czwartek, 13 maja 2021

Bohumil Hrabal - Lekcje tańca dla starszych i zaawansowanych

Pod starym postem o Hrabalu ktoś mi napisał, że poleca Lekcje tańca... Dlaczego właściwie tego nie czytałam, skoro parę lat temu pożyczyłam z bibliotek całą masę Hrabala? Trzeba to nadrobić. Zamówiłam w osiedlowej filii, poszłam odebrać - a tu egzemplarz bez obwoluty. 

No nie, jak to będzie na zdjęciu wyglądać? Wzięłam, bo głupio mi było wybrzydzać, ale wróciwszy do domu zadzwoniłam do innej filii z prośbą, żeby sprawdziła miła pani na półce, czy ich egzemplarz ma obwolutę. Miał, aczkolwiek sfatygowaną. Jeszcze trzeba było pokonać opór materii czyli systemu, bo nie chciał mi przyjąć zamówienia, skoro mam ten tytuł wypożyczony. Głupi ten system! No, ale pani mi odłożyła książkę na bok 😍 

Dzięki temu - proszę bardzo - macie tu Waldemara Świerzego. 

A to jeszcze nie koniec hrabalowskiej przygody. Ja się trochę bałam tej powieści, bo z katalogu wynikało, że ma prawie 600 stron i kiedy ja to przeczytam. A tymczasem to wydanie zawiera cztery powieści, a te pozostałe to mam osobno, jedną zresztą czytałam.  Tak że okazało się, że do przeczytania jest jedynie 68 stron 😊

Ale ale. Spójrzcie no tu niżej. Życie narzuciło mu wiele innych zawodów. Ha ha ha. Życie. Nie komuniści, którzy skazali czeską inteligencję na harówkę w kopalniach czy w bardziej lightowej wersji mycie szyb sklepowych lub palenie w kotłowni, tylko jakieś bliżej nieokreślone życie. Trudno mieć przecież pretensję do życia, prawda? I taki tekst na skrzydełku ktoś napisał w 1991 roku.


Ale co się tu denerwować na sprawy dawno minione, lepiej poczytać te Lekcje tańca, które były takim eksperymentem literackim (powstały w 1964 roku). Mianowicie jest to jedno zdanie. Mieliśmy i w literaturze polskiej powieść tak skonstruowaną - Bramy raju Andrzejewskiego. Z tym, że tam są dwa zdania, ale to drugie zawiera jedynie cztery słowa (słynne I szli całą noc). Ja tych Bram raju nie czytałam, odstrasza mnie temat (krucjata dziecięca w XIII wieku), choć wiem, że jest to tylko kostium historyczny, a chodzi o tworzenie się i oddziaływanie masowych idei, rozrachunek autora z komunizmem. Forma też mnie deczko przeraża. 

Ale Hrabal - nie, ten nie przeraża, ten zachwyca. Wielki pábitel czyli opowiadacz, taki knajpiany, gdzie przy piwie liczy się tylko ten, który opowie ciekawą historię. Bohater Lekcji tańca opowiada jedną historię za drugą, przeskakuje z tematu na temat, wspomnienia austriackiego wojska mieszają się z wytycznymi z podręcznika higieny płciowej, wartko płynie strumień świadomości, a kropki są niepotrzebne, skoro opowieść nigdy się nie kończy.

Początek:
Koniec:
Teraz mi żal, że nie mam egzemplarza na własność 😐





Wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1991, 68 stron

Seria Współczesna Proza Światowa

Tytuł oryginalny: Taneční hodiny pro starší a pokročilé 

Przełożył: Andrzej Czcibor-Piotrowski

Z biblioteki 

Przeczytałam 12 maja 2021 roku

 

NAJNOWSZE NABYTKI 

Mówiłam, że już nic nie kupuję w Ulubionym Praskim Antykwariacie, prawda? Mówiłam. Raz, że nie mam miejsca, a dwa, że w marcu zdrożała straszliwie przesyłka.

No, ale zaglądam, a tam ten przewodnik po stalinowskiej Pradze. Jeszcze go w życiu nie widziałam! Wyszedł w 2018 roku, więc powinien był rzucić mi się w oczy w księgarniach - ale jakoś nie. A skoro po raz pierwszy pojawił się w antykwariacie, to nie mogłam przepuścić takiej okazji.  Z Pragi bym go i tak nie przywiozła, bo to masakryczna cegła, 966 stron (chrzest Polski) i większy format. Jeszcze się nim oczywiście nie nacieszyłam, bo leży na kwarantannie.

Z działu pragensie dobrałam jeszcze cztery sztuki - można mnie podziwiać, bo powstrzymałam się przed zajrzeniem do literatury pięknej - i teraz taka śmieszna sprawa. Tytuł Střípky z újezdské historie nic mi niby nie mówił (Ułamki ujezdskiej historii), ale wykombinowałam sobie, że to będą wspomnienia mieszkańców ulicy Újezd na Małej Stranie.  Którą to ulicę naturalnie darzę sentymentem, choćby z tego prostego powodu, że w kawiarence Pod Guziczkiem przy tej ulicy jadłyśmy z Psiapsiółą z Daleka pyszne chlebíčky i patrzyłyśmy przez okno na zadeszczone tramwaje i ludzi umykających pod parasolami. Toteż zamówiłam. Na drugi dzień w wolnej chwili w pracy sprawdzam w internecie, co piszą o tej książce - i cóż się dowiaduję? Że to o historii jakiejś miejscowości Újezd nad Lesy! 

No nie! Już miałam skrobnąć maila do antykwariatu, żeby mi to odliczyli i że w ogóle przez pomyłkę dali to do pragensie i dlatego zamówiłam, gdy... gdy doczytałam, że Újezd nad Lesy od 1974 roku jest częścią Pragi 😁 Specjalnie zabytkowy nie jest, ale skoro tak, to już niech będzie i może nawet w sierpniu się tam wybiorę. Jeśli, to w środę między 13.00 a 19.00, bo wtedy jest czynne miejscowe muzeum 😉 Tylko żadna posiadana przeze mnie mapa Újezdu nie obejmuje i muszę sobie chyba druknąć z google maps. Mam już nawet zlokalizowany tamtejszy cmentarz - bo ja zawsze łażę po cmentarzach.

Taka historia. 

A jutro jest moja wielka prywatna rocznica - 14 maja 2016 roku byłam po raz pierwszy w Pradze. Pięć lat minęło od tej chwili, gdy najpierw się przeraziłam "turystycznością" Pragi i chciałam uciekać, a zaraz potem zakochałam po uszy. Gdyby nie pandemia, szykowałabym się do kolejnego majowego wyjazdu, tymczasem dziś jest 631. dzień bez Pragi. Ale komu pandemia nie pokrzyżowała planów?

 

A teraz przejdźmy do spraw bardziej codziennych czyli kulinariów.

We wtorek miałyśmy na obiad tofu. Z cebulką, jak radziła Anka która jest z tofu za pan brat.

W środę natomiast trzeba było zużyć resztę pieczarek z zeszłego tygodnia. Już nigdy nie kupię na promocji w Lidlu pudełka pieczarek. Pół kilo na nas dwie to jest za dużo na jeden raz, a potem trzeba kombinować, co zrobić z resztą 😁 Powstały w każdym razie naleśniki.

Ale nie takie zwykłe naleśniki. Znalazłam bowiem na YT przepis na naleśniki z ziemniaków 😮

  

I słuchajcie, ja to jestem taka głupia, że jak na to patrzyłam, to myślałam zbrzydzona łeeee, jak to, surowe ziemniaki... I dopiero po chwili sobie uświadomiłam, że jak się smaży placki ziemniaczane, to też z SUROWYCH ziemniaków 😅 Z pieczarek miałam zrobić sos, ale mi się w trakcie smażenia naleśników odechciało, więc były takie sauté i też się zjadło. A na drugi raz będę robić naleśniki na dwóch patelniach dla akceleracji (w końcu i tak to moja córka zmywa, a nie ja). Wyszło osiem sztuk z tej ilości.

A dziś był makaron z warzywami z patelni. Powolutku kończę moje zapasy makaronowe, przewidziane chyba na 10 lat - i nie były to zapasy zrobione w marcu 2020, gdy wszyscy się rzucili po drożdże i ryż, bynajmniej nie, jeszcze wcześniejsze, wiecznie, jak były tygodnie włoskie albo chińskie czy japońskie we wspomnianym sklepie, to wlokłam do domu kolejne opakowania. I już myślałam, że do końca życia nam wystarczą, ale nie, bo córka się do makaronu przekonała ostatnio, więc co tydzień jemy.


poniedziałek, 10 maja 2021

N. Nosow - Witia Malejew w szkole i w domu

Nie wiem, czym sobie pan Nosow zasłużył (czy raczej NIE zasłużył) na taką anonimowość imienia. Bogu dziękować, że w ogóle nie oznaczono jako autora N.N. Gdy Witię wydawano w Polsce po raz pierwszy, jego autor był po czterdziestce, za młody na imię?

Więc - Nikołaj Nikołajewicz Nosow. Tu po polsku, a tu po rosyjsku. 

Witia Malejew w szkole i w domu to była jedna z moich najukochańszych książek. Teraz, gdy ją sobie przypomniałam, po części rozumiem, dlaczego. Bo z jednej strony - myślałam sobie teraz - ja byłam w szkole (podstawowej) taka typowa piątkowa uczennica, więc co mnie mogło pociągać w postaci Witii, a zwłaszcza jego kompana Szyszkina, dwójkowiczów i z lekka bezmyślnych chłopaków? Chyba, że właśnie odmienność? 

Ale jednak. Prokrastynacja to moje drugie imię. Ja też, jak Witia, chętnie odłożę na później to, co TRZEBA zrobić, a zajmę się tym, czego NIE TRZEBA, przynajmniej w danej chwili. Zostawię na ostatnią chwilę. Jak jest coś łatwego i coś trudnego, też wybiorę to łatwe, chyba z nadzieją, że trudniejsze w międzyczasie zniknie 😁

Klasyczny przykład - gdy się mam uczyć do testu, zabieram się nawet za porządki w szafie (co jest najgorsze z możliwych), byle nie siąść do zeszytu. Dziś chyba mogłabym podać rękę bohaterom.

Gdy wczoraj czytałam, po raz pierwszy dostrzegłam, jaką dawką propagandy jest Witia... przesycony. I smrodku dydaktycznego. Jako dziecko absolutnie tego nie widziałam (czyli spełniała swą rolę). Niestety nie pamiętam, czy docierał wówczas do mnie absurd rozmów uczniów z drużynowym czy nauczycielką - całkiem jak z jakiegoś zebrania w fabryce. Pozwólcie mnie też powiedzieć. W naszej klasie panuje prawdziwa przyjaźń. Teraz rozumiem, że chłopcy chcieli mi dopomóc i walczyli o honor całej klasy.

Cóż, dziś chyba już nikt tego nie czyta, na Lubimy czytać znalazłam jedynie 20 ocen! I pewnie wystawili je z sentymentu ci z mojej generacji.

Ja jednak pozostaję przy pozytywnej ocenie i pewnie za kolejne 20 lat znów do Witii... zajrzę. 

Oczywiście powieść została sfilmowana, ja ten film mam i się zastanawiam, czy to możliwe, że go do tej pory nie oglądałam. W planach za 5 minut - odszukanie go i sprawdzenie. Jeśli nie znam - już wiem, co będę dziś oglądać.

Początek:

Koniec:
A teraz półka, proszę bardzo.Większość z tego powinna być Wam znana, wszyscyśmy to czytali 😍

Wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 1976, 205 stron 

Tytuł oryginalny: Витя Малеев в школе и дома 

Przełożyły: Maria Grzeszczak i Natalia Stasińska 

Z własnej półki 

Przeczytałam 9 maja 2021 roku 

 

Teraz tak. Obejrzałam wreszcie Zabić drozda.

  

Szczęśliwie moje DVD było wypasione językowo, więc wybrałam sobie czeskie napisy, a co!

Czyli obejrzałam Jako zabít ptáčka. Na początku myślę - co za Čipera, jaka Čipera, co to jest? A to w czeskiej wersji główna bohaterka Smyk (ang. Scout). Dosłownie - spryciara. Nauczyłam się nowego słówka 😏
Doczytałam, że Harper Lee dała zegarek po swoim tacie Gregory Peckowi w dowód uznania, jak go pięknie odegrał. Ale to nie był zegarek (hodinky) użyty w filmie.

 

Z frontu szczepień donoszę, że wczoraj córka prosiła, żeby jej przynieść piłę w celu odcięcia sobie bolącego ramienia. Oprócz tego pękał jej łeb oraz bezustannie moczyłam w zimnej wodzie ręcznik, coby sobie chłodziła rozgorączkowane czoło. Ale dziś już przeszło. 

Miejska partyzantka (urban guerrilla) działa!

/a przynajmniej robi, co może/

Z frontu kuchennego natomiast - informuję, że w słoiku była fasola. Postanowiłam skorzystać z niedzieli (w tygodniu nie ma czasu na tak długie gotowanie) i przyrządzić ją w charakterze dodatku do drugiego dania. Czego jeszcze w życiu nie robiłam. No nie jadało się u nas fasoli w ten sposób. Zawsze albo do barszczu albo po bretońsku. Książka Bukiet z warzyw, tom 1 Henryka Dębskiego zaproponowała:

a/ fasolę białą z wody (polaną bułką tartą z masłem)

b/ fasolę białą po gospodarsku (z masłem, natką, koperkiem i curry)

Ponieważ nie mogłam się za cholerę zdecydować (zwłaszcza w kwestii zielonego, które tak uwielbia córka), w końcu zrobiłam obie. Albowiem okazało się, że tej fasoli ugotowało się trochę dużo.

/jeśli chodzi o mistrza drugiego planu czyli na wpół zardzewiały cyrkiel ze stołu, to nic, to tylko na chwilę, jest do wyrzucenia, do metalu i plastiku chyba?/

Obie fasole nadają się do jedzenia, gdyby ktoś pytał. Do tego stopnia, że do wieczora chodziłam do kuchni i podjadałam po dwa zimne ziarnka (tyle tego zostało), aż wreszcie skonsumowałam całość 😀

Dziś było risotto, jutro będzie tofu, a pojutrze... zobaczymy. Miałam robić kaszę pęczak po wiejsku - ale w Lidlu wykupili. Natomiast dziś optymalizując wykorzystanie czasu pracy na fabryce obejrzałam parę filmików na YT, gdzie ludziska smażą różne placuszki ZE WSZYSTKIEGO. I jestem za.

...

EKSPERYMENTA z wielkością zdjęć 

1400 - rozmiar oryginalny, do lewej

1400 - bardzo duży, do lewej

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1400 - duży, do lewej

sobota, 8 maja 2021

Harper Lee - Zabić drozda

Wcale nie miałam tego na liście obejmującej najbliższe plany czytelnicze, ale gdzieś na jakimś blogu BBM wspomniała o tej książce, wyciągnęłam ją z półki i - przepadłam. To był powrót po wielu wielu latach. Kupiłam ją w 1984 roku i pewnie wtedy też przeczytałam. I całkiem nie pamiętałam, że to taka fantastyczna rzecz! Być może dlatego, że wtedy ani mi się śniło być matką i odbierałam to całkiem inaczej.

Uważam, że Zabić drozda powinno być swego rodzaju encyklopedią dla wszystkich rodziców - jak wychowywać dzieci i czego je uczyć. A także jakim być samemu. Dziś patrzę na tę powieść właśnie z perspektywy matki i zastanawiam się nad błędami, jakie popełniłam (kto ich nie popełnił?). Myślę, że najważniejsze w całym procesie wychowania, to nie uczyć hipokryzji. Tego się trzymał Atticus: być zawsze takim samym, czy to w domu czy poza domem, wśród ludzi. Nie mieć podwójnej moralności i podwójnych standardów.

Sprawdziłam, że książka jest ciągle wydawana i dostępna. Pytanie, czy czytana? Chyba tak. Na Lubimy czytać ma ponad 13 tys. ocen. Nie wiem co prawda, jak to się ma do innych powieści, na próbę wrzuciłam Przeminęło z wiatrem (żeby też była literatura amerykańska) - tylko 8 tys. ocen. Kraina chichów - 6 tys. No, to chyba nie jest źle.

Z amerykańskiego rozpędu chciałam wziąć teraz do czytania kolejnego Macdonalda, ale się rozmyśliłam - nie będę mieszać dwóch różnych Ameryk, z dwóch różnych dekad 😄 Za to na wieczór szykuję sobie projekcyjkę Zabić drozda z Gregorym Peckiem. Też będzie to powrót po latach.

Początek:

Koniec:

Książka niestety stoi w drugim rzędzie i gdyby nie przypomnienie jej przez BBM, to diabli wiedzą, kiedy bym się do niej dokopała. Nawiasem mówiąc, strasznie obszarpane są niektóre obwoluty. I niekoniecznie należy to przypisywać tzw. zębowi czasu 😂 choć one wszystkie są stare. Raczej była to działalność mojej córki w czasach, gdy objeżdżała mieszkanie w chodziku. Puszczona samopas - a w końcu po to się dziecku kupuje chodzik, żeby mieć chwilę czasu dla siebie - studiowała zawzięcie grzbiety książek tak do wysokości metra. No a w owych czasach jeszcze nie miałam drugich rzędów 😏

No to teraz zliczamy znajome tytuły!

Wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 1971, 389 stron

Tytuł oryginalny: To Kill a Mockingbird

Przełożyła: Zofia Kierszys

Z własnej półki (kupione w antykwariacie w sierpniu 1984 roku)

Przeczytałam 7 maja 2021 roku 


Poprzednim razem odgrażałam się, że zrobię te - nie wiem, jak je nazwać - ciastka warzywne? warzywne muffiny?

  

No i zrobiłam. Moja blacha okazała się mieć 12 dołków, a nie 6, jak ta z filmiku. Może chodzi o mniejsze dołki? Ale materiału wyjściowego wystarczyło tylko na 9 sztuk. Wszystko poszło dobrze i szybko, nie jest to jakiś pracowity obiad (a robiłam w tygodniu, po powrocie z pracy), tylko bym miała jedno 'ale' - te ciastka są za delikatne, już na filmiku widać, że prawie się rozlatują przy wyjmowaniu, ja też musiałam sobie łyżką pomagać (choć potrzymałam w piekarniku 5 minut dłużej). Nie wiem, co by można dodać, żeby one były takie bardziej zwięzłe, przypieczone albo co.

Z nowości robiłam też risotto z mrożonymi warzywami, ale nawet nie zalinkuję przepisu, bo nie polecam. Smak rosołu i tyle.

 

Zapowiadali, że 6 maja zacznie się rejestracja na szczepienie rocznika mojej córki. Ponieważ, z niewyjaśnionych do dziś powodów, w nocy z 5 na 6 nie udało mi się w ogóle zasnąć, około 3 nad ranem przypomniałam sobie o tej rejestracji i wykręciłam 989. Wstukałam Pesel, wstukałam kod pocztowy i dostałam propozycję zaszczepienia się w dniu 28 czerwca, w hali EXPO czyli na końcu świata. Nie przyjęłam. Druga propozycja opiewała na 29 czerwca, tamże. Nie przyjęłam. Trzecia na 30 czerwca, dalej w EXPO. Czwartej już nie było, automat poinformował mnie za to, że od 6 rano będą konsultanci.

No to zadzwoniłam rano. Miła pani najpierw mi dała adres na Lema, ale gdy spytałam o WKS Wawel (który jest o rzut beretem od nas), uruchomiony dwa dni wcześniej punkt powszechnych szczepień czy jak to się tam nazywa, wyznaczyła mi termin - na pojutrze czyli na 8 maja czyli dziś. 

Córka co prawda powiedziała, że ona żadną Astrą nie idzie się szczepić, ale oczywiście idzie. Idziemy, bo prosiła mnie o towarzyszenie, ta moja niepełnosprytna 😎

I teraz moje pytanie - po co podaje się kod pocztowy, skoro automat wyznacza ci miejsce na drugim końcu miasta za 2 miesiące, w momencie gdy są do dyspozycji terminy blisko ciebie za 2 dni? 

A tej nieprzespanej nocy do dziś nie odespałam i się nie zregenerowałam. To już nie na moje lata 😕 

PS. Luuuudzie! Zapomniałam z tego wszystkiego, że skoro już tak leżałam bezczynnie w łóżku przez całą noc, to się przy okazji nadmiaru czasu spisałam. Ale teraz nie rozumiem - skoro podawałam rozmaite dane dotyczące mojej współlokatorki (czyli córki) - to czy ona ma się spisać osobno, czy już właściwie jest odbębnione?

poniedziałek, 3 maja 2021

Joanna Chmielewska - Dzikie białko

To jest Chmielewska ekologiczna. Znana nam już z Lesia pracownia architektoniczna w kolejnej akcji, a właściwie kilku akcjach. Taki zlepek paru historyjek upchanych w jedne ramy: do bohaterów dociera, że wszystko, co jemy, jest skażone, a w dodatku ludzie mieszkają w rakotwórczej wielkiej płycie. W związku z tym po pierwsze należy znaleźć źródła zaopatrzenia w żywność - gdzie? oczywiście na wsi - a po drugie z hukiem odmówić realizacji budowy z wielkiej płyty jakiejś tam spółdzielni.

Jednakże znaleźć warzywa czy mięso na wsi to marzenie ściętej głowy (gospodynie jeżdżą się zaopatrywać do sklepów w mieście), mimo wielu uskutecznianych wycieczek w bliższe i dalsze okolice Warszawy. Wszystko jest obficie sypane trującymi środkami, kurczaki karmione antybiotykami i pozostaje założyć sobie własny ogródek, a w celu pozyskania zwierzęcego białka - wybrać się na polowanie na dzika (z siatką na hamaki oraz kosą i lassem). Będzie to właśnie tytułowe dzikie białko.

Odrębny problem to panoszenie się partyjnych bonzów i próby ukrócenia ich paskudnego procederu (na przykład kłusownictwa w celu odsprzedaży łopat łososia, tfu, pardon - łosia, za ciężkie zielone).

Dodatkowo Lesio, Barbara, Janusz, Włodek i inni muszą rozwiązać problem usytuowania szpitalnej pralni za pomocą nocnej akcji przesuwania ogrodzenia oraz myślą, że muszą odwdzięczyć się Ameryce za zrzuconą u nas stonkę - wręczając pudełko z nazbieraną na kartoflisku tąże wylatującemu do Stanów panu doktorowi. Pan doktor ma ją rozsypać na polu w Kansas. Elementarna sprawiedliwość, rozumiecie. I to był jedyny fragment, kiedy nie tylko się roześmiałam, ale nawet popłakałam ze śmiechu. Bo pan doktor był psychiatrą, a Karolek, znajomy znajomego, dorwał go w aucie już jadącym na lotnisko i mętnie tłumaczył, że zawartość pudełka ma być rozsypana na polu, nie mówiąc, co to jest. Ze względów zawodowych doktor był coraz bardziej zainteresowany sprawą i obiecywał sobie, że po powrocie do kraju dokładnie zbada Karolka. Wreszcie nastąpiło otwarcie pudełka. W środku leżały lakierki (w których jeden z kolegów wybierał się na ślub, no oj tam, pomylili pudełka).

Doktor Filipowski z racji zawodu przyzwyczajony był do Napoleonów i Cezarów, nie robiły na nim wrażenia ciągnione na sznurku guziki i termometry, mające reprezentować żywe pieski [...]. Mimo wieloletniej praktyki jednakże latające obuwie, zrzucone przez Amerykanów i przeznaczone do rozsypywania w kartoflach, spotykał pierwszy raz [...].

- No, tak - rzekł uprzejmie. - Wezmę po prostu całość. [...] Wszystko można wysypać w kartofle.

Koniec:

No, ta półka już była przy okazji Zaczarowanej plebanii, ale teraz przesuwamy się nieco w prawo. Tak że można znowu się zgłaszać, co znacie!

Wyd. Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1990, 239 stron

Z własnej półki (kupione 2 kwietnia 1990 za 15.000 zł)

Przeczytałam 2 maja 2021 roku

 

Przy niedzieli kuchennie. 

I nie spierajcie się, że jest poniedziałek. Jak się nie idzie na fabrykę, znaczy jest niedziela. 

Mały przegląd tygodnia. Nic nowego właściwie nie było. Oprócz brukselki, bośmy daaawno nie jadły.

Parówek, jak powszechnie wiadomo, jeść się nie powinno, bo to syf, ale czasem się trafi awaryjny obiad 😎 Moja córka prawdopodobnie by się udławiła lub zadławiła, gdyby zjadła natkę lub koperek, więc ma zawsze gołe ziemniaki. Ja tego pojąć nie potrafię, co ją tak kłuje w zęby. Dodatkowo ziemniaków nie krasimy z powodów dietetycznych. Jak mi się chce, to je nakładam na talerze w takie kulki, ale często mi się nie chce i właściwie nie wiem, dlaczego, skoro to ona będzie zmywać narzędzie do kulkowania, a nie ja!
Nieśmiertelne kopytka ciecierzycowe (ale dawno już nie było).

Placuszki twarogowe, makaron z warzywami z patelni, cebula duszona z kiełbasą (zdjęć tych wyszukanych potraw brak). To ostatnie okazało się hitem nad hity (mama często robiła i sobie przypomniałam, teraz córka domaga się, żeby co tydzień robić).

Placki z cukinii. Robiłam według tego przepisu, a że mam w zeszycie jakiś swój dawny, z marchewką i nie pamiętam czym jeszcze, myślałam, żeby w następnym tygodniu zrobić jeszcze raz (cukinia była na promocji w Lidlu 😀, wzięłam więcej).

Aż tu ci wpadłam przed chwilą na ten przepis, więc może się go wypróbuje, zwłaszcza, że taką formę mamy, bo córka kiedyś miała fazę na muffiny.

  

I tydzień z głowy.

sobota, 1 maja 2021

Tatiana Ustinowa - Moj licznyj wrag

Dość straszne, prawda? Po pierwsze, że taki zniszczony egzemplarz. A po drugie, ta ilustracja okładkowa. Porzygać się można bez wątpienia. W dodatku robi jakieś takie wrażenie, jakby chodziło o fantasy (co już samo w sobie jest odstraszające). Niestety, wydawnictwo EKSMO specjalizuje się w takich paskudnych okładkach i tłumaczę to sobie jedynie tym, że najwyraźniej Rosjanki (bo to kobiety są targetem) mają okropny gust, któremu się schlebia takimi obrazkami. 

Co zaś do stopnia zniszczenia - cóż, kupiłam używane na allegro. Gdy wróciłam do rosyjskiego po dekadach, które upłynęły od szkolnych czasów i gdy mi się to czytanie po rosyjsku tak spodobało - puściłam się na całe majty. Najpierw coś tam nieśmiało kupowałam na allegro, a gdy już miałam nawiązany dobry kontakt z pewnym panem Wiktorem, przeszłam na obsługę pozasystemową 😀 Pisałam do niego, co bym chciała albo on przysyłał mi listy tego, czym dysponował. I dawaj! Zamówionko i paczka! Podobna sytuacja zdarzyła mi się z rosyjskimi filmami na DVD, też najpierw coś kupowałam od pani Marioli przez allegro, a potem przeszłyśmy na bezpośredni kontakt. Nigdy się nie zawiodłam, choć przecież na początku było to ryzykowne, że zrobię przelew na Berdyczów. Potem już było tak, że pani Mariola jeździła do Rosji i przed wyjazdem pytała, co ma mi przywieźć, sporządzałam listę życzeń, a ona po powrocie wystawiała mi rachunek 😏

Gdy teraz sprawdzam w katalogu książek etykietę po rosyjsku, wychodzą mi 152 sztuki! Niby nie jest to zawrotna ilość, ale jednak niemało. Przeczytałam do tej pory trochę mniej niż połowę, a winny jest tej sytuacji oczywiście czeski 😎 Kiedyś starałam się przeczytać jedną książkę po rosyjsku miesięcznie, dziś jest to książka po czesku. Przy czym ilością nabytej czeszczyzny biję rosyjski na głowę, ale tego dziś sprawdzać w katalogu już nie będę. Strach pomyśleć, co by było, gdybym... kiedyś zapadła na kolejny język.

To jest czwarta Ustinowa, jaką przeczytałam (a mam jeszcze siedem!). Ktoś mi tu skomentował pod poprzednią jej książką i tak wpadłam na myśl, żeby wyciągnąć z półki kolejną. Czytanie w cyrylicy trwa jednak dłużej niż w alfabecie łacińskim, tydzień mi zeszło. No, przyznam się do tego, jaka jestem... dziwna. Mogłam już skończyć dwa dni temu, to specjalnie odkładałam - bo bym już nie zdążyła napisać posta na blogu, a przestrzegam pilnie zasady, że skoro przeczytałam książkę w kwietniu, to post również musi ukazać się w kwietniu. Porządek musi być! Więc skończyłam ostatnie strony dziś rano czyli 1 maja i oto publikuję już w maju 😂

Za to wczoraj czyli jeszcze w kwietniu - pochwalę się - dokonałam cudu czyli skończyłam przepisywać kalendarzyk. Ten mały, noszony w torebce. Co roku muszę przekopiować telefony, adresy, imieniny etc. I w 2020 na przykład zrobiłam to bodajże w sierpniu 😏 To oznacza, że do tej pory woziłam ze sobą dwa kalendarzyki. No, a w tym roku proszę, jak się szybko wyrobiłam! Dzielnioszka, jak mawiał mój Ślubny (gdy obiad zrobiłam, co było wydarzeniem).

Teraz jeśli chodzi o samą książkę. Te poprzednio czytane jakoś mi się bardziej podobały. Bo jest taka zasada u Ustinowej, że to jest pomieszanie romansu z wątkiem kryminalnym, i obowiązkowo happy endem. Ale w tym wypadku to szczęśliwe zakończenie było tak... fantazyjne, że chyba obliczone na mało wymagające czytelniczki - takie lubiące baśnie. Aleksandra pracuje w telewizji, jej mąż ma dostać swój własny program, wszystko wydaje się toczyć w najlepszym z możliwych kierunków, kiedy sprawa się rypnie: mąż ma romans z bezpośrednią przełożoną Aleksandry i w ten sposób bohaterka traci nie tylko męża, ale i pracę, a jeszcze wisi nad nią groźba utraty mieszkania. I teraz, pomijając całą resztę wątków i historii, Francuz, którego ona poślubia (niby to fikcyjnie, na złość), okazuje się nie tylko wielką miłością jej życia, ale i wielkim arystokratą, magnatem i przedsiębiorcą, co pozwoli zemścić się na wiarołomnym eksie w bajeczny sposób. No ha ha ha. 

Tak że czytało się dobrze, w ogóle podoba mi się to rosyjskie czytanie, ale na koniec zdechło. Przegięła Ustinowa.

Początek:

Koniec:
A półka (jedna z półek) z rosyjskimi kryminałami (głównie) wygląda tak. Nadźbane w dwóch rzędach, musiałam wyciągnać część pierwszego, żeby zrobić zdjęcie. Tym razem wiem, nie ma co pytać, które tytuły znacie 😉

Wyd. EKSMO, Moskwa 2003, 316 stron 

Tytuł oryginalny: Мой личный враг 

Z własnej półki (kupione 29 czerwca 2010 roku za 6 zł na allegro)

Przeczytałam 1 maja 2021 roku 


Moja mama przed 60 laty miała pełne ręce roboty pierwszego maja. W jednej żakiet, drugą wtrynia pod ramię obcemu facetowi 😃

A ja dziś mam wolne. I to chyba od wszystkiego, bo łeb mnie boli.

Do tego stopnia, że patrzę na listę dziesięciu chyba książek, które mam naszykowane na najbliższy czas, i nie mogę się na żadną zdecydować. Niech to.

W sumie dobrze, że pada, bo by mi było żal, że nie pójdę na spacer. Dobrze, że nie muszę nakarmić kur. Dobrze, że nie mam zmiany na fabryce. 

Powiedziała... matko, jak się nazywała ta dziewczynka, co zawsze doszukiwała się dobrych stron we wszystkim?

/migrena to jedno, ale skleroza drugie/

POLLYANNA, powiedziały internety!