigdy nie zaczęłam - prawdopodobnie również z powodu nieposiadania. W każdym razie u siebie nie mam, zabrałam z domu dramaty 2-tomowe i z tych niektóre czytałam. Z powieści wzięłam "Narkotyki..." i "622 upadki Bunga", ale mnie to przerasta 😂

      Usuń
  6. "Sam film to komedia, farsa właściwie, o trzech braciach-bliźniakach, którzy nie wiedzieli o wzajemnym istnieniu. Na końcu jeszcze objawia się czwarty."
    Jeśli jest trzech - to są trojaczki. Jeśli czterech - to czworaczki. Na pewno nie bliźniacy, nie, nie, nie ☺

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No oczywiście 🤣 Zasugerowałam się często w filmie powtarzanym słowem "blizniecy". Zwłaszcza, że na początku było ich faktycznie dwóch.

      Usuń
  7. CZĘŚĆ I

    Zazwyczaj moje komentarze tutaj dotyczą wszystkiego oprócz książek. Tym razem jednak, przeglądając Twoje najnowsze nabytki (które zapewne powoli zapełniają nowo zwolniony pokój), od razu zwróciłem uwagę na Jak zostałem chirurgiem Williama A. Nolena.

    Książkę tę kupiłem w 2024 roku w Minnesocie — oczywiście w jednym ze sklepów z używanymi rzeczami. Choć została wydana w 1970 roku (oryginalny tytuł The Making of a Surgeon, a jej „akcja” rozgrywa się w latach 50. XX wieku), jest nadal absolutnie warta przeczytania. Autor bardzo otwarcie i uczciwie opisuje lata spędzone w szpitalu jako intern i rezydent, przytaczając liczne sytuacje, które przydarzyły się jemu oraz jego kolegom. Ponieważ szpital często przyjmował ludzi biednych i bezdomnych, książka daje też ciekawy wgląd w tę grupę społeczną. Nolen posługuje się prostym, przystępnym językiem, zrozumiałym dla czytelników niezwiązanych z medycyną. Ci, którzy mają w tej dziedzinie choćby podstawową wiedzę, mogą z kolei z zainteresowaniem ocenić ówczesne metody leczenia, dziś często wydające się prymitywne. Książka stała się bestsellerem, doczekała się kilku wydań i — jak się okazało — nierzadko inspirowała czytelników do podjęcia studiów medycznych. Z pełnym przekonaniem polecam jej lekturę.

    Przeczytałem również kolejną książkę Nolena — The Surgeon’s World (Świat chirurga), poświęconą jego pracy po ukończeniu rezydentury w nowojorskim szpitalu. Autor wraz z żoną i dziećmi przeniósł się do niewielkiego miasteczka Litchfield w Minnesocie, gdzie praktykował do końca życia (niestety zmarł w 1986 roku, mając zaledwie 58 lat). W bardzo interesujący sposób opisuje swoją codzienną pracę, ciekawsze przypadki medyczne oraz finansową stronę prowadzenia praktyki.

    Co ciekawe, często bywam w Minnesocie, a miejscowość, w której się zatrzymuję, leży zaledwie 90 km od Litchfield. Niewykluczone więc, że przy okazji złożę tam krótką wizytę — tym bardziej że autor dość szczegółowo opisuje to miasteczko i nawet wiem, w którym domu mieszkał.

    Chciałbym na moment odbiec od głównego tematu i wspomnieć, że dr Nolen napisał również znaną książkę Healing: A Doctor in Search of a Miracle (1974), w której między innymi bezlitośnie demaskuje „słynnych” filipińskich „paranormalnych uzdrawiaczy” (zaznaczam, że tej książki jeszcze nie czytałem). Przeprowadził rozmowy z ponad 50 pacjentami z USA, którzy udali się na Filipiny w poszukiwaniu takiego „leczenia”, a także sam pojechał tam, by obserwować rzekome bezdotykowe „operacje”. Posunął się nawet do tego, że sam poddał się jednemu z takich zabiegów, skarżąc się na fikcyjne problemy z nerkami i nadciśnienie. Uzdrawiacz „wydobył” z niego kilka zwitków ciemnoczerwonej bawełny — rzekome skrzepy — oraz „guz”, który według Nolena był jedynie grudką tłuszczu pokrytą substancją imitującą krew.

    Jeden z pacjentów, Kanadyjczyk cierpiący na kamicę nerkową, przechwycił „wydobyty” przez znachora kamień, zanim ten zdążył go namoczyć w alkoholu i spalić (co było standardową praktyką). Oddany do badań patologicznych „kamień” okazał się… kostką cukru.

    Jeden z najbardziej znanych filipińskich uzdrawiaczy, Tony Agpaoa, zarabiał około 40 000 dolarów MIESIĘCZNIE — i to na początku lat 70. XX wieku, gdy średni ROCZNY dochód na osobę na Filipinach wynosił zaledwie 215 dolarów. Dodatkowo jego żona prowadziła biuro podróży organizujące przyjazdy pacjentów do „uzdrowiciela”.

    Uważam, że takie podejście do medycyny doskonale pokazuje wysokie standardy etyczne i moralne dr. Nolena, gotowego demaskować szarlatanów i naciągaczy. Niestety, powiedzenie „tonący brzytwy się chwyta” pozostaje boleśnie aktualne i często skutecznie przesłania ludziom zdrowy rozsądek.

    P.S. Powyższy komentarz powstał na podstawie wpisu, który jakiś czas temu zamieściłem na innym blogu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętam tych filipińskich uzdrawiaczy, oni i do nas przyjeżdżali, a może i nadal tu "leczą". Już w latach 90. były artykuły i reportaże telewizyjne, że to oszustwo, ale ludzie w rozpaczy w walce o zdrowie chwytają się brzytwy

      Usuń
    2. Fajnie, że potwierdzasz, iż ten Nolen wart zachodu. Tak mi się wydało, gdy do niego zajrzałam jeszcze przy budce, że to będzie interesujące, a na pewno nie nudne.
      Mam jeszcze jakieś "Pamiętniki chirurgów" z 1972 roku, to chyba polskich lekarzy.

      Usuń
    3. => Agata
      Co tam filipińscy uzdrawiaczem skoro nasz własny polityk (Mejza) trzepał kasę na wysyłaniu nieuleczalnie chorych dzieci do USA na rzekomą CUDOWNĄ terapię...

      Usuń
  8. CZĘŚĆ II

    A skoro już mowa o książkach kucharskich, muszę przyznać, że właściwie nigdy z nich nie korzystam. Obecnie, gdy chcę coś ugotować, po prostu Googluję dany przepis albo oglądam krótki film na YouTube — i dzięki temu udało mi się w miarę szybko opanować przygotowywanie wielu potraw.

    Wiele lat temu posiadałem jednak znakomitą książkę, którą śmiało można by nazwać Książką kucharską dla kompletnych nowicjuszy. Do dziś pamiętam pierwszy przepis — na kromkę chleba z masłem: kromkę należało położyć na stole, nałożyć na nią kawałek masła, rozsmarować nożem i przeciąć na dwie części. W podobnym duchu były tam przepisy na gotowanie jajek, przygotowanie jajecznicy, ugotowanie ziemniaków czy zaparzenie herbaty.

    Dla wielu osób mogłaby to być pozycja wręcz absurdalna, ale ja osobiście znałem ludzi (oczywiście facetów), dla których szczytem samodzielnego gotowania było kupienie zupy w puszce, otwarcie jej i podgrzanie — a nie, dajmy na to, zjedzenie na zimno.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja teraz też szukam przepisów w necie, mam kilka sprawdzonych stron typu Kwestia Smaku. Książek kucharskich miałam mnóstwo, samej Nigelli czy Jamiego Olivera po kilka, i nawet korzystałam. Teraz wygodniej z telefonu sobie czytać w kuchni, więc po trochu te książki wydałam. Zostały pamiątkowe z PRL i może z 15 najładniejszych/ulubionych😜
      Z knihobudek już nie biorę, chciaz ostatnio widziałam Jadłonomii i jeszcze jakąś wege

      Usuń
    2. => Jack
      Ależ! Uważam, że taka właśnie książka kucharska bardzo by mi się przydała! Bo jak czytam w tej tutaj "Kuchni dla początkujących" słowa 'zaciągnąć śmietaną', to mi się wydaje, że mogłaby to autorka bliżej opisać 🤣🤣🤣

      Usuń
    3. => Agata
      Gdy szukam przepisu w internecie, zazwyczaj zaglądam do "Ania gotuje", tyle że na początku trzeba przewinąć całą masę tekstu o tym, ile zawiera szklanka i inne takie.
      Z papierowych Nigelli (ani Jadłonomii) nigdy się nic w budce nie trafiło, ale Olivera mam stamtąd "30 minut w kuchni". W sumie powinnam go jak najprędzej przestudiować, sądząc po tytule 🤣

      A z Jadłonomii kiedyś, gdy jeszcze pracowałam i sobie drukowałam niektóre przepisy do wklejenia w zeszycie, wzięłam spaghetti ratunkowe i jeszcze coś. A potem już nie zaglądałam, może by warto.

      Usuń
    4. Ania za bardzo szaleje z SEO, nazwę potrawy wymienia kilkadziesiąt razy, trochę to wkurzające ("oto mój przepis na naleśniki, jesli szukasz przepisu na naleśniki, to ja mam najlepszy przepis na naleśniki"😁). Ale lubię i tak jej bloga. A piekę z Moje Wypieki. Z Jadłonomii dużo korzystałam jak byłam wege, ona chyba porzuciła już pisanie?

      Usuń
    5. Gdy czytam przepisy kucharskie, to nierzadko natrafiam na wyrazy (w obu językach), których znaczenia dokładnie nie rozumiem—na szczęście szybko wyjaśnia mi je Google. Wolę jednak oglądać filmy na YouTube i dopiero potem czytać przepis.

      Od dziesiątek lat potrafiłem zrobić pyszny żurek, na polskiej kiełbasie, bardzo obfity, których nawet smakował nie-Polakom. Kiedyś przytargałem ze sobą ogromne garnek wraz z wymaganymi składnikami i ugotowałem go dla sporej grupy ludzi podczas weekendowego wypadu biwakowego—wszyscy byli nim zachwyceni!

      Usuń
    6. => Agata
      To prawda, strasznie dużo pisze. Tak jak Wiola dużo gada 😂

      Usuń
    7. => Jack
      Muszę się nauczyć robić ten żurek wreszcie!

      Usuń
  9. Zupy - u nas w domu pierwsze miejsce zajmuje włoska minestrone - mieszanina wszystkich jarzyn. Na drugiej pozycji żurek - szczególnie gdy odwiedzają nas wnuczęta.
    Najnowsze nabytki - nie czytałem pokazanych książek, ale bardzo dobrze pamiętam sztuki Durrenmatta wystawiane przez Teatr Dramatyczny w Warszawie - Romulus Wielki, Wizyta starszej pani, Fizycy...
    Colette - czytałem jej książki o Klaudynie, wydawały mi się przewrotne i dezorientujące.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to mówią: minestrone czyli warzywny śmietniczek 😁 Żurek z jajkiem i kiełbaską mniam mniam.
      Ja osobiście marzę o... zalewajce, takiej, jak robiła mama. Jakoś dla mnie nieosiągalny ten smak.
      Pamiętam "Wizytę starszej pani" z Teatru Telewizji czyli to musiało być w szkolnych czasach.

      Usuń
    2. U mnie tylko ogórkowa, krupnik i pomidorowa. Niestety u mnie mama niemal nie gotowala zup i nie jestem przyzwyczajona, dzieci też nie nauczyłam ich jeść. Te trzy lubią, czasem robię. Żurek uwielbiam, barszcz czerwony, ale to tylko raz w roku😁

      Usuń
    3. U nas zawsze były dwa dania, ale w dorosłym życiu przyzwyczaiłam się do jednego. A gotować nigdy się z mamą nie uczyłam, jakoś tak wychodziła z założenia, że dzieci się mają uczyć... ale do szkoły.

      Usuń
  10. Ciekawa jestem, kto dziś kojarzy Colette - uwielbiałam Klaudynę 😊 - nie wspominając o Czajce...
    A propos kulinariów, ja też risotto robiłam na bazie wpół ugotowanego ryżu, ha. Osobista modyfikacja polegała na dodawaniu do potrawy orzechow i rodzynek, które absolutnie podnosiły smak. Pomysł nie mój, przyjaciółki, polecam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziś to chyba nikt, jak byłam w podstawówce to był na nią istny szał, tzn. na Klaudynę

      Usuń
    2. Klaudyna to był szał - zwłaszcza po filmie (czy też serialu?) w tv. Do dziś pamiętam twarz aktorki, która ją grała, aczkolwiek nazwiska nie.
      Orzechy i rodzynki do risotta? Ale chyba w zależności od tego, z czym konkretne risotto jest? Czy obojętnie?

      Usuń
    3. => Agata
      Na bazie tego dawnego szału nawet kiedyś nabyłam (chyba jeszcze drogą kupna to było) dwa tomy zawierające cztery części, a niedawno odkryłam w budce jedną z tych części w nowym ładnym wydaniu i oczywiście zabrałam. Gdyby ktoś się zlitował i przyniósł pozostałe trzy, to bym się tamtych pozbyła, a tak trzymam wszystko 🤣
      By the way, gdzie do diabła ta nowa jest??? Do katalogu nie wpisałam. Bałagan bez końca. Wczoraj spisałam dwie podwójne półki i były tam TRZY czeskie książki też nie wpisane do katalogu. Ja tak daleko nie zajdę...

      Usuń
    4. Filmu nie widziałam, chyba nawet nie wiedziałam, ze byl.
      Orzechy i rodzynki do risotta z kurczakiem, innego nie robiłam.

      Usuń
  11. Mam kilka książeczek z tego poradnika domowego, część o gotowaniu, głównie takie tematyczne - chleb, sery, pizze, jaja i kilka o kwiatach - bukiety, doniczkowe. One na tamte czasy były całkiem fajne, zdjęcia dobrej jakości, papier kredowy, tylko ilość użyć ograniczona, bo po kilku razach kartki zaczynały żyć swoim życiem 😄

    Tutaj nigdy nie spotkałam budek z książkami na wymianę czy do zostawienia/zabrania. Raz tylko w jednym szpitalu trafiłam na spory regał z różnymi książkami i magazynami, w różnych językach. Przeważnie pacjenci korzystali w czasie pobytu, czasami zostawiali swoje kiedy wychodzili do domu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tom ciekawe, bo mnie się żadna nie rozpadła... ale podejrzewam, że jedynie dlatego, bo ograniczałam się do kupienia i postawienia na półce 🤣🤣🤣
      Właśnie, papier kredowy i kolorowe zdjęcia, jakież to było różne od podobnych wydawnictw jeszcze z chudych lat PRL.

      Przypomniałaś mi, że w Szpitalu Bonifratrów widziałam spory regał z książkami w salce nie wiem, jakiego przeznaczenia, stały tam stoliki i krzesła, byłam odwiedzić kogoś i tam właśnie siedziałyśmy. Ale gdy ja sama w tymże szpitalu byłam, tylko na innym oddziale, to tego nie widziałam. Inna sprawa, że się nie szwendałam po korytarzach, wycięli, co było do wycięcia, a na drugi czy trzeci dzień wyrzucili do domu 😂

      PS. A gdzie to jest "tutaj"? 😉

      Usuń
    2. W Anglii mieszkam 🙂
      No ten regał też był na konkretnym oddziale, nie w poczekalni głównej. Myślę, że ktoś zostawił tam książkę wychodząc do domu, potem ktoś inny zostawił inną, jakieś gazety i w końcu regał był potrzebny 😄 Ale też chyba jakieś pudełko szachów tam było i jakieś planszówki. Nawet pomyślałam, że jeśli kiedyś będę likwidować nadmiar swoich lumpów czytelniczy, to też im tam podrzucę 😄

      Usuń
    3. No masz, następna w Anglii 😁 A przecież pisali, że już z Anglii wracają 🤣
      Z zostawianiem książek w szpitalach to nie jest zły pomysł, myślę, że takie klasyczne czytadła i to nie za długie wchodzą w grę.

      Usuń
    4. Ano, pisali. Ale pisali też nie raz o Yeti i potworze z Loch Ness 😜😂

      Usuń
    5. Chyba faktycznie wracają, spotkałam wychowawczynię syna z podstawówki. Byla taka hustiria, że pojawił się bodajże w 5 klasie chłopak, który x lat spędził w Stanach i niestety jego poziom polskiego tudzież wiedzy ogólnej był zatrważający. Szkoła kompletnie wpadla w stupor, ciężko było rodzicom wyprosić pomoc czy indywidualne traktowanie. No więc z tego, co ta wychowawczyni mówiła, to teraz mają temat ogarnięty, bo już jest nie jeden taki uczeń na szkołę, a wielu, właśnie tacy "repatrianci", nie tylko zresztą z UK. Trochę to jest inny problem niż z Ukraińcami, bo to polskie dzieci, które po prostu szły innym programem, miały inne lektury, uczyły się innej historii itp.
      Jak to liczbowo wygląda nie wiem, ale już z kilku krajów więcej przyjeżdża niż wyjeżdza

      Usuń
    6. Znałem sporo rodzin polskich w Kandzie, które wraz z dziećmi postanowiły wrócić do Polski. W większości przypadków nie miałem z nimi dalszego kontaktu, ale niektórzy potem dzwonili i przy okazji porozmawiałem o ich wrażeniach z kraju. Myślę, że najtrudniej było w latach 90. ubiegłego wieku, jak również w małych miastach, gdy takich „powracających” dzieci było bardzo mało i szkoły były kompletnie na nich nieprzygotowane. Do tego często język polski takich dzieciaków był niezmiernie zawężony i to, że można było z nimi się w nim porozumieć, absolutnie nie oznaczało, że go umieli na tyle, żeby kontynuować naukę w szkole średniej. W Kanadzie, gdzie przybywa masa emigrantów, w szkołach są specjalne klasy dla takich dzieci.

      Usuń
    7. => Agata
      Całkiem na serio się zastanawiałam, co to za słowo 'hustiria' i co może oznaczać... zanim załapałam, że to tylko literówka 😂
      Nie znam nikogo, kto by wrócił, ale też nie znam wiele osób, które wyjechały. W sensie takich kierunków jak Anglia czy Niemcy. Owszem, część koleżanek ze studiów powychodziła za mąż za granicą, ale to powszechny zwyczaj na filologiach obcych 🤪 I te zazwyczaj tam siedzą do tej pory, ale to trochę inna sytuacja.

      Usuń
    8. => Jack
      No właśnie, takich dzieci urodzonych na obczyźnie i żeby wróciły z rodzicami do Polski to nie znam.
      Oglądam teraz na YT kanał jednej Czeszki - z mężem i dziećmi mieszkali już w różnych krajach (nawet w Chinach), gdzie tylko mąż pracował, ale od dłuższego czasu są w Stanach i pewnie tam zostaną. Dzieciaki chodzą do tamtejszych szkół, najstarsza już po ichniejszych studiach, funkcjonują bardziej w angielskim niż w czeskim, choć w domu mówią po czesku (z lekkim amerykańskim akcentem). O powrocie do Czech absolutnie nie myślą.

      Usuń
    9. Głównie do Polski wracały rodziny z małymi dziećmi; tym „późnym” nastolatkom było już znacznie trudniej — o ile w ogóle chciały wracać. Spotkałem kiedyś dziewczynę, której rodzice za wszelką cenę pragnęli wrócić do Polski, podczas gdy ona absolutnie nie. Mimo że miała zaledwie 17 lat, zdecydowała się zostać sama w Kanadzie.

      Większość dzieci zna język polski, ale poziom tej znajomości bywa bardzo różny. Niektóre mówią po polsku w domu — z rodzicami, starszym rodzeństwem — a nawet uczęszczają do polskich szkół sobotnich. Inne z czasem przestają odpowiadać rodzicom po polsku, przez co język ten bardziej rozumieją, niż aktywnie nim mówią. Dość rzadko zdarza się, aby dzieci urodzone za granicą potrafiły czytać i pisać po polsku, choć oczywiście jest to możliwe. Najczęściej dotyczy to tych, które regularnie spędzały wakacje w Polsce, uczęszczały tam przez jakiś czas do szkoły, wyjechały na dłuższy pobyt edukacyjny lub nawet ukończyły w Polsce całe studia.

      Znam też co najmniej sześć polskich rodzin, których dzieci — nie dostawszy się na studia medyczne w Kanadzie — wyjechały studiować medycynę lub stomatologię w Polsce (w języku angielskim). Cztery z moich pracownic były wychowane lub urodzone w Kanadzie i bardzo dobrze radziły sobie z językiem polskim. Co prawda rozmawiałem z nimi głównie po angielsku — było to po prostu łatwiejsze i dawało mi pewność, że wszystko jest w pełni zrozumiałe 😃.

      Usuń
  12. Najlepszy barszcz to Krakusa w kartonie, sama bym lepiej nie doprawiła, pasuje całej rodzinie jak się pojawi. Miałam buraki nastawić na zakwas, ale się nie wyrobiłam. Karton barszczu dyżurny stoi zawsze w pogotowiu. Mam całyn stos tych broszurek kulinarnych, ale mało zaglądam teraz, już mi się nie chce. Pewnie wrócę POTEM, rozumiesz Małgoś. Tylko kiedy to będzie...
    Pomysł z książkami na szpitalnym regale wydaje mi się świetny. Niby są biblioteki (przynajmniej kiedyś były), ale samej sobie wybrać z półki to zupełnie co innego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jesteś kolejną osobą, która chwali Krakusa, chyba się muszę zaopatrzyć 😁
      Tak, kiedy to będzie... Czasem nie chce mi się wierzyć, że mam to z głowy. Znaczy nie do końca, bo akurat W GŁOWIE to siedzi cały czas, myślenie, jak mu tam etc. Ale wreszcie żyję normalnie. Czego i Wam życzę, Aniu!!!

      Usuń