niedziela, 6 czerwca 2021

Karol Estreicher - Nie od razu Kraków zbudowano

 

Szymiczkowa w Złotym rogu inspiruje się w pewnym momencie historią złapania przez hycla pieska Dżimusia, opisaną w Nie od razu Kraków zbudowano i zachciało mi się wrócić do wspomnień Estreichera, ikonicznych dla miłośników Krakowa 😍

Właściwie zdumiałam się, bo wyszukiwarka blogowa nie wykazała tej lektury, a są tu książki od 2006 roku. Co prawda blog założyłam w 2010, ale w pierwszym poście spisałam wszystkie przeczytane książki od 2006 roku. Czyli - co najmniej 15 lat nie czytałam Estreichera. Aż mi się wierzyć nie chce! Żyłam w przekonaniu, że wracam do niego regularnie 😏

A jednak, o dziwo, pamiętam, co tam w środku tych wspomnień jest. Diabli wiedzą, ile razy wcześniej to czytałam od zakupu... Jeśli ktoś ma sentyment do szopki krakowskiej, to rozdział o Ezenekierze jest OBOWIĄZKOWY! A ja tym razem bardziej się skupiłam na złośliwych często relacjach dotyczących profesorów uniwersyteckich 😂 Zawsze też miło znów poczytać o tym, jak się żyło przed ponad stu laty, w autentycznych wspomnieniach, a nie w wyobrażeniu autorów, jak przy poprzedniej książce. 

Można powiedzieć, że w kilka godzin połknęłam Nie od razu Kraków zbudowano - no, ale w końcu jest niedziela. Postanowiłam szybciutko napisać ten post, nie odkładać go na później, bo przede mną ciężki tydzień w pracy, raz że powrót do dawnych godzin, a dwa, że od wtorku do piątku będziemy przeprowadzać ten konkurs na sekretarkę, a więc dodatkowa robota. A jeszcze trzy, że w tym tygodniu piszemy test końcowy z czeskiego, zapomniałabym! W związku z tym teraz się zastanawiam, co by sobie wybrać do czytania kolejnego, żeby było takie przyjemne i odprężające...

Teraz chciałam tu pokazać tę inspirację, o której wyżej. Po lewej Szymiczkowa, po prawej Estreicher.



Dla mnie to bardziej  przepisanie niż inspiracja 😎

Początek:

Koniec:

Książkę kupiłam w antykwariacie i teraz patrzcie - była to 175-ta książka nabyta w 1988 roku, a był dopiero lipiec! Kiedyś to były szczęśliwe czasy! Jedyne, co mnie ograniczało w zakupach, to ewentualnie finanse, a nie ilość półek!


Półka z książkami, których akcja toczy się w Krakowie, bardzo różnymi. Regał stoi w kuchni i po tych ponad 30 latach muszę stwierdzić, że nie był to najszczęśliwszy pomysł. Albo może byłby dobry przy nowoczesnym wyposażeniu tejże - a ja nie mam nawet okapu. Niestety książki noszą ślady tego, że tutaj się gotuje 😠

Ale trudno, tego się już nie cofnie. Do rzeczy więc - znacie coś?

Wyd. PIW, Warszawa 1956, 218 stron

Z własnej półki

Przeczytałam 6 czerwca 2021 roku


Moja łąka nadal nie zawiera kwiatów, ale przynajmniej rośnie 😂

Chciałam znaleźć coś do pracy na obiad do pudełka... i nic. Albo sałatki z majonezem (no weźcie, nie po to chodzę biegać chodzić, żeby potem żreć majonezy) albo nie mam dziś w domu potrzebnych składników albo znowu ten problem, że w czym niby mam zabrać winegret? Idea zalania nim rano sałaty i jedzenia jej jakiejś kompletnie zdechłej o 14.00 coś mi nie pasuje. Wygląda na to, że trzeba będzie nosić kanapki, a obiad robić (i zjadać) pod wieczór. Bez sensu. A żeby coś ugotować i odgrzać w mikrofalówce w robocie, to też mi się nie widzi. Niedobre 😰

Córka mówi, żebym szukała na YT hasła lunch box. No to zaraz na początku trafiłam na jedną dziołchę, która w niedzielę przygotowuje pudełka na PIĘĆ dni. W piątek je obiad przygotowany w niedzielę! Smacznego!

Mam problemy, co nie?

Rozbestwiłam się przez ten pandemiczny rok,  kiedy jadło się codziennie świeżo przyrządzony obiadek, żadnego odgrzewania i o ludzkich godzinach...

sobota, 5 czerwca 2021

Maryla Szymiczkowa - Złoty róg

U Hebiusa chyba natknęłam się na ten tytuł, więc zapisałam się do kolejki bibliotecznej. Teraz ta kolejka stoi za mną, więc przeczytałam szybciutko, żeby długo nie czekali 😃

Czytałam dwie pierwsze Szczupaczyńskie, a teraz się zorientowałam, że ominęłam trzecią, Seans w Domu Egipskim, co niewątpliwie nadrobię, choć niekoniecznie w najbliższym czasie. Wszystkie z biblioteki i właśnie myślę nad tym, czy gdyby nie tragiczne warunki lokalowe, to skusiłabym się na zakup tej serii.

Chyba jednak nie. Bo owszem, czyta się to dość przyjemnie, oczywiście ze względu na osadzenie akcji w Krakowie i te galicyjskie klimaty 😊 ale jednak... czy warto zajmować miejsce na półce? To raczej jednorazowa lektura. Nie umniejszam przy tym wielkiej pracy autorów nad znalezieniem olbrzymiej ilości szczegółów z epoki - zakładam, że są wszystkie autentyczne, pieczołowicie wyszperane choćby w rocznikach Czasu albo w dawnych publikacjach, na przykład choćby nazwiska weteranów powstania styczniowego z przytuliska. Tutaj chapeau bas!

Ale ogólnie historie prywatnych śledztw profesorowej Zofii Szczupaczyńskiej aż tak nie wciągają. To taka intelektualna gra z czytelnikiem, na ile zna krakowskie realia sprzed ponad stu lat i trochę na zasadzie znacie, to posłuchajcie

W przypadku Złotego rogu nawet mi to wadziło, że w tak wielkich ilościach "Szymiczkowa" posługiwała się cytatami z Wyspiańskiego i Boya. Cała ta część poświęcona słynnemu weselu dłużyła mi się bardzo.

Nawiasem mówiąc, ciągle nie rozumiem, po co ta Szymiczkowa, skoro wręcz już na okładce mówi się, kto jest prawdziwym autorem. Może to wyjaśniał Dehnel w jakiejś rozmowie, ale ani mi się nie chce szukać.

Jedynie jako praktyk miałabym taką uwagę: jeśli ktoś zasłania sobie nos przed wyziewami z kanalizacji, żeby nie dostać ataku straszliwego globusa - to na pewno ta chusteczka nie może być perfumowana, na Boga! Od zapachu perfum globus też murowany - niestety wiem, co mówię 😐  

Dobrze, a teraz idę poszukać, co znaczy tabetycznym krokiem.

Początek:


Koniec:

Wyd. Znak, Kraków 2020, 317 stron

Z biblioteki

Przeczytałam 5 czerwca 2021 roku


W ramach przeglądu tygodnia donoszę, iż:

1/ wczoraj Derechcja oznajmiła, że od poniedziałku pracujemy już normalnie (do tej pory wychodziliśmy około 13.30, czasem przy dobrym humorze szefa i o 13.00)

Było to cios w samo serce. No nie mogę w to uwierzyć! Naprawdę pandemia się skończyła?

Teraz trzeba rozstrzygnąć, co z obiadami. W OGÓLE NIE PAMIĘTAM, JAK TO BYŁO PRZED 👀 No przecież nie przyjdę do domu o piątej po południu i się będę dopiero zabierać za gotowanie!

Ale przede wszystkim - masakrycznie mi się znów skróci dzień i niewątpliwie z czegoś trzeba będzie zrezygnować. Na pewno jednak nie z biegania chodzenia! A więc z czego?

2/ nie mogłam zasnąć (coraz częściej mi się to zdarza, na razie obsobaczyłam córkę, że przychodzi pogadać o 22.00, kiedy ja powinnam się wyciszać i pogrążać powoli w senność - o 23.00 muszę gasić), wstałam wyjrzeć przez okno, a tam na trawniku - DZIK! DZIK! DZIK!

Zawołałam córkę, bo nie wierzyłam własnym oczom 😁 A tu spod moich okien zasuwa małe jeszcze! Czyli to locha, tak? Ta najbardziej niebezpieczna, tak? Na osiedlu w mieście, tak?

Obiecałam sobie solennie, że znikąd po nocy nie będę wracać. Rano dzielę się informacją z sąsiadką, która wyszła z psem, mówię:

- I wiesz, co widzę na trawniku?

A ona:

- Dziki.

Mówi, że wracała raz późno z pracy i się natknęła. Ja bym się ZESRAŁA chyba. Zaczęłam szukać w internetach: w zeszłym roku jakiś czytelnik krakowskiej gazety wysłał zdjęcia zrytego trawnika koło osiedla naszego i sugestią, że one gdzieś w krzakach obok żyją. Ponieważ jestem odważna w dzień (a i to nie zawsze), poszłam na swoje chodzenie właśnie tam. Żaden jednak z krzaków nie wyjrzał na ścieżkę, toteż dziś mogę tu do Was nadawać 😂

3/ Firefox zrobił "ulepszenie", niech go... dzięki temu mam już wszystko po czesku, nawet bloggera. Teraz na przykład pisząc posta widzę na pasku słowo odstavec i nie mogę sobie przypomnieć, co tam wcześniej po polsku było 😏 Nasza Klasa z kolei zawiadomiła, że się zamyka, i to chyba dobrze, bo miałam z nią problem. Regularnie dostawałam "prezent" - ale anonimowo, nie mam pojęcia od kogo i dość mnie to gryzło, że ani podziękować nie mogę. No, to będzie spokój 😉

4/ Skończyłam oglądać duński serial DOCHODZENIE, który co prawda miał tylko 6 odcinków, ale dla mnie to i tak jest wyczyn, bo jednak wolę cały film machnąć niż tak się dłubać, nie jestem serialowa. 

W tym przypadku chciałam sobie posłuchać, jak po duńsku mówią (wiecie, Gang Olsena i te sprawy 😀). I ten serial - kryminalny - podobał mi się, bo był cały skupiony na pracy śledczej, coś niewiarygodnie żmudnego (miałam tylko jeden problem - bez przerwy w tle dzwoniły telefony, a ja za każdym razem się podrywałam, że to u mnie). A historia autentyczna, zamordowania młodej dziewczyny, dziennikarki, na prywatnej łodzi podwodnej. Nawet mi się nie śniło, że są prywatne łodzie podwodne!


 

A skoro już jesteśmy na YT, to w zeszłą niedzielę przypadkiem trafiłam na bociany i wiecie co? Dwie godziny się wgapiałam w gniazdo czekając na karmienie 😂 Teraz zajrzałam ponownie i się zdumiałam, jak te bocianiątka przez 6 dni urosły.

  


Ach, i jeszcze taka sprawa - nie rozumiem, co z tą Szwecją nagle. Dlaczego ze Szwecji i kto ze Szwecji? Skąd ta szwedzka frekwencja na blogu? A dodatkowo na blogu praskim, gdzie przecież pies z kulawą nogą nie zagląda, wczoraj 350 wejść.  Normalnie są trzy, górna granica to pięć 😂



czwartek, 3 czerwca 2021

Blanka Kovaříková - Příběhy domů slavných i zapomenutých

 

Zrobiłam sobie przyjemność lekturą ostatniej części trylogii o praskich domach i ich mieszkańcach. Pierwsza część była tu, a druga tu. Teraz mi żal, że się skończyło 😏 Na pewno będę do wszystkich trzech części jeszcze nieraz wracać, szukając inspiracji do kolejnych praskich wycieczek, ale wiadomo, że najfajniej się czyta pierwszy raz.

Człowiek się zawsze ucieszy, gdy się natknie na coś już znajomego, jak tu na początku. Pewnego sierpniowego wieczora błąkałam się po terenie klasztoru św. Agnieszki, ale nie znałam jego historii bliżej i choć mam inne, "poważniejsze" źródła, tutaj dopiero przeczytałam, że już w końcu XVIII wieku były tu mieszkania dla uboższych warstw społeczeństwa i poznałam wspomnienia XX-wiecznych mieszkańców. Narzucają mi się dwie książki w mym posiadaniu, których akcja toczy się w tym miejscu, już bym je chciała czytać - no ale obiecałam sobie, że raz na miesiąc, tak?

Na lekcjach czeskiego, w tych dawnych, prawie zapomnianych czasach, gdy odbywały się stacjonarnie, graliśmy nieraz w pexeso. Czyli po naszemu (a raczej angielsku) memory. A tu przeczytałam, skąd się wzięło - bo wymyślił je Czech, jak się okazuje - a przede wszystkim skąd taka nazwa 😀 Był taki program czeskiej tv Pekelně se soustřeď (czyli Skup się piekielnie). Wynalazca wziął po dwie pierwsze litery z każdego wyrazu, ale żeby wydawca nie musiał płacić drogiej licencji, literę s z drugiego wyrazu zamieniono na x. To były lata 60-te, czasy niebywałej popularności enerdowskich filmów o Winnetou, więc pierwsze czeskie pexeso miało obrazki związane właśnie z Dzikim Zachodem.

Fińskie domki już sobie wpisałam do zeszytu na tegoroczną Pragę. Mają podobne pochodzenie jak te nasze w Warszawie, krótko po wojnie przybywały w częściach z Finlandii, a ich żywot był obliczony na 30 lat... W Pradze stoi taka mini kolonia w dzielnicy Vokovice, gdzie nigdy nie byłam, więc przy okazji sobie zwiedzę.

Jest tu też rozdzialik o kolonii Slatiny, związanej z moim ulubieńcem Zdeňkiem Svěrákiem. Może pamiętacie, że miałam zamiar do niego napisać? Więc ta zaadresowana koperta z pięknymi znaczkami ciągle leży na biurku... Krucafuks, nie mogę się za to zabrać 😐

Widzicie tam na półce trzy książki Praha 4, 7, 8? No, to na dniach wychodzi Praha 10. Wpisywałam do zeszytu książki, za którymi się mam w Pradze rozejrzeć i oto okazuje się, że przez te dwa lata wyszła cała masa nowych rzeczy, których bym absolutnie nie dała rady przywieźć osobiście. Tu nie ma co się bić z myślami, tu trzeba zamówić już teraz. Obliczyłam wstępnie, wyszły straszne pieniądze, ale co robić? Na coś trzeba te oszczędności całego życia wydawać 😂

Wyd. Nakladatelství Brána, Praha 2017, 311 stron

Z własnej półki (kupione 22 maja 2018 roku za 399 koron)

Przeczytałam 3 czerwca 2021 roku

 

A jeden z rozdziałów mówił o tzw. Szklanym Pałacu i jego mieszkańcach, jednym z najbardziej luksusowych praskich budynków mieszkalnych z międzywojnia. Gdy go poszukałam na mapie, okazało się, że byłam o krok, ale akurat na ten plac, przy którym stoi, nie poszłam. 

Tak więc oczywiście idzie do tegorocznego planu, ale tymczasem dałam się namówić autorce na obejrzenie filmu Tři přání (Trzy życzenia) z 1958 roku, w reż. Klosa i Kadára, spółki, która później wyreżyserowała słynny oscarowy Sklep przy głównej ulicy. Bowiem para bohaterów Trzech życzeń dostaje mieszkanie właśnie w tym Szklanym Pałacu.

Już miałam się rozglądać w internetach, gdy film znalazłam we własnym katalogu. Zawsze w Pradze wyszukuję takie kioskowe wydawnictwa z czeskimi filmami, przez długi czas kupowałam je na dworcu głównym, ale już w 2019 to stoisko nie istniało, a nikt nie umiał powiedzieć, czy się gdzieś przeniosło i od tej pory szukam, gdzie tylko mogę. Kiedyś w przypływie szaleństwa zamówiłam z Polski w jakimś sklepie internetowym z filmami 44 sztuki 😂😂😂 No, one były po 29 koron czyli po 5 zł, ale jednak... W każdym razie to DVD właśnie z ówczesnego zakupu pochodzi.

  

To jest widok budynku z filmu, a tu są obrazki dzisiaj. 

Sam film świetny, półkownik zresztą, i nie ma się co dziwić. Opowiada historię Petra, który w zapchanym trolejbusie ustępuje miejsca staruszkowi, a ten okazuje się być bajkowym dziadkiem i obiecuje spełnić trzy życzenia Petra. Petr oczywiście w to nie wierzy i dwa życzenia marnuje na jakieś głupoty, ale gdy widzi, że się spełniają, mocno się zastanawia nad trzecim i wreszcie wybiera takie - chce być zadowolony ze swego życia. Dziadek się złości, bo to niby jedno życzenie, ale w praktyce będzie przy nim zatrudniony cały czas (Petr dostał od niego dzwoneczek, którym ma go wzywać w razie potrzeby), no ale zgadza się. Petr z żoną i dzieckiem wreszcie mogą się wyprowadzić od rodziców, w pracy dostaje awans, na loterii wygrywa samochód... 

Wszystko to jednak nie przynosi upragnionego zadowolenia. Między innymi dlatego, że jak wiadomo ludzie są zawistni. My Polacy zwykliśmy o sobie mówić, że jesteśmy zawistnym narodem (patrz słynna scena modlitwy, aby sąsiadowi Bóg zesłał wszelkie plagi w filmie Dzień świra), ale Czesi to samo myślą o sobie, być może nie bez racji, zważywszy na ilość donosów w czasach tzw. normalizacji.

Aż w końcu przychodzi moment prawdy - trzeba się zdecydować i wybrać: nasze zadowolenie czy dobro innych ludzi, choćby najbliższego przyjaciela. Ostra i odważna krytyka socjalistycznego społeczeństwa. Bardzo się cieszę, że obejrzałam.

 

A teraz jeszcze Kraków. Gdy byłam na chodzeniu z aparatem i doszłam do Królewskiej, znalazłam dom z taką tabliczką.

Ulica Królewska tak się nazywała za komuny. Na tym akurat domu dano nową tabliczkę, ale pozostawiono też stare, co mi się bardzo podoba. Akurat przyjechała tam na rowerze jakaś kobieta i wdałam się w pogawędkę (starość, starość, zaczepiam ludzi...). Okazało się, że ona wynajmuje tam od niedawna, w ogóle nie jest z Krakowa i nie wiedziała, dlaczego 18 Stycznia. 

Przy okazji wspomniałam o tajemniczej willi z drugiej strony. Odkryłam ją w zeszłym roku, gdy wracałam z pracy na rowerze. To jest właśnie zdjęcie z tamtego czasu.

W tym półokrągłym wielkim wykuszu na parterze poprzez brudne szyby było widać wiszące na sznurach szmaty, a cały budynek sprawiał trochę wrażenie opuszczonego. Ta kobieta ma okna z widokiem na willę i mówi, że z jej drugiej strony (bo wejście do niej jest od ulicy Lea) ponoć mają pralnię i dlatego się tam szmaty suszą... nie wiem, czy temu wierzyć.

Ale poszłam na Lea i znów coś odkryłam 😀 Otóż ta willa jest cofnięta sporo od ulicy, a przed nią pagórek porosły trawą, krzewami i drzewami.



Setki razy tamtędy szłam na najbliższy przystanek tramwajowy z kina Mikro i nigdy się nie przyjrzałam, co to i dlaczego właściwie. A rozwiązanie zagadki było pod ręką 😏


sobota, 29 maja 2021

Axel Munthe - Księga z San Michele

Z tą Księgą z San Michele to była taka sprawa, że czytałam ją we wczesnej młodości jakiejś i ona wtedy jawiła się jako coś wręcz magicznego!

Nie wiem, czy mieliśmy ją w domu (może?) czy z biblioteki była... Po latach natknęłam się na nią na allegro i kupiłam - ale to jest inne, wcześniejsze wydanie.

Rok 1946, a oni piszą ósme wydanie. Chyba kontynuują jakąś przedwojenną numerację? Tym bardziej, że tłumaczenie jest bardzo przedwojenne i nie chodzi tylko o inną pisownię pewnych wyrazów, inną od dzisiejszej, ale na przykład są pewne tytuły książek nie podane po polsku, z czego wnoszę, że wówczas nie były jeszcze przetłumaczone. A Boy te francuskie knigi trzepał przecież regularnie i namiętnie. Nie mam więc pojęcia, kiedy dokładnie powstało to tłumaczenie, zwłaszcza, że o tłumaczce, Zofii Petersowej, nic mi się nie udało znaleźć. Książka po szwedzku wyszła po raz pierwszy w 1929 roku.

Nie wiem też, czy znaczna ilość błędów przy cytatach z włoskiego pochodziła z oryginału. Niby autor spędził we Włoszech wiele lat... 

Właśnie, autor. Kto o Księdze z San Michele do tej pory nie słyszał, nie wie, o co i o kogo chodzi. Axel Munthe (1857-1949) był szwedzkim lekarzem, studiował medycynę i pracował w Paryżu, a potem przeniósł się do Włoch, gdzie jeszcze jako student odkrył Anacapri i przysiągł sobie, że tam zamieszka. Jako neurolog miał praktykę głównie wśród arystokratycznych kobiet, mnóstwo zarabiał, ale też poświęcał się bezpłatnemu leczeniu ubogich. Niósł też pomoc w czasie epidemii cholery w Neapolu i po słynnym trzęsieniu ziemi w Messynie. O tym wszystkim, a także o tym, jak budował swą siedzibę na Anacapri na ruinach pałacu cesarza Tyberiusza, opowiada w Księdze...

Tyle że czytana po blisko 40 latach nie robi ona już wrażenia. Albo - często robi przykre wrażenie. Po pierwsze, autor strasznie fantazjuje. Po drugie, jest jakimś okropnym mizoginem. Charakterystyczne, że ANI SŁOWEM - pisząc autobiografię - nie wspomniał, że był dwa razy żonaty. Po trzecie, ma co najmniej dziwne uwagi na temat pieniądza, zważywszy na swój majątek. Po czwarte, kończy tak straszliwym kiczem i czystą grafomanią, że głowa mała. Po piąte, często podkreśla swoją skromność, a przy tym chwali się dobrymi uczynkami.

Jakoś nie mogę sobie przypomnieć, co takiego MAGICZNEGO wtedy, dawno temu, widziałam w tej książce 😏 Ale nie żałuję, że ją znów przeczytałam, bo mimo wszystko ciekawe są wspomnienia sprzed prawie półtora wieku ówczesnego życia, poglądów i trochę też historii medycyny.

Przede mną właścicielem tego egzemplarza był lekarz - i to nie dziwi. Kazał książkę oprawić, a na wierzchu wkleić pierwotną obwolutę. Ta, którą czytałam w młodości, była już inna.

Kilka fragmentów.

Wiwat cierpienie, któremu można ulżyć, ale po co, skoro Panu Bogu się ono podoba? Richtig matka Teresa.


 To zaledwie pierwsza uwaga o kobietach... Potem było znacznie gorzej. Wszystkie histeryczki, nie potrafiące znaleźć celu w życiu.


No tak, tatuś ostrzegał 😁 A' propos, autor bardzo często rozmawia, jak nie z krasnoludkami, to z szatanem, psami, małpą i z kim tylko, a na końcu to już ze wszystkimi świętymi czy tam Panem Bogiem...


Co należy zrobić z pieniędzmi, zaleca gość, który zdobył majątek i część przeputał, a część zużył na wybudowanie siedziby na włoskiej wyspie, gdzie ściany skromnie ozdobił włoskimi gotyckimi prymitywami, na stołach poustawiał renesansowe majoliki etc. Ale jeśli chodzi o pieniądze innych, zaleca dać je biednym albo wyrzucić do rynsztoka. Są niepotrzebne, dzieło Szatana, wiecie.

Jedna z fantazji: sto lirów za łodzie i sieci, a dwieście za łóżko i kilka krzeseł oraz ubranie do ślubu. Ja przecież zdaję sobie sprawę, że meble dopiero w czasach przemysłowych stały się tanie, ale znaj umiar, człowieku!

No takie pitolenie to lubię jak cholera 😬

Początek:

Koniec:


Półka. Nic nie widać prawie, bo to na ścianie okiennej pod samym sufitem. Księga z San Michele jest ostatnia po prawej, z czerwonym grzbietem, a obok niej Rachunek dla dorosłego (może kiedyś przeczytam?), Dom o siedmiu szczytach, potem dwa tomy to widać, jeden tom Boccaccia (nikt nie wie, co się stało z drugim), a potem to już Dickens leci. Patrzcie, w jakim stanie!


Wyd.Galster, Lauter i Rutkowski, Warszawa 1946, 516 stron

Tytuł oryginalny: The Story of San Michele (wersja szwedzka: Boken om San Michele)

Autoryzowany przekład: Zofii Petersowej

Z własnej półki

Przeczytałam 29 maja 2021 roku

 

Nie zraziłam się nieudanym bieganiem i przeszłam na szybkie chodzenie, tylko że to głupio brzmi:

- Gdzie idziesz?

- Idę chodzić.

Wobec tego mówię, że idę biegać. I już 😀 Jest to dopiero tydzień z hakiem, ale powiem Wam, że ZACZYNAM SIĘ WCIĄGAĆ!!!

I nie chodzę już po ciemku (zwłaszcza, że raz się przestraszyłam, gdy ktoś za mną szedł, choć nie wiem, czego - ukraść nie miałby co, przecież nie idę z torebką biegać, a gwałcić to już musiałby być doprawdy zboczeniec). Okazuje się, że mieszkam w dobrym miejscu, bo jest mnóstwo kierunków, w które można pójść (żeby się nie znudziło). Czasem z góry planuję, gdzie pójdę, ale częściej wychodzę i dopiero czekając na światłach dumam: w stronę Swanna? w stronę Guermantes?

Wybrawszy ostatnio Bronowice pożałowałam, że byłam bez aparatu. Najpierw na tablicy ogłoszeniowej znalazłam nekrolog Wiesława Wójcika, aktora - zmarł 4 kwietnia, ale kompletnie mi to umknęło. Wyciągnęłam logiczny chyba wniosek, że widać mieszkał w Bronowicach. A nieco dalej natknęłam się na pewien dom, który pamiętałam z dawnych spacerów. I uparłam się, że to właśnie musiał być jego.

Zdjęcie, jak widać, z google maps 😂

Czy uwierzycie, że zaczepiłam TRZY SZTUKI lokalsów i nikt nic nie wiedział?

Przestałam się dziwić, gdy zobaczyłam tak w ogóle, co się w tych Bronowicach dzieje - jakie apartamentowce już powstały i jakie są w budowie. Koszmar. 

No nic, w każdym razie internety po powrocie do domu potwierdziły moje przypuszczenia. Wójcik tam kiedyś nawet restaurację założył, ale nie żarło. A teraz jacyś młodzi ludzie wynosili z wyraźnie zaniedbanej willi worki śmieci...

Przy okazji znalazłam relację z bronowickiego spaceru na tym blogu - polecam zajrzeć. 

Po spacerze bronowickim (mają tam przy placu zabaw dziesięć urządzeń do ćwiczeń, a nie marnych cztery, jak u nas - i to opisane) uznałam, że jednak przydałoby się zabierać ze sobą torebeckę, na aparat. Córka odkryła w szafie to takie coś, co się na biodrach nosi, zapakowałam więc na drugi dzień także chusteczki na wsiakij pożarnyj, kartę płatniczą i na tramwaj - i to mnie zgubiło. Bowiem dotarłam na ulicę Królewską, gdzie wlazłam do sklepu z bielizną i zanabyłam biustehalte (skoro miałam kartę). No, a nie na tym szybki spacer polega, żeby zatrzymywać się przed wystawą, a potem mierzyć cyckonosze, prawda? Nadrobiłam co prawda, drałując jeszcze dalej, ale miałam niejasne uczucie, że się SPRZENIEWIERZAM 😂 A potem to już musiałam wrócić tramwajem, czułam się doprawdy zmęczoną

Ale że miałam aparat to dobrze 😍 czego rezultat, oprócz zdjęcia poniżej, w następnej relacji.  

Tymczasem jeszcze donoszę, że przytrafiło mi się nieszczęście. Włączam sobie kolejną historyjkę o morderstwie z czeskiego radia, nagraną na płytce, a tu:

Zepsował się odtwarzacz, co to go mam przy łóżku 😖 wczoraj grało, dziś już nie - śnieży jak w ruskim telewizorze i to wszystko. A ja nie mam nic innego. Przecież nie będę ciągle przed kompem siedziała...

W dodatku tego rodzaju odtwarzacze nic a nic nie potaniały od czasów niepamiętnych, gdy go kupowałam - wręcz przeciwnie. A właśnie dostałam ze skarbówki zwrot podatku (co mi się zdarzyło po raz pierwszy od nie-wiem-jak-dawna, z powodu pandemii) i już miałam zaplanowane, że sobie kupię za to buty zimowe. To masz! 

Poszłabym gdzieś najpierw sprawdzić, czy się nie da naprawić, ale GDZIE?

poniedziałek, 24 maja 2021

Jarosław Iwaszkiewicz - Brzezina

 


Tych Opowiadań szukałam zawzięcie kilka lat temu, gdy przed spotkaniem klubu dyskusyjnego chciałam przeczytać Panny z Wilka. Nie znalazłam i musiałam z biblioteki pożyczyć czy wręcz przeczytać w komputerze, nie pamiętam. A one sobie były, stały spokojnie, tyle że gdzieś przyczajone. Przy okazji zeszłorocznych porządków zostały odnalezione i nawet wywędrowały do pierwszego rzędu! No bo w końcu co, Iwaszkiewicz przecież!


Iwaszkiewicz, Iwaszkiewicz, ale już na przykład Wiersze czy Sława i chwała są gdzie indziej - możecie się śmiać, ale pasowały do innej półki, bo... kolorem 😂 A Podróże do Polski tudzież Podróże do Włoch jeszcze gdzie indziej, bo to seria Podróży Hertza. Ojczasty miał Iwaszkiewicza mnóstwo (znaczy dalej ma, oprócz tych, które ja mu zaiwaniłam), muszę go zainterpelować w tej kwestii - dlaczego? Co go w Iwaszkiewiczu pociągało, że aż tyle nakupował? 

Odnalazłszy te dwa tomy, obiecałam sobie, że będę powolutku czytać, po jednym opowiadaniu co jakiś czas. No matko, nie przeczytam przecież NA RAZ tylu opowiadań! Więc w sobotę zabrałam się za Brzezinę.

I nawet się zachwyciłam od razu.  Że to mistrz nastroju. Kilka pierwszych stron i już wszystko wiemy, już jest i choroba i śmierć i mogiła i fortepian jak trumna i suchoty i odległe Davos i bezsens i brak celu i apatia i godzenie się z przemijaniem... Mistrzowsko stworzona atmosfera. 

A teraz czeka mnie - film. I boję się. Czy to możliwe stworzyć filmowy ekwiwalent dzieła literackiego na tyle przekonująco, by nie stracić nic z tego klimatu? W dodatku okazało się, że nie mam tej wajdowskiej Brzeziny i muszę obejrzeć online, co mnie średnio cieszy.  Pewnie tam będą reklamy co chwilę 😐

Początek:


Koniec:


Półka jest koszmarna. W sensie, że część książek taka zniszczona. Pierwsze cztery pochodzą z domu, ze zbiorów Ojczastego. A te dwie kolejne, Wyspiański w oczach współczesnych, z allegro. Kupione osobno i bez świadomości, że obwoluta pierwszego tomu jest cała pociapkana jakaś, a drugi tom w ogóle jej nie ma. Fuj. A Krajewski z prawej strony to chyba jedyny, jakiego mam, swego czasu czytałam sporo, ale zdaje się z biblioteki.

Wyd. Czytelnik, Warszawa 1954, str. 173-259

Z własnej półki

Przeczytałam 22 maja 2021 roku


Obejrzałam film dokumentalny I TAK UPŁYNĄŁ WIECZÓR I PORANEK, 2017. Że niby polski, ale włoskiego reżysera, po włosku i we Włoszech nakręcony. Bo ten człowiek, niejaki Giovanni Pierangeli, przyjechał na studia filmowe do Łodzi.

Zainteresował mnie opis, bo rzecz o starych ludziach w domu opieki. Jak zachować resztki godności osobistej, kiedy każda najmniejsza czynność staje się wyzwaniem?

Szukałam na YT choćby zajawki, żeby ją tu udostępnić, ale nie ma. Jest na VOD do obejrzenia (tylko pół godzinki i są polskie napisy). Za to się dowiedziałam szukając, że tytuł jest cytatem z Biblii, i to z samego początku, więc powinnam przecież znać! Ech, skleroza.

Gdyby ktoś z Was się skusił na obejrzenie i miał jakieś doświadczenie z polskimi domami opieki, byłabym bardzo ciekawa, czy wygląda to podobnie jak w tym włoskim. Bo z tego, co się słyszy, to nie bardzo 🤔A tutaj personel jest taki przyjazny, pomocny, ba! nawet całuje pensjonariuszkę na dobranoc...


Jojczyłam ostatnio na los, że niepewna moja przyszłość pracownicza, a tu dziś proszę, jaka mnie spotkała niespodzianka. Szef (który najwyraźniej nie umie myśleć pięć minut do przodu i dopiero co podjął decyzję, że w lipcu i w sierpniu nie jestem potrzebna) nagle stwierdza, że tak, że ktoś musi ogarniać ten sekretariat również latem (co za odkrycie) i oto pracuję w lipcu. Nawet w sierpniu bym mogła, gdybym była do dyspozycji, no ale ja do Pragi przecież. Pewnie, że przeżyłabym te dwa miesiące z oszczędności, ale lepiej dostać kasę, prawda? 😜 

 

A poza tym dostałam maila. Jakiś miły człowiek informuje mnie, że zyskał dostęp do mojego komputera i że:
Gdy zbierałem o Tobie informacje, odkryłem, że jesteś wielkim fanem stron dla dorosłych.
Naprawdę kochasz odwiedzanie stron porno i oglądanie ekscytujących filmów, otrzymując przy tym ogromną ilość przyjemności.
No cóż, udało mi się nagrać parę sprośnych scen z tobą i zmontowałem parę filmów, które pokazują, jak się do nich masturbujesz i osiągasz orgazmy.

No i teraz chce 1250 ojrosów (w bitcoinach) za to, że tych filmików nie pośle do moich znajomych. Jejejej 😂😂😂😂😂