niedziela, 20 września 2026

Elżbieta i Roman Konieczni - Krzywy uśmiech Bienia [Ekspres reporterów]

Wspominałam ostatnio o tym zbiegu okoliczności: najpierw na tablicy koło kościoła nekrolog twórcy naszego osiedla, architekta Krzysztofa Bienia, a potem w knihobudce kilka egzemplarzy Ekspresu reporterów, z których wybrałam sobie cztery i dosłownie po otwarciu pierwszego z nich zobaczyłam Krzywy uśmiech Bienia. Tak nazywano nasze osiedle 😁 Dlaczego krzywy? Bo było zaprojektowane amfiteatralnie. I od północnej strony miał je zamykać blok 23-kondygnacyjny czyli autentyczny wieżowiec (choć z wielkiej płyty). 

Ale o tym za chwilę, najpierw ten Ekspres reporterów, bo pojawia się u mnie po raz pierwszy, mimo że w katalogu mam ich już 27 sztuk, a teraz przybyły kolejne. 

AI mówi (niestety nie ma hasła na Wiki), że ta seria wydawnicza zaczęła wychodzić w 1976. I tu się może mylić, bo mam zapisany tomik z 1974 roku (chyba że źle wpisałam przy katalogowaniu, ale ponieważ jest to gdzieś tam w drugim rzędzie, to nie każcie mi teraz się do tego dostawać - czyli zdejmować pierwszy rząd 😂). W każdym razie były to lata 70-te i 80-te, a książeczki ukazywały się co miesiąc i osiągały ogromne nakłady.

Mam plan, żeby co miesiąc przeczytać jeden z reportaży - nie całe wydanie, bo wtedy nie byłoby jak wpisać w tytule posta wszystkich autorów i tytułów reportaży... na taki sposób się wzięłam. 

Co jest irytujące, to że na okładce podają tytuły reportaży, a te w środku są inne 🙄 co sami możecie zobaczyć na dzisiejszym przykładzie.  


Czyli dzisiejszy reportaż to Proces jakiego nie było alias Krzywy uśmiech Bienia. Proces, bo architekt podał do sądu instytucje odpowiedzialne za realizację naszego osiedla. Dlaczego? Bo naruszono jego prawa autorskie. Czytaj: on zaprojektował osiedle w danym kształcie, a budowano je z dużymi zmianami, zlecając przeprojektowanie innemu architektowi.  Osiedle, choć ograniczone wówczas (w latach 70-tych) normami i możliwościami budowlanymi, miało być czymś do tej pory niespotykanym, pomyślanym jako miejsce zamieszkania nie tylko przyjazne, ale i odpowiadające na potrzeby estetyczne mieszkańców, którzy mieli z okien swych mieszkań podziwiać rozległe krajobrazy z dwoma krakowskimi kopcami włącznie. Duże odległości między blokami, zaprojektowana cała infrastruktura dla 10 tysięcy mieszkańców, zieleń, amfiteatr, biblioteka, dom kultury, przychodnia, przedszkole, szkoły, sklepy... Miało być pięknie, a wyszło jak zawsze? Nie do końca, bo pewne rozwiązania zostały zachowane, ale wieżowce nie powstały, osiedle nie zostało w ten sposób domknięte, a jakość wykonania - cóż, powszechna fuszerka nie oszczędziła i Widoku. Jest tam passus z notatki służbowej z wizji lokalnej:

- w niektórych mieszkaniach skrócono łazienki o 11 cm, co uniemożliwiło prawidłowe ustawienie wanien i umywalek na jednej ścianie

- w tych samych łazienkach na przeciwległej ścianie przesunięto rury c.o. blokując tym samym miejsce przewidziane na pralkę

- w 11 mieszkaniach przesunięto o 20 cm ścianki działowe, zwężając wnęki na szafy ścienne w przedpokojach

- w 22 mieszkaniach w pomieszczeniach wc wystąpiła kolizja między drzwiami a muszlą klozetową 

- w pracowni Bienia (na dachu tzw. falowca czyli łamańca powstały pracownie dla artystów; jedną z nich zajął sam architekt) rura odprowadzająca wodę z wanny biegnie przez środek pomieszczenia, gdyż krany zamocowano po jednej, a kratkę ściekową po drugiej stronie łazienki

Z czego wynikały takie fuszerki niczym z Alternatyw? Między innymi i z tego, że najpierw budowy się ślimaczyły, potem nagle ruszyły z kopyta - przy jednym budynku pracowało 400-600 osób i NIKT nie miał nad tym kontroli, nie respektowano niczego. Moce przerobowe, wiecie, raz są, raz ich nie ma...

Ale proces nie dotyczył niedoróbek budowlanych, tylko zmian w projekcie, wprowadzonych czy to z oszczędności czy z potrzeby unifikacji (lepiej, żeby było tak jak wszędzie, lepiej się nie wyróżniać). A generalnie założenie było takie, że wobec armii ludzi czekających na mieszkania nie stać nas na robienie dobrej architektury.

Z wieżowcem dyskusja trwała długi czas, raz przychodziła z Warszawy zgoda, raz ją cofano. Zakładam, że w reportażu wówczas nie można było wszystkiego napisać, więc tak do końca nie jest to wyjaśnione. Bienia a to wyrzucano z biura projektowego, a to przyjmowano, ale nie dawano mu konkretnej pracy. Proces z miastem ponoć wygrał* (o tym w reportażu nie ma, bo wówczas jeszcze się toczył), ale co mu to mogło dać poza satysfakcją? Już za nowych czasów domagał się cofnięcia zgody na budowę nowego bloku obok wiaduktu, jako naruszającego kompozycję osiedla. Oczywiście bez skutku. 

* znalazłam w sieci rozmowę z autorką książki Betonia:

To był jedyny w Polsce proces architekta przeciwko miastu. Bień był jednym z tych architektów, którzy po odwilży zaczęli wyjeżdżać. W Paryżu spał w samochodzie obok osiedla La Défense, w Szwajcarii odwiedzał rodzinę i oglądał, co się tam buduje. Wymyślił osiedle z panoramą na krakowskie kopce i Salwator, złożone z bloków różnej wielkości, z zielenią i pawilonami handlowymi. No, ale projekt był własnością biura i ono mogło zrobić z nim, co chciało - zastosować inne technologie, zmienić proporcje. Zaczął się stawiać, więc wyleciał z pracy. Wtedy pozwał miasto. Proces toczył się bardzo długo, odbił się szerokim echem na świecie i skończył wyrokiem salomonowym. Czyli uznano wprawdzie, że naruszono prawa architekta, ale projektu nie naprawiono, bo niechciane bloki już stały.   

Blok zbudowany jako tarasowy ma też ciekawą historię. Miał powstać dla naukowców, przyjeżdżających z Francji do Instytutu Fizyki i gdy Bień zaproponował tę formę tarasową, z każdym kolejnym piętrem ustępującym kaskadowo, o dziwo Komitet Wojewódzki zaakceptował go od razu. Jakim cudem? Bo mieszkań dla naukowców miało być zaledwie kilka, a reszta dla sekretarzy, którzy zwietrzyli okazję... 

Dodajmy, że całe osiedle było zbudowane tak, żeby było przewietrzane - Bień projektował bloki "z różą wiatrów leżącą na mapie", uwzględniając warunki klimatyczne i kierunki przewietrzania. Tego w późniejszych czasach nie naruszono - ale obok osiedla obecnie powstają apartamentowce, które właśnie zagradzają drogę tym wiatrom, bo zaplanowano je w układzie odwróconym o 90 stopni. Czyli i tak poszło się ... wiecie co.

Proces był sensacją, pisano wówczas na ten temat bardzo wiele, a na YT znalazłam krótki materiał na ten temat: 

 

Tu natomiast jest pełen materiał. 

Jako mieszkanki osiedla nie od początku, bo od 1988 chyba roku, ciekawostką dla mnie był opis drogi reporterów do pracowni Bienia w 1977 roku, według wskazówek samego architekta:

Od pętli tramwajowej w Bronowicach krzywym chodniczkiem w dół, obok pawilonu Argedu. Arged tu mają zamiast targowiska [...] Pawilon jest duży, import z NRD. Parę lat temu Kraków dostał ich kilka [...] w czwartym, właśnie na Widoku sprzedaje się garnki, wiadra, syfony [...]. Mijamy pawilon, bloki Chodorowskiego, skręcamy w lewo i wreszcie jest falowiec - złamany w dwóch miejscach , najdłuższy budynek osiedla. Pracownie są na dachu. Bień zaprojektował ich kilka czy nawet kilkanaście, wykorzystując w tym celu puste przestrzenie pomiędzy wystającymi ponad budynek pomieszczeniami maszynowni wind. Ryzykował, bo nie było zgody inwestora. - Będzie to pana drogo kosztować. Jak nie przyjdzie pozwolenie, zapłaci pan za projekty z własnej kieszeni - krakał nad Bieniowym uchem dyrektor. Ale pozwolenie przyszło.

W ramach rozglądania się za mieszkaniem oglądaliśmy takie właśnie w łamańcu, do którego przynależała pracownia na dachu... Ale było dla nas za drogie. Mój Boże, jaka szkoda, ileż tam książek by się zmieściło 😁 A do Argedu przyjeżdżali ludzie z całego Krakowa, bo był świetnie zaopatrzony (jak na tamte czasy).

Początek:

Koniec:

Wyd. Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979, strony od 7 do 65

Z własnej półki (z "mojej" knihobudki)

Przeczytałam 16 września 2026 roku 


Taka niespodzianka w niedzielny poranek 😍

I ja teraz nie wiem, która to z czytelniczek 😁 Czy w komentarzach się podpisuje inaczej czy też raczej nie komentuje 😉
Swoją drogą ta grupa leży odłogiem z mojej strony ostatnio... scrolluję FB w poszukiwaniu praskich ciekawostek, a resztę pomijam - tak, bo jako emerytka (bez działki) nie mam czasu 🤣🤣🤣 I co ja niby robię przez cały boży dzień? Ludzie kochani, w tym wieku wszystko robi się wolniej, weźcie to pod uwagę! 

Przekroczyliście dzisiaj dwa i pół miliona wyświetleń, a ja raźnym krokiem zbliżam się do dwóch tysięcy postów 😎 Tyle donosów ze statystyk, a co mówią donosy z życia emerytki

Że umyśliła sobie jakoś w sierpniu w Pradze, że musi zawiesić w domu mapę tejże. Że ładnie pięknie z mapą w telefonie, ale wolałaby mieć pod ręką taką większą całość, bo czasem zapomina, gdzie jakaś peryferyjna dawna wioseczka, a obecnie część Pragi, leży. No i w ogóle. Porozkładała wszystkie posiadane plany, co to je kiedyś kupowała za każdym pobytem w Pradze nowe i wytypowała dwa. Żeby jak najmniej obcinały właśnie te peryferie. Pierwszy okazał się za szeroki na ten kawałek ściany, który jest jeszcze do dyspozycji (117 cm), drugi się zmieści, bo ma wymiary 97 x 67 cm.

Zaczęła obdzwaniać pobliskie oprawy obrazów. W pierwszej powiedzieli, że jednak lepiej pod szkło niż pod pleksi, bo to ostatnio się brzydko starzeje, i chcieli za to coś jak 430 czy 470 zł (emerytka zapomniała, ile konkretnie). W drugiej ładnie poopowiadali, że dadzą mapę na piankę, przykryją laminatem i z "podstawową" ramką to będzie 570 zł. Emerytka była nawet gotowa wyszarpnąć tę kwotę ze skarpety (czego się nie robi dla hobby), ale przyszedł listonosz (he he) i powiedział, żeby nie była głupia, że znajdzie się taką gotową ramę w internecie za stówkę, dopłaci coś tam za przesyłkę i gitara. Zaraz nawet zaczął szukać i przesłał mi jakiś link esemesem. Znaczy tak powiedział, a emerytka się nawet dziwiła, że nic nie słyszy z leżącego w pobliżu telefonu, ale nie dociekała. A jak listonosz już poszedł, zadzwonił telefon stacjonarny i coś tam mumlał - a mianowicie przekazywał treść esemesa w postaci adresu tej strony internetowej - bowiem pan listonosz ma zapisane oba telefony moje i nie zwrócił uwagi, na który śle 🤣

Swoją drogą chyba mi już ten stacjonarny niepotrzebny? Tylko nie chce mi się zabrać za kasowanie go, zwłaszcza że mam go od dostawcy internetu i opłata jest połączona, trochę się boję w tym grzebać...

W każdym razie póki co emerytka nie szukała w internecie, zajęta innymi pierdołami ważnymi i nie cierpiącymi zwłoki sprawami, aż tu pojechała do Ikei po karnisz (to osobny pomysł, ale mniejsza) i mówi do córki obejrzyjmy też ramy. A tam gotowiec w postaci 100 x 70 cm, "imitacja dębu", za 129 zł - bieremy!

No i teraz tak: dziś wsadzę do niej mapę, a jutro dzwonię do pana Krzysztofa, żeby się umówić na wieszanie. Taki jest gryplan. Żeby pan Krzysztof nie przychodził jedynie do jednego wieszania (i nie wiedział, ile skasować za taki drobiazg), dorzucimy mu jeszcze ten karnisz i może coś więcej się znajdzie 😂 Oj napoci się chłop. 


czwartek, 17 września 2026

Erle Stanley Gardner - Případ zvědavé novomanželky

Rozglądam się, co by tu wziąć po czesku do czytania (a jak już wspominałam - wybór mam ogromny 😁) - pada na Gardnera, w ten sposób ubiję dwie muchy (po fińsku Lyödä kaksi kärpästä yhdellä iskulla*). Dochodzę przy tym do wniosku, że jednak książki wydane porządniej, nie broszurowo, lepiej się czyta 😉 i że zbytnio się niegdyś spieszyłam łapiąc co w rękę wpadło. Jak brzydko wyglądają na półkach takie obszarpane miękkie tomiki... Ale ten Gardner ma twardą okładkę i jest jak nowy, więc OK.
* a czego odpowiednikiem jest Olla pulla uunissa czyli dosłownie 'mieć bułeczkę w piekarniku'? 


Polski tytuł to Sprawa przedziwnej mężatki. Do adwokata Perry Masona zgłasza się młoda kobieta, twierdząc, że przyszła po poradę dla koleżanki, po czym ucieka nie chcąc podać żadnych konkretnych informacji. Ale że wcześniej zostawiła u sekretarki zaliczkę 50$ Mason przystępuje do pracy - śledczej. Im dalej w las, tym więcej tajemnic wychodzi na jaw. Rhoda niegdyś wyszła za mąż za oszusta, który wkrótce zniknął z jej pieniędzmi i po 7 latach podała sprawę o uznanie go za zmarłego, po czym wyszła ponownie za mąż. Ale wtedy ten pierwszy mąż znów pojawił się na horyzoncie i zaczął ją szantażować. Gdy zostaje zabity (pogrzebaczem), wszystko wskazuje na Rhodę...

Zajrzałam do swojego katalogu i okazuje się, że mam tę książkę również w oryginale - jako jedną z nielicznych powieści (a nie lekturek) po angielsku. Tak mi się kiedyś wydało, że może któregoś pięknego dnia zdołam ją przeczytać. Ha ha ha. Mam też po angielsku Love Story - z tym może będzie łatwiej, tym bardziej, że o połowę prawie cieńsza? 

Początek:

Koniec:

Wyd. Melantrich, Praha 1997, 212 stron

Tytuł oryginalny: The Case of a Curious Bride

Na czeski przełożyła: Olga Fialová

Z własnej półki (kupione online 15 października 2025 roku w Ulubionym Antykwariacie "11" za 22 korony minus 20%)

Przeczytałam 16 września 2026 roku


Najnowsze nabytki 

Skoro Gardner, to proszę oto - z "mojej" knihobudki przyniosłam takie trzy sztuki:

Wakacje w Borkach są na liście lektur wakacyjnych, więc fajnie, będą na przyszłość. W cztery oczy chapnęłam, bo cieniowana seria, w domu przeglądam i co się okazuje, to poradnik dla dziewcząt, a nie żadna powieść (możliwe, że miałam z nim do czynienia w nastoletnich latach), więc nie ma powodu go trzymać; już wyniesiony z powrotem. Zostaje Sprawa ostrożnej kokietki. Zaglądam na Wiki, a tam dowiaduję się, że wyszła u nas również pod tytułem Zalotna rozwódka - i w moim katalogu takie właśnie wydanie figuruje. Jak tak można, pytam się?! Teraz muszę wyciągnąć tę Zalotną gdzieś tam z drugiego rzędu i zdecydować, które wydanie zostanie. Właściwie to bym chciała zachować oba, ale czy w mojej sytuacji metrażowo-lokalowej mogę sobie pozwolić na takie luksusy?

Ktoś podrzucił potem kolejnego Gardnera, a i z Chińskiej papugi się cieszę, choć w marnym jest stanie. A co tam.


W "mojej" knihobudce pojawiła się też Ania, którą zabrałam na podmiankę, bo miałam albo w pojedynczych egzemplarzach (co samo w sobie nie jest złe, ale były bez obwolut) albo nieco gorszych 😉 Te moje, które zaniosłam, też zresztą natychmiast zniknęły. Czyli Ania ciągle na topie. Albo też ktoś w moim wieku zabrał z sentymentu...


I dalej z budki. Znów pojawiły się Ekspresy reporterów. Albowiem ja ich już nazbierałam wcześniej 27... Tym razem wzięłam tylko cztery sztuki, ale wyobraźcie sobie, że w pierwszym, który otwarłam, jest reportaż Krzywy uśmiech Bienia - tego Bienia architekta, którego nekrolog pokazywałam. A krzywym uśmiechem Bienia nazywano nasze osiedle 😁 Tak że idzie w pierwszej kolejności do czytania!

 

Ekspresom reporterów towarzyszyły jeszcze inne drobiazgi reporterskie oraz czeska dla dzieci (czytałam kiedyś z biblioteki, tylko tamta miała twardą oprawę) 😍

 

No i ostatnie to kolejne cztery pozycje z serii z koniczynką:

Będzie tego dobrego... Przybywa i przybywa. Teoretycznie, jak się nad tym zastanawiam, to uznaję, że BIERE książki w kilku zaledwie rodzajach: czeskie oczywiście, kryminały (zwłaszcza z PRL) i reportaże. Ale to tylko teoria, a w praktyce tu się trafi coś z serii, która jest obecna u mnie, tam jakieś dziecinne, co zawsze chciałam mieć, tu jakaś kucharska, tam podręcznik językowy czy słownik... i tak coraz więcej. Bieda. Że też ja się nie zgodziłam wtedy, gdy brat proponował, że kupi nam większe mieszkanie 🤣 


Tymczasem usiłowałam rozkminić termin przyszłorocznego Dnia Architektury w Pradze, żeby zrobić szybciutko rezerwację u sióstr. W tym celu wyszukałam terminy z poprzednich kilku lat oraz jakie to były dni tygodnia - no takie mają zajęcia emerytki 😂


Wyszło mi, co wyszło i napisałam do hotelu o pokój 29 IX - 6 X 2027, zobaczymy, co z tego wyjdzie finalnie*, bo hotel to jedno, ale załapać się na wybrany obiekt to już inna bajka, miejsca znikają w trybie mocno przyspieszonym. Oczywiście chodzi mi NAJBARDZIEJ o tę słynną kartotekę: 

W niedzielę wieczorem spuścili zapisy na tegoroczne zwiedzanie i zapomniałam zajrzeć, żeby zobaczyć, jak to idzie, w poniedziałek rano o 7.00 oczywiście śladu nie było...

* na razie wyszło tak, że mają dla mnie pokój od 29 września do 4 października; za miesiąc się wyjaśni, czy nie da rady do 6 X, jak chciałam. Jeśli nie, wyjdzie na to, że pojadę jedynie na 4 pełne dni, ale może to i dobrze, zwłaszcza, gdy będzie padać 🤣 Przyjmę, co będzie. Kartoteka pewnie i tam będzie w weekend.
 

W domu córka bez przerwy rozprawia o kocie... Teraz jest przerwa w wyjazdach do 30 października bodajże, zażyjemy rodzinnego życia 😁

 

niedziela, 13 września 2026

Sterling North - Hultaj


Taką oto piękną książeczkę wyfasowałam, gdy poszłam na kroki do parku koło fortu. Twarda okładka z płóciennym grzbietem, bardzo dobrze mi się takie książki kojarzą z dzieciństwa. Na przykład Kubusia Puchatka mam takie wydanie, obie części.

Ktoś kiedyś dostał Hultaja jako nagrodę. MDK to pewnie Miejski Dom Kultury... Albo Młodzieżowy?


Od razu się zabrałam za czytanie i na początku byłam trochę zawiedziona - nie była to taka typowa książka dla dzieci /młodzieży, raczej wspomnienia z dzieciństwa, z dużą ilością opisów przyrody 😏 Ale powoli powoli rozsmakowałam się w tym i gdy nadszedł koniec, zrobiło się żal.

12-letni Sterling (pisze w pierwszej osobie) mieszka w Wisconsin z ojcem. Matka zmarła przed 7 laty, dorosłe siostry są już poza domem, a brat na froncie, bo jeszcze trwa I wojna światowa. Chłopak jest właściwie pozostawiony sam sobie, ojciec poza pracą zajęty jest pisaniem książki o Indianach (której nigdy nie wyda), a widząc, że syn jest bardzo samodzielny, nie zajmuje się nim specjalnie. Potrafi jednak dostrzec jego potrzeby i zabrać go na wycieczkę, żeby mogli posłuchać śpiewu lelka, albo na 2-tygodniową wyprawę samochodem nad jezioro. Pozwala mu nie tylko na budowanie kanoe* w salonie, ale też na prawdziwą menażerię w domu, więc gdy chłopiec przynosi do domu malutkiego szopa-pracza też nie robi z tego problemu. Co innego sąsiedzi, którym Hultaj pustoszy kurniki... w końcu więc przyjdzie się z ukochanym zwierzątkiem rozstać, ale zanim to się stanie, przeżyją razem cały rok wśród różnych przygód. 

Nawiasem mówiąc, sądziłam z okładki, że tytułowy Hultaj to ten samochód 😁 

* w przypisie jest wyjaśnienie, że słowo kanoe czyta się kenu... a ja całe życie dosłownie 🤣 

Jeszcze dodam, że czytając ciągle myślałam o Jacku i jego wyprawach! 

Doczytałam, że:

na podstawie książki stworzono anime, które w Japonii okazało się tak popularne, że zaczęto masowo sprowadzać tam szopy jako zwierzątka domowe - ich potomkowie żyją do dzisiaj i mają się dobrze we wszystkich prefekturach. 

ale czy to prawda? Tak niby piszą na Wikipedii.

Distribution in Japan

In Japan, up to 1,500 raccoons were imported as pets each year after the success of the anime series Rascal the Raccoon (1977). In 2004, the descendants of discarded or escaped animals lived in 42 of 47 prefectures.[260][261][262] The range of raccoons in the wild in Japan grew from 17 prefectures in 2000 to all 47 prefectures in 2008.[263] It is estimated that raccoons cause thirty million yen (~$275,000) of agricultural damage on Hokkaido alone

 

Początek:

Koniec: 

Wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 1973, 184 strony

Tytuł oryginalny: Rascal. A Memoir of a Better Era

Przełożyła: Ewa Kołaczkowska
Ilustracje: Stanisław Rozwadowski 

Z knihobudki

Przeczytałam 11 września 2026 roku 

 

Film nakręcono oczywiście. Jest na wiadomej stronce, ale z angielskimi napisami tylko. Może w ramach ćwiczenia języka obejrzę? 



Kolejne filmy online. Nr 23 to są wyłącznie włoskie i nie zwracajcie na to uwagi 🤣 Niektóre mają ocenę 4/10... no ale wiecie, trza się trzymać au courant. Albo jak mawiała jedna koleżanka au courvant.





Obejrzałam za to film z kartki nr 1 - japoński Survival Family z 2017 roku. Mamy przeciętną rodzinkę z przedmieścia Tokio, która pewnego ranka budzi się bez prądu. Nie działa nic, nawet budzik nie zadzwonił (baterie też wysiadły). Okazuje się, że sytuacja jest powszechna, aczkolwiek jak bardzo dowiadujemy się dopiero na końcu filmu - nie działają wszak środki masowego przekazu i jest jak w czeskim filmie - nikt nic nie wie. Najpierw wykupywanie w sklepach świeczek i gotowego jedzenia, a potem, wzorem innych, w drogę (bo plotka niesie, że w Osace prąd jest). A więc film drogi, który jak zwykle niesie obraz przewartościowania wszystkiego (a zwłaszcza relacji rodzinnych), gdy trzeba walczyć o przetrwanie. Interesujące popatrzeć, jak to mogłoby wyglądać w odmiennej kulturze. Są polskie napisy, więc bez męki 😉

 

A skoro Japonia, to jeszcze inny film - Touch [Dotyk] z 2024 roku, islandzki, ale przenosimy się do Japonii, gdy lekarz sugeruje bohaterowi, by uporządkował jak najprędzej swoje sprawy, więc ten postanawia coś jeszcze w życiu odnaleźć - miłość sprzed 50 lat, młodą Japonkę poznaną podczas studiów w Londynie. Na tym uczuciu położyła się cieniem Hiroshima. Jest to taki snuj, ale sympatyczny, coś dla miłośników romantyzmu w życiu 😁 Napisy PL2.

Na YT trafiłam przypadkiem na idealny film na początek roku szkolnego - Anička jde do školy z 1962 roku. Przeuroczy 😍 Anička właśnie przenosi się z rodzicami do Pragi, gdzie zacznie naukę, a w rodzinnej wsi został jej ukochany piesek. Pierwsze kontakty z rówieśnikami na praskim blokowisku może nie są zachęcające, ale dziewczynka jest bystra i radzi sobie doskonale. Film powstał według książki, więc oczywiście będę na nią polować!

 

Z nowości skusiłam się na amerykańskie Zaproszenie [The Invite], z polskimi napisami (PL1). Że takie w stylu Woody Allena. Do małżeństwa w kryzysie przychodzą na kolację nowi sąsiedzi... i zaczyna się psychodrama. Nic nowego, tyle że można popatrzeć na dobrą grę.

I drugi tegoroczny film - Tuner [Stroiciel sejfów]. Dobrze żarło na początku, nawet przekonał mnie do siebie Leo Woodall w roli stroiciela fortepianów z nadwrażliwością słuchową, który odkrywa, że może również - otwierać sejfy, co poprowadzi go ku zgubie oczywiście. No, ale schemat za schematem. Miło było popatrzeć na Dustina Hoffmana, szkoda że za krótko.

Zajrzałam na Arte, a tam końcówki różne i na chybcika oglądam. Dokument na przykład taki:


I pada takie zdanie, które doskonale charakteryzuje nie tylko islam, ale generalnie wszelkie wyznania...

 

O tym mówi też irlandzki film Kołysanka z 1990 roku.


My tu gadu gadu, a trzeba się zbierać na stację po córkę marnotrawną wracającą z rancza 😁 Zostało dla niej trochę tarty z wczoraj i słuchajcie, robiłam na cieście francuskim, że to tak będzie błyskawicznie i wygodnie. Wszystko ładnie pięknie, ale to ciasto, jak zaczęło w piekarniku po brzegach puchnąć, jak zaczęło spychać nadzienie ku środkowi... 🤣🤣🤣


 

To jeszcze tylko info, którego się domagał Dariusz. Regulamin knihobudki w galerii handlowej. Nie ma takiego.

Ale na stronie galerii jest następująca informacja:

W naszym centrum handlowym znajdziesz specjalny lokal z książkami, gdzie znajdziesz lektury, które możesz zabrać do domu. W zamian przynieś przeczytane książki i zostaw je w tym miejscu.

Dzięki bookcrossingowi, czyli wymianie książek, puszczamy egzemplarze w obieg i dajemy możliwość przeczytania ich innym osobom. Sami też zyskujemy na tej wymianie, ponieważ wzbogacamy naszą biblioteczkę o nowe tytuły.

Zapraszamy do dzielenia się pasją czytelniczą z innymi!

Czyli wymiana, a nie branie sobie jak leci 🙄 Co generalnie jest zasadą knihobudek, ale nie taką rygorystyczną przecież.


czwartek, 10 września 2026

Maria Kuncewiczowa - Dyliżans warszawski

Czy jest jakaś awaria znów na blogspocie? Nie udaje mi się załadować żadnego zdjęcia. Nie chcę jednak odkładać publikacji posta, bo znów porobią mi się zaległości, więc trudno, bez zdjęć. Jak naprawią, to dodam.

Chyba, że to nie ich wina? Ups. Ale Jotka dzisiaj wstawiła zdjęcia do nowego postu... Może na przykład skończyło się miejsce? Ale tak bez uprzedzenia? Gdzie informacja, że jak chcę więcej, to mam zapłacić?

Kuncewiczowej czytałam jedynie Dwa księżyce i to z biblioteki. Zaglądam do posta sprzed 4 lat i czytam, że bardzo podobał mi się język pisarki. I proszę, to by się zgadzało 😁 Bo i Dyliżans pod tym względem nie zawodzi. 

Nie są to klasyczne wspomnienia, choć zabierając się za czytanie myślałam, że mam w ręku coś w stylu W cieniu zamkowego zegara, choć to nie ta generacja... Ale nie, czekaj! Czekalski raptem 10 lat starszy od Kuncewiczowej! Ale on koncentruje się na XIX wieku, podczas gdy ona - na okresie międzywojennym. To wiwisekcja ówczesnej Warszawy, ni to eseje, ni to reportaże, ironia, sarkazm, zwłaszcza w opisach lepsiejszego towarzystwa. Tematy różnej wagi, od wizyty w ZOO poprzez mecz bokserski aż po los podrzutków czy prostytutek. Ciekawe.

Mam jeszcze jakiś zbiorek 4 opowiadań, zatytułowany Tamto spojrzenie, ale na razie odkładam na później, czekają inne 😉

 
Z wydania Dzieł pisarki.


 Początek:

Koniec: 

Wyd. Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1981, 121 stron

Z knihobudki 

Przeczytałam 9 września 2026 roku 


Miałam o filmach, ale skoro nie da się zdjęć wstawić, to historia niefotograficzna (jak trzymałam drabinę to nie w głowie mi było robić zdjęcia. A szkoda).

Z życia emerytki

Emerytka robi tak. Właśnie wychodzi z mieszkania na zakupy i zamyka drzwi, gdy widzi listonosza wchodzącego do klatki. Następuje rozmowa na temat, żeby może przyszedł za godzinę, on nie może, bo ma rehabilitację, więc jutro. Konwersację kontynuują jeszcze chwilę przed blokiem, po czym emerytka udaje się do Lidla. Wraca z zakupami i sięga po klucze do prawej kieszeni plecaka (zawsze są w tej samej). Zonk. Kieszeń otwarta, kluczy nie ma. Hm. Następują poszukiwania w innych kieszeniach, a następnie przekładanie zakupów z plecaka do siatki, żeby się dogrzebać na samo dno.

Kluczy nie ma. 

Są dwie hipotezy: albo ktoś mi je wyjął z plecaka (w sklepie? że niby nie zauważyłam? ale po co? zna mnie? czy też śledził mnie potem, gdzie mieszkam?) albo zostawiłam je w zamku i ktoś z miłosiernych sąsiadów zabrał, żeby mnie nie okradli. Tylko dlaczego nie zostawił kartki? Co robić?

Telefon do przyjaciela. Znaczy do tzw. Sąsiada czyli ojca mojej córki, mieszkającego dwie klatki dalej. Na szczęście wiem, że ma właśnie urlop. Sąsiad przychodzi, upewnia się, że kluczy nie mam i udaje się na moją prośbę do Spółdzielni w celu pożyczenia wyższej drabiny. Aha, bo zostawiłam okno w kuchni otwarte. 

W Spółdzielni każą przyjść później, bo robotnik od drabiny jest "na osiedlu". Sąsiad idzie do kogoś pożyczyć taką zwykłą, aluminiową, co ludzie często w domu mają. Ja też powinnam mieć, ale gdzie to trzymać...

Przystawiamy drabinkę do ściany bloku i cóż widzimy? Mała, za mała. Na filmie to co prawda bohater stanąwszy na jej najwyższym stopniu zrobił by fik mik i już, ale to życie, nie film. W desperacji Sąsiad staje na tym takim pałąku zaokrąglonym, co jest na górze drabinki (ja niby ją trzymam i upewniam), po czym dokonuje cudów ekwilibrystyki, żeby wspiąć się na parapet, a potem się odwrócić przodem do mieszkania.

Jest! Udało się! Wlazł! Zdejmuje z drzwi wiszące tam klucze córki i otwiera. Uff. Umawiamy się, że czekam do wieczora, czy przyjdzie ktoś z sąsiadów, a jeśli nie, to jutro rano wołam ślusarza, żeby wymienił zamek.

Wyładowuję zakupy do lodówki, a na końcu sól z plecaka. Sól zawsze się trochę rozsypie, więc muszę plecak na lewą stronę wywrócić w celu wytrzepania.

I...

No tak, już wiecie 🤣🤣🤣 

PS. Jak myślicie, ile osób zwróciło uwagę, że ktoś włazi do mieszkania przez okno po drabinie i zainteresowało się? 

 

Apdejt, kurde! Apdejt, apdejt!!!

Oj oj. Dawno nie zaglądałam na Arte, a tu filmy się kończą. Donoszę, że dziś (piątek) ostatni dzień jest dostępny dokumentalny film o Davidzie Hockneyu, tak że teges. 

niedziela, 6 września 2026

Daria Doncowa - Żena mojego muża

Daaawno nic po rosyjsku nie czytałam, więc zabrałam się za przeglądanie zasobów Doncowej. No, z tego wynikło kolejne zadanie do odhaczenia, bo nie bardzo pamiętam, co już zaliczyłam, czego nie i chyba muszę zrobić jakąś listę 😜 

Doncowa jak to Doncowa: jej bohaterka Dasza, "nowa ruska", zawsze się wplącze w kryminalną historię. Tym razem zostaje aresztowany pod zarzutem zabójstwa swej siódmej żony Maks Polański, którego Dasza była drugą żoną (stąd tytuł Żona mojego męża). Dasza nie wierzy w jego winę, ale oczywiście prawie do samego końca nie domyśla się tego, co czytelnik widzi od razu czyli że za Polańskiego był przebrany kto inny. No takie tam zwykłe głupotki, ale z przemyceniem opisów na przykład warunków w areszcie, poniżających praktyk dotyczących czy to odwiedzin czy podawania paczek przez rodzinę - pewnie to dla rodzimego czytelnika jest czymś znanym i w sumie zrozumiałym, bo że za wszystko trzeba płacić łapówki, to wiadomo. Rosja to kraj, gdzie za odpowiedni banknocik (najlepiej zielony) dostanie się wszystko, poczynając od zaświadczenia ze szpitala dla studentki, że jest hospitalizowana (choć nikt jej tam nie widział), przez legitymację, z której wynika, że Dasza jest majorem FSB po nowy paszport bez pieczątki o związku małżeńskim. 

Dla odlechczenia dostajemy też kilka relacji z wizyt w przybytkach kultury, ale to już jest kompletna abstrakcja. Ironiczeskij detektiw, wiecie. 

Miałam wrażenie, że skądś to znam (zwłaszcza tę historię o parze nawiedzonych pedagogów, którzy wychowują ósemkę swoich dzieci na geniuszy), a blog mi nie pokazuje tego tytułu. A jednak - okazuje się, że było to przetłumaczone na polski i czytałam z biblioteki w 2008 roku 😁  

Początek: 


Koniec:

Wyd. EKSMO, Moskwa 2002, 426 stron

Tytuł rosyjski: Жена моего мужа

Z własnej półki (kupiona 29 grudnia 2010 roku za 7,50 zł)

Przeczytałam 5 września 2026 roku 

 

Ponieważ moje życie kręci się wokół knihobudek (co ja robiłam, gdy ich nie było?), sąsiedzi zwalili mi kopę, a nawet dwie, segregatorów typu Świat Wiedzy czy inne, żebym je rozdystrybuowała. Do "mojej" budki ich nie zanoszę, bo nie mają wzięcia, ale z budki na Biprostalu ludzie biorą. Jest to oczywiście ciężkie i wożę po jednej sztuce. Mam w planie dnia CODZIENNĄ wycieczkę, już mi się to znudziło i nie mogę się doczekać końca tych wypraw. Któregoś dnia właśnie wracam, gdy dzwoni nieznany numer. Ostatnio raczej odbieram, bo nigdy nie wiadomo, czy to nie od lekarza jakiegoś albo co 😉 A to kurier z DHL, że miał dla mnie przesyłkę i zostawił u sąsiadki. Jaką kurde przesyłkę? Jak bym się spodziewała, to bym siedziała w domu... Jedyne, co wykoncypowałam, to że znowu Czeszka mi nazbierała kryminałów i nie tylko.

I miałam rację 😂 


Matkobosko, dziewiętnaście sztuk!

Więc teraz te poprzednie i przywiezione z sierpniowej Pragi leżą na podłodze pod filmami, nowe na krzesełeczku obok, bo jak je tam położyłam do zdjęcia, tak zostały i ja się pytam, co teraz? Gdy w katalogu sprawdziłam zawartość etykiety po czesku, okazało się, że brakuje mi tylko czterech do chrztu Polski... Straciłam wszelką nadzieję, że je wszystkie kiedyś ogarnę i przeczytam 🤣 Powiedzcie, że w przyszłym roku już sobie nic nie przywiozę, co?

Oczywiście, że książki ma się nie po to, żeby je wszystkie przeczytać, tylko po to, żeby je MÓC przeczytać, ale...

Żeby nie było mało - jeszcze świeży stos własny, wrześniowy.


Część z nich pochodzi z knihobudki w galerii handlowej, to niedawne odkrycie, córka mnie poinformowała i - to jest straszliwa pułapka! Byłam tam już trzy razy! W jedną stronę wiozę parę sztuk do zostawienia, a na miejscu znajduję... kolejnych parę do zabrania 😁 W galerii bywałam do tej pory raz na kwartał czy jakoś tak, a teraz co to się porobiło. W sensie, że nie jadę specjalnie do knihobudki, tylko po coś do Auchana albo Józka albo Pepco i tylko przy okazji z książkami, no ale z tyłu głowy ta możliwość łupu siedzi. 





Zmarł architekt Krzysztof Bień, projektant naszego osiedla.