Pod starym postem o Hrabalu ktoś mi napisał, że poleca Lekcje tańca... Dlaczego właściwie tego nie czytałam, skoro parę lat temu pożyczyłam z bibliotek całą masę Hrabala? Trzeba to nadrobić. Zamówiłam w osiedlowej filii, poszłam odebrać - a tu egzemplarz bez obwoluty.
No nie, jak to będzie na zdjęciu wyglądać? Wzięłam, bo głupio mi było wybrzydzać, ale wróciwszy do domu zadzwoniłam do innej filii z prośbą, żeby sprawdziła miła pani na półce, czy ich egzemplarz ma obwolutę. Miał, aczkolwiek sfatygowaną. Jeszcze trzeba było pokonać opór materii czyli systemu, bo nie chciał mi przyjąć zamówienia, skoro mam ten tytuł wypożyczony. Głupi ten system! No, ale pani mi odłożyła książkę na bok 😍
Dzięki temu - proszę bardzo - macie tu Waldemara Świerzego.
A to jeszcze nie koniec hrabalowskiej przygody. Ja się trochę bałam tej powieści, bo z katalogu wynikało, że ma prawie 600 stron i kiedy ja to przeczytam. A tymczasem to wydanie zawiera cztery powieści, a te pozostałe to mam osobno, jedną zresztą czytałam. Tak że okazało się, że do przeczytania jest jedynie 68 stron 😊
Ale ale. Spójrzcie no tu niżej. Życie narzuciło mu wiele innych zawodów. Ha ha ha. Życie. Nie komuniści, którzy skazali czeską inteligencję na harówkę w kopalniach czy w bardziej lightowej wersji mycie szyb sklepowych lub palenie w kotłowni, tylko jakieś bliżej nieokreślone życie. Trudno mieć przecież pretensję do życia, prawda? I taki tekst na skrzydełku ktoś napisał w 1991 roku.
Ale co się tu denerwować na sprawy dawno minione, lepiej poczytać te Lekcje tańca, które były takim eksperymentem literackim (powstały w 1964 roku). Mianowicie jest to jedno zdanie. Mieliśmy i w literaturze polskiej powieść tak skonstruowaną - Bramy raju Andrzejewskiego. Z tym, że tam są dwa zdania, ale to drugie zawiera jedynie cztery słowa (słynne I szli całą noc). Ja tych Bram raju nie czytałam, odstrasza mnie temat (krucjata dziecięca w XIII wieku), choć wiem, że jest to tylko kostium historyczny, a chodzi o tworzenie się i oddziaływanie masowych idei, rozrachunek autora z komunizmem. Forma też mnie deczko przeraża.
Ale Hrabal - nie, ten nie przeraża, ten zachwyca. Wielki pábitel czyli opowiadacz, taki knajpiany, gdzie przy piwie liczy się tylko ten, który opowie ciekawą historię. Bohater Lekcji tańca opowiada jedną historię za drugą, przeskakuje z tematu na temat, wspomnienia austriackiego wojska mieszają się z wytycznymi z podręcznika higieny płciowej, wartko płynie strumień świadomości, a kropki są niepotrzebne, skoro opowieść nigdy się nie kończy.
Koniec:
Teraz mi żal, że nie mam egzemplarza na własność 😐
Wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1991, 68 stron
Seria Współczesna Proza Światowa
Tytuł oryginalny: Taneční hodiny pro starší a pokročilé
Przełożył: Andrzej Czcibor-Piotrowski
Z biblioteki
Przeczytałam 12 maja 2021 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Mówiłam, że już nic nie kupuję w Ulubionym Praskim Antykwariacie, prawda? Mówiłam. Raz, że nie mam miejsca, a dwa, że w marcu zdrożała straszliwie przesyłka.
No, ale zaglądam, a tam ten przewodnik po stalinowskiej Pradze. Jeszcze go w życiu nie widziałam! Wyszedł w 2018 roku, więc powinien był rzucić mi się w oczy w księgarniach - ale jakoś nie. A skoro po raz pierwszy pojawił się w antykwariacie, to nie mogłam przepuścić takiej okazji. Z Pragi bym go i tak nie przywiozła, bo to masakryczna cegła, 966 stron (chrzest Polski) i większy format. Jeszcze się nim oczywiście nie nacieszyłam, bo leży na kwarantannie.
Z działu pragensie dobrałam jeszcze cztery sztuki - można mnie podziwiać, bo powstrzymałam się przed zajrzeniem do literatury pięknej - i teraz taka śmieszna sprawa. Tytuł Střípky z újezdské historie nic mi niby nie mówił (Ułamki ujezdskiej historii), ale wykombinowałam sobie, że to będą wspomnienia mieszkańców ulicy Újezd na Małej Stranie. Którą to ulicę naturalnie darzę sentymentem, choćby z tego prostego powodu, że w kawiarence Pod Guziczkiem przy tej ulicy jadłyśmy z Psiapsiółą z Daleka pyszne chlebíčky i patrzyłyśmy przez okno na zadeszczone tramwaje i ludzi umykających pod parasolami. Toteż zamówiłam. Na drugi dzień w wolnej chwili w pracy sprawdzam w internecie, co piszą o tej książce - i cóż się dowiaduję? Że to o historii jakiejś miejscowości Újezd nad Lesy!
No nie! Już miałam skrobnąć maila do antykwariatu, żeby mi to odliczyli i że w ogóle przez pomyłkę dali to do pragensie i dlatego zamówiłam, gdy... gdy doczytałam, że Újezd nad Lesy od 1974 roku jest częścią Pragi 😁 Specjalnie zabytkowy nie jest, ale skoro tak, to już niech będzie i może nawet w sierpniu się tam wybiorę. Jeśli, to w środę między 13.00 a 19.00, bo wtedy jest czynne miejscowe muzeum 😉 Tylko żadna posiadana przeze mnie mapa Újezdu nie obejmuje i muszę sobie chyba druknąć z google maps. Mam już nawet zlokalizowany tamtejszy cmentarz - bo ja zawsze łażę po cmentarzach.
Taka historia.
A jutro jest moja wielka prywatna rocznica - 14 maja 2016 roku byłam po raz pierwszy w Pradze. Pięć lat minęło od tej chwili, gdy najpierw się przeraziłam "turystycznością" Pragi i chciałam uciekać, a zaraz potem zakochałam po uszy. Gdyby nie pandemia, szykowałabym się do kolejnego majowego wyjazdu, tymczasem dziś jest 631. dzień bez Pragi. Ale komu pandemia nie pokrzyżowała planów?
A teraz przejdźmy do spraw bardziej codziennych czyli kulinariów.
We wtorek miałyśmy na obiad tofu. Z cebulką, jak radziła Anka która jest z tofu za pan brat.
W środę natomiast trzeba było zużyć resztę pieczarek z zeszłego tygodnia. Już nigdy nie kupię na promocji w Lidlu pudełka pieczarek. Pół kilo na nas dwie to jest za dużo na jeden raz, a potem trzeba kombinować, co zrobić z resztą 😁 Powstały w każdym razie naleśniki.
Ale nie takie zwykłe naleśniki. Znalazłam bowiem na YT przepis na naleśniki z ziemniaków 😮
I słuchajcie, ja to jestem taka głupia, że jak na to patrzyłam, to myślałam zbrzydzona łeeee, jak to, surowe ziemniaki... I dopiero po chwili sobie uświadomiłam, że jak się smaży placki ziemniaczane, to też z SUROWYCH ziemniaków 😅 Z pieczarek miałam zrobić sos, ale mi się w trakcie smażenia naleśników odechciało, więc były takie sauté i też się zjadło. A na drugi raz będę robić naleśniki na dwóch patelniach dla akceleracji (w końcu i tak to moja córka zmywa, a nie ja). Wyszło osiem sztuk z tej ilości.
A dziś był makaron z warzywami z patelni. Powolutku kończę moje zapasy makaronowe, przewidziane chyba na 10 lat - i nie były to zapasy zrobione w marcu 2020, gdy wszyscy się rzucili po drożdże i ryż, bynajmniej nie, jeszcze wcześniejsze, wiecznie, jak były tygodnie włoskie albo chińskie czy japońskie we wspomnianym sklepie, to wlokłam do domu kolejne opakowania. I już myślałam, że do końca życia nam wystarczą, ale nie, bo córka się do makaronu przekonała ostatnio, więc co tydzień jemy.
























































