To był taki maleńki wyrzut sumienia - że taka świetna pozycja, a ciągle nie przeczytana. Że tyle tych cracovianów kupuję, a stanowczo za mało czytam. No to bach, wzięłam się za nią, za tę Architekturę międzywojenną i... trochę szkoda, że ona już za mną, że przestudiowana od deski do deski i tylko pragnienie zostało - pragnienie, żeby jeszcze i jeszcze... i dlaczego nie ma takiej książki o architekturze czasów austriackich na przykład. Takie to uczucia i emocje wzbudza Barbara Zbroja swą książką :)
Z racji formatu pozycja ta skazana jest na leżenie, zamiast stanie na baczność w pełnej gotowości - nie mam już półek o odpowiedniej wysokości i wszystko, co wyższe od standardowych 20 cm, ląduje w pozycji horyzontalnej.
Regał oczywiście ten ostatni, sypialniany.
Ogólne informacje o książce, zachęcające do jej nabycia, zamieszczono na czwartej stronie okładki:
O autorce napisano też to i owo:
Oto te pozostałe publikacje:
Pierwsza z nich została już przez mnie omówiona, a druga - dziewicza.
Być może warto się za nią też zabrać, wnioskując z jakości Architektury... bo książka to świetna. Omawia najpierw ogólnie okres międzywojenny w architekturze krajowskiej, podając informacje dotyczące sytuacji środowiska budowlanego w tym okresie, ograniczeń i zasad obowiązujących wówczas, sposobów finansowania, rozwoju i ekspansji na tereny dawniej wiejskie, a niedawno wprowadzone w obręb granic miasta czy wreszcie działalności Rady Artystycznej Miasta Krakowa:
A potem skupia się na konkretnych przykładach - dokładnie jest ich sto i jeden. Każdemu poświęca dwie albo i cztery strony, jeśli daje więcej ilustracji. Materiał ikonograficzny jest wspaniale dobrany, same czarno-białe zdjęcia, nawet jeśli były one wykonane bezpośrednio przed publikacją książki, a nie pochodzą ze źródeł archiwalnych - tu zasługa Mariusza Bembenka, znanego mi już z publikacji Wokół placu Inwalidów.
Omówione budynki ułożone są w kolejności chronologicznej powstawania, ich lista zaczyna się więc od Akademii Górniczej, której pierwsze plany powstały jeszcze przed Wielką Wojną, a kończy Szkołą Powszechną przy ul. Goszczyńskiego, której budowę rozpoczęto w 1939 roku, ale ze względu na wybuch wojny nie była ona kontynuowana i zakończono ją dopiero w roku 1951. Mamy tu przekrój przez budynki użyteczności publicznej, nieraz monumentalne jak Biblioteka Jagiellońska czy Pocztowa Kasa Oszczędności poprzez duże założenia mieszkaniowe po zwykłe kamienice czynszowe oraz mniej lub bardziej reprezentacyjne wille. Dowiadujemy się, kto i w jakich okolicznościach zaprojektował dany budynek, kto był jego inwestorem (a nawet skąd pochodziły pieniądze na budowę), jakie były perypetie związane z budową, a wreszcie omawia cechy stylistyczne i użyte materiały. Przy okazji niejako mogłam się "obyć" z terminologią: okna wstęgowe, weneckie, portfnetry, lizeny, wyprawa w terrabonie :) O istnieniu niektórych obiektów nie miałam pojęcia i jest to dla mnie inspiracja do spacerów z aparatem fotograficznych - już nawet się wybrałam obejrzeć i obfotografować kamienicę na rogu Rynku Kleparskiego i ul. Krzywej.
Kilka stron dla zilustrowania książki:
Wyd. Wysoki Zamek Kraków 2013, 319 stron bogato ilustrowanych plus dołączony reprint mapy Krakowa z 1939 roku z zaznaczoną lokalizacją omówionych obiektów
Z własnej półki (kupione w Księgarni Akademickiej 15 listopada 2013 roku za 44 zł)
Przeczytałam 5 sierpnia 2014 roku
piątek, 8 sierpnia 2014
środa, 6 sierpnia 2014
Zygmunt Zeydler Zborowski - Pieczeń sarnia
Sięgnęłam dla odprężenia po jeden z kryminałów, przywleczonych spod osiedlowej biblioteki. Dobre, bo polskie, pomyślałam i wybrałam produkcję pana Zeydlera Zborowskiego, jak by nie było współtwórcy Teatru Sensacji Kobra.
Zeydler Zborowski napisał całe mnóstwo powieści kryminalnych, naliczyłam ich ponad czterdzieści, ale w domu chyba nie mam żadnej. Myli mi się trochę z Edigeyem :) Najbardziej znany tytuł to Koty Leokadii Kościelnej, swoją drogą przeczytałabym, gdy mi wpadły w ręce, bo to i koty i sama Leokadia Kościelna miło brzmi, tak prowincjonalnie małomiasteczkowo, a do tych klimatów mam olbrzymi sentyment, zwłaszcza jeśli dotyczą lat pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych.
Tak więc na pierwszy rzut poszła Pieczeń sarnia. Bohaterem jest pewien młody oficer milicji, porucznik Franek Kociuba, który wywędrował ze wsi do warszawskiej komendy, nic więc dziwnego, że jego przyjazd na urlop wzbudza zrozumiałą sensację, każdy chce zobaczyć na własne oczy ziomka, który się wybił i pomacać nowiutki mundur, którego spodnie są tak odprasowane, że kantami można kiełbasę kroić :) Urlop jednak nie ograniczy się do spotkań z dawnymi przyjaciółmi i narzeczoną - wkrótce po przyjeździe Franka zostaje zastrzelony w lesie jego przyjaciel i cioteczny brat, Staszek Kazimierski. Wszyscy są przekonani, że zabił go jakiś kłusownik, przyłapany przez Kazimierskiego przy wnykach. A może to zemsta Wojtasika, który wyszedł z pudła po półtorarocznej odsiadce, złapany na kłusownictwie właśnie przez Stacha - i ponoć odgrażał się w gospodzie, że pomści swoją krzywdę. Miejscowy sierżant milicji wpada na pomysł, by zaangażować Kociubę do śledztwa, tym bardziej, że Franek sam rwie się do odnalezienia mordercy swego kuzyna. Wkrótce dowiaduje się, że Stach był kiedyś widziany w lesie z pewną elegancką damą w czerwonym kabriolecie. Trop wiedzie ku zagranicznej piękności...
Zeydler Zborowski dokumentuje życie wsi na początku lat siedemdziesiątych: młodzi uciekają do miasta, starzy oddają gospodarkę za emeryturę, wspomina się o badylarzach, a kandydat na winnego morderstwa okazuje się odpowiedzialnym jedynie za przekręty gospodarcze (sprzedawał na lewo rasowe cielęta z PGR i podstawiał na ich miejsce takie zwykłe, kundlowate), a z zysków kupił telewizor o dużym ekranie i komplet mebli na wysoki połysk i jeszcze dużą lodówkę - wniosek: tylko oszuści i złodzieje mogli posiadać takie dobra. Tu przypomniała mi się historia, jak moi rodzice kupili takie meble, Kozienice się nazywały, pamiętam jak dziś zachwyt nas, dzieci - niestety nie wykształcono w nas od maleńkości odpowiedniego gustu :)
Milicjanci są pełni poświęcenia. Jeden z nich, przydzielony do inwigilacji gosposi pewnego "dzianego" małżeństwa, z wielkim samozaparciem spożywa owoce pracy jej rąk w charakterze absztyfikanta (a gotuje gosposia jak mało kto) i musi dać do poszerzenia wszystkie spodnie. Jego koledzy są przeciążeni robotą, nic więc dziwnego, że nie mają czasu na lektury:
- Czytał pan "Damę kameliową"? To Dumasa, tego młodszego, syna.
- Czytałem - skłamał Kociuba.
Gdy potrzebują informacji, idą się ogolić do fryzjera, już ten im wszystkie plotki opowie. Franek Kociuba udaje zakochanego w pięknej damie od czerwonego kabrioletu, która okazuje się belgijskim archeologiem - studiuje więc wypożyczone z biblioteki książki popularno-naukowe o archeologii, podając się za studenta tego kierunku.
Gdy do Polski przyjeżdża po latach spędzonych w Londynie hrabia Małoborski, jest to oczywiście podejrzane, przecież nie tęsknota za ojczyzną go tu nagle przywiodła. A 15-letnia dziewczyna wyjawia, że pragnie zostać eksportową prostytutką:
- Sądzisz, że życie takiej kobiety jest interesujące?
- W każdym razie bardziej interesujące aniżeli dojenie krów i macanie kur. Ja bym była taką lepszą, dewizową. Wie pan? Znajomości z cudzoziemcami, przejażdżki luksusowymi wozami, kolacje w eleganckich lokalach, dansingi. To jest życie.
Ot, perspektywy dla młodzieży w PRL-u. Ale nie jest całkiem źle, oto Franek z narzeczoną namawiają Magdę, wdowę po zamordowanym, która została z trójką dzieci, bez zawodu, na kursy - państwo jej pomoże, rodzice zaopiekują się dziećmi, a ona wyjedzie do szkół, dostanie nawet stypendium. Zresztą również narzeczona Franka planuje po ślubie kontynuować przerwane studia, a Kociuba ją w tych planach wspiera - nie to, co mąż bohaterki Galimatiasu czyli kogel mogel II albo chociażby narzeczony Ani z Kochaj albo wróć. Tu już jesteśmy bliżej Lesia z Daleko od szosy :)
Z racji odcięcia od skanera z powodu urlopu przepraszam za jakość poniższych zdjęć :)
Początek:
i koniec:
Wyd. Czytelnik Warszawa 1973, wyd.I - nakład 80 tys.!, 263 strony
Seria z jamnikiem
Z własnej półki (znalezione pod - he he, wykopane - biblioteką osiedlową 1 sierpnia 2014 roku)
Przeczytałam 3 sierpnia 2014 roku
Zeydler Zborowski napisał całe mnóstwo powieści kryminalnych, naliczyłam ich ponad czterdzieści, ale w domu chyba nie mam żadnej. Myli mi się trochę z Edigeyem :) Najbardziej znany tytuł to Koty Leokadii Kościelnej, swoją drogą przeczytałabym, gdy mi wpadły w ręce, bo to i koty i sama Leokadia Kościelna miło brzmi, tak prowincjonalnie małomiasteczkowo, a do tych klimatów mam olbrzymi sentyment, zwłaszcza jeśli dotyczą lat pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych.
Tak więc na pierwszy rzut poszła Pieczeń sarnia. Bohaterem jest pewien młody oficer milicji, porucznik Franek Kociuba, który wywędrował ze wsi do warszawskiej komendy, nic więc dziwnego, że jego przyjazd na urlop wzbudza zrozumiałą sensację, każdy chce zobaczyć na własne oczy ziomka, który się wybił i pomacać nowiutki mundur, którego spodnie są tak odprasowane, że kantami można kiełbasę kroić :) Urlop jednak nie ograniczy się do spotkań z dawnymi przyjaciółmi i narzeczoną - wkrótce po przyjeździe Franka zostaje zastrzelony w lesie jego przyjaciel i cioteczny brat, Staszek Kazimierski. Wszyscy są przekonani, że zabił go jakiś kłusownik, przyłapany przez Kazimierskiego przy wnykach. A może to zemsta Wojtasika, który wyszedł z pudła po półtorarocznej odsiadce, złapany na kłusownictwie właśnie przez Stacha - i ponoć odgrażał się w gospodzie, że pomści swoją krzywdę. Miejscowy sierżant milicji wpada na pomysł, by zaangażować Kociubę do śledztwa, tym bardziej, że Franek sam rwie się do odnalezienia mordercy swego kuzyna. Wkrótce dowiaduje się, że Stach był kiedyś widziany w lesie z pewną elegancką damą w czerwonym kabriolecie. Trop wiedzie ku zagranicznej piękności...
Zeydler Zborowski dokumentuje życie wsi na początku lat siedemdziesiątych: młodzi uciekają do miasta, starzy oddają gospodarkę za emeryturę, wspomina się o badylarzach, a kandydat na winnego morderstwa okazuje się odpowiedzialnym jedynie za przekręty gospodarcze (sprzedawał na lewo rasowe cielęta z PGR i podstawiał na ich miejsce takie zwykłe, kundlowate), a z zysków kupił telewizor o dużym ekranie i komplet mebli na wysoki połysk i jeszcze dużą lodówkę - wniosek: tylko oszuści i złodzieje mogli posiadać takie dobra. Tu przypomniała mi się historia, jak moi rodzice kupili takie meble, Kozienice się nazywały, pamiętam jak dziś zachwyt nas, dzieci - niestety nie wykształcono w nas od maleńkości odpowiedniego gustu :)
Milicjanci są pełni poświęcenia. Jeden z nich, przydzielony do inwigilacji gosposi pewnego "dzianego" małżeństwa, z wielkim samozaparciem spożywa owoce pracy jej rąk w charakterze absztyfikanta (a gotuje gosposia jak mało kto) i musi dać do poszerzenia wszystkie spodnie. Jego koledzy są przeciążeni robotą, nic więc dziwnego, że nie mają czasu na lektury:
- Czytał pan "Damę kameliową"? To Dumasa, tego młodszego, syna.
- Czytałem - skłamał Kociuba.
Gdy potrzebują informacji, idą się ogolić do fryzjera, już ten im wszystkie plotki opowie. Franek Kociuba udaje zakochanego w pięknej damie od czerwonego kabrioletu, która okazuje się belgijskim archeologiem - studiuje więc wypożyczone z biblioteki książki popularno-naukowe o archeologii, podając się za studenta tego kierunku.
Gdy do Polski przyjeżdża po latach spędzonych w Londynie hrabia Małoborski, jest to oczywiście podejrzane, przecież nie tęsknota za ojczyzną go tu nagle przywiodła. A 15-letnia dziewczyna wyjawia, że pragnie zostać eksportową prostytutką:
- Sądzisz, że życie takiej kobiety jest interesujące?
- W każdym razie bardziej interesujące aniżeli dojenie krów i macanie kur. Ja bym była taką lepszą, dewizową. Wie pan? Znajomości z cudzoziemcami, przejażdżki luksusowymi wozami, kolacje w eleganckich lokalach, dansingi. To jest życie.
Ot, perspektywy dla młodzieży w PRL-u. Ale nie jest całkiem źle, oto Franek z narzeczoną namawiają Magdę, wdowę po zamordowanym, która została z trójką dzieci, bez zawodu, na kursy - państwo jej pomoże, rodzice zaopiekują się dziećmi, a ona wyjedzie do szkół, dostanie nawet stypendium. Zresztą również narzeczona Franka planuje po ślubie kontynuować przerwane studia, a Kociuba ją w tych planach wspiera - nie to, co mąż bohaterki Galimatiasu czyli kogel mogel II albo chociażby narzeczony Ani z Kochaj albo wróć. Tu już jesteśmy bliżej Lesia z Daleko od szosy :)
Z racji odcięcia od skanera z powodu urlopu przepraszam za jakość poniższych zdjęć :)
Początek:
i koniec:
Wyd. Czytelnik Warszawa 1973, wyd.I - nakład 80 tys.!, 263 strony
Seria z jamnikiem
Z własnej półki (znalezione pod - he he, wykopane - biblioteką osiedlową 1 sierpnia 2014 roku)
Przeczytałam 3 sierpnia 2014 roku
poniedziałek, 4 sierpnia 2014
Céleste Albaret - Pan Proust
Obiecywałam sobie przy okazji lektury wspomnień księżnej Bibesco, że wrócę do Céleste Albaret... i obietnicy dotrzymałam. Przeczytałam. Z przyjemnością.
No ale najpierw półki.
Wielki sukces - córka łaskawie sprzątnęła swoje zabaweczki z Kinderjajek...
ale nie żeby od razu wszystko...
A tu zbliżenie na Prousty jeszcze przed emigracją pinkli:
Te tomy towarzyszyły mi od dzieciństwa, nie było mowy, żebym je zostawiła w rodzinnym domu, gdy się wyprowadzałam po ślubie:
Trzy jaśniejsze grzbiety - to te nietknięte (przez mnie, bo Ojczasty zdaje się przeczytał całość). Ale nadejdzie ten dzień...
Tymczasem przywrócone pamięci wspomnienia gosposi Marcela Prousta, która dotrzymywała mu towarzystwa - bo tak to również należy określić - przez ostatnie dziesięć lat jego życia. Po czym - milczała. Milczała, gdy publikowano kolejne rewelacje na temat pana Prousta, jak o nim zawsze mówiła (i chyba myślała), milczała, gdy zwracano się do niej z prośbą o wyjaśnienie pewnych spraw, zagadek, milczała, gdy wokół pisarza narastała sława wielkiego mitu. Milczała, bo twierdziła, że jej życie odeszło wraz z nim.
Aż wreszcie u schyłku życia, mając osiemdziesiąt dwa lata, zdecydowała się zabrać głos i DAĆ ŚWIADECTWO. Zapisać na kartkach papieru te chwile, ciągle dla niej żywe, które spędziła z Marcelem Proustem, zamknięta z nim w kolejnych mieszkaniach, "uwięziona", jak mówi tytuł piątego tomu cyklu W poszukiwaniu straconego czasu.
Pochodziła z wiejskiej rodziny zamieszkałej w starym młynie w Auxillac, a po raz pierwszy znalazła się w Paryżu po swym zamążpójściu. Wcześniej nigdy nie opuszczała swej wioski. Odilon Albaret zjawiał się w niej na wakacje, przyjeżdżał z Paryża, gdzie miał taksówkę i był o dziesięć lat starszy od Celesty. Ich ślub odbył się w 1913 roku. Gsy wyruszali do kościoła, listonosz przyniósł telegram od jednego z klientów pana młodego. Brzmiał on tak:
Serdeczne gratulacje, nie piszę więcej, bo mam grypę i jestem zmęczony, ale z całego serca życzę szczęścia Panu i Pana bliskim. Marcel Proust.
Wtedy Celesta usłyszała o panu Prouście po raz pierwszy. Minęły pierwsze dwa tygodnie po ślubie i zainstalowaniu się w Paryżu, gdy Odilon zaproponował młodej żonie spacer na bulwar Haussmanna, by uprzedzić pisarza, że już wraca do pracy i może na niego liczyć. Młodzi małżonkowie rozmawiali w kuchni mieszkania w domu nr 102 z lokajem Mikołajem Cottin, gdy wszedł Marcel Proust. Domyślił się, kim jest młoda kobieta i podał jej rękę, mówiąc:
- Przedstawiam pani Marcela Prousta w negliżu, nie uczesanego i bez brody.
Celesta powoli przyzwyczajała się do miejskiego życia, ale nie umiała znaleźć sobie zajęcia, poza czekaniem na męża. I wówczas Proust zaproponował, by dostarczała jego przyjaciołom podpisane egzemplarze "W stronę Swanna", które właśnie się ukazało. Miał to być dla Celesty rodzaj rozrywki.
I tak się to wszystko zaczęło. Przez kilka miesięcy młoda kobieta była kimś w rodzaju kuriera, a potem zaczęła zastępować Cottina w jego czynnościach i w końcu została jedyną towarzyszką samotniczego życia Prousta, odgadującą w lot jego życzenia, przyrządzającą mu jego codzienną kawę z mlekiem, która z czasem stała się dla niego jedynym pożywieniem, przynoszącą grzałki z gorącą wodą i ogrzaną bieliznę, załatwiającą telefony do przyjaciół i znajomych, organizującą jego nocne wyjścia. Bo tryb życia pana Prousta był bardzo osobliwy, postawiony na głowie: dzień zamieniał się w noc, a noc w dzień. Pisarz budził się około czwartej po południu, zaczynał swoje dymne inhalacje, które miały mu pomagać na astmę, potem zjadał śniadanie (czyli kawę z mlekiem i na początku jeszcze rogalik), potem pracował - wszystko to w łóżku, w słynnym wybitym korkowymi płytami pokoju - decydował, czy wyjdzie w nocy na jakieś przyjęcie, spotkanie towarzyskie, a gdy z niego wracał nad ranem, wołał do siebie Celestę i zaczynał opowiadać. Żył swoim dziełem i przeszłością, tym straconym czasem, który chciał odtworzyć, zatrzymać. W istocie W poszukiwaniu straconego czasu to opis świata, który ginie, który za chwilę zniknie z powierzchni ziemi, do czego przyczyniła się Wielka Wojna.
- Było to coś w rodzaju nieustającej zabawy. Pieniądze, przyjemności, radość życia i bywanie w świecie. A potem żałoby nastąpiły jedna po drugiej. Wszystko się skończyło; kurtyna zapadła.
Około piątej, szóstej nad ranem odsyłał Celestę do łóżka, a sam pogrążał się w pracy, nieustannie korygując i dopisując, najpierw na marginesach, a gdy tych już nie starczało, na karteczkach, które potem Celesta wklejała do zeszytów z rękopisami. Aż wreszcie sam odpoczywał.
Z biegiem czasu coraz rzadziej wychodził, kosztowało go to coraz więcej wysiłku, a zdobywał się nań jedynie w celu uzyskania jakiejś informacji, która mogła mu posłużyć do pracy. Zbierał wiadomości jak pszczółka i konstruował typy ludzkie, kolejne postaci z ludzi, których znał kiedyś, w "okresie kamelii", gdy prowadził bogate życie towarzyskie, wchodząc w beau monde, świat wielkiej arystokracji, który później tak wyśmienicie sportretował. Zresztą to światowe życie kosztowało go odmowę druku jego pierwszego dzieła - André Gide uznał, że nie warto nawet czytać tego, co mu "ten dandys" posłał. A Proust dalej poprawiał. Mówił:
- Widzisz, Celesto, chciałbym, aby moja książka była w literaturze jak katedra. Dlatego ciągle nie widać końca. Nawet gdy jest już zbudowana, trzeba ją ciągle ozdabiać tym i owym, tu witraż, tam kapitel, gdzie indziej mała kapliczka z posążkiem w kącie.
Gdy wreszcie napisał słowo KONIEC, praca trwała dalej - trzeba było robić korekty do druku. Przy nieustannej pracy zastała go śmierć. A Celesta? Też chciała umrzeć. Najcudowniejszy okres jej życia, najbogatszy i skończył się.
Autorkę wspomnień tak namalował Jean-Claude Fourneau w 1957 roku:
/zdjęcie z Wikipedii/
Ale prawdziwiej - co do czasów pana Prousta - wygląda na zdjęciach, reprodukowanych w książce, na tym z mężem:
czy na tym z rozpuszczonymi włosami, jak czasem przychodziła do pana Prousta, gdy wzywał ją już po położeniu się.
Początek:
i koniec:
Wyd. Czytelnik Warszawa 1976. wyd.I, 478 stron
Tytuł oryginalny: Monsieur Proust
Przełożyła: Ewa Szczepańska-Węgrzecka
Z własnej półki (zabrane z domu rodzinnego)
Przeczytałam 3 sierpnia 2014 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Jeszcze lipcowe, tylko książki się nie zdążyło przeczytać i wcześniej pokazać.
Najpierw przyszła jedna paczka z allegro:
Ja s-f nie czytam, ale o tym Bułyczowie legendy krążą, to wzięłam.
A na przyczepkę...
Tak, wiem, mam hopla i kuku na muniu... no ale za parę złotych było, a ciekawam podstaw tego niderlandzkiego :)
A potem przyszła druga paczka, z tym, co to tak niecierpliwie wyczekiwałam końca aukcji:
Mam wreszcie komplet!
Tylko miejsca na półce nie mam :(
A tu jeszcze Psiapsióła od wydawnictw uniwersyteckich przyniosła mi to:
Na to też miejsca nie ma, bo duży format... ale znaleźć się musi!
A tu już na urlopie tak mi się przytrafiło. Postanowiłam wstąpić do osiedlowej biblioteki, bo aż wstyd, jak dawno nie zaglądałam. Akurat tego dnia biblioteka okazała się być nieczynną, ale na parapecie ktoś zostawił dwa pudła pełne książek, zaczęłam w nich grzebać, no i...
Piętnaście sztuk już było moje. Stulecie chirurgów jest bardzo sfatygowane, ale zawsze chciałam przeczytać. Ten Klemperer... w domu przyglądam się i widzę, że to drugi i trzeci tom, kto wie, czy pierwszego też nie było, bo drugiego pudła nie przejrzałam do samego dna, uznawszy, że zostały tam już tylko książki z serii Readers Digest, było ich tam sporo. Zamiast polecieć i sprawdzić od razu, to ja: a, teraz obiad zrobię, pójdę później... Później to już nawet śladu po pudle nie było.
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ film radziecki BOLSZAJA RUDA (Большая руда), reż. Wasilij Ordynskij, 1964
Szósty film z udziałem Stanisława Lubszina.
Jest na YT w całości:
Wiktor wrócił z wojska do żony, a ona ma już innego. Wyruszył wobec tego w świat, do Kurska, gdzie wszyscy oczekują pierwszej wydobytej rudy. Dostał od majstra zepsuty samochód - jeśli naprawi, to znaczy, że przyjechał na dłużej. Naprawił, zaczął bić rekordy, z ekipą się pokłócił, ale to on właśnie wywiózł pierwszą rudę.
2/ kolejny film kanadyjski NA ZAWSZE LAURENCE (Laurence Anyways), reż. Xavier Dolan, 2012
Na YT trailer:
W latach 90. Laurence powiedział swojej dziewczynie Fred, że chciałby stać się kobietą. Pomimo przeciwieństw stawiają razem czoła uprzedzeniom przyjaciół, radom rodzin i fobiom społeczeństwa, którego zasad nie cenią. Wyruszają w dziesięcioletnią podróż, w czasie której mogą stracić nie tylko siebie nawzajem, ale również własną, wewnętrzną tożsamość. Przejście na drugą stronę nawet dla nich jest wielką tajemnicą.
3/ film czeski UCHO, reż. Karel Kachyňa, 1970
Na YT fragment:
Głównym tematem filmu jest strach przed wszechobecną i pozbawioną kontroli siłą partii komunistycznej, która w zgodzie ze swoim sloganem "Ufaj, ale sprawdzaj" wkrada się w prywatność wszystkich przy wykorzystaniu ukrytej w mieszkaniu aparatury podsłuchowej. W przeciwieństwie do "Rozmowy" F.F. Coppoli (1974), "Ucho" koncentruje się głównie na odczuciach ofiary. Paradoksem filmu jest, że ofiary same pomagają w budowaniu systemu, który obraca się przeciwko nim. Intymna tragikomedia, rozgrywająca się podczas jednej nocy w willi dla urzędników państwowych i dowodząca, że nawet reprezentanci reżimu nie mogą umknąć przed państwem totalitarnym, czekała na swoją premierę ponad 20 lat.
4/ film japoński KIDS RETURN /Polski tytuł z Filmwebu: Powrót przyjaciół (Kizzu ritân), reż. Takeshi Kitano, 1996
Na YT całość z angielskimi napisami:
Masuru i Shinji, dwóch kilkunastoletnich przyjaciół, wędruje bez celu przez życie. Obaj nic nie robią całymi dniami i powoli zaczynają wkraczać do przestępczego świata. Pewnym ratunkiem mogą stać się dla nich treningi bokserskie, ale Masuru nie potrafi skorzystać z szansy, jaką daje sport i zaczyn pracować dla miejscowego gangu yakuza. Z czasem drogi obu przyjaciół rozchodzą się.
A jako że sierpień jest u mnie zazwyczaj miesiącem kina włoskiego, to dokładam dwie italiańskie komedie:
TUTTA COLPA DI FREUD, reż. Paolo Genovese 2014
i UN FANTASTICO VIA VAI, reż. Leonardo Pieraccioni 2013
No ale najpierw półki.
Wielki sukces - córka łaskawie sprzątnęła swoje zabaweczki z Kinderjajek...
ale nie żeby od razu wszystko...
A tu zbliżenie na Prousty jeszcze przed emigracją pinkli:
Te tomy towarzyszyły mi od dzieciństwa, nie było mowy, żebym je zostawiła w rodzinnym domu, gdy się wyprowadzałam po ślubie:
Trzy jaśniejsze grzbiety - to te nietknięte (przez mnie, bo Ojczasty zdaje się przeczytał całość). Ale nadejdzie ten dzień...
Tymczasem przywrócone pamięci wspomnienia gosposi Marcela Prousta, która dotrzymywała mu towarzystwa - bo tak to również należy określić - przez ostatnie dziesięć lat jego życia. Po czym - milczała. Milczała, gdy publikowano kolejne rewelacje na temat pana Prousta, jak o nim zawsze mówiła (i chyba myślała), milczała, gdy zwracano się do niej z prośbą o wyjaśnienie pewnych spraw, zagadek, milczała, gdy wokół pisarza narastała sława wielkiego mitu. Milczała, bo twierdziła, że jej życie odeszło wraz z nim.
Aż wreszcie u schyłku życia, mając osiemdziesiąt dwa lata, zdecydowała się zabrać głos i DAĆ ŚWIADECTWO. Zapisać na kartkach papieru te chwile, ciągle dla niej żywe, które spędziła z Marcelem Proustem, zamknięta z nim w kolejnych mieszkaniach, "uwięziona", jak mówi tytuł piątego tomu cyklu W poszukiwaniu straconego czasu.
Pochodziła z wiejskiej rodziny zamieszkałej w starym młynie w Auxillac, a po raz pierwszy znalazła się w Paryżu po swym zamążpójściu. Wcześniej nigdy nie opuszczała swej wioski. Odilon Albaret zjawiał się w niej na wakacje, przyjeżdżał z Paryża, gdzie miał taksówkę i był o dziesięć lat starszy od Celesty. Ich ślub odbył się w 1913 roku. Gsy wyruszali do kościoła, listonosz przyniósł telegram od jednego z klientów pana młodego. Brzmiał on tak:
Serdeczne gratulacje, nie piszę więcej, bo mam grypę i jestem zmęczony, ale z całego serca życzę szczęścia Panu i Pana bliskim. Marcel Proust.
Wtedy Celesta usłyszała o panu Prouście po raz pierwszy. Minęły pierwsze dwa tygodnie po ślubie i zainstalowaniu się w Paryżu, gdy Odilon zaproponował młodej żonie spacer na bulwar Haussmanna, by uprzedzić pisarza, że już wraca do pracy i może na niego liczyć. Młodzi małżonkowie rozmawiali w kuchni mieszkania w domu nr 102 z lokajem Mikołajem Cottin, gdy wszedł Marcel Proust. Domyślił się, kim jest młoda kobieta i podał jej rękę, mówiąc:
- Przedstawiam pani Marcela Prousta w negliżu, nie uczesanego i bez brody.
Celesta powoli przyzwyczajała się do miejskiego życia, ale nie umiała znaleźć sobie zajęcia, poza czekaniem na męża. I wówczas Proust zaproponował, by dostarczała jego przyjaciołom podpisane egzemplarze "W stronę Swanna", które właśnie się ukazało. Miał to być dla Celesty rodzaj rozrywki.
I tak się to wszystko zaczęło. Przez kilka miesięcy młoda kobieta była kimś w rodzaju kuriera, a potem zaczęła zastępować Cottina w jego czynnościach i w końcu została jedyną towarzyszką samotniczego życia Prousta, odgadującą w lot jego życzenia, przyrządzającą mu jego codzienną kawę z mlekiem, która z czasem stała się dla niego jedynym pożywieniem, przynoszącą grzałki z gorącą wodą i ogrzaną bieliznę, załatwiającą telefony do przyjaciół i znajomych, organizującą jego nocne wyjścia. Bo tryb życia pana Prousta był bardzo osobliwy, postawiony na głowie: dzień zamieniał się w noc, a noc w dzień. Pisarz budził się około czwartej po południu, zaczynał swoje dymne inhalacje, które miały mu pomagać na astmę, potem zjadał śniadanie (czyli kawę z mlekiem i na początku jeszcze rogalik), potem pracował - wszystko to w łóżku, w słynnym wybitym korkowymi płytami pokoju - decydował, czy wyjdzie w nocy na jakieś przyjęcie, spotkanie towarzyskie, a gdy z niego wracał nad ranem, wołał do siebie Celestę i zaczynał opowiadać. Żył swoim dziełem i przeszłością, tym straconym czasem, który chciał odtworzyć, zatrzymać. W istocie W poszukiwaniu straconego czasu to opis świata, który ginie, który za chwilę zniknie z powierzchni ziemi, do czego przyczyniła się Wielka Wojna.
- Było to coś w rodzaju nieustającej zabawy. Pieniądze, przyjemności, radość życia i bywanie w świecie. A potem żałoby nastąpiły jedna po drugiej. Wszystko się skończyło; kurtyna zapadła.
Około piątej, szóstej nad ranem odsyłał Celestę do łóżka, a sam pogrążał się w pracy, nieustannie korygując i dopisując, najpierw na marginesach, a gdy tych już nie starczało, na karteczkach, które potem Celesta wklejała do zeszytów z rękopisami. Aż wreszcie sam odpoczywał.
Z biegiem czasu coraz rzadziej wychodził, kosztowało go to coraz więcej wysiłku, a zdobywał się nań jedynie w celu uzyskania jakiejś informacji, która mogła mu posłużyć do pracy. Zbierał wiadomości jak pszczółka i konstruował typy ludzkie, kolejne postaci z ludzi, których znał kiedyś, w "okresie kamelii", gdy prowadził bogate życie towarzyskie, wchodząc w beau monde, świat wielkiej arystokracji, który później tak wyśmienicie sportretował. Zresztą to światowe życie kosztowało go odmowę druku jego pierwszego dzieła - André Gide uznał, że nie warto nawet czytać tego, co mu "ten dandys" posłał. A Proust dalej poprawiał. Mówił:
- Widzisz, Celesto, chciałbym, aby moja książka była w literaturze jak katedra. Dlatego ciągle nie widać końca. Nawet gdy jest już zbudowana, trzeba ją ciągle ozdabiać tym i owym, tu witraż, tam kapitel, gdzie indziej mała kapliczka z posążkiem w kącie.
Gdy wreszcie napisał słowo KONIEC, praca trwała dalej - trzeba było robić korekty do druku. Przy nieustannej pracy zastała go śmierć. A Celesta? Też chciała umrzeć. Najcudowniejszy okres jej życia, najbogatszy i skończył się.
Autorkę wspomnień tak namalował Jean-Claude Fourneau w 1957 roku:
/zdjęcie z Wikipedii/
Ale prawdziwiej - co do czasów pana Prousta - wygląda na zdjęciach, reprodukowanych w książce, na tym z mężem:
czy na tym z rozpuszczonymi włosami, jak czasem przychodziła do pana Prousta, gdy wzywał ją już po położeniu się.
Początek:
i koniec:
Wyd. Czytelnik Warszawa 1976. wyd.I, 478 stron
Tytuł oryginalny: Monsieur Proust
Przełożyła: Ewa Szczepańska-Węgrzecka
Z własnej półki (zabrane z domu rodzinnego)
Przeczytałam 3 sierpnia 2014 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Jeszcze lipcowe, tylko książki się nie zdążyło przeczytać i wcześniej pokazać.
Najpierw przyszła jedna paczka z allegro:
Ja s-f nie czytam, ale o tym Bułyczowie legendy krążą, to wzięłam.
A na przyczepkę...
Tak, wiem, mam hopla i kuku na muniu... no ale za parę złotych było, a ciekawam podstaw tego niderlandzkiego :)
A potem przyszła druga paczka, z tym, co to tak niecierpliwie wyczekiwałam końca aukcji:
Mam wreszcie komplet!
Tylko miejsca na półce nie mam :(
A tu jeszcze Psiapsióła od wydawnictw uniwersyteckich przyniosła mi to:
Na to też miejsca nie ma, bo duży format... ale znaleźć się musi!
A tu już na urlopie tak mi się przytrafiło. Postanowiłam wstąpić do osiedlowej biblioteki, bo aż wstyd, jak dawno nie zaglądałam. Akurat tego dnia biblioteka okazała się być nieczynną, ale na parapecie ktoś zostawił dwa pudła pełne książek, zaczęłam w nich grzebać, no i...
Piętnaście sztuk już było moje. Stulecie chirurgów jest bardzo sfatygowane, ale zawsze chciałam przeczytać. Ten Klemperer... w domu przyglądam się i widzę, że to drugi i trzeci tom, kto wie, czy pierwszego też nie było, bo drugiego pudła nie przejrzałam do samego dna, uznawszy, że zostały tam już tylko książki z serii Readers Digest, było ich tam sporo. Zamiast polecieć i sprawdzić od razu, to ja: a, teraz obiad zrobię, pójdę później... Później to już nawet śladu po pudle nie było.
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ film radziecki BOLSZAJA RUDA (Большая руда), reż. Wasilij Ordynskij, 1964
Szósty film z udziałem Stanisława Lubszina.
Jest na YT w całości:
Wiktor wrócił z wojska do żony, a ona ma już innego. Wyruszył wobec tego w świat, do Kurska, gdzie wszyscy oczekują pierwszej wydobytej rudy. Dostał od majstra zepsuty samochód - jeśli naprawi, to znaczy, że przyjechał na dłużej. Naprawił, zaczął bić rekordy, z ekipą się pokłócił, ale to on właśnie wywiózł pierwszą rudę.
2/ kolejny film kanadyjski NA ZAWSZE LAURENCE (Laurence Anyways), reż. Xavier Dolan, 2012
Na YT trailer:
W latach 90. Laurence powiedział swojej dziewczynie Fred, że chciałby stać się kobietą. Pomimo przeciwieństw stawiają razem czoła uprzedzeniom przyjaciół, radom rodzin i fobiom społeczeństwa, którego zasad nie cenią. Wyruszają w dziesięcioletnią podróż, w czasie której mogą stracić nie tylko siebie nawzajem, ale również własną, wewnętrzną tożsamość. Przejście na drugą stronę nawet dla nich jest wielką tajemnicą.
3/ film czeski UCHO, reż. Karel Kachyňa, 1970
Na YT fragment:
Głównym tematem filmu jest strach przed wszechobecną i pozbawioną kontroli siłą partii komunistycznej, która w zgodzie ze swoim sloganem "Ufaj, ale sprawdzaj" wkrada się w prywatność wszystkich przy wykorzystaniu ukrytej w mieszkaniu aparatury podsłuchowej. W przeciwieństwie do "Rozmowy" F.F. Coppoli (1974), "Ucho" koncentruje się głównie na odczuciach ofiary. Paradoksem filmu jest, że ofiary same pomagają w budowaniu systemu, który obraca się przeciwko nim. Intymna tragikomedia, rozgrywająca się podczas jednej nocy w willi dla urzędników państwowych i dowodząca, że nawet reprezentanci reżimu nie mogą umknąć przed państwem totalitarnym, czekała na swoją premierę ponad 20 lat.
4/ film japoński KIDS RETURN /Polski tytuł z Filmwebu: Powrót przyjaciół (Kizzu ritân), reż. Takeshi Kitano, 1996
Na YT całość z angielskimi napisami:
Masuru i Shinji, dwóch kilkunastoletnich przyjaciół, wędruje bez celu przez życie. Obaj nic nie robią całymi dniami i powoli zaczynają wkraczać do przestępczego świata. Pewnym ratunkiem mogą stać się dla nich treningi bokserskie, ale Masuru nie potrafi skorzystać z szansy, jaką daje sport i zaczyn pracować dla miejscowego gangu yakuza. Z czasem drogi obu przyjaciół rozchodzą się.
A jako że sierpień jest u mnie zazwyczaj miesiącem kina włoskiego, to dokładam dwie italiańskie komedie:
TUTTA COLPA DI FREUD, reż. Paolo Genovese 2014
i UN FANTASTICO VIA VAI, reż. Leonardo Pieraccioni 2013
poniedziałek, 28 lipca 2014
Marcel Aymé - La Tête des autres
Czyli Cudza głowa. Chodzi o głowę, którą można stracić, gdy się jest oskarżonym o morderstwo. Chodzi o żonglowanie cudzymi głowami przez przedstawicieli prawa.
Jak to się stało, że akurat teraz to przeczytałam? Stanęłam na chwilę obok półki z francuską literaturą:
Przypomniało mi się, że dawno już nic po francusku nie czytałam, a Simenon na razie poszedł w odstawkę. I tak wybór padł akurat na to.
Niewiarygodnie zakurzone te rzędy książek, a stojące w regałach naprzeciwko wcale. To wina rury od centralnego ogrzewania, która przechodzi przez regalik przy oknie. Regalik ten jest pendant do pokazywanego niedawno drugiego, stojącego po lewej stronie okna. Ten dzisiejszy jednak powstał wcześniej.
To cała historia. Niegdyś w pokoiku z "żółtym" oknem mieściła się sypialnia (stanęła tam tylko stara wersalka, zabrana z domu rodziców po ślubie plus składana półka-regalik na podręczne książki i lampkę nocną oraz wiszące na ścianie półki na kwiaty doniczkowe, których było w domu mnóstwo, Ślubny miał - jak to mówią Włosi - zielony kciuk). Do sypialni wejście było z korytarza, a naprzeciwko niego wejście do "dużego" pokoju. Korytarz kończył się wnęką, która miała zostać zagospodarowana szafą od podłogi do sufitu.
Nie zdążyła. Śmy się rozwiedli. Wtedy zmieniłam koncepcję i zlikwidowałam malutką sypialnię, burząc wzniesione wcześniej ściany. Korytarz zniknął,a w miejscu szafy powstały... no oczywiście, że półki na książki, tyle że ja czując jakby podskórnie, że co za dużo to niezdrowo postanowiłam je przysłonić żaluzją. Że niby są, ale ich nie ma. Obok powstał mały otwarty regalik. I tak oto.
Wracajmy jednak do dzisiejszego bohatera.
Marcel Aymé był dla mnie do tej pory autorem jednej książki. Jeszcze w szkole będąc przeczytałam Przechodzimura i zachwyciłam się.
Zmusiłam nawet brata do przeczytania i do dziś funkcjonuje u nas taki cytat:
Garu garu strach z browaru
zgniecie i zmiecie wszystko na śmiecie.
To właśnie stamtąd.
Tak że gdy później, już w krakowskich czasach, zobaczyłam w antykwariacie zarówno tegoż Przechodzimura w oryginale, jak i Zieloną kobyłę, musiałam nabyć.
Ale jakoś nie przeczytałam. Co tam, najważniejsze to mieć, lektura przyjdzie z czasem.
No i kupiłam też dramat La Tête des autres, grany we Francji do tej pory. Aymé był bardzo popularnym dostawcą sztuk teatralnych i scenariuszy filmowych, aczkolwiek o zmiennym szczęściu, jeśli chodzi o krytykę. A to go oskarżano o lewicowość, a to o prawicową anarchię, zwłaszcza że do końca bronił skazanego w 1945 roku na rozstrzelanie Roberta Brasillacha, pisarza, ale przede wszystkim zaangażowanego faszysty. I właśnie protestem przeciwko karze śmierci jest sztuka La Tête des autres.
Okazało się, że już kiedyś zaczęłam ją czytać - pewnie zaraz po zakupie. Wpisywałam ołóweczkiem znaczenie nieznanych słówek, a z pewnych pytajników wnioskuję, żem musiała być jeszcze młoda i nie kojarzyć pewnych rzeczy, patrzcie na przykład tutaj:
Nie znalazłam w słowniku i nie wiedziałam, o co chodzi, nie domyśliłam się, że o koktajl po prostu, zapisany niby po francusku :) Dopiero później dała mi szkołę pod tym względem Zazie dans le métro Queneau.
W każdym razie dojechałam z notatkami do 45 strony, potem albo mi się znudziło albo może nawet przeczytałam sztukę do końca, tylko już nie bawiłam się w wyszukiwanie słówek. Pod tym względem zawsze byłam ułomna: zaczynałam pełna dobrych chęci i szybko mi się odechciewało grzebać w słowniku, temperować ołówek.
W niedzielne lipcowe popołudnie, gdy upał spalał wszystko na zewnątrz, a w domku panował przyjemny chłodek (parter, proszpaństwa, parter, słońce tu zagląda tyle co nic) udało się tym razem przeczytać całość. Właściwie lubię czytać teksty sztuk teatralnych - sama nie wiem, czemu tak rzadko to robię - lubię sobie przy tym wyobrażać główne postaci, ich wygląd, sposób mówienia, ubranie. Pytanie, czy lubię potem konfrontować to z prawdziwym spektaklem :) Ale od tak dawna nie chodzę do teatru... migrenicy muszą prowadzić regularny tryb życia, żadnych odchyleń od normy, żadnych późnych powrotów do domu, żadnych wzruszeń przede wszystkim! Teraz czytam Pana Prousta Céleste Albaret i tak sobie porównuję sposób życia jej bohatera ze swoim... on je podporządkował chorobie i ja na swój sposób (mizerny, bo wszak zarabiać na życie muszę) też moje podporządkowuję chorobie.
Znowu się rozgadałam.
To teraz szybciutko.
A więc przedstawiciel prawa - prokurator Maillard. Akcja toczy się w tajemniczej Połdawii, żeby francuscy magistrats się nie przyczepili, że ich znieważono. Jest wieczór, w domu oczekuje go żona, dzieci co prawda położyła spać, ale dopytują się one co chwilę, czy tatuś już wrócił, wpadają też przyjaciele, wszyscy w niepokoju, czy sprawa się powiodła. Kochający mąż i ojciec wnioskował o karę śmierci dla domniemanego mordercy staruszki... oto przybywa... YES! UDAŁO SIĘ! mimo braku przekonywających dowodów muzyk jazzowy Valorin został skazany na szubienicę, poleci głowa! dzieci skaczą w łóżeczkach z radości (synek myślał naiwnie, że tatuś mu dosłownie przyniesie głowę skazanego), kobiety tańczą... przed prokuratorem rysuje się piękna kariera zawodowa!
Niestety wieczór przerywa ukazanie się samego mordercy. Oto samochód, którym był wieziony z sądu miał wypadek i Valorin skorzystał z okazji, by zbiec. Co gorsza, widzi przed sobą kobietę, na której oświadczeniu opierał swą obronę: w wieczór zbrodni był w hotelu z nieznajomą. Niestety nieznajoma owa nie zgłosiła się do sądu, mimo że sprawa była naturalnie nagłośniona w mediach. Ta kobieta to żona innego prokuratora, a jednocześnie kochanka Maillarda. Co teraz? Valorin chce wszystko ujawnić, Maillard nie chce, by wyszedł na jaw jego romans, a sama Roberte boi się konsekwencji, gdy dowie się mąż i opinia publiczna. Dochodzą do wniosku, że jedynym wyjściem z sytuacji jest szukanie prawdziwego mordercy, a tymczasem Valorin będzie się ukrywać. Zbrodniarza udaje się wykryć już po kilku dniach, ale Valorin ma wątpliwości, czy nieszczęsny Arab Gozzo nie został po prostu zmuszony do złożenia zeznań. Muzykowi nie chodzi wyłącznie o uratowanie własnej głowy kosztem innego niewinnego, chce by SPRAWIEDLIWOŚĆ zatriumfowała. Czy to jednak możliwe, gdy jej przedstawiciele to krętacze, oszuści i sami prawie mordercy?
Początek:
i koniec:
Wyd. Bernard Grasset Paris 1971, 175 stron
Seria: Le livre de poche n.180
Z własnej półki (kupione 6 października 1981 roku w nieistniejącym już antykwariacie przy ul. Sławkowskiej za 40 zł)
Przeczytałam 27 lipca 2014 roku
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ film radziecki KAKOJE ONO, MORIE?/ Tytuł polski: Gwiazdy w morzu (Какое оно, море?), reż. Eduard Boczarow, 1964
Piąty film z udziałem Stanisława Lubszina, ale przede wszystkim z Wasilijem Szukszynem i lidią Fiedosiejewą-Szukszyną - ich pierwszy wspólny film.
Jest na YT w całości:
Ekranizacja powieści Nikołaja Dubowa Chłopiec nad morzem. Sześcioletni Saszka wypływa na połów z rybakami i zakochuje się w morskiej romantyce. Dojrzewa na oczach rybaków, a ci uznają go za swojego.
2/ kolejny film kanadyjski WYŚNIONE MIŁOŚCI (Les Amours imaginaires), reż. Xavier Dolan, 2010
Na YT w całości z hiszpańskimi napisami:
"Wyśnione miłości" to pełna energii i emocji opowieść o przyjaźni i miłości, rywalizacji i zdradzie. Bohaterowie, Francis i Marie, są dobrymi przyjaciółmi. Pewnej szalonej nocy spotykają Nicolasa, młodego chłopaka, który właśnie przyjechał do Montrealu. Od spotkania do spotkania, od jednej wspólnie spędzonej chwili do drugiej Francis i Marie staja się coraz bardziej zafascynowani nowym znajomym. Wkrótce zorientują się, że ich obsesja na jego punkcie zmienia się w miłosny pojedynek. Rywalizacja o względy i uczucia Nicolasa zagrozi ich przyjaźni, która jeszcze niedawno wydawała się niezniszczalna.
3/ film czeski JEST PANI WDOWĄ! (Pane, vy jste vdova!), reż. Michael Carnes, Václav Vorlíček, 1970
Na YT całość (pokawałkowana) w oryginale:
Rzecz dzieje się w nieokreślonej przyszłości w pewnym fikcyjnym, europejskim państwie. Podczas parady wojskowej przydarza się pewien godny politowania wypadek, który skłania króla Rozebunda V (Jiří Sovák) do podjęcia kontrowersyjnej decyzji o rozwiązaniu armii. Aby uniknąć wszelkich możliwych komplikacji, prosi nadwornego astrologa Stuarta Hamplea (Jiří Hrzán) o przygotowanie horoskopu. Gwiazdy mówią jednak, że na króla szykowany jest zamach. A gwiazdy nie kłamią. Dowódcy armii faktycznie mieli w planach morderstwo króla, ale w tej sytuacji muszą najpierw zająć się likwidacją astrologa.
4/ film japoński GETTING ANY? /Polski tytuł z Filmwebu: Czy wreszcie coś osiągniesz? (Minnâ-yatteruka!), reż. Takeshi Kitano, 1995
Na YT trailer:
Asao to marzyciel, który ma wyjątkowe marzenie. Marzy o tym aby mieć dziki i namiętny seks z piękną dziewczyną w samochodzie. Jako, że nie ma ani dziewczyny ani samochodu wyrusza na poszukiwania pełne przygód by jego marzenia mogły się spełnić. W trakcie przygód nie zawaha się przed niczym nawet przed napadem na bank, zagraniem Zatoichiego w filmie czy sprzedażą organów swojego pradziadka...
Jak to się stało, że akurat teraz to przeczytałam? Stanęłam na chwilę obok półki z francuską literaturą:
Przypomniało mi się, że dawno już nic po francusku nie czytałam, a Simenon na razie poszedł w odstawkę. I tak wybór padł akurat na to.
Niewiarygodnie zakurzone te rzędy książek, a stojące w regałach naprzeciwko wcale. To wina rury od centralnego ogrzewania, która przechodzi przez regalik przy oknie. Regalik ten jest pendant do pokazywanego niedawno drugiego, stojącego po lewej stronie okna. Ten dzisiejszy jednak powstał wcześniej.
To cała historia. Niegdyś w pokoiku z "żółtym" oknem mieściła się sypialnia (stanęła tam tylko stara wersalka, zabrana z domu rodziców po ślubie plus składana półka-regalik na podręczne książki i lampkę nocną oraz wiszące na ścianie półki na kwiaty doniczkowe, których było w domu mnóstwo, Ślubny miał - jak to mówią Włosi - zielony kciuk). Do sypialni wejście było z korytarza, a naprzeciwko niego wejście do "dużego" pokoju. Korytarz kończył się wnęką, która miała zostać zagospodarowana szafą od podłogi do sufitu.
Nie zdążyła. Śmy się rozwiedli. Wtedy zmieniłam koncepcję i zlikwidowałam malutką sypialnię, burząc wzniesione wcześniej ściany. Korytarz zniknął,a w miejscu szafy powstały... no oczywiście, że półki na książki, tyle że ja czując jakby podskórnie, że co za dużo to niezdrowo postanowiłam je przysłonić żaluzją. Że niby są, ale ich nie ma. Obok powstał mały otwarty regalik. I tak oto.
Wracajmy jednak do dzisiejszego bohatera.
Marcel Aymé był dla mnie do tej pory autorem jednej książki. Jeszcze w szkole będąc przeczytałam Przechodzimura i zachwyciłam się.
Zmusiłam nawet brata do przeczytania i do dziś funkcjonuje u nas taki cytat:
Garu garu strach z browaru
zgniecie i zmiecie wszystko na śmiecie.
To właśnie stamtąd.
Tak że gdy później, już w krakowskich czasach, zobaczyłam w antykwariacie zarówno tegoż Przechodzimura w oryginale, jak i Zieloną kobyłę, musiałam nabyć.
Ale jakoś nie przeczytałam. Co tam, najważniejsze to mieć, lektura przyjdzie z czasem.
No i kupiłam też dramat La Tête des autres, grany we Francji do tej pory. Aymé był bardzo popularnym dostawcą sztuk teatralnych i scenariuszy filmowych, aczkolwiek o zmiennym szczęściu, jeśli chodzi o krytykę. A to go oskarżano o lewicowość, a to o prawicową anarchię, zwłaszcza że do końca bronił skazanego w 1945 roku na rozstrzelanie Roberta Brasillacha, pisarza, ale przede wszystkim zaangażowanego faszysty. I właśnie protestem przeciwko karze śmierci jest sztuka La Tête des autres.
Okazało się, że już kiedyś zaczęłam ją czytać - pewnie zaraz po zakupie. Wpisywałam ołóweczkiem znaczenie nieznanych słówek, a z pewnych pytajników wnioskuję, żem musiała być jeszcze młoda i nie kojarzyć pewnych rzeczy, patrzcie na przykład tutaj:
Nie znalazłam w słowniku i nie wiedziałam, o co chodzi, nie domyśliłam się, że o koktajl po prostu, zapisany niby po francusku :) Dopiero później dała mi szkołę pod tym względem Zazie dans le métro Queneau.
W każdym razie dojechałam z notatkami do 45 strony, potem albo mi się znudziło albo może nawet przeczytałam sztukę do końca, tylko już nie bawiłam się w wyszukiwanie słówek. Pod tym względem zawsze byłam ułomna: zaczynałam pełna dobrych chęci i szybko mi się odechciewało grzebać w słowniku, temperować ołówek.
W niedzielne lipcowe popołudnie, gdy upał spalał wszystko na zewnątrz, a w domku panował przyjemny chłodek (parter, proszpaństwa, parter, słońce tu zagląda tyle co nic) udało się tym razem przeczytać całość. Właściwie lubię czytać teksty sztuk teatralnych - sama nie wiem, czemu tak rzadko to robię - lubię sobie przy tym wyobrażać główne postaci, ich wygląd, sposób mówienia, ubranie. Pytanie, czy lubię potem konfrontować to z prawdziwym spektaklem :) Ale od tak dawna nie chodzę do teatru... migrenicy muszą prowadzić regularny tryb życia, żadnych odchyleń od normy, żadnych późnych powrotów do domu, żadnych wzruszeń przede wszystkim! Teraz czytam Pana Prousta Céleste Albaret i tak sobie porównuję sposób życia jej bohatera ze swoim... on je podporządkował chorobie i ja na swój sposób (mizerny, bo wszak zarabiać na życie muszę) też moje podporządkowuję chorobie.
Znowu się rozgadałam.
To teraz szybciutko.
A więc przedstawiciel prawa - prokurator Maillard. Akcja toczy się w tajemniczej Połdawii, żeby francuscy magistrats się nie przyczepili, że ich znieważono. Jest wieczór, w domu oczekuje go żona, dzieci co prawda położyła spać, ale dopytują się one co chwilę, czy tatuś już wrócił, wpadają też przyjaciele, wszyscy w niepokoju, czy sprawa się powiodła. Kochający mąż i ojciec wnioskował o karę śmierci dla domniemanego mordercy staruszki... oto przybywa... YES! UDAŁO SIĘ! mimo braku przekonywających dowodów muzyk jazzowy Valorin został skazany na szubienicę, poleci głowa! dzieci skaczą w łóżeczkach z radości (synek myślał naiwnie, że tatuś mu dosłownie przyniesie głowę skazanego), kobiety tańczą... przed prokuratorem rysuje się piękna kariera zawodowa!
Niestety wieczór przerywa ukazanie się samego mordercy. Oto samochód, którym był wieziony z sądu miał wypadek i Valorin skorzystał z okazji, by zbiec. Co gorsza, widzi przed sobą kobietę, na której oświadczeniu opierał swą obronę: w wieczór zbrodni był w hotelu z nieznajomą. Niestety nieznajoma owa nie zgłosiła się do sądu, mimo że sprawa była naturalnie nagłośniona w mediach. Ta kobieta to żona innego prokuratora, a jednocześnie kochanka Maillarda. Co teraz? Valorin chce wszystko ujawnić, Maillard nie chce, by wyszedł na jaw jego romans, a sama Roberte boi się konsekwencji, gdy dowie się mąż i opinia publiczna. Dochodzą do wniosku, że jedynym wyjściem z sytuacji jest szukanie prawdziwego mordercy, a tymczasem Valorin będzie się ukrywać. Zbrodniarza udaje się wykryć już po kilku dniach, ale Valorin ma wątpliwości, czy nieszczęsny Arab Gozzo nie został po prostu zmuszony do złożenia zeznań. Muzykowi nie chodzi wyłącznie o uratowanie własnej głowy kosztem innego niewinnego, chce by SPRAWIEDLIWOŚĆ zatriumfowała. Czy to jednak możliwe, gdy jej przedstawiciele to krętacze, oszuści i sami prawie mordercy?
Początek:
i koniec:
Wyd. Bernard Grasset Paris 1971, 175 stron
Seria: Le livre de poche n.180
Z własnej półki (kupione 6 października 1981 roku w nieistniejącym już antykwariacie przy ul. Sławkowskiej za 40 zł)
Przeczytałam 27 lipca 2014 roku
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ film radziecki KAKOJE ONO, MORIE?/ Tytuł polski: Gwiazdy w morzu (Какое оно, море?), reż. Eduard Boczarow, 1964
Piąty film z udziałem Stanisława Lubszina, ale przede wszystkim z Wasilijem Szukszynem i lidią Fiedosiejewą-Szukszyną - ich pierwszy wspólny film.
Jest na YT w całości:
Ekranizacja powieści Nikołaja Dubowa Chłopiec nad morzem. Sześcioletni Saszka wypływa na połów z rybakami i zakochuje się w morskiej romantyce. Dojrzewa na oczach rybaków, a ci uznają go za swojego.
2/ kolejny film kanadyjski WYŚNIONE MIŁOŚCI (Les Amours imaginaires), reż. Xavier Dolan, 2010
Na YT w całości z hiszpańskimi napisami:
"Wyśnione miłości" to pełna energii i emocji opowieść o przyjaźni i miłości, rywalizacji i zdradzie. Bohaterowie, Francis i Marie, są dobrymi przyjaciółmi. Pewnej szalonej nocy spotykają Nicolasa, młodego chłopaka, który właśnie przyjechał do Montrealu. Od spotkania do spotkania, od jednej wspólnie spędzonej chwili do drugiej Francis i Marie staja się coraz bardziej zafascynowani nowym znajomym. Wkrótce zorientują się, że ich obsesja na jego punkcie zmienia się w miłosny pojedynek. Rywalizacja o względy i uczucia Nicolasa zagrozi ich przyjaźni, która jeszcze niedawno wydawała się niezniszczalna.
3/ film czeski JEST PANI WDOWĄ! (Pane, vy jste vdova!), reż. Michael Carnes, Václav Vorlíček, 1970
Na YT całość (pokawałkowana) w oryginale:
Rzecz dzieje się w nieokreślonej przyszłości w pewnym fikcyjnym, europejskim państwie. Podczas parady wojskowej przydarza się pewien godny politowania wypadek, który skłania króla Rozebunda V (Jiří Sovák) do podjęcia kontrowersyjnej decyzji o rozwiązaniu armii. Aby uniknąć wszelkich możliwych komplikacji, prosi nadwornego astrologa Stuarta Hamplea (Jiří Hrzán) o przygotowanie horoskopu. Gwiazdy mówią jednak, że na króla szykowany jest zamach. A gwiazdy nie kłamią. Dowódcy armii faktycznie mieli w planach morderstwo króla, ale w tej sytuacji muszą najpierw zająć się likwidacją astrologa.
4/ film japoński GETTING ANY? /Polski tytuł z Filmwebu: Czy wreszcie coś osiągniesz? (Minnâ-yatteruka!), reż. Takeshi Kitano, 1995
Na YT trailer:
Asao to marzyciel, który ma wyjątkowe marzenie. Marzy o tym aby mieć dziki i namiętny seks z piękną dziewczyną w samochodzie. Jako, że nie ma ani dziewczyny ani samochodu wyrusza na poszukiwania pełne przygód by jego marzenia mogły się spełnić. W trakcie przygód nie zawaha się przed niczym nawet przed napadem na bank, zagraniem Zatoichiego w filmie czy sprzedażą organów swojego pradziadka...
niedziela, 27 lipca 2014
Juz. Aleszkowski - Kysz i ja na Krymie
Popatrzcie tylko, jaka wesoła, radosna, wakacyjna okładka! No mogłam nie wziąć? Gdy w dodatku cena wynosiła tylko 4 zł? Przeglądanie zasobów allegrowych sprzedawców popłaca (choć czasem skutkuje rujnacją kieszeni).
Książki w każdym razie przybyły, zostały (prowizorycznie) rozstawione na półkach - według wzrostu, takie jest aktualne kryterium, te pozostałe półki pod sufitem są najniższe - Kysz stanął obok Czukowskiego:
Tradycyjnie na "ostatnim" (tym, co ma mi wystarczyć do końca życia) regale:
Ale ale. Tak sobie siedzę w kuchni w niedzielny poranek i myślę (wiem wiem, nie powinnam). Mam tu taki ślepy kąt. Stoją sobie trzy regały, a koło nich, pod kątem prostym, przy ścianie okiennej, biurko. To znaczy komódki nakryte blatem. Blat obchodził już swoje dwudziestopięciolecie, a że jest biały i dziecko przy nim lubiło urzędować, odkąd w domu jest komputer, na swoje lata wygląda. Blat sięga do samej ściany czyli na głębokość regału zwisa sobie swym końcem w powietrzu.
No ewidentnie marnuje się 60 cm ściany, prawda? Wygląda na to, że w dość nieodległej przyszłości wykonam telefon do Pana Stolarza, coby mi zmajstrował regalik w to miejsce (do wysokości blatu schowek otwierany od góry, a wyżej półki) oraz nowy, krótszy blat. Zawsze to 6 nowych półek czyli 3,5 metra bieżącego książek. Prawda, że dobrze myślę?
A tymczasem, zaraz po rozpoczęciu urlopu (to już w piątek), zlikwiduję te hałdy górnicze na biurku, jak bumcykcyk. One same rosną.
Czy wspominałam, jakie mam plany urlopowe? Widać mi mało zeszłorocznego remontu łazienki... Dostałam od koleżanki namiary na malarza (z którego koleżanka była zadowolona, a to już coś) i będę się z nim umawiać na malowanie kuchni - przed wizytą Psiapsióły z Daleka - a po wizycie, jednego pokoju. Na tym skończę, bo co za dużo, to niezdrowo, mówi zawsze moja Mum. Chciałam przy okazji zmienić coś w kuchni - a konkretnie zbić kafelki (zwane w Krakowie flizami) i rzucić coś na tę ścianę (bez górnych szafek), ale po przejrzeniu czasopism wnętrzarskich, których tyle ostatnio przeczytałam - nie mam pomysłu. Panuje obecnie trend, żeby między szafkami dolnymi a górnymi dawać wielkie zdjęcie na przykład powiększonych owoców czy warzyw czy kwiatów i to przykryć szkłem. No ale nie widzi mi się to. Strasznie jakieś agresywne. Po miesiącu miałabym serdecznie dosyć. Potem wymyśliłam, żeby dać na tę ścianę - lustra. Tak mi to powiększy wnętrze. Ale naczytałam się komentarzy pod jakimś artykułem w necie, gdzie u kobitki było duże lustro w tym miejscu - wszyscy zjechali pomysł z góry na dół, że widocznie ona nic nie gotuje. No, jeśli bym miała spędzać wolny czas z Ajaxem w lewej ręce, a ścierką w prawej - to podziękowawszy. Dodam, że wyciągu nie mam i nie zamierzam mieć.
Więc chyba skończy się jedynie na odświeżeniu ścian, a płytki zostaną na swoim miejscu. Za to córka chce ciemnobrązową ścianę w pokoju za kanapą i pewnie dostanie. I tak sobie pięknie spędzę urlop. Tak że jak czytam o zagranicznych włajażach, to - trochę zazdroszczę, ale wiem, żem za leniwa już. Chciałabym mieć komfortowe warunki (nie mam tu na myśli hotelu z basenem w Egipcie, raczej osobistego szofera), a z kolei czysto krakowski wąż w kieszeni mówi STARA, TY MYŚL O EMERYTURZE. Co prawda szef mnie ostatnio zawołał i poinformował, że ma dla mnie dobre wieści: koleżanka z pracy (ta, u której mieszkałam podczas remontu) za dwa lata odchodzi na emeryturę i możliwe jest, że wskoczę na jej miejsce. NA ETAT, rozumiecie! Z całym dobrodziejstwem inwentarza, z porządną pensją, odpowiednimi składkami ZUS-owskimi, płatnym urlopem, płatnym chorobowym itd. Marzenie!
No ale to ciągle jednak na dwoje babka wróżyła. Bo do tej pory mówiło się, że pewnie po jej odejściu etat zlikwidują. Teraz niby mówią inaczej, ale różnie to może być. Człek jednak jest słaby (na umyśle) i zaraz zaczyna marzyć i planować różne gruszki na wierzbie, już mi wyszło, że przez dziesięć lat na tym etacie spokojnie bym odłożyła na starość 200 tysiaków :) Ale ja już tak mam, lubię sobie pogdybać, dzieckiem będąc ulubionym zajęciem było rozrysowywanie domu, który będę posiadać, jak już dorosnę :)
No, ale my tu gadu gadu przy niedzielnej kawce, a Kysz czeka. I przebiera łapami. Co prawda, nie cierpi już od krymskiego słońca, bo jego młody właściciel Alosza zrobił go (za pomocą nożyczek Anfisy Nikołajewny, ich gospodyni na prywatnej kwaterze) na małego lewka - zostawił mu tylko grzywę na głowie, a resztę wystrzygł. Tak się bowiem złożyło, że tata Aloszy, konstruktor Sierogłazow, dostał skierowanie do sanatorium na Krymie i oczywiście postanowił zabrać rodzinę ze sobą, ale ani żona ani syn ani tym bardziej pies Kysz nie mogli zamieszkać w sanatorium, więc niby są razem, ale trochę oddzielnie :) W dodatku sanatorium zawiaduje jak despota stary Korniej Wikientycz, który przywraca pacjentom ich mięśnie zanikłe od nadmiaru pracy umysłowej za pomocą forsownych ćwiczeń, zajmujących praktycznie cały dzień. Toteż Alosza z mamą będą musieli na własną rękę zagospodarować czas. Problemu z tym jednak nie będzie, bo oto cała masa wydarzeń zmusza do interwencji: na posesję Anfisy Nikołajewny ktoś zakrada się nocą i kradnie ogórki, a nawet sweter taty powieszony na sznurku w ogrodzie, Kysz mało nie topi się w morzu, pseudoturyści dewastują piękną krymską przyrodę, uwieczniając swe nazwiska na skałach i pomnikach, w parku przechadza się nocą Puszkin, tata prosi o pomoc w oszukaniu "samochodu czasu", jacyś beatnicy planują ukraść i usmażyć pięknego jesiotra z parkowej sadzawki... nie wiadomo, w co najpierw ręce włożyć. A jeszcze trzeba wreszcie nauczyć się pływać! Wakacje na Krymie na pewno będą niezapomniane.
Juz Aleszkowski - można o nim poczytać na rosyjskiej Wikipedii - to pisarz, bard i poeta - żyjący! Odbywając służbę wojskową w marynarce dostał cztery lata łagru za naruszenie dyscypliny. Po publikacji swoich pieśni (z których najbardziej znana jest Pieśń o Stalinie) musiał w 1979 roku emigrować i mieszka obecnie w USA.
Товарищ Сталин, вы большой учёный —
В языкознанье знаете вы толк,
А я простой советский заключённый,
И мне товарищ — серый брянский волк.
Napisał jeszcze jedną powieść o wcześniejszych przygodach Krysza i jego właściciela (Кыш, Двапортфеля и целая неделя), która została zekranizowana, chyba sobie ją dzisiaj obejrzę :)
Książkę można przeczytać w oryginale tutaj.
Ilustracje Hanny Czajkowskiej:
Początek:
i koniec:
Wyd. Nasza Księgarnia Warszawa 1978, wyd.I, 246 stron
Tytuł oryginalny: Kysz i ja w Krymu /Кыш и я в Крыму
Przełożyła: Katarzyna Wiewióra
Z własnej półki (kupione 23 lipca 2014 roku za 4 zł na allegro)
Przeczytałam 26 lipca 2014 roku
Książki w każdym razie przybyły, zostały (prowizorycznie) rozstawione na półkach - według wzrostu, takie jest aktualne kryterium, te pozostałe półki pod sufitem są najniższe - Kysz stanął obok Czukowskiego:
Tradycyjnie na "ostatnim" (tym, co ma mi wystarczyć do końca życia) regale:
Ale ale. Tak sobie siedzę w kuchni w niedzielny poranek i myślę (wiem wiem, nie powinnam). Mam tu taki ślepy kąt. Stoją sobie trzy regały, a koło nich, pod kątem prostym, przy ścianie okiennej, biurko. To znaczy komódki nakryte blatem. Blat obchodził już swoje dwudziestopięciolecie, a że jest biały i dziecko przy nim lubiło urzędować, odkąd w domu jest komputer, na swoje lata wygląda. Blat sięga do samej ściany czyli na głębokość regału zwisa sobie swym końcem w powietrzu.
No ewidentnie marnuje się 60 cm ściany, prawda? Wygląda na to, że w dość nieodległej przyszłości wykonam telefon do Pana Stolarza, coby mi zmajstrował regalik w to miejsce (do wysokości blatu schowek otwierany od góry, a wyżej półki) oraz nowy, krótszy blat. Zawsze to 6 nowych półek czyli 3,5 metra bieżącego książek. Prawda, że dobrze myślę?
A tymczasem, zaraz po rozpoczęciu urlopu (to już w piątek), zlikwiduję te hałdy górnicze na biurku, jak bumcykcyk. One same rosną.
Czy wspominałam, jakie mam plany urlopowe? Widać mi mało zeszłorocznego remontu łazienki... Dostałam od koleżanki namiary na malarza (z którego koleżanka była zadowolona, a to już coś) i będę się z nim umawiać na malowanie kuchni - przed wizytą Psiapsióły z Daleka - a po wizycie, jednego pokoju. Na tym skończę, bo co za dużo, to niezdrowo, mówi zawsze moja Mum. Chciałam przy okazji zmienić coś w kuchni - a konkretnie zbić kafelki (zwane w Krakowie flizami) i rzucić coś na tę ścianę (bez górnych szafek), ale po przejrzeniu czasopism wnętrzarskich, których tyle ostatnio przeczytałam - nie mam pomysłu. Panuje obecnie trend, żeby między szafkami dolnymi a górnymi dawać wielkie zdjęcie na przykład powiększonych owoców czy warzyw czy kwiatów i to przykryć szkłem. No ale nie widzi mi się to. Strasznie jakieś agresywne. Po miesiącu miałabym serdecznie dosyć. Potem wymyśliłam, żeby dać na tę ścianę - lustra. Tak mi to powiększy wnętrze. Ale naczytałam się komentarzy pod jakimś artykułem w necie, gdzie u kobitki było duże lustro w tym miejscu - wszyscy zjechali pomysł z góry na dół, że widocznie ona nic nie gotuje. No, jeśli bym miała spędzać wolny czas z Ajaxem w lewej ręce, a ścierką w prawej - to podziękowawszy. Dodam, że wyciągu nie mam i nie zamierzam mieć.
Więc chyba skończy się jedynie na odświeżeniu ścian, a płytki zostaną na swoim miejscu. Za to córka chce ciemnobrązową ścianę w pokoju za kanapą i pewnie dostanie. I tak sobie pięknie spędzę urlop. Tak że jak czytam o zagranicznych włajażach, to - trochę zazdroszczę, ale wiem, żem za leniwa już. Chciałabym mieć komfortowe warunki (nie mam tu na myśli hotelu z basenem w Egipcie, raczej osobistego szofera), a z kolei czysto krakowski wąż w kieszeni mówi STARA, TY MYŚL O EMERYTURZE. Co prawda szef mnie ostatnio zawołał i poinformował, że ma dla mnie dobre wieści: koleżanka z pracy (ta, u której mieszkałam podczas remontu) za dwa lata odchodzi na emeryturę i możliwe jest, że wskoczę na jej miejsce. NA ETAT, rozumiecie! Z całym dobrodziejstwem inwentarza, z porządną pensją, odpowiednimi składkami ZUS-owskimi, płatnym urlopem, płatnym chorobowym itd. Marzenie!
No ale to ciągle jednak na dwoje babka wróżyła. Bo do tej pory mówiło się, że pewnie po jej odejściu etat zlikwidują. Teraz niby mówią inaczej, ale różnie to może być. Człek jednak jest słaby (na umyśle) i zaraz zaczyna marzyć i planować różne gruszki na wierzbie, już mi wyszło, że przez dziesięć lat na tym etacie spokojnie bym odłożyła na starość 200 tysiaków :) Ale ja już tak mam, lubię sobie pogdybać, dzieckiem będąc ulubionym zajęciem było rozrysowywanie domu, który będę posiadać, jak już dorosnę :)
No, ale my tu gadu gadu przy niedzielnej kawce, a Kysz czeka. I przebiera łapami. Co prawda, nie cierpi już od krymskiego słońca, bo jego młody właściciel Alosza zrobił go (za pomocą nożyczek Anfisy Nikołajewny, ich gospodyni na prywatnej kwaterze) na małego lewka - zostawił mu tylko grzywę na głowie, a resztę wystrzygł. Tak się bowiem złożyło, że tata Aloszy, konstruktor Sierogłazow, dostał skierowanie do sanatorium na Krymie i oczywiście postanowił zabrać rodzinę ze sobą, ale ani żona ani syn ani tym bardziej pies Kysz nie mogli zamieszkać w sanatorium, więc niby są razem, ale trochę oddzielnie :) W dodatku sanatorium zawiaduje jak despota stary Korniej Wikientycz, który przywraca pacjentom ich mięśnie zanikłe od nadmiaru pracy umysłowej za pomocą forsownych ćwiczeń, zajmujących praktycznie cały dzień. Toteż Alosza z mamą będą musieli na własną rękę zagospodarować czas. Problemu z tym jednak nie będzie, bo oto cała masa wydarzeń zmusza do interwencji: na posesję Anfisy Nikołajewny ktoś zakrada się nocą i kradnie ogórki, a nawet sweter taty powieszony na sznurku w ogrodzie, Kysz mało nie topi się w morzu, pseudoturyści dewastują piękną krymską przyrodę, uwieczniając swe nazwiska na skałach i pomnikach, w parku przechadza się nocą Puszkin, tata prosi o pomoc w oszukaniu "samochodu czasu", jacyś beatnicy planują ukraść i usmażyć pięknego jesiotra z parkowej sadzawki... nie wiadomo, w co najpierw ręce włożyć. A jeszcze trzeba wreszcie nauczyć się pływać! Wakacje na Krymie na pewno będą niezapomniane.
Juz Aleszkowski - można o nim poczytać na rosyjskiej Wikipedii - to pisarz, bard i poeta - żyjący! Odbywając służbę wojskową w marynarce dostał cztery lata łagru za naruszenie dyscypliny. Po publikacji swoich pieśni (z których najbardziej znana jest Pieśń o Stalinie) musiał w 1979 roku emigrować i mieszka obecnie w USA.
Товарищ Сталин, вы большой учёный —
В языкознанье знаете вы толк,
А я простой советский заключённый,
И мне товарищ — серый брянский волк.
Napisał jeszcze jedną powieść o wcześniejszych przygodach Krysza i jego właściciela (Кыш, Двапортфеля и целая неделя), która została zekranizowana, chyba sobie ją dzisiaj obejrzę :)
Książkę można przeczytać w oryginale tutaj.
Ilustracje Hanny Czajkowskiej:
Początek:
i koniec:
Wyd. Nasza Księgarnia Warszawa 1978, wyd.I, 246 stron
Tytuł oryginalny: Kysz i ja w Krymu /Кыш и я в Крыму
Przełożyła: Katarzyna Wiewióra
Z własnej półki (kupione 23 lipca 2014 roku za 4 zł na allegro)
Przeczytałam 26 lipca 2014 roku
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















































