piątek, 24 stycznia 2014

Donát Šajner - Gałąź dobra

Przeczytawszy we wstępie (napisanym przez Krzysztofa Węgierskiego, w jak najlepszym socjalistycznym stylu), że pisarz czeski Donat Šajner urodził się 24 stycznia 1914 roku postanowiłam uczcić tę rocznicę przeczytaniem jego powieści właśnie w tym dniu. W tym celu musiałam raptownie przerwać lekturę na przedostatniej stronie w czwartkowy wieczór, by zostawić końcówkę na dziś - 24 stycznia - do porannego tramwaju :) a przecież chciałam wiedzieć, jak się skończyło, przedostatnia strona to naprawdę najgorszy moment na przerwanie czytania! No ale co się nie robi dla efektu :)

A więc, proszpaństwa, w stulecie urodzin oto Donát Šajner:
Wikipedia nie jest zbyt wymowna, jeśli chodzi o tego autora, nawet ta rodzima, czeska. Więcej mówi Slovnik ceske literatury, który podaje, że:
Vlastním jménem Jaroslav Šajner, Donát bylo křestní jméno otce. Syn Pavel Šajner (* 1949) je filmový scenárista a televizní dramaturg, autor rozhlasových her a písňových textů. – Šajnerovi rodiče zemřeli za první světové války (otec 1918 na jižní frontě), vychovávala ho babička; soběslavskou měšťanskou školu musel opustit po třetí třídě 1928. Živil se nádenickou prací, později se vyučil prodavačem textilu. 1936–1939 sloužil v armádě (Šumperk, Zábřeh na Moravě). Tehdy se seznámil s Bedřichem Václavkem, s nímž literárně spolupracoval i za okupace. 1940 získal v Praze, kam se po vojně přestěhoval, místo redaktora Evropského literárního klubu (ELK); od 1943 toto nakladatelství vedl. 1947 a znovu 1949, již po začlenění ELK do vznikajícího nakladatelství Československý spisovatel, redigoval klubový časopis Ruch. 1950–1951 byl šéfredaktorem měsíčníku téhož nakladatelství Literární noviny. 1951 dostal stipendium ministerstva zemědělství a žil jako volný spisovatel ve vsi Roudná poblíž Soběslavi. 1955–1956 byl zaměstnán na ministerstvu vnitra jako kulturní referent Pohraniční stráže. Od 1957 byl redaktorem a od 1971 vedoucím literárně dramatické redakce Československého rozhlasu. Na konci téhož roku se stal tajemníkem přípravného výboru nově ustanovovaného Svazu českých spisovatelů, až po odchod do důchodu (1982) pak působil jako jeho vedoucí tajemník.
Plus minus rozumiemy, prawda? Ja jestem w lepszej sytuacji, bo mam książkę z biograficznym wstępem... ale z ciekawości posłużyłam się google translatorem i dzięki temu dowiedziałam się, kto to tajemník. Wiecie? Sekretarz! Całkiem słusznie, sekretarz na pewno dysponuje wieloma tajemnicami :)
Jednak zdanie na temat samej powieści googlowski tłumacz rozebrał w sposób nie do przyjęcia :)
Oryginał:
Zájem o extrémní, naturalistický povahopis charakterizuje opět román Větev dobra, který je oproti autorovým starším prózám jednoznačný ve fabulačním řešení i v rozvržení postav, podřízeném mravně výchovnému poslání.
Tłumaczenie:
Odsetki w ekstremalnych naturalistycznych povahopis ponownie charakteryzuje nową gałąź, która jest dobra w porównaniu do prozy starszego autora jasnego w roztworze fabulačním i układ figur, dziecko misji moralnie edukacyjny.
Cóż począć :) widać trzeba będzie coś samej napisać...

Gałąź dobra to walka Dobra i Zła. Tak można to ująć w największym skrócie. Zło reprezentuje główny bohater Sztira, potentat w miasteczku, właściciel wszystkich stawów rybnych w okolicy i najpiękniejszej willi. Cóż, kiedy to człek niespełniony, żyje napędzany nienawiścią do wszystkich i wszystkiego. Po pewnym czasie dowiadujemy się, że jest w jego życiu tajemnica - miał kiedyś krótki romans z zamężną siostrą swej żony, która wkrótce potem zmarła, zostawiając syna Andrzeja. Ta szwagierka była jedyną miłością jego życia, mogła stać się też jedynym sensem jego istnienia, gdyby tak wcześnie nie odeszła. Został mu po niej medalion ze zdjęciem i ten mały Andrzej, którego wziął na wychowanie. W domu jest też jego bratanek Emil, traktowany jak piąte koło u wozu, a jednocześnie wykorzystywany w pracy na gospodarstwie. Emil - jako wcielone Dobro - świata nie widzi poza wujem Sztirą, to jego idol i ideał, naśladuje go w zapamiętaniu w pracy, jego marzeniem jest być godnym pomocnikiem, a z czasem następcą wuja. Następcą jedynie w ciężkiej pracy przy stawach - nie jako właściciela majątku. Na tego jest przewidziany Andrzej, oczko w głowie Sztiry, przeznaczony na nauczyciela i spadkobiercę majątku. Sztira, zaślepiony w swej miłości do syna ukochanej, chce zapewnić mu dostatnią przyszłość, obiecuje załatwić posadę w szkole w Pradze, odpowiednie mieszkanie i wyposażenie. Żona Sztiry płacze po kątach, że wszystko ma przypaść Andrzejowi, a nic dla Emila, ale niewiele może zrobić - z jej zdaniem Sztira w ogóle się nie liczy.

Powieść wywołała we mnie wrażenie klaustrofobii: wszystko rozgrywa się w ciasnym kręgu domowników Sztiry, znoszących jego tyranię bez słowa skargi (na cóż by się zresztą te skargi zdały, skoro nie mają prawa głosu) i chociaż co chwilę przenosimy się również nad te stawy, którymi żyją Sztira i Emil, a więc w teorii możemy zaczerpnąć haust świeżego powietrza - to jednak duszna atmosfera dramatu człowieka i dramatu rodziny wisi nad czytelnikiem niczym zmora. Piszę o dramacie człowieka, bowiem Sztiry - mimo sposobu przedstawienia go jako tyrana i złośnika, prymitywa w gruncie rzeczy - jest po ludzku, po człowieczemu żal. Cóż on winien, że nie umiał w życiu odnaleźć sensu po stracie ukochanej kobiety? Że miota się jak oszalały, kipiąc nienawiścią do wszystkich naokoło? Bo przecież może ci wszyscy, choć biedniejsi od niego, mają coś, czego jemu odmówiono: miłość, zrozumienie, szacunek, przyjaźń. Sztira cierpi na swoisty Weltschmerz.
Naraz wszystko, o co się starał przez całe życie i o co nieustannie zabiegał stało się niepotrzebne i bez sensu. Chodził i starał się znaleźć odpowiedź na dwa pytania, niemalże najprostsze: Po co? i Dlaczego?... Lecz odpowiedzieć na to nie miał ani on, ani też milcząca, zamknięta w sobie ziemia z wypryskami stawów, ani nawet wiatr, który z różnych stron świata różne wieści znosi. Zewsząd padało: Po co? i Dlaczego?... Znikąd nie było na nie odpowiedzi. Ileż to dni, a nawet i nocy, zadręczał się myślą: po co żyje? Odpowiedź była jedna i ta sama: Bezgraniczne poczucie krzywdy i to, że jest skazany na cierpienie. Co ja mam w końcu z tego życia? Nigdy bym nie przypuszczał, że tak się ułoży.



Zdjęcie pisarza w berecie sympatyczniejsze:

Zrobiłam przegląd okładek Šajnera w internecie i najbardziej spodobała mi się ta:
Za to omawiana powieść miała takie czeskie wydanie:


Początek:
i koniec:

Wyd. Wydawnictwo "Śląsk" Katowice 1979, wyd.I, 207 stron
Tytuł oryginalny: Větev dobra
Tłumaczył: Marek Słowiński
Seria: Biblioteka Pisarzy Czeskich i Słowackich
Z własnej półki
Przeczytałam 24 stycznia 2014

środa, 22 stycznia 2014

Anna Gabryś - Salony krakowskie

Montgomerry z bloga Słowem malowane przypomniałam mi niedawno o Salonach Krakowskich, donosząc triumfalnie, że je właśnie nabyła. Ja Salony kupiłam dawno dawno temu, w księgarni, a więc jako nowość wydawniczą, ale czytałam dotąd jeno wyrywki (na zdjęciu widać wystające różowe karteczki-zakładki), postanowiłam więc kuć żelazo, póki gorące i natychmiast się za nie zabrałam już po bożemu, od początku do końca. Zabrało mi to pół soboty i pół niedzieli, sama się dziwiłam, że aż tyle, bo w końcu książka nie tak gruba, ale jakoś mi powoli szło...

Może ta powolność czytania wynikała z masakrycznej ilości przypisów... Nie lubię, gdy przypisy są z tyłu i trzeba co jakiś czas wertować książkę, a w przypadku Salonów to już była przesada - wyobraźcie sobie, że przypis był co drugie zdanie. A jeśli nie co drugie, to co trzecie. Weźmy dla przykładu pierwszy rozdział czyli Poniedziałek (bowiem książka została podzielona na dni tygodnia, w których różne salony stale przyjmowały gości): liczy on 19 stron - i 65 przypisów! Z jednej strony dobrze, z drugiej źle. Wolałabym, gdyby te przypisy znalazły się u dołu strony i nie trzeba było tak kursować z początku na koniec. Jednocześnie taka ilość przypisów wskazuje na charakter pracy - to kompilacja z dziesiątków, by nie powiedzieć setek wspomnieniowych książek po Krakowie. Dla początkujących krakowianistów cymes, dla takiej maniaczki jak ja - nieco powtórka z rozrywki. Bo okazuje się, że wszystko to już było, wszystko znam... lub prawie wszystko :) Mongomerry zachwyciła się bibliografią na końcu, że taka obszerna. Fakt. Przeczytałam ją od deski do deski (11 stron!) i stwierdziłam, że poza paroma pozycjami przedwojennymi i artykułami z czasopism znakomita większość jest mi znana, ale jednak parę inspiracji na przyszłość się znalazło - drżyj allegro!

Powstaje pytanie, czy ja tę książkę ganię czy chwalę :) No bo skoro mnie zmęczyła... to przez to, że praktycznie wszystko, o czym pisze autorka, wiedziałam i znałam, może dlatego lektura była nużąca - nie spodziewałam się niczego nowego po odwróceniu kartki. Z drugiej strony Salony krakowskie to rodzaj uporządkowania wiedzy na ten temat i dobrze mieć tę pozycję na półce, gdy się czegoś na szybko szuka, zwłaszcza że książka została również zaopatrzona w indeks nazwisk. Czego mi zabrakło? Dokładnego adresu niektórych salonów, owszem, podaje autorka ulicę, ale bez numeru - szkoda, że sobie nie zadała trudu wyszukania takich danych w jakichś starych księgach adresowych w Archiwum Miejskim czy gdzie to trzeba szukać...

Zdjęcie jednego z opisywanych salonów:
Może powinnam tu dodać, że autorka skupia się na opisywaniu życia towarzyskiego w Krakowie końca XIX wieku i początku XX, ale podaje również informacje, jak takie salony były umeblowane, co w trakcie spotkań jedzono, co tańczono, o czym rozmawiano i w jakich językach. Pojęcie salonu rozszerza na dyskusyjne spotkania profesorskie czy działalność kabaretową, a także koncerty muzyczne.


Początek:
i koniec:

Wyd. Wydawnictwo Literackie Kraków 2007, wydanie I (dodruk), 287 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 19 stycznia 2014

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Wadim Szefner - O pechowcu, który miał szczęście

Po Chłopcu z pięcioma "nie" zabrałam się za kolejną książeczkę Szefnera, którą tak miło zapowiedziało wydawnictwo:
Wadim Siergiejewicz Szefner miał interesującą biografię, jak to często bywa z rosyjskimi (radzieckimi) twórcami. Urodził się co prawda w Piotrogrodzie i tam spędził dzieciństwo, ale gdy miał 7 lat rodzina przeniosła się do Starej Russy, gdzie ojciec był wojskowym. Po śmierci ojca na gruźlicę mieszkał z matką-wychowawczynią przy tamtejszym domu dziecka (patrz: doświadczenia Chłopca z pięcioma "nie"), a po powrocie do Leningradu uczył się, a następnie pracował jako robotnik w wielu tamtejszych zakładach. Potem przyszła wojna ojczyźniana, był zwykłym żołnierzem, korespondentem prasowym, przeżył blokadę. Wtedy właśnie ukazał się jego najważniejszy zbiór poetycki.
Oprócz twórczości poetyckiej i prozatorskiej zajmował się tłumaczeniami, m.in. z sanskrytu i języków różnych republik ZSRR.

O pechowcu, który miał szczęście to rzeczywiście urocze wspomnienia z dzieciństwa w Piotrogradzie/Leningradzie. Autor wychodzi z założenia, że drobne niepowodzenia i klęski prowadzą niejednokrotnie do sukcesów, albowiem arabski mędrzec rzecze: Z ziarna utrapienia wyrasta drzewo radości.
Tak też różne chłopięce przygody młodego Wiktora prowadzą do wykrystalizowania się w nim decyzji o pisaniu poezji... Zanim to się jednak stanie, Wiktor spadnie z gzymsu drugiego piętra, a za karę nie popłynie z ciotką "Albatrosem" do Peterhofu - co też skończy się dobrze - dla niego i ciotki - bowiem pijany kapitan "Albatrosa" zderzy się w Kanale Morskim z niemieckim parowcem :)

Znajomość z symulantem-lunatykiem nie spodoba się ciotce, więc wyśle go na letnisko do pacyfistki i wegetarianki Tatiany Robinsonowny, gdzie Wiktor pozna piękną Musię i żeby jej się przypodobać podpali drewnianą willę gospodyni (w celu wytępienia myszy li i jedynie) - to też dobrze się dla niego skończy, bo ciotka zabierze go z letniska, gdzie głodował - Tatiana Robinsonowna uznawała jedynie dietę ziemniaczaną :)

Gdy ciotka postanowiła oddać Wiktora w profesjonalne ręce renomowanego pedagoga, w domu zawitała pracownica MIKWUNDIP-u z pistoletem startowym i ankietą dom wypełnienia, z której wynikło, że chłopak jet cofnięty umysłowo, brak mu logicznego myślenia, ośrodki psychomotoryczne pozbawione są hamulców, ogólny rozwój - zerowy, pojęcia o dobru i złu - bliskie zeru, ponadto cierpi na majaczenia rymoidalne, co jest jednym z symptomów utajonej schizofrenii :) W rezultacie do wychowywania Wiktora została przyjęta całkiem zwyczajna Nadieżda Wiktorowna, która tradycyjnie beształa Wiktora i targała go za uszy, a za idealny przykład chłopca w jego wieku stawiała mitycznego Toleczkę... dopóki obaj chłopcy się nie zetknęli na gruncie towarzyskim i nie stwierdzili, że byli dla siebie wzajemnie straszakami, a Tola okazał się równym gościem, który nauczył Wiktora palić :)

I tak dalej i tak dalej. Cała chłopacka fantazja, której tak brak dziewczynkom. No sami powiedzcie, czyż książki o dziewczynkach są równie zabawne? Chyba tylko wtedy, gdy dziewczynka-bohaterka jest z urodzenia chłopaczyskiem :)

Książkę zaliczam do kategorii PALCEM PO MAPIE, bowiem są w niej obecne topograficzne szczegóły, dzięki którym przeniosłam się na Wyspę Wasiliewską, gdzie toczy się większość akcji:
Pożałowałam, że nie mam przewodnika po Petersburgu, ale trudno, obyło się, za to wzbogaciłam swą wiedzę o tym mieście o fakt, że na wspomnianej Wyspie Wasiliewskiej ulice to "linie", ponumerowane jak ulice w Nowym Jorku: "trzynasta", "szesnasta"... przy okazji wyszło na jaw, że chyba powinnam udać się do okulisty (buuuu), bowiem literki na mapie były dla mnie stanowczo za małe i zlewające się, zabrakło mi ręki do odsuwania od siebie :( czyżby jednak okulary majaczyły na horyzoncie?


Ilustrował (w stylu, który uwielbiam) Zbigniew Łoskot:
To ten sam styl, którym posłużył się w Dlaczego kąpiesz się w spodniach, wujku - książce tak mi bliskiej, że pozyskawszy szwedzki serial według niej nakręcony (dzięki informacji zacnego czytelnika tego blogu) - z napisami rosyjskimi - aktualnie borykam się nad sporządzeniem polskich napisów do tegoż :)

Lunatyk nie lubiał się uczyć, więc od czasu do czasu wychodził na dach postraszyć rodziców, którzy po kolejnym takim występie dawali mu spokój z wymówkami.

Marynarz, który dzięki swej sile przechylił komin statku, żeby się zmieścił pod mostem, chodził potem po pokładzie na rękach z radości.

Myszy harcujące u Tatiany Robinsonowny nie dawały zasnąć Wiktorowi, bo łaskotały go ich łapki na skórze głowy ogolonej na zero, gospodyni przyniosła mu więc hełm strażacki do spania :)

Wypełnianie ankiety na sygnał dany pistoletem startowym. Klepsydra mierzy czas. Wszystko to niezwykle ekscytujące dla młodziana.

Papierosy sprzedawał chłopcom wujek Boba, obdarzony talentem rymotwórczym: w pięć minut pisał wiersz na dowolny temat. O chłopcach też napisał:
Palą gdzieś w głuchym zakątku,
pewnie o pustym żołądku.



Po pechowej wycieczce łódką, która zatonęła, Wiktor leżał w szpitalu, gdzie poznał DRUKUJĄCEGO poetę Joanna Powabnego.

Powieść przetłumaczył Jerzy Litwiniuk, poeta, autor przekładu m.in. Kalevali, zmarły w 2012 roku:


Początek:
i koniec:


Wyd. Nasza Księgarnia Warszawa 1982, wyd.III, 129 stron
Tytuł oryginalny: Sczastliwyj nieudacznik/ Счастливый неудачник
Tłumaczył: Jerzy Litwiniuk
Ilustrował: Zbigniew Łoskot
Z własnej półki (kupione na allegro 13 września 2012 roku za 3,14 zł)
Przeczytałam 18 stycznia 2014



W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ film włoski LA STRADA, w reż. Federico Felliniego, z 1954 roku


2/ film czeski SKOWRONKI NA UWIĘZI (Skřivánci na niti), w reż. Jiřiego Menzla, z 1969 roku


3/ film produkcji niemiecko-portugalsko-szwajcarskiej NOCNY POCIĄG DO LIZBONY (Night Train to Lisbon), reż. Bille August, z 2013 roku


Plan zeszłotygodniowy zrealizowany, film rumuński do kitu, a tak się dobrze zapowiadał, film drogi...


piątek, 17 stycznia 2014

Luigi Pirandello - Na kogo kolej?

Luigi Pirandello. Włoski klasyk. Kiedyś tam czytałam jego powieść Świętej pamięci Mattia Pascal i coś z teatru, widziałam film według Henryka IV, otarłam się też o część opowiadań, ale wszystko to było wieki temu, a raczej ćwierćwiecze temu i zostało okryte mrokiem niepamięci. A ta oto krótka powiastka właśnie ćwierć wieku (z naddatkiem) stała na półce i cierpliwie czekała. Aż mi się dziwne wydaje, jakie te książki potrafią być cierpliwe... i nie starzeć się, z lekka, lekuśka jedynie spłowiał grzbiet w porównaniu z kolorem okładek... tak, mówcie, co chcecie, ale książka najlepszym przyjacielem człowieka, czeka bez żadnych pretensji, aż się po nią sięgnie, może znów odłoży, a może wczyta się, może tylko przekartkuje, a może od deski do deski (gdyby się miało jakieś inkunabuły, byłoby może dosłownie).


Ze streszczenia na okładce już wszystko wiecie, a ja mogę tylko dodać, że czuję się zachęcona do bliższego zapoznania z tomami pirandellowskich opowiadań Koń na księżycu i Czarny szal, które też stoją i czekają... takie to miłe i niezobowiązujące, a przy tym pozostawiające w zadumaniu: jak dalej potoczą się losy Stelliny i Don Pepe'? Czy będą szczęśliwym małżeństwem? Czy Diego Alcozer, fertyczny staruszek, przeżyje i szóstą żonę? Jaki był sympatyczny, gdy podsumowywał:
- Może pan sobie wyobrazić ten gąszcz na mojej głowie. Czasami wieczorem, kiedy pan zagłębia się w myślach i wzdycha tam, na balkonie, wracam do tego pamięcią i czuję, jak te rogi rosną mi i rosną, wyżej, coraz wyżej, aż pod samo niebo... takie krzaczaste, rozgałęzione. Wydaje mi się, że poruszając głową wprowadzam ich wierzchołkiem zamieszanie w systemie planetarnym.

Chwilowo jednak nie wiem, po co z kolei sięgnąć. Dopadło mnie przeziębienie, kaszlę, z nosa się leje i człek taki ogłupiały, sam nie wie, czego by chciał. Mam, owszem, plan na przyszły tydzień - otóż będzie setna rocznica urodzin pewnego mało znanego czeskiego pisarza, którego powieść pobrałam ostatnio z regału przy łóżku, a przeczytawszy w przedmowie, że urodził się 24 stycznia 1914 roku, postanowiłam ją odłożyć do przyszłego tygodnia i przeczytać równo w stulecie :) W życiu nie zgadniecie, o kogo chodzi, a jeśli się okaże, że ktoś z moich miłych czytelników tę książkę nawet zna, to się potnę mydłem w płynie, że tak nie wierzę w ludzi!


Początek:
i koniec:

Inne pozycje z serii MINIATURY Wydawnictwa Literackiego:
To BiblioNETka mnie poinformowała, że tak się seria nazywa :)
Odkryłam, że mam po polsku dwa Simenony, które nie są Maigretami, przypuszczam, że to powieści psychologiczne, a kiedy się przekonam? któż to wie? moje wybory lektur ostatnio chadzają dziwnymi drogami :)

Wyd. Wydawnictwo Literackie Kraków-Wrocław 1986, 151 stron
Seria MINIATURY
Tytuł oryginalny: Il turno
Tłumaczył: Stanisław Kasprzysiak
Z własnej półki (kupione 24 kwietnia 1986 za 160 zł)
Przeczytałam 17 stycznia 2014

czwartek, 16 stycznia 2014

Wadim Szefner - Chłopiec z pięcioma "nie"

czyli spowiedź prostudusznego
Ostatnio mam wstręt do grubej beletrystyki (czego nie można powiedzieć o cracovianach, vide Zechenter) i gdy się rozglądam po półkach, szukam czegoś drobnego, na jeden łyk :) Tak wpadł mi w ręce ten Szefner, a na okładce przeczytałam:
Słowom jest również autorem baśniowej fantastyki nie poświęciłam zbyt wiele uwagi i zabrałam się za lekturę. Tymczasem okazało się, że to rzeczywiście pozycja z gatunku fantastyki - a przecież powiedzieć, że nie przepadam za tym gatunkiem, to nic nie powiedzieć! No nie bierze mnie to, wybaczcie. Moja przyjaciółka we Francji potrafi tonami to czytać, ja nie. Nie umiem wykrzesać z siebie zainteresowania dla jakichś tam kosmitów i tym podobnych spraw pozaziemskich, taka już jestem przyziemna :)

Zaczęło się jednak i wszystko zapowiadało "normalnie", zaraz dowiedziałam się, że bohater Stefan (czyli Wieniec, rodzice praktycznie przewidzieli, że kiedy umrze, nie trzeba będzie ponosić nadmiernym wydatków na pogrzeb, bo sam sobie jest Wieńcem) był czarną owcą w rodzinie, gdzie na piedestale stał starszy brat Wiktor (czyli Zwycięzca), przewidziany do zrobienia kariery naukowej i pretendujący do niej już w młodym wieku, gdy namiętnie studiował książki naukowe i zapamiętywał z nich mądre słowa. Miało to swoje praktyczne zastosowanie przy okazji np. próśb matki o narąbanie drewna:
No właśnie, o co chodzi z tymi pięcioma "nie"? Ojciec chłopców obdarzony był bogatą wyobraźnią i opowiadał niestworzone historie, które mu się rzekomo przytrafiły. Wiktor oczywiście potakiwał, ale mały Stefan był pełen nieufności co do wiarygodności ojcowych opowieści, toteż:
Gdy starszy brat ruszy w szeroki świat, by piąć się po szczeblach naukowej kariery i zacznie przysyłać rodzicom listy z takimi nieodmiennie zakończeniami:
w domu podejmują decyzję pozbycia się dodatkowej gęby do jedzenia czyli tytułowego bohatera - i oddają go do pracy z utrzymaniem u byłej guwernantki, a obecnie stróża pańskiego dworu, w którym planowano uruchomienie skansenu czyli cioci Lampy, jak ją powszechnie zwano (naprawdę na imię miała Olimpiada). U cioci Lampy dobrze się Stefanowi działo, ale wskutek pewnego zbiegu okoliczności chłopak znalazł się następnie na Krymie, w domu dziecka. I tu zaczynają się jego fantastyczne przygody - od znajomości z Wasią z Marsa, który był prymusem w matematyce, fizyce i chemii, tylko z geografii był kiepski :) cóż się dziwić, skoro pochodził z innej planety. Pomógł mu w podciągnięciu się Kola, który długo był bezprizornym i znał geografię z praktyki, ponieważ na dachach wagonów zjeździł cały kraj wzdłuż i w poprzek.

I teraz uwaga uwaga! słuchajcie!
Znacie jakąś książkę o bezprizornych?
Bo ja kojarzę z dzieciństwa, że czytałam coś takiego... i bardzo bym chciała wrócić, ale nie wiem, czego szukać, co to było?

A wracając do Stefana, to miał on potem wiele przygód związanych z fantastycznymi wynalazcami, których spotykał na swej drodze... tyle że społeczeństwo jeszcze nie dorosło do należytego wykorzystania ich wynalazków, jak na przykład wiecznej butelki - wystarczyło ją na 17 minut napełnić wodą, a ta przekształcała się w żądane wino - wynalazek wzorowany wiadomo na kim :) Podobnie ENRO czyli Eliksir Natychmiastowej Regeneracji Organizmu, który mógłby ratować życie wszystkim pracującym na dużych wysokościach, ale z powodu ubocznego efektu odmładzania wynalazca został zamęczony przez hordy kobiet :)
Podsumowując: co prawda przeczytałam tomik należący do gatunku literackiego fantastyki, ale dzięki lekkiemu pióru Szefnera zniosłam to łatwo i przyjemnie :)

Początek:
i koniec:

Wyd. ISKRY Warszawa 1975, wyd.I, 136 stron
Tytuł oryginalny: Czełowiek s piatiu "nie"/Человек с пятью «не», или Исповедь простодушного
Tłumaczyła: Zofia Dudzińska
Z własnej półki
Przeczytałam 14 stycznia 2014

Tego samego autora mam jeszcze następującą książeczkę:
Wyciągnęłam ją z półki do fotografii i przeczytałam, że są to urocze wspomnienia z dzieciństwa w Leningradzie, w związku z czym zaraz się za nią zabiorę :)


NAJNOWSZE NABYTKI
To dłuższa historia. Książkę tę znalazłam kiedyś na półce w jednej z bibliotek, pożyczyłam, po czym nie chciałam oddać, bo ona z gatunku tych, które należy mieć pod ręką - po kolei, ulicami, podaje daty powstania i przebudów kamienic/willi/ domów oraz nazwiska architektów, jeśli są znane. Prolongowałam, w końcu musiałam zwrócić. Wtedy mi pani powiedziała:
- Szkoda, żeśmy się wcześniej nie zgadały, bo to nie zakup był, tylko dar od czytelnika, mogłam nie wprowadzać, tylko pani dać.
Buuuu.
No i tak co jakiś czas pożyczałam, trzymałam i oddawałam, w międzyczasie szukałam, ale na allegro się nie pojawiała. W ubiegły piątek zabrałam ją do pracy, by potem znów oddać do biblioteki... i tak jakoś wczytałam się w stopkę. Patrzę, a tam numer telefonu krakowski. Więc dzwonię, wyłuszczam.
- A tak, mamy, 21 zł kosztuje.
No nie! Natychmiast umówiłam się na konkretną godzinę, kiedy mogłam wyjść z pracy i poleciałam jak na skrzydłach. Przedtem jeszcze zajrzała do mnie koleżanka-przewodniczka i też zażądała egzemplarza.
Miły pan (który po otwarciu drzwi okazał się... moim kolegą z podstawówki) dorzucił jeszcze parę numerów Tek Krakowskich:
Tak więc piątkowy wieczór był bardzo miły, głaskałam nowe nabytki i podczytywałam niektóre artykuły z tych Tek :)

A w poniedziałek zajrzałam tradycyjnie do Księgarni Akademickiej i równie tradycyjnie nie wyszłam z pustymi rękami. Ukazał się bowiem kolejny tom z cyklu monografii budynków uniwersyteckich (27 zł):
a także pewna staroć wyciągnięta z jakiegoś magazynu (4,50 zł) - szukałam jej bezskutecznie rok temu na Politechnice!
I to by było na tyle. Następne Collegium może za miesiąc, nieśmiało obiecuję sobie, że nie będę przed tym czasem na św. Anny zaglądać... już mnie tam znają na pamięć, w ogóle nie muszę podawać danych do faktury, bo pamiętają :)

wtorek, 14 stycznia 2014

Witold Zechenter - Upływa szybko życie

Witold Zechenter to jedno z tych nazwisk, które zna się, a jakże, ale jedynie ze słyszenia. Spotkawszy któregoś dnia tego autora na półce w antykwariacie złakomiłam się, bo chodziło o wspomnienia, w znakomitej większości krakowskie. A nawet dałam się nabrać, bo stały obok siebie dwie różne książki pod tym samym tytułem UPŁYWA SZYBKO ŻYCIE, na jednej z nich była adnotacja, że tom pierwszy, uznałam więc, że ta druga to tom drugi, a pan antykwariusz (a paskuda!) bynajmniej nie wyprowadził mnie z błędu, choć musiał wiedzieć, że ta druga, tutaj właśnie prezentowana, to pierwsze wydanie CAŁOŚCI :) I tak kupiłam obie. Dopiero mój Ojczasty stwierdził moją pomyłkę, gdy mu pożyczyłam oba tomy. Tak że uczulam, jeśli ktoś chce się skusić na allegro, niech patrzy tylko na wydanie z taką okładką, jak wyżej.

Tomiszcze jest przegrube, liczy prawie 700 stron i daje dokładny przegląd krakowskiego życia literackiego czy ogólnie artystycznego w okresie międzywojennym i po wojnie.
Poniżej kopiuję tekst z Wikipedii, który dość wiernie oddaje sylwetkę Zechentera i jednocześnie tematykę jego wspomnień

Witold Zechenter (ur. 29 grudnia 1904 w Krakowie, zm. 28 kwietnia 1978 tamże) – polski poeta, prozaik, publicysta, autor książek dla dzieci oraz tekstów piosenek, tłumacz, twórca radiowych felietonów i słuchowisk – znany był przede wszystkim jako fraszkopisarz i parodysta, chociaż sam uważał się głównie za liryka.
Był synem znanego krakowskiego dziennikarza i nowelisty, współzałożyciela pierwszego (jeszcze przed I wojną światową) na ziemiach polskich Syndykatu Dziennikarzy, Edmunda Zechentera i Heleny z Klemensiewiczów. Po śmierci matki wychowywała go jej siostra, Teresa Klemensiewicz, publicystka i autorka opowiadań. Wyrastał więc w atmosferze literackiej, wśród ludzi tworzących kulturę ówczesnego Krakowa, do których należeli: Tadeusz Boy-Żeleński, Witold Noskowski, Kazimierz Przerwa-Tetmajer, Stanisław Mróz i wielu innych.
Studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim na wydziale filozofii, był członkiem koła literackiego „Helion”, a później „Litart”, biorąc aktywny udział w spotkaniach literackich, jako ich organizator i uczestnik.
W połowie 1927 wyjechał na dalsze studia do Paryża. Studiował literaturoznawstwo porównawcze na Sorbonie, utrzymując się z tłumaczeń (m.in. powieści Edgara Wallace'a, Maurice'a Leblanca, Thei von Harbou, Kiplinga) oraz korespondencji wysyłanych do „Ilustrowanego Kuriera Codziennego”. Po powrocie do Krakowa w 1932 pracował aż do wybuchu wojny w „IKC”.
Podczas okupacji był dwukrotnie aresztowany. Prowadził księgarnię „Czytelnik” przy ulicy Łobzowskiej 6 (do jego współpracowników należeli m.in. Kornel Filipowicz, Ignacy Fik i Stanisław Czarniecki, późniejszy geolog).
Po wojnie był w grupie założycieli pierwszego krakowskiego pisma – „Dziennika Polskiego”. Był też pomysłodawcą i redaktorem pierwszej popołudniówki, ukazującej się przez wiele lat – „Echa Krakowa”. Po wojennej przerwie brał udział w uruchomieniu krakowskiej rozgłośni Polskiego Radia. Pełnił też obowiązki naczelnika Wydziału Kultury Urzędu Wojewódzkiego w Krakowie.
Wydawał swoje wiersze liryczne, satyry, fraszki i parodie literackie. Był też autorem wielu książek dla dzieci (kilkadziesiąt tytułów) i młodzieży. Pracował jako kierownik literacki Teatru Młodego Widza w Krakowie oraz Teatru Polskiego w Bielsku-Białej, z którym z końcem lat czterdziestych wyjeżdżał do ówczesnej Czechosłowacji (w teatrze tym grywał ponad dziewięćdziesięcioletni Ludwik Solski). W 1952 z grupą satyryków zorganizował Teatr Satyryków (1952-1955)[potrzebne źródło]. Był też kierownikiem artystycznym krakowskiej Estrady (1961-1963). Przez długie lata był recenzentem teatralnym, a do końca życia felietonistą w krakowskim radio.
Jego książka wspomnieniowa, zatytułowana Upływa szybko życie (I wyd. 1971, II wyd. 1975) jest żywą kroniką czasów sprzed pierwszej wojny, okresu dwudziestolecia międzywojennego, okupacyjnych pięciu lat i odradzania się Krakowa po wojnie.
Należał do związków twórczych, jeszcze jako uczeń klasy maturalnej w 1924 został przyjęty do Syndykatu Dziennikarzy Krakowskich, w 1926 do Związku Zawodowego Literatów Polskich (późniejsze SDP i ZLP). Był też członkiem polskiego oddziału PEN-clubu (od 1927).
W 1975 otrzymał Nagrodę Miasta Krakowa, w 1978 nagrodę jubileuszową Ministra Kultury i Sztuki. Był odznaczony Krzyżem Kawalerskim (1971) i Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski (1975).
Zmarł 28 kwietnia 1978 w Krakowie. Został pochowany na tamtejszym Cmentarzu Rakowickim.

Sami widzicie, że było o czym opowiadać. Z racji zawodu dziennikarza jak i pełnionych funkcji choćby naczelnika Wydziału Kultury Zechenter spotykał wielu tuzów literatury i sztuki, przeprowadzał z nimi wywiady, nawiązywał stosunki towarzyskie, a nieraz przyjaźnie, pisze m.in. o Tuwimie, Gałczyńskim, Zegadłowiczu, Staffie, Ludwiku Solskim czy postaciach już typowo krakowskich, jak Ignacy Fik, Jan Wiktor, Adam Polewka, Leon Wyrwicz, Kazimierz Czachowski, Marian Niżyński, Adam Włodek. Interesujące są wspomnienia z lat szkolnych, gimnazjalnych i studenckich, ale również z lat pracy dziennikarskiej w IKC, gdzie "wszyscy robili wszystko", a więc była to znakomita szkoła dziennikarskiej roboty.

Spis treści:

Ciekawa jest relacja z uroczystości odsłonięcia pomnika Mickiewicza w Paryżu w 1929 roku, w której wziął udział zapomniany przez wszystkich, bowiem wcześniej odsunięty na bok przez brata Władysława - najmłodszy syn poety, Józef Mickiewicz, dziwak i odludek, który ponoć nie mówił po polsku, choć czytał i rozumiał. Zechenter zastanawiał się nad jego pochodzeniem (Celina Mickiewiczowa czy Ksawera Deybel) i przyczynami, dla których milczało się o jego istnieniu. Wspomina o jego śmierci, ale bez żadnej informacji o miejscu pochówku, z czego by wynikało, że JM spoczywa we Francji. Tymczasem pamiętam ze spacerów na cmentarz salwatorski, że jest tam grobowiec Józefa. Z ciekawego artykułu w Palestrze dowiedziałam się, że szczątki JM zostały przeniesione do Krakowa, na Salwator, dopiero w 1979 roku, a więc w roku śmierci Zechentera...

Tchnieniem autentyzmu zioną karty z lat wojennych, kiedy to Zechenter wraz z Kornelem Filipowiczem pracowali w malutkiej księgarence "Czytelnika" przy ul. Łobzowskiej, naprzeciw Kawiarni Plastyków i cudem uniknął aresztowania i śmierci, gdy pewnego kwietniowego dnia 1942 roku odszedł przed siódmą wieczorem od kawiarnianego stolika, by zamknąć utarg w księgarni... w chwilę potem przed kawiarnię zajechały gestapowskie budy, wyprowadzono wszystkich: klientów i pracowników i zabrano najpierw na Montelupich, a potem wywieziono do Oświęcimia, gdzie zostali rozstrzelani. Był wśród nich rzeźbiarz Ludwik Puget, u którego przed wojną bywał Zechenter na słynnych pokazach kabaretu Różowa kukułka (p. rozdział Przyjdź, koteczku...)

Osobne strony poświęcił Zechenter sprawie spotkań autorskich, których odbył w życiu ponad 2,5 tysiąca (sic!). Czym były takie spotkania gdzieś za nabitej deskami wsi opowiada opis jednego z nich:



Ze skrzydełek: inne utwory Witolda Zechentera:

Początek:
i koniec:

Wyd. Wydawnictwo Literackie Kraków 1971, wyd.I, 694 strony
Z własnej półki (kupione w antykwariacie 12 lipca 2010 za 18 zł)
Przeczytałam 13 stycznia 2014


W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ film włoski WAŁKONIE (I vitelloni), w reż. Federico Felliniego, z 1953 roku
Tu fragment z Alberto Sordim, który robi nieuprzejmy gest wobec robotników na drodze... by szybko tego pożałować :)

2/ film czeski POCIĄGI POD SPECJALNYM NADZOREM (Ostře sledované vlaky), w reż. Jiřiego Menzla, z 1966 roku

3/ film produkcji rumuńskiej (a co!) DUCH OJCA (Tatăl fantomă), reż. Lucian Georgescu, z 2011 roku
Opis jest taki:
Profesor Robert Traum (Marcel Iures) to odnoszący sukcesy wykładowca na jednej z amerykańskich uczelni. Pewnego dnia, zmęczony dotychczasowym trybem życia, postanawia on wyruszyć do południowo-wschodniej Europy w poszukiwaniu swoich korzeni. Przodkami mężczyzny byli bowiem rumuńscy Żydzi. Robert wierzy, że podążając ich śladami nie tylko pozna lepiej historię swojej rodziny, lecz także samego siebie. Wędrując przez bezdroża Transylwanii i Bukowiny, odkrywa kolejne fakty z życia swojego ojca Rudolfa, znanego pisarza, oraz jego brata Samuela, byłego gangstera. Na swojej drodze Traum spotyka także wielu niezwykłych ludzi, m.in. młodą archiwistkę Tanię (Mihaela Sirbu) oraz operatora obsługującego kinowy projektor, Samiego (Valer Delakeza), który pamięta przodków Roberta. Nostalgiczna opowieść o podróży do ojczystego kraju jest dziełem debiutującego w roli reżysera Luciana Georgescu. Atutem filmu są przepiękne karpackie krajobrazy Rumunii.
Tu trailer: