Dla odmiany złożyłam swe zwłoki na kanapie, którą od pewnego czasu okupuje córka i wtedy spojrzenie me padło na półkę z Mankellem i innymi kryminałami nowszych czasów. A tam nieczytany Chińczyk! No to bierzmy się za niego!
Uch. Okazało się, że po pierwsze to nie Wallander, a po drugie - mało kryminalny kryminał. W gruncie rzeczy to bardziej rozbudowana powieść obyczajowo-społeczna z wątkiem kryminalnym.
Powiedzmy, że brak Wallandera jeszcze bym wybaczyła, no bo dlaczego się ograniczać tylko do tego, co już znamy. Niechby sobie była nawet ta nudna sędzia Birgitta Roslin. Ale jej lewicowa przeszłość z Czerwoną Książeczką Mao jakoś mnie nie ruszyła - cóż, inne mieliśmy wówczas problemy :) Opowieść o odysei trzech braci-Chińczyków sprzed ponad stu lat też zostawiła mnie obojętną... no i mamy jeszcze wątek afrykański. Wiadomo nie od dziś, że Mankell się tym interesuje bardzo mocno - ale ja już o wiele mniej - Marlow pewnie ma inne odczucia :)
Ujmijmy to tak: przeczytać przeczytałam, nie miałam takiego odruchu, żeby cisnąć książką o ścianę w trakcie lektury, ale czy kiedykolwiek do niej wrócę? Wątpliwe. Choć teraz już wiem, czego się po Chińczyku NIE spodziewać (historii rzetelnego śledztwa i wyścigu z przestępcą), więc może kiedyś z innym nastawieniem...
Początek:
i koniec:
Wyd. WAB (Mroczna Seria) Warszawa 2009, wyd.I, 601 stron
Tytuł oryginalny: Kinesen
Tłumaczyła: Ewa Wojciechowska
Z własnej półki (jakiś prezent podchoinkowy)
Przeczytałam 21 lipca 2013
czwartek, 25 lipca 2013
środa, 24 lipca 2013
Fruttero & Lucentini - L'amante senza fissa dimora
Po raz kolejny rzuciłam się na moją ulubioną wenecką powieść czyli Kochanka bez stałego miejsca zamieszkania, w ramach wakacyjnych powtórek i nie wymagających zbyt wiele refleksji lektur. Carlo Fruttero i Franco Lucentini to była włoska spółka autorska, pisząca kryminały i zajmująca się przez wiele lat fantastyką. Lubię ich dwie książki: powyższą, ze względu na miejsce akcji czyli Wenecję oraz La donna della domenica (Niedzielna kobieta), z akcją co prawda w Turynie, gdzie nigdy nie byłam, ale za to świetnym wątkiem kryminalnym oraz utrzymującym napięcie wątkiem romansowym.
Tutaj również mamy historię pewnego romansu. Pewnego listopadowego dnia na pokładzie samolotu lądującego w Wenecji znajduje się wycieczka typu all inclusive ze swoim przewodnikiem, tajemniczym Mr. Silvera, a wśród innych pasażerów 30-letnia arystokratka z Rzymu, trudniąca się - bardziej dla zabicia czasu niż z potrzeby - doradztwem na rzecz domów aukcyjnych (jest historykiem sztuki). Mr Silvera pomoże młodej kobiecie z jej bagażem, po czym wydaje się, że ich drogi rozejdą się na zawsze. Ale los zechce, by spotkali się ponownie na jednym z weneckich placów - to będzie coup de foudre, punktowany spotkaniami i rozstaniami, namiętnym przeżywaniem wszystkiego, co się da w ciągu trzech dni - bo tyle zostało im dane czasu. Dlaczego? Bowiem Mr. Silvera (to tylko jedno z jego wielu wcieleń i nazwisk) jest... nieeeeee :) nie powiem, kim jest! A nuż ktoś kiedyś przetłumaczy tę powieść na polski i się z nią zetkniecie?
Ja wiem, to tylko romans (poza tym, że również pasjonująca historia) - ale na tle cudownej Wenecji, nie tak oczywistego turystycznego miasta, jak mogłoby się wydawać. Wenecji niejednoznacznej, fascynującej, Wenecji gości, ale i stałych mieszkańców, tej fauny i flory kwitnącej na ruinach dawnej świetności. Ech. Rozmarzyłam się. Chodziłam już po Wenecji śladami L'amante senza fissa dimora, tak samo jak chodziłam śladami bohaterów filmu Pane e tulipani. Chciałoby się znów pochodzić :)
Początek:
i koniec:
Wyd. Arnoldo Mondadori Editore Milano 2007 (I wydanie w 1986 roku), 270 stron
Z własnej półki (kupione w Wenecji oczywiście, za 8,40 euro w 2007 roku, w cudownej księgarni-antykwariacie z gondolą w środku; szkoda, że nie znalazłam tam używanego egzemplarza - może i był, ale przekopanie się przez stosy książek spoczywających na podłodze, w wannie, na stołach i krzesłach przekracza ludzkie możliwości na jeden poranek)
Nazywa się ACQUA ALTA.
Przeczytałam 20 lipca 2013
Tutaj również mamy historię pewnego romansu. Pewnego listopadowego dnia na pokładzie samolotu lądującego w Wenecji znajduje się wycieczka typu all inclusive ze swoim przewodnikiem, tajemniczym Mr. Silvera, a wśród innych pasażerów 30-letnia arystokratka z Rzymu, trudniąca się - bardziej dla zabicia czasu niż z potrzeby - doradztwem na rzecz domów aukcyjnych (jest historykiem sztuki). Mr Silvera pomoże młodej kobiecie z jej bagażem, po czym wydaje się, że ich drogi rozejdą się na zawsze. Ale los zechce, by spotkali się ponownie na jednym z weneckich placów - to będzie coup de foudre, punktowany spotkaniami i rozstaniami, namiętnym przeżywaniem wszystkiego, co się da w ciągu trzech dni - bo tyle zostało im dane czasu. Dlaczego? Bowiem Mr. Silvera (to tylko jedno z jego wielu wcieleń i nazwisk) jest... nieeeeee :) nie powiem, kim jest! A nuż ktoś kiedyś przetłumaczy tę powieść na polski i się z nią zetkniecie?
Ja wiem, to tylko romans (poza tym, że również pasjonująca historia) - ale na tle cudownej Wenecji, nie tak oczywistego turystycznego miasta, jak mogłoby się wydawać. Wenecji niejednoznacznej, fascynującej, Wenecji gości, ale i stałych mieszkańców, tej fauny i flory kwitnącej na ruinach dawnej świetności. Ech. Rozmarzyłam się. Chodziłam już po Wenecji śladami L'amante senza fissa dimora, tak samo jak chodziłam śladami bohaterów filmu Pane e tulipani. Chciałoby się znów pochodzić :)
Początek:
i koniec:
Wyd. Arnoldo Mondadori Editore Milano 2007 (I wydanie w 1986 roku), 270 stron
Z własnej półki (kupione w Wenecji oczywiście, za 8,40 euro w 2007 roku, w cudownej księgarni-antykwariacie z gondolą w środku; szkoda, że nie znalazłam tam używanego egzemplarza - może i był, ale przekopanie się przez stosy książek spoczywających na podłodze, w wannie, na stołach i krzesłach przekracza ludzkie możliwości na jeden poranek)
Nazywa się ACQUA ALTA.
Przeczytałam 20 lipca 2013
Etykiety:
Literatura włoska,
Po włosku,
Wenecja,
Z własnej półki
wtorek, 23 lipca 2013
Wiera Panowa - Powieść sentymentalna
Z Wierą Panową zapoznałam się po raz pierwszy przy okazji filmu Sierioża. Natanna doniosła wówczas, że istnieje jego pierwowzór literacki, poszukałam na allegro i zakochałam się. Toteż dokupiłam jeszcze trzy powieści tej autorki, wydane w Polsce.
Nieeeee, teraz widzę, że było na odwrót, najpierw przeczytałam książkę, a potem Natanna doniosła o filmie :) Mogłabym pamiętniki zacząć pisać, wszystko bym na opak przekręciła. No, jak było tak było, w każdym razie poczułam, że ta Wiera Panowa to coś dla mnie. I "oszczędzałam"* sobie Powieść sentymentalną na później.
Później nadeszło i przeczytałam Powieść sentymentalną z wielką przyjemnością. Panowa mnie nie zawiodła. Piękny portret dojrzewania młodego człowieka, zmagania się z dylematami moralnymi, dokonywania wyboru drogi życiowej, zawierania przyjaźni, przyglądania się, jak w imię Sprawy giną ludzie - no i pierwszej miłości. Książce tej należałaby się jakaś porządna recenzja... do której nie mam głowy :( Ale pocieszam się, że jeszcze do niej wrócę, może nawet niedługo - do tego Sewastianowa i jego dwóch Zojek - Dużej i Małej, do jego pierwszych prób dziennikarskich i literackich, do jego młodzieńczego zapału i niechęci do kompromisu, do jego nienawiści do mieszczaństwa, do tych lat dwudziestych, gdy wszystko w Rosji wrzało.
Początek:
i koniec:
Wyd. Czytelnik Warszawa 1959, 317 stron
Tytuł oryginalny: Сентиментальный роман
Tłumaczyła: Janina Dziarnowska
Z własnej półki (kupiona 19 listopada 2012 na allegro za 3,50 PLN)
Przeczytałam 17 lipca 2013
RUBRYCZKA DLA FANÓW LITERATURY RADZIECKIEJ
Oto kolejne tytuły ze skrzydełek:
Mam tylko Dalekie lata Paustowskiego.
Obejrzałam też film nakręcony według powieści - Sentimentalnyj roman - z 1976 roku. Ale do pierwowzoru literackiego się nie umywa.
Główni bohaterowie: Duża Zojka, Mała Zojka i Sewastianow
W roli wspomnianego na początku książki Ilii Horodnickiego - Oleg Jankowski
Ludmiła Gurczenko w nietypowej dla siebie kreacji chłopki
Film na YT w całości:
* z tym oszczędzaniem to jestem głupia. Jeszcze pal sześć książki - jeść nie wołają, starzeją się zazwyczaj godnie i nic to. Ale mam też w zwyczaju oszczędzanie na potem jakichś puszek, konserw, makaronów - a kończy się to zazwyczaj wyrzuceniem, bo przeterminowane. Właśnie odkryłam w lodówce łososia sprzed dwóch miesięcy - "zaoszczędziłam" na póżniej :(
Nieeeee, teraz widzę, że było na odwrót, najpierw przeczytałam książkę, a potem Natanna doniosła o filmie :) Mogłabym pamiętniki zacząć pisać, wszystko bym na opak przekręciła. No, jak było tak było, w każdym razie poczułam, że ta Wiera Panowa to coś dla mnie. I "oszczędzałam"* sobie Powieść sentymentalną na później.
Później nadeszło i przeczytałam Powieść sentymentalną z wielką przyjemnością. Panowa mnie nie zawiodła. Piękny portret dojrzewania młodego człowieka, zmagania się z dylematami moralnymi, dokonywania wyboru drogi życiowej, zawierania przyjaźni, przyglądania się, jak w imię Sprawy giną ludzie - no i pierwszej miłości. Książce tej należałaby się jakaś porządna recenzja... do której nie mam głowy :( Ale pocieszam się, że jeszcze do niej wrócę, może nawet niedługo - do tego Sewastianowa i jego dwóch Zojek - Dużej i Małej, do jego pierwszych prób dziennikarskich i literackich, do jego młodzieńczego zapału i niechęci do kompromisu, do jego nienawiści do mieszczaństwa, do tych lat dwudziestych, gdy wszystko w Rosji wrzało.
Początek:
i koniec:
Wyd. Czytelnik Warszawa 1959, 317 stron
Tytuł oryginalny: Сентиментальный роман
Tłumaczyła: Janina Dziarnowska
Z własnej półki (kupiona 19 listopada 2012 na allegro za 3,50 PLN)
Przeczytałam 17 lipca 2013
RUBRYCZKA DLA FANÓW LITERATURY RADZIECKIEJ
Oto kolejne tytuły ze skrzydełek:
Mam tylko Dalekie lata Paustowskiego.
Obejrzałam też film nakręcony według powieści - Sentimentalnyj roman - z 1976 roku. Ale do pierwowzoru literackiego się nie umywa.
Główni bohaterowie: Duża Zojka, Mała Zojka i Sewastianow
W roli wspomnianego na początku książki Ilii Horodnickiego - Oleg Jankowski
Ludmiła Gurczenko w nietypowej dla siebie kreacji chłopki
Film na YT w całości:
* z tym oszczędzaniem to jestem głupia. Jeszcze pal sześć książki - jeść nie wołają, starzeją się zazwyczaj godnie i nic to. Ale mam też w zwyczaju oszczędzanie na potem jakichś puszek, konserw, makaronów - a kończy się to zazwyczaj wyrzuceniem, bo przeterminowane. Właśnie odkryłam w lodówce łososia sprzed dwóch miesięcy - "zaoszczędziłam" na póżniej :(
piątek, 19 lipca 2013
Jerzy Szaniawski - Profesor Tutka i inne opowiadania
Cudowny, niezapomniany profesor Tutka, mający zawsze na podorędziu stosowne do poruszonego w rozmowie tematu opowiadanko. Czterech starszych panów spotyka się codziennie w kawiarni. Ktoś wspomina o interesującej kobiecie albo pokazuje zakupioną właśnie książkę ze złotymi myślami - a profesor Tutka już przypomina sobie pewną interesującą aktorkę czy pomnik w prowincjonalnym miasteczku, uwieczniający autora złotych myśli. I już snuje się opowieść, nigdy zbyt obszerna, nigdy zbyt fantazyjna, bo profesor dobrze pamięta radę, jaką dała mu dawno temu pewna tajemnicza wiedźma na temat opowiadania:
A nawet radziłabym panu, aby do czarnej kawy kazał pan sobie przynieść zawsze szklankę zimnej wody. Gdy wyobraźnia zechce ponieść pana zbyt daleko, niech się pan napije zimnej wody i dopiero mówi dalej.
Za to zawsze pouczająca, przynosząca refleksję i chwilę zastanowienia, wywołująca delikatny, subtelny uśmiech na twarzy słuchaczy i nas - czytelników. Finezja.
Pomyślałem sobie: ja jednak przepłynąłbym prędzej. I opowiedziałbym o tym wszystkim inaczej. Czy lepiej? Hm... jestem zawsze pełen kurtuazji dla kolegów-opowiadaczy, a pełen skromności wobec opowiadań swoich. W każdym razie opowiedziałbym krócej. Podczas jego opowiadania powracała do mnie coraz więcej świadomość, że to ja jestem - ja. "Styl to człowiek". Panowie! Na świecie jest tylko jeden Profesor Tutka.
Początek:
i koniec:
Zbiór zawiera oprócz Tutki jeszcze kilkanaście innych opowiadań:
oraz słuchowisko radiowe Zegarek, do którego mam od wielu lat duży sentyment:
Wyd. Wydawnictwo Literackie Kraków 1954, 217 stron
Z własnej półki (kupione 16 lipca 1982 roku)
Przeczytałam 11 lipca 2013
Do ponownej lektury skłoniło mnie odkrycie 14-odcinkowego serialu telewizyjnego Klub profesora Tutki z 1966 roku, w reż. Andrzeja Kondratiuka. Nie miałam pojęcia o jego istnieniu! Profesorem Tutką był idealny w tej roli Gustaw Holoubek.
Na YT można znaleźć niektóre odcinki (a może nawet wszystkie? nie miałam cierpliwości przeglądać).
Serial jest rozkoszny!
Profesor Tutka wyjaśnia sens tajemniczego rysunku:
Profesor Tutka wygłasza wykład:
Profesor Tutka daje przykład opowiadania pogodnego:
A nawet radziłabym panu, aby do czarnej kawy kazał pan sobie przynieść zawsze szklankę zimnej wody. Gdy wyobraźnia zechce ponieść pana zbyt daleko, niech się pan napije zimnej wody i dopiero mówi dalej.
Za to zawsze pouczająca, przynosząca refleksję i chwilę zastanowienia, wywołująca delikatny, subtelny uśmiech na twarzy słuchaczy i nas - czytelników. Finezja.
Pomyślałem sobie: ja jednak przepłynąłbym prędzej. I opowiedziałbym o tym wszystkim inaczej. Czy lepiej? Hm... jestem zawsze pełen kurtuazji dla kolegów-opowiadaczy, a pełen skromności wobec opowiadań swoich. W każdym razie opowiedziałbym krócej. Podczas jego opowiadania powracała do mnie coraz więcej świadomość, że to ja jestem - ja. "Styl to człowiek". Panowie! Na świecie jest tylko jeden Profesor Tutka.
Początek:
i koniec:
Zbiór zawiera oprócz Tutki jeszcze kilkanaście innych opowiadań:
oraz słuchowisko radiowe Zegarek, do którego mam od wielu lat duży sentyment:
Wyd. Wydawnictwo Literackie Kraków 1954, 217 stron
Z własnej półki (kupione 16 lipca 1982 roku)
Przeczytałam 11 lipca 2013
Do ponownej lektury skłoniło mnie odkrycie 14-odcinkowego serialu telewizyjnego Klub profesora Tutki z 1966 roku, w reż. Andrzeja Kondratiuka. Nie miałam pojęcia o jego istnieniu! Profesorem Tutką był idealny w tej roli Gustaw Holoubek.
Na YT można znaleźć niektóre odcinki (a może nawet wszystkie? nie miałam cierpliwości przeglądać).
Serial jest rozkoszny!
Profesor Tutka wyjaśnia sens tajemniczego rysunku:
Profesor Tutka wygłasza wykład:
Profesor Tutka daje przykład opowiadania pogodnego:
Etykiety:
Film polski,
Literatura współczesna polska,
Z własnej półki
środa, 17 lipca 2013
Raymond Queneau - Zazie dans le métro
Słynna powieść Raymonda Queneau, ostatnimi czasy wydana w Polsce, ale przyznam szczerze, że tłumaczenia nie widziałam i bardzo mnie zastanawia, jak też ono wygląda - bo powieść zawiera mnóstwo żartów słownych i pisana jest bardzo zabawnym, nieprzetłumaczalnym według mnie językiem, naszpikowanym neologizmami i fonetycznymi zapisami słów. Właśnie lektura jej w oryginale jest doskonałą rozrywką i treningiem językowym, z którego pewnie nie zawsze wychodzi się zwycięsko :)
Na początek, ha ha, motto z Arystotelesa, kto kuma, niech sobie przeczyta i przemyśli :)
9-letnia Zazie przyjeżdża z prowincji do Paryża. Matka, która pojawiła się tu na spotkanie z kochankiem, powierza ją swemu bratu Gabrielowi. Kawał z niego chłopa, ale zarabia na życie jako hiszpańska tancerka w lokalu dla homoseksualistów (jeszcze wtedy nie było gejów). Gabriel stanie się dla niesfornej Zazie archaniołem Gabrielem, ochraniającym ją i prowadzącym przez świat stolicy. Zazie ma jeden cel - podróż metrem. Cóż, kiedy tak się nieszczęśliwie złożyło, że trwa właśnie strajk. Wujek Gabriel postara się jej zapewnić inne rozrywki, a sama Zazie będzie miała szereg przygód, jako że jest dzieckiem pełnym życia, ciekawości świata, chcącym wszystko wiedzieć i wszystkiego spróbować. A przy tym jej niewyparzony język... cudna lektura i chyba muszę jednak spróbować polskiej wersji, by przekonać się, co powstało.
Początek:
i koniec:
Przykład gry słów:
Matka Zazie odpowiedziała krótko natürlich, bo była zajęta - occupée. Ale jednocześnie słowo to oznacza, że była pod okupacją, okupowana - dlatego mówi po niemiecku :)
Książka pochodzi z paryskiej biblioteki:
Biblioteka przy rue de la Glacière ciągle istnieje i dziś na przykład zaprasza w godzinach 10-13 i 14-19 :)
Oto, jakie wytyczne co do obsługi bibliotecznego egzemplarza wklejono do niej:
Wyd. Editions Gallimard 1976, seria folio, 188 stron
Tytuł polski: Zazi w metrze
Z własnej półki (kupione w antykwariacie za 4,83 zł w 2000 roku)
Przeczytałam (trzeci albo czwarty raz) 11 lipca 2013
W 1960 roku (czyli już w rok po opublikowaniu powieści) reżyser Louis Malle nakręcił ekranizację, rodzaj burleski, którą można, dzięki Bogu, obejrzeć na YT:
Na początek, ha ha, motto z Arystotelesa, kto kuma, niech sobie przeczyta i przemyśli :)
9-letnia Zazie przyjeżdża z prowincji do Paryża. Matka, która pojawiła się tu na spotkanie z kochankiem, powierza ją swemu bratu Gabrielowi. Kawał z niego chłopa, ale zarabia na życie jako hiszpańska tancerka w lokalu dla homoseksualistów (jeszcze wtedy nie było gejów). Gabriel stanie się dla niesfornej Zazie archaniołem Gabrielem, ochraniającym ją i prowadzącym przez świat stolicy. Zazie ma jeden cel - podróż metrem. Cóż, kiedy tak się nieszczęśliwie złożyło, że trwa właśnie strajk. Wujek Gabriel postara się jej zapewnić inne rozrywki, a sama Zazie będzie miała szereg przygód, jako że jest dzieckiem pełnym życia, ciekawości świata, chcącym wszystko wiedzieć i wszystkiego spróbować. A przy tym jej niewyparzony język... cudna lektura i chyba muszę jednak spróbować polskiej wersji, by przekonać się, co powstało.
Początek:
i koniec:
Przykład gry słów:
Matka Zazie odpowiedziała krótko natürlich, bo była zajęta - occupée. Ale jednocześnie słowo to oznacza, że była pod okupacją, okupowana - dlatego mówi po niemiecku :)
Książka pochodzi z paryskiej biblioteki:
Biblioteka przy rue de la Glacière ciągle istnieje i dziś na przykład zaprasza w godzinach 10-13 i 14-19 :)
Oto, jakie wytyczne co do obsługi bibliotecznego egzemplarza wklejono do niej:
Wyd. Editions Gallimard 1976, seria folio, 188 stron
Tytuł polski: Zazi w metrze
Z własnej półki (kupione w antykwariacie za 4,83 zł w 2000 roku)
Przeczytałam (trzeci albo czwarty raz) 11 lipca 2013
W 1960 roku (czyli już w rok po opublikowaniu powieści) reżyser Louis Malle nakręcił ekranizację, rodzaj burleski, którą można, dzięki Bogu, obejrzeć na YT:
Etykiety:
Literatura francuska,
Po francusku,
Z własnej półki
poniedziałek, 15 lipca 2013
Hanna Ożogowska - Ucho od śledzia
Hannę Ożogowską każdy zna - każdy z mojego pokolenia, bo nie wiem, czy w przypadku obecnego pokolenia młodzieży można z całą pewnością tak stwierdzić, tak to już jest, że część książek z naszej młodości wychodzi z mody... my do nich wracamy, ale nasze dzieci wolą Harry'ego Pottera, a wnuki? hm, kto wie, co wybiorą wnuki...
Dlaczego UCHO OD ŚLEDZIA? To ulubione powiedzonko jednego z bohaterów powieści. Akcja jej toczy się w Warszawie, gdzieś na początku lat sześćdziesiątych, w zrujnowanej podczas wojny kamienicy na Powiślu. Naokoło trwa odbudowa Warszawy, napomyka się już o Zamku Królewskim, którego ruiny widać przez okno mieszkania państwa Szafrańców.
To starsze małżeństwo, którego jedyny syn zginął podczas powstania, a kamienica została trafiona bombą. W oczekiwaniu na przydział nowego mieszkania, Szafrańcowie żyją w swym dawnym 4-pokojowym mieszkaniu ze służbówką na pierwszym piętrze, nie zważając na katastrofalny stan reszty domu - ale już nie sami: kwaterunek przydzielił trzy pokoje obcym, zostawiając staruszkom jeden, do tego przechodni pokój. A więc mamy tu klasyczną komunałkę :) Najgęściej zaludniony jest pokój państwa Piotrowskich z dwójką synów, a w pozostałych dwóch pokojach i służbówce mieszkają samotni: pan Czernik, lubiący nieco wypić, pielęgniarka pani Aniela ze swoim jamnikiem Pimpusiem i poważna nauczycielka polskiego pani Tołłoczko. Jak to bywa we wspólnych mieszkaniach, nie brak problemów z takiej przymusowej koegzystencji, ale zasadniczo lokatorzy darzą się wzajemną sympatią i pomagają sobie w życiowych kłopotach.
Taki jest punkt wyjścia, gdy w mieszkaniu przy ulicy Boleść pojawia się nastolatek Michał, siostrzeniec pana Czernika - matka przywiozła go z Łodzi, gdzie chłopak nie mógł dojść do ładu ze swoim ojczymem. Michał jest bardzo pewnym siebie zawadiaką, prędzej ucho od śledzia niż chwilę jego słabości ktoś zobaczy.
Wkrótce potem w pokoju nauczycielki pojawia się młoda kuzynka, Agnieszka. Okazuje się, że chodzi do szkoły o rok wyżej i w ogóle jest jakaś taka - w oczach Michała - przemądrzała. Toteż Michał buntuje przeciwko niej Witka, starszego syna państwa Piotrowskich. Zaczynamy naszą przygodę z tą trójką: będziemy jej towarzyszyć w chwilach radości i smutku, przyjrzymy się, jak rodzi się przyjaźń i jak zmieniają się życiowe priorytety pod wpływem mądrej dziewczyny...
Chłopcy chodzą na telewizję do jednego z kolegów. Poszukałam początków telewizji w Polsce na Wikipedii, okazuje się, że codzienny program ruszył w 1961 roku.
Charakterystyczne ilustracje wykonał Gwidon Miklaszewski.
Początek:
i koniec:
W domu znalazłam jeszcze cztery powieści tej autorki:
To oczywiście nie wszystko, bo przecież jeszcze i Złota kula była i Raz, gdy chciałem być szlachetny i Za minutę pierwsza miłość... Znacie je wszystkie?
Wyd. Nasza Księgarnia Warszawa 1988, wyd.IX, 302 strony
Ilustrował Gwidon Miklaszewski
Z własnej półki
Przeczytałam 13 lipca 2013
Dlaczego UCHO OD ŚLEDZIA? To ulubione powiedzonko jednego z bohaterów powieści. Akcja jej toczy się w Warszawie, gdzieś na początku lat sześćdziesiątych, w zrujnowanej podczas wojny kamienicy na Powiślu. Naokoło trwa odbudowa Warszawy, napomyka się już o Zamku Królewskim, którego ruiny widać przez okno mieszkania państwa Szafrańców.
To starsze małżeństwo, którego jedyny syn zginął podczas powstania, a kamienica została trafiona bombą. W oczekiwaniu na przydział nowego mieszkania, Szafrańcowie żyją w swym dawnym 4-pokojowym mieszkaniu ze służbówką na pierwszym piętrze, nie zważając na katastrofalny stan reszty domu - ale już nie sami: kwaterunek przydzielił trzy pokoje obcym, zostawiając staruszkom jeden, do tego przechodni pokój. A więc mamy tu klasyczną komunałkę :) Najgęściej zaludniony jest pokój państwa Piotrowskich z dwójką synów, a w pozostałych dwóch pokojach i służbówce mieszkają samotni: pan Czernik, lubiący nieco wypić, pielęgniarka pani Aniela ze swoim jamnikiem Pimpusiem i poważna nauczycielka polskiego pani Tołłoczko. Jak to bywa we wspólnych mieszkaniach, nie brak problemów z takiej przymusowej koegzystencji, ale zasadniczo lokatorzy darzą się wzajemną sympatią i pomagają sobie w życiowych kłopotach.
Taki jest punkt wyjścia, gdy w mieszkaniu przy ulicy Boleść pojawia się nastolatek Michał, siostrzeniec pana Czernika - matka przywiozła go z Łodzi, gdzie chłopak nie mógł dojść do ładu ze swoim ojczymem. Michał jest bardzo pewnym siebie zawadiaką, prędzej ucho od śledzia niż chwilę jego słabości ktoś zobaczy.
Wkrótce potem w pokoju nauczycielki pojawia się młoda kuzynka, Agnieszka. Okazuje się, że chodzi do szkoły o rok wyżej i w ogóle jest jakaś taka - w oczach Michała - przemądrzała. Toteż Michał buntuje przeciwko niej Witka, starszego syna państwa Piotrowskich. Zaczynamy naszą przygodę z tą trójką: będziemy jej towarzyszyć w chwilach radości i smutku, przyjrzymy się, jak rodzi się przyjaźń i jak zmieniają się życiowe priorytety pod wpływem mądrej dziewczyny...
Chłopcy chodzą na telewizję do jednego z kolegów. Poszukałam początków telewizji w Polsce na Wikipedii, okazuje się, że codzienny program ruszył w 1961 roku.
Charakterystyczne ilustracje wykonał Gwidon Miklaszewski.
Początek:
i koniec:
W domu znalazłam jeszcze cztery powieści tej autorki:
To oczywiście nie wszystko, bo przecież jeszcze i Złota kula była i Raz, gdy chciałem być szlachetny i Za minutę pierwsza miłość... Znacie je wszystkie?
Wyd. Nasza Księgarnia Warszawa 1988, wyd.IX, 302 strony
Ilustrował Gwidon Miklaszewski
Z własnej półki
Przeczytałam 13 lipca 2013
Etykiety:
Dla dzieci i młodzieży,
Z akcją w Warszawie,
Z własnej półki
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















































