O książce pisał ostatnio Beznadziejnie zacofany w lekturze jako doskonałej lekturze pomidorowej - do czytania przy uprawianiu ogródka. Może to dlatego, że nie mam ogródka, powieść mi się nie spodobała :)
Ściągnęłam ją z półki, gdzie stoi w towarzystwie paru innych wydawnictw Prószyńskiego, a niedaleko moja najukochańsza książka (prosiłam córkę, żeby mi ją włożyła do trumny) - chyba nietrudno zgadnąć, która to.
Wąski regalik wypełnił wolne miejsce koło okna - tak się marnowało.
Oto inne pozycje z serii nazwanej Biblioteczką Konesera, hm hm.
W ciężkich czasach, gdy córka była mała i ja w związku z tym nie pracowałam i znakomitą większość czasu spędzałam na osiedlu, korzystałam przez pewien czas z Klubu wydawnictwa Prószyńskiego. Nie pamiętam już, jak się ten klub dokładnie nazywał, za to kojarzę, że były w nim lepsze warunki dla czytelników niż w Świecie Książki, gdzie OBOWIĄZKOWO trzeba było co 2 miesiące coś tam nabyć, obojętnie, czy się znajdowało coś interesującego dla siebie w bieżącym katalogu, czy nie. U Prószyńskiego były luzy pod tym względem, poza tym były też częste przeceny. Podejrzewam, że powyższe pozycje nabyłam właśnie w ramach takowych wyprzedaży.
To mnie jedynie pociesza w przypadku Anglika, Który... Że wydałam na niego zaledwie parę złotych. Bo też - w moim mniemaniu - jest to typowe czytadło. Oczywiście czytadła też spełniają swoją rolę (zapychacza czasu), a nawet są takie, które bardzo poważam, choć do historii literatury spisywanej w podręcznikach nie wejdą. Ale Anglik, Który... mnie rozczarował.
Najpierw jednak zerknijmy, jak opisywało go na okładce wydawnictwo:
Ma to niby zaintrygować. Ale jakoś nie byłam ciekawa, jak potoczą się losy wzgórzo-góry (a właściwie wiedziałam z góry, że dobrze), jak sprytni Walijczycy poradzą sobie z nadętym bufonem-Anglikiem, ile jeszcze rudowłosych dzieci spłodzi karczmarz Morgan i co będzie z romansem Betty z sympatycznym Ansonem. Wszystko to pozostawiło mnie doskonale obojętną i gdyby nie poczucie obowiązku (zaczęłam, to muszę skończyć) rzuciłabym lekturę w diabły.
Tak sobie myślę, że winą za niepowodzenie czytelnicze muszę obarczyć nie samego Mongera, ale... Natalię Dawydową. Zbyt blisko siebie te lektury były, a Całe życie i jeszcze dwie godziny jednak było prawdziwą literaturą :)
Jeszcze w kwestii tytułu: naiwnie pomyślałam sobie, że jakiś bęcwał chyba to tłumaczył, kopiując wielkie litery z angielskiego tytułu. Zaraz jednak okazało się, że żaden bęcwał, tylko tytuł jest jednocześnie przezwiskiem bohatera, długawym, ale jednak - otóż w walijskim miasteczku wszyscy nosili jakieś przezwiska, co wynikało głównie z tego, że większość mieszkańców miała te same nazwiska, a jakoś trzeba było ich rozróżniać.
Nie ma początku i końca, bowiem nasz nowy dyrektor, jełop jeden, zepsuł właśnie skaner. To trzeba być zdolnym. Trzy razy pokazywałam mu, jak się go obsługuje, nie wystarczyło. Po czym, gdy zaproponowałam, że zadzwonię po technika, odrzekł, że może nie, bo on wyjeżdża na weekend i że może w poniedziałek... i zaraz się zmył. Co ma piernik do wiatraka, nie wiadomo.
Na wszelki wypadek chyba w weekend zrobię zdjęcia następnej w kolejce książki :)
Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 1996, wyd.I w tej serii, 254 strony
Tytuł oryginalny: The Englishman Who Went Up a Hill But Came Down a Mountain
Przełożył: Marek Cegieła
Z własnej półki
Przeczytałam 16 lipca 2014 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Wyszłam z pracy na pocztę... Marnie się to skończyło dla mojej kieszeni i moich wolnych półek.
No bo tak: wracam i staję przed wyborem, czy iść Plantami czy może zajrzeć na Stolarską, gdzie jest antykwariat, w którym rzadko bywam (drogo). A, raz kozie śmierć, luknę, co tam w cracovianach.
A tam całe masy. Trzy półki. Ponieważ można płacić jedynie gotówką, poprosiłam o odłożenie paru rzeczy, wrócę po pracy, jak skombinuję pieniądze. No bo kto teraz chodzi z gotówką?
I wróciłam.
I miałam gotówki na dziesięć książek.
I jeszcze tam zostały na półkach takie, które czuję, że powinnam mieć... no ale nie przesadzajmy, nie wszystko na raz :)
Więc tak, zaczynając od największych formatów:
Mamy jasność?
Nieuleczalna, no nieuleczalna.
Z pogawędki z właścicielem antykwariatu wynikło, że młodzi ludzie absolutnie nie kupują cracovianów, nikt.
Z drugiej strony myślę sobie po cichutku, że może kupują, tylko na allegro albo w tańszych miejscach :)
Poza tym dowiedziałam się, że na moim osiedlu mieszka jakaś kobieta, która też kolekcjonuje cracoviana. Pomyśleć, że mam w pobliżu bratnią duszę, może za ścianą (no, za tą najbliższą ścianą to akurat wiem, że nie) i nic o tym nie wiem.
Aha, zapomniałabym. Ten Kamienny Kraków. To jest rewelacja! Mistrzostwo świata! Spojrzenie na zabytkowy (i nie tylko, bo również współczesny) Kraków okiem geologa. Bardzo mi takiej pozycji brakowało, bo kiepsko się orientuję w tych różnych marmurach etc. Nawet nie wiedziałam, że coś takiego wyszło. To AGH opublikowało w 2005 roku. Jedna z części książki to propozycje spacerów po Krakowie z opisem użytych w budowlach materiałów. Utonęłam w tym! Była co prawda najdroższa (50 zł), ale warta swej ceny.
piątek, 18 lipca 2014
środa, 16 lipca 2014
Anatol Rybakow - Na wozie i pod wozem
Zabrałam się za Rybakowa zaraz po otrzymaniu przesyłki, nie odkładając tym razem na później. Ale bo też mam bardzo dobre wspomnienia z pozostałych części cyklu o przygodach Krosza - ta jest pierwsza.
Druga część to Wakacje Krosza, a trzecia to Krosz szuka bohatera.
Oglądałam też filmy nakręcone według tych powieści, i to z wielkim ukontentowaniem.
Tutaj ekranizacja Na wozie i pod wozem:
19 milionów widzów!
Z młodym Michałkowem! Ach, aż bym znów obejrzała! I pewnie jeszcze kiedyś to zrobię :)
Inne tomy Rybakowa w moim posiadaniu to:
oraz - oczywiście - cykl Dzieci Arbatu:
Niestety brakuje ostatniej części - Proch i pył - jeśli już się pojawia na allegro to w masakrycznych cenach :(
Na wozie i pod wozem nosi w rzeczywistości nieco inny tytuł: Przygody Krosza. Ale myślę, że polskie tłumaczenie doskonale oddaje ducha powieści, której akcja toczy się w bazie samochodowej, a młody bohater przezywany przez kolegów Kroszem przeżywa swoje wzloty i upadki. Zresztą tłumacz nie mógł wtedy jeszcze wiedzieć, że powstaną kolejne książki o Kroszu :)
Chłopcy i dziewczęta mają obowiązkową praktykę produkcyjną. Klasa Krosza odbywa ją w pobliskiej bazie transportu samochodowego, która objęła patronat nad ich szkołą. Jest gorący czerwiec i młodzież chętnie spędza czas nad wodą, ale i praktyka ma swoje plusy: wiadomo, że chłopcy garną się do motoryzacji, może uda im się pojeździć na ciężarówkach, dziewczęta mogą się za to wykazać w warsztatach tapicerskich. W dodatku okazuje się, że za swą pracę otrzymają wynagrodzenie - tu śmieszny opis, jak to Krosz odbiera w kasie zaliczkę i natychmiast ją wydaje na niekoniecznie potrzebne rzeczy, mimo że tak sobie obiecywał odłożyć gotówkę na wakacyjną wycieczkę. Ot, urok żywego pieniądza, który musi się wyrwać z kieszeni :)
Dodatkowo chłopcy wpadają na pomysł wyremontowania starej ciężarówki wycofanej już z eksploatacji, by potem przekazać ją szkole. Pracy nie zabraknie.
Praktyka w bazie stanie się też okazją do lepszego poznania świata dorosłych: stron słonecznych, ale i tym bardziej ciemnych. Oto jeden z mechaników "dorabia" sobie montując w wozach stare części, a pobierając z magazynu nowe, które opyla na lewo. Podejrzenie o schowanie nowiutkich amortyzatorów pada przy tym na praktykantów, więc Krosz, który przypadkiem odkrywa prawdę, będzie miał niezłą zagwozdkę, jak udowodnić niecny czyn. Nie zabraknie wręcz sensacyjnego wątku śledztwa. Mamy tu też delikatną pierwszą miłość, ledwo rodzące się uczucie, pełne jeszcze niepewności i wahania.
Krosz jest tak pozytywną i pełną charakteru postacią, że - chciałabym mieć takiego syna :)
Początek:
i koniec:
Rzecz znajdzie swe miejsce oczywiście tutaj - jak wszystkie ostatnie nabytki:
Wyd. ISKRY Warszawa 1962, 218 stron
Tytuł oryginalny: Prikluczenia Krosza /Приключения Кроша
Przełożył: Jerzy Litwiniuk
Z własnej półki (kupione na allegro 9 lipca 2014 za 15 zł)
Przeczytałam 12 lipca 2014 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Wstałam w niedzielny poranek o 7.00 - słonko świeciło - wiecie, gdybym miała iść do pracy to absolutnie chciałoby mi się spać, wiadomo. A tu Natanna pisze, że u niej leje. To znaczy w sobotę pisała, może w niedzielę u niej też ładnie. W każdym razie SEIZE THE DAY czy jak to tam było, pomyślałam i pojechałam na Grzegórzki. Swoją drogą, to był tytuł jakiejś amerykańskiej powieści, ale za Boga nie mogę sobie przypomnieć czyjej.
Werandy, Dobrze Mieszkać, Świat Rezydencji i takie tam. Znów cały wieczór spędzony nad gazetami :)
Komputer Świat sprzedają na Grzegórzkach po 2 zł, a ja lubię sobie poczytać o nowościach, choć niekoniecznie z nich skorzystam.
SMUTNA WIADOMOŚĆ
Kupiłam wakacyjny numer KRAKOWA, zaległam wieczorem w łóżku z lekturą, a tu:
Zmarł krakowski dziennikarz Jan Rogóż.
Strasznie przykro.
Jeden z ulubionych autorów specjalizujących się w tematyce krakowskiej.
Czekałam na następne tomy...
Ponoć zbierał ostatnio artykuły o krakowskich ulicach, opublikowane w miesięczniku KRAKÓW, do kolejnej książki. Bardzo bym chciała, żeby ktoś to doprowadził do końca i wydał.
Druga część to Wakacje Krosza, a trzecia to Krosz szuka bohatera.
Oglądałam też filmy nakręcone według tych powieści, i to z wielkim ukontentowaniem.
Tutaj ekranizacja Na wozie i pod wozem:
19 milionów widzów!
Z młodym Michałkowem! Ach, aż bym znów obejrzała! I pewnie jeszcze kiedyś to zrobię :)
Inne tomy Rybakowa w moim posiadaniu to:
oraz - oczywiście - cykl Dzieci Arbatu:
Niestety brakuje ostatniej części - Proch i pył - jeśli już się pojawia na allegro to w masakrycznych cenach :(
Na wozie i pod wozem nosi w rzeczywistości nieco inny tytuł: Przygody Krosza. Ale myślę, że polskie tłumaczenie doskonale oddaje ducha powieści, której akcja toczy się w bazie samochodowej, a młody bohater przezywany przez kolegów Kroszem przeżywa swoje wzloty i upadki. Zresztą tłumacz nie mógł wtedy jeszcze wiedzieć, że powstaną kolejne książki o Kroszu :)
Chłopcy i dziewczęta mają obowiązkową praktykę produkcyjną. Klasa Krosza odbywa ją w pobliskiej bazie transportu samochodowego, która objęła patronat nad ich szkołą. Jest gorący czerwiec i młodzież chętnie spędza czas nad wodą, ale i praktyka ma swoje plusy: wiadomo, że chłopcy garną się do motoryzacji, może uda im się pojeździć na ciężarówkach, dziewczęta mogą się za to wykazać w warsztatach tapicerskich. W dodatku okazuje się, że za swą pracę otrzymają wynagrodzenie - tu śmieszny opis, jak to Krosz odbiera w kasie zaliczkę i natychmiast ją wydaje na niekoniecznie potrzebne rzeczy, mimo że tak sobie obiecywał odłożyć gotówkę na wakacyjną wycieczkę. Ot, urok żywego pieniądza, który musi się wyrwać z kieszeni :)
Dodatkowo chłopcy wpadają na pomysł wyremontowania starej ciężarówki wycofanej już z eksploatacji, by potem przekazać ją szkole. Pracy nie zabraknie.
Praktyka w bazie stanie się też okazją do lepszego poznania świata dorosłych: stron słonecznych, ale i tym bardziej ciemnych. Oto jeden z mechaników "dorabia" sobie montując w wozach stare części, a pobierając z magazynu nowe, które opyla na lewo. Podejrzenie o schowanie nowiutkich amortyzatorów pada przy tym na praktykantów, więc Krosz, który przypadkiem odkrywa prawdę, będzie miał niezłą zagwozdkę, jak udowodnić niecny czyn. Nie zabraknie wręcz sensacyjnego wątku śledztwa. Mamy tu też delikatną pierwszą miłość, ledwo rodzące się uczucie, pełne jeszcze niepewności i wahania.
Krosz jest tak pozytywną i pełną charakteru postacią, że - chciałabym mieć takiego syna :)
Początek:
i koniec:
Rzecz znajdzie swe miejsce oczywiście tutaj - jak wszystkie ostatnie nabytki:
Wyd. ISKRY Warszawa 1962, 218 stron
Tytuł oryginalny: Prikluczenia Krosza /Приключения Кроша
Przełożył: Jerzy Litwiniuk
Z własnej półki (kupione na allegro 9 lipca 2014 za 15 zł)
Przeczytałam 12 lipca 2014 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Wstałam w niedzielny poranek o 7.00 - słonko świeciło - wiecie, gdybym miała iść do pracy to absolutnie chciałoby mi się spać, wiadomo. A tu Natanna pisze, że u niej leje. To znaczy w sobotę pisała, może w niedzielę u niej też ładnie. W każdym razie SEIZE THE DAY czy jak to tam było, pomyślałam i pojechałam na Grzegórzki. Swoją drogą, to był tytuł jakiejś amerykańskiej powieści, ale za Boga nie mogę sobie przypomnieć czyjej.
Werandy, Dobrze Mieszkać, Świat Rezydencji i takie tam. Znów cały wieczór spędzony nad gazetami :)
Komputer Świat sprzedają na Grzegórzkach po 2 zł, a ja lubię sobie poczytać o nowościach, choć niekoniecznie z nich skorzystam.
SMUTNA WIADOMOŚĆ
Kupiłam wakacyjny numer KRAKOWA, zaległam wieczorem w łóżku z lekturą, a tu:
Zmarł krakowski dziennikarz Jan Rogóż.
Strasznie przykro.
Jeden z ulubionych autorów specjalizujących się w tematyce krakowskiej.
Czekałam na następne tomy...
Ponoć zbierał ostatnio artykuły o krakowskich ulicach, opublikowane w miesięczniku KRAKÓW, do kolejnej książki. Bardzo bym chciała, żeby ktoś to doprowadził do końca i wydał.
Etykiety:
Dla dzieci i młodzieży,
Najnowsze nabytki,
Z własnej półki
poniedziałek, 14 lipca 2014
Trzydziestolecie (mniej więcej) klubu "Kopciuszek"
Historię nabycia tej pozycji opisałam już w poprzedniej notce, więc nie będę się powtarzać :) Taki to był szczęśliwy traf, że akurat panowie z Księgarni Akademickiej wyciągnęli skądsiś rzecz sprzed 4 lat i udostępnili. Pięknie mi się to wpisało w uzupełnienie lektury wspomnień prof. Grodziskiego.
Historia tej publikacji jest ciekawa, bowiem materiały w niej zawarte zostały opublikowane po prawie trzydziestu latach od swego powstania. Najwyraźniej nastał już czas, kiedy było można :)
Na okładce książeczki czytamy:
No i rzeczywiście, materiały z sesji (naukawej) - oto strona tytułowa:
Członkowie Klubu "Kopciuszek" - którym jedynym statutowym obowiązkiem jest chodzić na pogrzeby kolegów - spotykali się od wczesnych lat 50-tych w tym oto miejscu przy ul. Karmelickiej 13 w Krakowie:
/skan zdjęcia pochodzącego z publikacji/
Niestety wśród zdjęć zamieszczonych na końcu książeczki nie ma żadnego z wnętrza kawiarni "Kopciuszek". Zeskanowałam za to jedno ze zdjęć uwieczniających sam jubileusz:
Cóż zawiera ta niepozorna książeczka? No właśnie materiały z sesji, odbytej z okazji jubileuszu. Najpierw ogólnie o jubileuszu, co już mnie rozbroiło dowcipem (wyjazd prof. Krawczuka do Myślenic) :)
Potem wprowadzenie (na końcu wyprowadzenie, oczywiście) i poszczególne referaty. Oto spis treści:
Całość tchnie optymizmem (mimo dodupizmu katastroficznego prof. Krawczuka) i dobrym humorem, widać, że się profesorowie nieźle bawili. Chwała więc Markowi Zgórniakowi za to, że zdecydował po latach wydać dziełko własnym sumptem.
Stanie ono gdzieś tutaj, wiele miejsca nie zajmie, muszę tylko pamiętać, by było obok Klio, córki Mnemosyne:
Wyd. Marek Zgórniak Kraków 2010, 40 stron + 23 czarno-białe fotografie
Z własnej półki (kupione w Księgarni Akademickiej 10 lipca 2014 roku za 6,30 zł)
Przeczytałam od razu czyli 10 lipca 2014 roku
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ film rosyjski TRIETIA RAKIETA/ TRZECIA RAKIETA (Третья ракета), reż. Riczard Wiktorow, 1963
Trzeci film z udziałem Stanisława Lubszina.
Jest na YT w całości:
Dramat wojenny.
2/ film francuski PRZYGODY RABINA JAKUBA (Les aventures de Rabbi Jacob), reż. Gérard Oury, 1973
Na YT trailer:
Francuski przemysłowiec Victor Pivert, znany jest ze swego nieco wątpliwego stosunku do obcokrajowców. Szczególną niechęcią darzy Żydów. Kiedy nieoczekiwanie musi uciekać przed policją, przestępcami... oraz własną żoną, jak na ironię, przyjdzie mu ukrywać się przebranym za rabina. Wtedy także zmieni swoje poglądy...
3/ film czeski KAPRYŚNE LATO (Rozmarné léto), reż. Jiří Menzel, 1968
Na YT całość w oryginale:
Adaptacja powieści Vladislava Vančury. Ironiczny i uroczy obraz małomiasteczkowej społeczności . Do niewielkiego miasteczka przyjeżdża magik z uroczą asystentką .Trzej miejscowi notable w ciągu kilku nocy próbują uwieść uroczą asystentkę - bez powodzenia. Tymczasem sztuka ta udaje się jednej z ich żon - z magikiem. Kiedy magik doznaje kontuzji , żona potulnie wraca do męża...
4/ film japoński SCENA NAD MORZEM (Ano natsu ichiban shizukana umi), reż. Takeshi Kitano, 1991
Na YT trailer:
Shigeru jest głuchoniemym japońskim śmieciarzem. Pewnego dnia na swojej stałej trasie znajduje wśród odpadków rozbitą deskę surfingową i próbuje ją naprawić. Od tej pory on i jego dziewczyna Takako spędzają cały wolny czas na plaży.
Historia tej publikacji jest ciekawa, bowiem materiały w niej zawarte zostały opublikowane po prawie trzydziestu latach od swego powstania. Najwyraźniej nastał już czas, kiedy było można :)
Na okładce książeczki czytamy:
No i rzeczywiście, materiały z sesji (naukawej) - oto strona tytułowa:
Członkowie Klubu "Kopciuszek" - którym jedynym statutowym obowiązkiem jest chodzić na pogrzeby kolegów - spotykali się od wczesnych lat 50-tych w tym oto miejscu przy ul. Karmelickiej 13 w Krakowie:
/skan zdjęcia pochodzącego z publikacji/
Niestety wśród zdjęć zamieszczonych na końcu książeczki nie ma żadnego z wnętrza kawiarni "Kopciuszek". Zeskanowałam za to jedno ze zdjęć uwieczniających sam jubileusz:
Cóż zawiera ta niepozorna książeczka? No właśnie materiały z sesji, odbytej z okazji jubileuszu. Najpierw ogólnie o jubileuszu, co już mnie rozbroiło dowcipem (wyjazd prof. Krawczuka do Myślenic) :)
Potem wprowadzenie (na końcu wyprowadzenie, oczywiście) i poszczególne referaty. Oto spis treści:
Całość tchnie optymizmem (mimo dodupizmu katastroficznego prof. Krawczuka) i dobrym humorem, widać, że się profesorowie nieźle bawili. Chwała więc Markowi Zgórniakowi za to, że zdecydował po latach wydać dziełko własnym sumptem.
Stanie ono gdzieś tutaj, wiele miejsca nie zajmie, muszę tylko pamiętać, by było obok Klio, córki Mnemosyne:
Wyd. Marek Zgórniak Kraków 2010, 40 stron + 23 czarno-białe fotografie
Z własnej półki (kupione w Księgarni Akademickiej 10 lipca 2014 roku za 6,30 zł)
Przeczytałam od razu czyli 10 lipca 2014 roku
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ film rosyjski TRIETIA RAKIETA/ TRZECIA RAKIETA (Третья ракета), reż. Riczard Wiktorow, 1963
Trzeci film z udziałem Stanisława Lubszina.
Jest na YT w całości:
Dramat wojenny.
2/ film francuski PRZYGODY RABINA JAKUBA (Les aventures de Rabbi Jacob), reż. Gérard Oury, 1973
Na YT trailer:
Francuski przemysłowiec Victor Pivert, znany jest ze swego nieco wątpliwego stosunku do obcokrajowców. Szczególną niechęcią darzy Żydów. Kiedy nieoczekiwanie musi uciekać przed policją, przestępcami... oraz własną żoną, jak na ironię, przyjdzie mu ukrywać się przebranym za rabina. Wtedy także zmieni swoje poglądy...
3/ film czeski KAPRYŚNE LATO (Rozmarné léto), reż. Jiří Menzel, 1968
Na YT całość w oryginale:
Adaptacja powieści Vladislava Vančury. Ironiczny i uroczy obraz małomiasteczkowej społeczności . Do niewielkiego miasteczka przyjeżdża magik z uroczą asystentką .Trzej miejscowi notable w ciągu kilku nocy próbują uwieść uroczą asystentkę - bez powodzenia. Tymczasem sztuka ta udaje się jednej z ich żon - z magikiem. Kiedy magik doznaje kontuzji , żona potulnie wraca do męża...
4/ film japoński SCENA NAD MORZEM (Ano natsu ichiban shizukana umi), reż. Takeshi Kitano, 1991
Na YT trailer:
Shigeru jest głuchoniemym japońskim śmieciarzem. Pewnego dnia na swojej stałej trasie znajduje wśród odpadków rozbitą deskę surfingową i próbuje ją naprawić. Od tej pory on i jego dziewczyna Takako spędzają cały wolny czas na plaży.
Etykiety:
Cracoviana,
W tym tygodniu oglądam,
Z własnej półki
sobota, 12 lipca 2014
Natalia Dawydowa - Całe życie i jeszcze dwie godziny
Zdobyłam trzecią powieść tajemniczej autorki, o której życiu i twórczości nic nie udało mi się znaleźć. A tak mnie ciekawi, jaka była jej droga, niewątpliwie pochodziła ze środowisk naukowych, to czuć w jej powieściach.
Powieść Całe życie i jeszcze dwie godziny, zdobyta całkiem niedawno, stanęła na tej półce:
Regał dobrze znacie:
W sumie mam (i przeczytałam) to:
Nikt nigdy znajdziecie tutaj, a Miłość inżyniera Izotowa tu.
Czy coś jeszcze w Polsce tej autorki wydano - nie wiem.
Do czytania zdjęłam obwolutę, bo jest cienka i szybko się niszczyła:
Okazało się, że książka wpasowała mi się w pościel, wiadomo, że czytam w łóżku :)
Informacja na skrzydełku mówi, że to:
Po przeczytaniu trzech powieści Dawydowej mogę się pokusić o uogólnienie. Jej twórczość traktuje zazwyczaj o uczuciach damsko-męskich rzuconych na tło stosunków w instytucie naukowym albo fabryce.
Tak też jest i w tym przypadku. Instytut Naukowo-Badawczy Polimerów, wielka chemia, cicha walka kierownictwa z naukowcami, z których większość wolałaby pracować "dla siebie" czyli naukowo, a nie dla przemysłu - i tu pojawia się Masza, przybyła z Leningradu, gdzie zostawiła samotną po śmierci męża matkę i trudne z nią odniesienia. Ale to nie jedyna rzecz, która została w Leningradzie, bo jest jeszcze praca czysto naukowa, za którą tęsknią chemicy z takich małych ośrodków jak ten opisywany w powieści, jest historia miłości, która jakoś się rozwiała, rozeszła, lata minęły, dziś Masza dobiega trzydziestki i jest ostrożna w uczuciach.
Więc zmagania się z wymogami pracy, z własnymi pryncypiami, ale i z rodzącym się uczuciem do Leonida, czy to przyjaźń czy kochanie? Przyglądanie się pożyciu małżeńskiemu przyjaciół, czy ja tak chcę dla siebie?
- Według mnie, w tej instytucji, w której z tobą siedzimy, też można coś niecoś zrobić. Jeżeli kuć, kuć długo, całe życie, z cichym uporem, całe życie... Jak sądzisz?
- Całe życie i jeszcze dwie godziny - odpowiadam. - I jeżeli ci się w dodatku uda...
- Ja też tak sądzę. Więc uzgodniliśmy to zagadnienie - mówi Leonid poważnie.
Jest w tej powieści klimat codzienności, zwykłego życia, nie ma namiętności Wichrowych wzgórz... a jednak przykuwa uwagę. Cały czas trzymałam kciuki za powodzenie Leonida i tak bardzo się bałam, że Maszy się nie powiedzie.
Teraz, gdy już skończyłam trzydzieści lat, za wszystkie radości swego dzieciństwa i lat młodzieńczych płacę smutkiem. Mamusia - smutek. Stara ciotka Wiera - smutek. Brat cioteczny, chłopak w wieku szkolnym, mam takiego - smutek. Ktoś mi kiedyś podarował duży globus, który mi się podobał, bo był taki duży i niebieski, stał w moim pokoju na podłodze - smutek. Globusa już dawno nie ma, ale prócz globusa były inne rzeczy - bilet do teatru, pierwsza opera, pierwsze pantofle na wysokim obcasie. Za to wszystko - pierwsze - płacę teraz smutkiem. Dawniej sprzeczałam się, gniewałam, obrażałam, teraz nie mogę, teraz dławi mnie smutek. Za wszystko, czego nie rozumiałam w dzieciństwie, a dzisiaj rozumiem, muszę teraz płacić. I trzeba się spieszyć. Bo można nie zdążyć.
Tutaj można przeczytać powieść w oryginale.
Początek:
i koniec:
Wyd. CZYTELNIK Warszawa 1968, wyd.I, 236 stron
Tytuł oryginalny: Wsia żyzń plus jeszczo dwa czasa/ Вся жизнь плюс еще два часа
Przełożyła: Janina Dziarnowska
Z własnej półki (kupione na allegro 8 maja 2014 roku za 5 zł)
Przeczytałam 9 lipca 2014 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Więc było tak. Po opublikowaniu notki o wspomnieniach profesora Grodziskiego zajrzałam do internetów zobaczyć, co tam o tym piszą. No niewiele, ja piszę na razie :) ale na drugim miejscu była Księgarnia Akademicka i tak jakoś weszłam, a tam nagle... widzę, że pojawiła się pozycja, o której czytałam w miesięczniku KRAKÓW i o którą się w Księgarni dopytywałam, ale nic o niej nie słyszeli. I teraz mają. Znów prof. Grodziski. A właściwie jego ojciec, adwokat i pisany przez niego dziennik. No, to już wiem, co robię po pracy, pomyślałam. Ale jeszcze zaczęłam - kontrolnie - przeglądać dział cracoviana. I wsiąkłam. Wynotowałam sobie pięć publikacji i poleciałam na Św. Anny. Z jednej na miejscu zrezygnowałam - była to książka o Tadeuszu Since, ale omawiająca głównie jego dorobek naukowy, a mnie by bardziej interesowała biografia. Resztę wzięłam. I tak pękło 93 zł...
Pieniądze, wiadomo, rzecz nabyta, bardziej mnie przy zakupach książkowych wstrzymuje brak miejsca w domu, no ale na cracoviana nie pożałuję przecież :)
Swoją drogą rozmawiałam kiedyś z koleżanką po linii zawodowej - z tych linii, co to wiecznie trzeba się dokształcać - i powiedziała ona, że nie kupuje książek, bo nie ma ich komu zostawić. Taki argument jakoś nie przyszedł mi do głowy. Przecież książki kupuję dla SIEBIE! Miałabym się pozbawić tej przyjemności wizją jakichś tam spadkobierców, którzy nie wiedzą co ze spuścizną zrobić? Never!
Ale wracając do ostatnich nabytków. Widzicie tam pozycję zatytułowaną Trzydziestolecie (mniej więcej) klubu "Kopciuszek" (o niej następnym razem). No jaki ten świat mały! Tam właśnie znalazłam czarno-białe zdjęcie dodane do poprzedniej notki, a udowadniające, że wspomniany klub istotnie mieścił się pod numerem 13 przy ul. Karmelickiej.
A co do nowych nabytków - od kilkunastu dni biję się z myślami. Pojawiła się na allegro pozycja, której poszukuję, ale kosztuje 120 zł. No i brać czy nie brać. Liczyć na to, że jeszcze się kiedyś pojawi i to taniej? Czy carpe diem i nie czekać na nic? Ot, zagwozdka.
Powieść Całe życie i jeszcze dwie godziny, zdobyta całkiem niedawno, stanęła na tej półce:
Regał dobrze znacie:
W sumie mam (i przeczytałam) to:
Nikt nigdy znajdziecie tutaj, a Miłość inżyniera Izotowa tu.
Czy coś jeszcze w Polsce tej autorki wydano - nie wiem.
Do czytania zdjęłam obwolutę, bo jest cienka i szybko się niszczyła:
Okazało się, że książka wpasowała mi się w pościel, wiadomo, że czytam w łóżku :)
Informacja na skrzydełku mówi, że to:
Po przeczytaniu trzech powieści Dawydowej mogę się pokusić o uogólnienie. Jej twórczość traktuje zazwyczaj o uczuciach damsko-męskich rzuconych na tło stosunków w instytucie naukowym albo fabryce.
Tak też jest i w tym przypadku. Instytut Naukowo-Badawczy Polimerów, wielka chemia, cicha walka kierownictwa z naukowcami, z których większość wolałaby pracować "dla siebie" czyli naukowo, a nie dla przemysłu - i tu pojawia się Masza, przybyła z Leningradu, gdzie zostawiła samotną po śmierci męża matkę i trudne z nią odniesienia. Ale to nie jedyna rzecz, która została w Leningradzie, bo jest jeszcze praca czysto naukowa, za którą tęsknią chemicy z takich małych ośrodków jak ten opisywany w powieści, jest historia miłości, która jakoś się rozwiała, rozeszła, lata minęły, dziś Masza dobiega trzydziestki i jest ostrożna w uczuciach.
Więc zmagania się z wymogami pracy, z własnymi pryncypiami, ale i z rodzącym się uczuciem do Leonida, czy to przyjaźń czy kochanie? Przyglądanie się pożyciu małżeńskiemu przyjaciół, czy ja tak chcę dla siebie?
- Według mnie, w tej instytucji, w której z tobą siedzimy, też można coś niecoś zrobić. Jeżeli kuć, kuć długo, całe życie, z cichym uporem, całe życie... Jak sądzisz?
- Całe życie i jeszcze dwie godziny - odpowiadam. - I jeżeli ci się w dodatku uda...
- Ja też tak sądzę. Więc uzgodniliśmy to zagadnienie - mówi Leonid poważnie.
Jest w tej powieści klimat codzienności, zwykłego życia, nie ma namiętności Wichrowych wzgórz... a jednak przykuwa uwagę. Cały czas trzymałam kciuki za powodzenie Leonida i tak bardzo się bałam, że Maszy się nie powiedzie.
Teraz, gdy już skończyłam trzydzieści lat, za wszystkie radości swego dzieciństwa i lat młodzieńczych płacę smutkiem. Mamusia - smutek. Stara ciotka Wiera - smutek. Brat cioteczny, chłopak w wieku szkolnym, mam takiego - smutek. Ktoś mi kiedyś podarował duży globus, który mi się podobał, bo był taki duży i niebieski, stał w moim pokoju na podłodze - smutek. Globusa już dawno nie ma, ale prócz globusa były inne rzeczy - bilet do teatru, pierwsza opera, pierwsze pantofle na wysokim obcasie. Za to wszystko - pierwsze - płacę teraz smutkiem. Dawniej sprzeczałam się, gniewałam, obrażałam, teraz nie mogę, teraz dławi mnie smutek. Za wszystko, czego nie rozumiałam w dzieciństwie, a dzisiaj rozumiem, muszę teraz płacić. I trzeba się spieszyć. Bo można nie zdążyć.
Tutaj można przeczytać powieść w oryginale.
Początek:
i koniec:
Wyd. CZYTELNIK Warszawa 1968, wyd.I, 236 stron
Tytuł oryginalny: Wsia żyzń plus jeszczo dwa czasa/ Вся жизнь плюс еще два часа
Przełożyła: Janina Dziarnowska
Z własnej półki (kupione na allegro 8 maja 2014 roku za 5 zł)
Przeczytałam 9 lipca 2014 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Więc było tak. Po opublikowaniu notki o wspomnieniach profesora Grodziskiego zajrzałam do internetów zobaczyć, co tam o tym piszą. No niewiele, ja piszę na razie :) ale na drugim miejscu była Księgarnia Akademicka i tak jakoś weszłam, a tam nagle... widzę, że pojawiła się pozycja, o której czytałam w miesięczniku KRAKÓW i o którą się w Księgarni dopytywałam, ale nic o niej nie słyszeli. I teraz mają. Znów prof. Grodziski. A właściwie jego ojciec, adwokat i pisany przez niego dziennik. No, to już wiem, co robię po pracy, pomyślałam. Ale jeszcze zaczęłam - kontrolnie - przeglądać dział cracoviana. I wsiąkłam. Wynotowałam sobie pięć publikacji i poleciałam na Św. Anny. Z jednej na miejscu zrezygnowałam - była to książka o Tadeuszu Since, ale omawiająca głównie jego dorobek naukowy, a mnie by bardziej interesowała biografia. Resztę wzięłam. I tak pękło 93 zł...
Pieniądze, wiadomo, rzecz nabyta, bardziej mnie przy zakupach książkowych wstrzymuje brak miejsca w domu, no ale na cracoviana nie pożałuję przecież :)
Swoją drogą rozmawiałam kiedyś z koleżanką po linii zawodowej - z tych linii, co to wiecznie trzeba się dokształcać - i powiedziała ona, że nie kupuje książek, bo nie ma ich komu zostawić. Taki argument jakoś nie przyszedł mi do głowy. Przecież książki kupuję dla SIEBIE! Miałabym się pozbawić tej przyjemności wizją jakichś tam spadkobierców, którzy nie wiedzą co ze spuścizną zrobić? Never!
Ale wracając do ostatnich nabytków. Widzicie tam pozycję zatytułowaną Trzydziestolecie (mniej więcej) klubu "Kopciuszek" (o niej następnym razem). No jaki ten świat mały! Tam właśnie znalazłam czarno-białe zdjęcie dodane do poprzedniej notki, a udowadniające, że wspomniany klub istotnie mieścił się pod numerem 13 przy ul. Karmelickiej.
A co do nowych nabytków - od kilkunastu dni biję się z myślami. Pojawiła się na allegro pozycja, której poszukuję, ale kosztuje 120 zł. No i brać czy nie brać. Liczyć na to, że jeszcze się kiedyś pojawi i to taniej? Czy carpe diem i nie czekać na nic? Ot, zagwozdka.
Etykiety:
Literatura rosyjska,
Najnowsze nabytki,
Z własnej półki
czwartek, 10 lipca 2014
Stanisław Grodziski - Klio, córka Mnemosyne, kelnerka z Kopciuszka
Chciałabym ładnie napisać o tej książce. Bo tego warta. Bo nie wiem, jakimi kanałami będzie się rozchodzić, skoro została wydana przez Autora i czy ma szansę dotrzeć do wszystkich zainteresowanych. Bo to wspomnienia z czasów niedawno minionych. Bo napisane przez profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego, co dla mnie jest już pierwszym stopniem na drabinie do nieba :) Bo ich autor jest człowiekiem dowcipnym.
Tylko ja nie umiem tak ładnie. Mogę jedynie rzucić garść wrażeń na zachętę.
Książka nowiutka, jeszcze nie znalazła swojego miejsca na regale, ale stanie niewątpliwie gdzieś tutaj:
Prof. Grodziski nie po raz pierwszy gości u mnie na półce. Odszukałam dwie książki:
Przy okazji tej pierwszej pozycji, zerknęłam do notki sprzed 2 lat i odkryłam, że w domu są jeszcze dwie jego książki... no ale już za późno, zapomniałam i nie sfotografowałam :(
Natomiast druga pozycja to świętość w mym domu. Otóż, gdy Córunia była mała, a ja nie pracowałam, jeno zajmowałam się jej wychowywaniem (ze skutkiem mizernym, ma ci ona silny charakter) nie było tygodnia bez tzw. Przyprawy. Znaczy się wyszukiwałam różne miejscowości w okolicach Krakowa i układałam gryplan, a następnie molestowałam Narzeczonego w celu odbycia wyjazdu. Wertowałam różne stare wydawnictwa z czasów komuny, przewodniki, które po dużej części nie były już aktualne, PGR-y w dawnych dworach przestały istnieć i zamieniły się w prywatne rezydencje (chłop mi do dziś wypomina, jak to szukaliśmy w jakiejś wsi ośmiobocznych stodół), no co tam w domu miałam - przypominam, że internetu nie było. To znaczy może już był (lata 90-te), ale nie w moim zasięgu. W każdym razie nabyłam wówczas Wzdłuż Wisły, Dniestru i Zbrucza Grodziskiego i traktowałam tę książkę jak Biblię :) Więcej teraz nie będę pisać, bo postanowiłam ją sobie odświeżyć i wtedy będzie dokładniej.
Jak wspominałam przy okazji zakupu, rzecz przewertowałam już pierwszego wieczora i z wielkim trudem się od niej oderwałam na rzecz książki aktualnie czytanej. Ale nadeszła spokojna niedziela i mogłam już bez zwłoki oddać się lekturze:
To było bardzo miłe popołudnie spędzone w łóżku z profesorem, pozostającym pod urokiem płci niewieściej jak każdy prawdziwy mężczyzna. Wspomnienia prof. Grodziskiego - a są to zapiski z lat 1968-1982 - powstały pod wpływem córki Karoliny, która nie tylko zachęciła ojca do uporządkowania ich i wydania, ale też wybrała ilustracje: reklamy i etykiety z lat 60-tych i 70-tych (kawy Marago, herbaty "Społem" wybornej etc.). Zresztą Karolina Grodziska też ma swoje miejsce na moich półkach, to specjalistka od krakowskich cmentarzy. Profesor niechętnie uchyla zasłony z życia rodzinnego, ale wspomina o odejściu żony, gdy córka miała zaledwie 18 lat. I tak mi przychodzi do głowy - może głupio - że naukowe zainteresowania Karoliny Grodziskiej wyrosły może wskutek częstego bywania na grobie matki? Wszak pierwszy przewodnik po krakowskich cmentarzach autorstwa samouka Stanisława Cyrankiewicza powstał wskutek pewnego wydarzenia związanego z pochówkiem sióstr scholastycznek...
To jednak nie wiąże się z tematem książki, a są nim dzieje grupki stałych klientów kawiarni "Kopciuszek" przy ul. Karmelickiej. Uformowali oni stolik, gdzie spotykali się codziennie na kawie. W nieistniejącym statucie Stolika w "Kopciuszku" obowiązywały tylko dwie zasady – primo: wzajemnie sobie nie szkodzić, secundo: chodzić na pogrzeby kolegów. Byli wśród nich prof. Aleksander Krawczuk, rzeźbiarz Marian Konieczny, Mirosław Frančić, Irena Homola-Skąpska, Antoni Podraza. Historycy, prawnicy, lekarze, dziennikarz. Z czasem stolik przeniósł się do Pasażu Bielaka, a wreszcie do kawiarni Grand Hotelu, gdzie profesorskiemu towarzystwu zorganizowano stały stolik o odpowiedniej ilości miejsc, a nawet ustawiono popiersia niektórych z nich, autorstwa Koniecznego. Chciałam Was nawet uraczyć tym widokiem, ale gdy wychodzę z pracy, jest tam już za ciemno, by zrobić zdjęcia, będę musiała poczekać do urlopu. Na razie więc jedynie widok na kamieniczkę nr 15 przy ul. Karmelickiej, gdzie wszystko się zaczęło:
Dziś nie jest to już "Kopciuszek", ale "Czarodziej".
Nawiasem mówiąc Grodziski wymienia numer 13 jako siedzibę "Kopciuszka", ale to kamieniczka obok, gdzie funkcjonuje zakład fotograficzny. Pamięć spłatała figla :)
___________________________________________________________________
I tu już po dwóch godzinach update:
Sama sobie jestem winna. Nie można ufać jednemu źródłu. Zaufałam autorce bloga Spacerkiem po Krakowie, która zapewnia, że "Kopciuszek" był w miejscu obecnego "Czarodzieja" (chodziła tam przed 40 laty). Tymczasem zaraz po pracy wstąpiłam do Księgarni Akademickiej i znalazłam potwierdzenie, że to nie profesor Grodziski ma zaniki pamięci... "Kopciuszek" jak najbardziej był pod numerem 13, tam gdzie dziś zakład fotograficzny. Jutro dowód w tym miejscu! I zdjęcie właściwej kamienicy. Ale że poszłam do Akademickiej... coś mnie tknęło normalnie :)
Proszę bardzo, oto dowód. W pewnej publikacji (o której za dni parę) znalazłam to oto zdjęcie:
To samo miejsce dziś (niestety nie miałam możności skorzystać z okna na piętrze naprzeciwko, jak twórca czarno-białej fotografii):
A więc było to na pewno pod numerem 13 i niniejszym przepraszam prof. Grodziskiego za posądzenie (bezpodstawne) o zmiany zwyrodnieniowe w tętnicach (zwane powszechnie sklerozą).
_____________________________________________________________________
Autor zaczyna od usprawiedliwienia :)
A potem już snuje się opowieść, dedykowana
O latach studiów uniwersyteckich i początkach pracy naukowej. O kolegach, mistrzach (Adam Vetulani), przyjaciołach. O absurdach tamtych czasów i jak z tych opresji wychodzono obronną ręką. O dawnym sznycie profesorskim i obyczajach studenckich. O ludziach nieprzeciętnych i tych... bardzo przeciętnych. O tym, jak kiedyś wyglądały habilitacje i jacy studenci przychodzili do Uniwersytetu za nowej władzy.
Wszystko podane lekko i z dyskretnym przymrużeniem oka:
Kawę "Kopciuszek" serwował nieszkodliwą dla zdrowia.
:)
albo:
nie każdy miał czas posłuchać radia (także miejscowego)
Gdy Grodziski zajmował się w ramach swych obowiązków egzaminami wstępnymi na uczelnię (tak, były kiedyś takie), zdarzały się takie donosy:
Wszyscy profesorowie biorą łapówki w dewizach, profesor Studnicki przyjmuje tylko antyki, a Grodziski to nawet antyków nie bierze.
Uczeni dzielili się przy stoliku spostrzeżeniami:
Józef Buszko powrócił ze sporego spaceru w okolicach Zabierzowa i poinformował nas, że zauważył istotną zmianę obyczaju włościańskiego: "Kurwa mać" zastąpiło dawne, tradycyjne "szczęść Boże".
oraz dowcipami:
- Co to jest: stoi na rogu ulicy i nie kopie nikogo w tyłek?
- Aparat do kopania w tyłek, produkcji polskiej.
Profesorowie opiekowali się gośćmi Uniwersytetu. Gdy po miesięcznym pobycie w Krakowie żegnano na dworcu wileńskiego stypendystę, ten 40-letni człowiek rozpłakał się.
- Nie dostanę tu paszportu po raz drugi...
Za to pewnej pani profesor ze Szwajcarii nie imponowały podkrakowskie pejzaże i dopiero na widok stadka gęsi oszalała i kazała sobie robić zdjęcia.
Naturalnie dyskutowali o sprawach uczelnianych i personalnych. Ustalali schemat, jak głosować na Radzie Wydziału w sprawie o awans kolegi. Pierwszy schemat brzmiał:
- To jest wybitny uczony!
Gdyby jednak nie dało się go użyć, trzeba wołać:
- Wprawdzie niewiele publikuje, ale to taki znakomity dydaktyk!
W razie niemożności użycia tego argumentu, trzeba mówić z naciskiem:
- To taki sprawny organizator.
Może wreszcie zdarzyć się, iż będzie szło o kolegę, który nie jest uczonym ani dydaktykiem ani organizatorem, powiedzieć należy:
- To taki porządny człowiek!
Przekazywali sobie plotki krążące o wykładowcach w Studium Wojskowym.
Oficer informuje:
- U nas, na krakowskim Ujocie, program jest ten sam, co na warszawskim Ujocie!
Inny (a może ten sam) oficer prezentuje chłodnicę karabinu maszynowego i mówi do słuchaczy:
- Woda wrze przy 90 stopniach.
Jakiś student wtrąca się do wykładu:
- Panie kapitanie, woda wrze przy 100 stopniach!
Kapitan otwiera swój notes, sprawdza i mówi:
- Macie rację! 90 stopni to jest kąt prosty.
Jednym z przyjaciół był prof. Michał Patkaniowski, zwany Misiem. Jako sędzia grodzki nieraz orzekał w sprawach godnych pióra Wiecha. Oto jedna z nich:
Przed sądem około 1938 roku stanęli dwaj malowniczy kupcy w jarmułkach. Sąd skazał jednego z nich na grzywnę, wówczas drugi, podskakując nerwowo, wciąż powtarzał:
- Wysoki Sądzie, niech on tę grzywnę zapłaci na remont Wawelu! Tylko na remont Wawelu!
Misiowi zaimponował ten przejaw patriotyzmu, więc po zakończeniu rozprawy już prywatnie spytał kupca o przyczynę tego zainteresowania akurat Wawelem.
- Bo, panie sędzio, okna jego sklepu wychodzą na wawel, on ten wawel widzi codziennie i za każdym razem będzie go krew zalewała na wspomnienie tej grzywny!
O doktorze Włodzimierzu Wolfarthcie wcześniej nie słyszałam. Była to malownicza postać, przypadkiem zabłąkana w wiek dwudziesty.
Jeden z profesorów miał dwie urodziwe córki-bliźniaczki. Przyszedł do niego jego asystent w eleganckim garniturze i łamiącym się głosem powiedział:
- Przychodzę prosić o rękę córki pana profesora...
- O, bardzo mnie to cieszy - odparł profesor - ale której?
- Pozostawiam to do uznania pana profesora...
Anegdota o moim ukochanym Karolu Estreicherze. Spotkał go raz Grodziski na mieście, gdy wraz z trzema woźnymi niósł ciężkie rzeźbione drewniane drzwi z warsztatu tokarskiego. O wiele młodszy od dyrektora Muzeum Uniwersyteckiego Grodziski zaproponował swą pomoc. Gdy donieśli drzwi do Collegium Maius i złożyli je w ogrodzie profesorskim, w wykopanym płytkim dole, nastąpiła niezapomniana scena: Estreicher i woźni rozpięli spodnie i odlali się na nowiutkie drzwi.
Wyjaśnienie? Bardzo proste - chodziło o spatynowanie wyrobu :) żeby zbytnio nie odstawał od pozostałych w Muzeum.
I tak przez trzysta stron, opatrzonym jeszcze objaśnieniami terminów łacińskich ("które oby były zupełnie zbędne"), miejsc i kawiarń w Krakowie, a wreszcie organizacji z tamtych czasów. Plus cenny indeks osób. Całość - lektura obowiązkowa dla każdego krakauera. TRZY RAZY TAK!
Początek:
i koniec:
Wyd. nakładem własnym Autora Kraków 2014, 309 stron
Z własnej półki (kupione w Księgarni Akademickiej 2 lipca 2014 roku za 25 zł)
Przeczytałam 6 lipca 2014 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Zeszłotygodniowy sukces: co najmniej dwa lata miałam tę pozycję na "liście życzeń" na allegro - i pojawiła się niespodziewanie, więc od razu połknęłam, chociaż tanio nie było, jak na radziecką staroć - 15 zet.
Jest to pierwsza część trylogii - resztę czytałam, ale o tym szczegółowiej za dni parę.
Tylko ja nie umiem tak ładnie. Mogę jedynie rzucić garść wrażeń na zachętę.
Książka nowiutka, jeszcze nie znalazła swojego miejsca na regale, ale stanie niewątpliwie gdzieś tutaj:
Prof. Grodziski nie po raz pierwszy gości u mnie na półce. Odszukałam dwie książki:
Przy okazji tej pierwszej pozycji, zerknęłam do notki sprzed 2 lat i odkryłam, że w domu są jeszcze dwie jego książki... no ale już za późno, zapomniałam i nie sfotografowałam :(
Natomiast druga pozycja to świętość w mym domu. Otóż, gdy Córunia była mała, a ja nie pracowałam, jeno zajmowałam się jej wychowywaniem (ze skutkiem mizernym, ma ci ona silny charakter) nie było tygodnia bez tzw. Przyprawy. Znaczy się wyszukiwałam różne miejscowości w okolicach Krakowa i układałam gryplan, a następnie molestowałam Narzeczonego w celu odbycia wyjazdu. Wertowałam różne stare wydawnictwa z czasów komuny, przewodniki, które po dużej części nie były już aktualne, PGR-y w dawnych dworach przestały istnieć i zamieniły się w prywatne rezydencje (chłop mi do dziś wypomina, jak to szukaliśmy w jakiejś wsi ośmiobocznych stodół), no co tam w domu miałam - przypominam, że internetu nie było. To znaczy może już był (lata 90-te), ale nie w moim zasięgu. W każdym razie nabyłam wówczas Wzdłuż Wisły, Dniestru i Zbrucza Grodziskiego i traktowałam tę książkę jak Biblię :) Więcej teraz nie będę pisać, bo postanowiłam ją sobie odświeżyć i wtedy będzie dokładniej.
Jak wspominałam przy okazji zakupu, rzecz przewertowałam już pierwszego wieczora i z wielkim trudem się od niej oderwałam na rzecz książki aktualnie czytanej. Ale nadeszła spokojna niedziela i mogłam już bez zwłoki oddać się lekturze:
To było bardzo miłe popołudnie spędzone w łóżku z profesorem, pozostającym pod urokiem płci niewieściej jak każdy prawdziwy mężczyzna. Wspomnienia prof. Grodziskiego - a są to zapiski z lat 1968-1982 - powstały pod wpływem córki Karoliny, która nie tylko zachęciła ojca do uporządkowania ich i wydania, ale też wybrała ilustracje: reklamy i etykiety z lat 60-tych i 70-tych (kawy Marago, herbaty "Społem" wybornej etc.). Zresztą Karolina Grodziska też ma swoje miejsce na moich półkach, to specjalistka od krakowskich cmentarzy. Profesor niechętnie uchyla zasłony z życia rodzinnego, ale wspomina o odejściu żony, gdy córka miała zaledwie 18 lat. I tak mi przychodzi do głowy - może głupio - że naukowe zainteresowania Karoliny Grodziskiej wyrosły może wskutek częstego bywania na grobie matki? Wszak pierwszy przewodnik po krakowskich cmentarzach autorstwa samouka Stanisława Cyrankiewicza powstał wskutek pewnego wydarzenia związanego z pochówkiem sióstr scholastycznek...
To jednak nie wiąże się z tematem książki, a są nim dzieje grupki stałych klientów kawiarni "Kopciuszek" przy ul. Karmelickiej. Uformowali oni stolik, gdzie spotykali się codziennie na kawie. W nieistniejącym statucie Stolika w "Kopciuszku" obowiązywały tylko dwie zasady – primo: wzajemnie sobie nie szkodzić, secundo: chodzić na pogrzeby kolegów. Byli wśród nich prof. Aleksander Krawczuk, rzeźbiarz Marian Konieczny, Mirosław Frančić, Irena Homola-Skąpska, Antoni Podraza. Historycy, prawnicy, lekarze, dziennikarz. Z czasem stolik przeniósł się do Pasażu Bielaka, a wreszcie do kawiarni Grand Hotelu, gdzie profesorskiemu towarzystwu zorganizowano stały stolik o odpowiedniej ilości miejsc, a nawet ustawiono popiersia niektórych z nich, autorstwa Koniecznego. Chciałam Was nawet uraczyć tym widokiem, ale gdy wychodzę z pracy, jest tam już za ciemno, by zrobić zdjęcia, będę musiała poczekać do urlopu. Na razie więc jedynie widok na kamieniczkę nr 15 przy ul. Karmelickiej, gdzie wszystko się zaczęło:
Dziś nie jest to już "Kopciuszek", ale "Czarodziej".
Nawiasem mówiąc Grodziski wymienia numer 13 jako siedzibę "Kopciuszka", ale to kamieniczka obok, gdzie funkcjonuje zakład fotograficzny. Pamięć spłatała figla :)
___________________________________________________________________
I tu już po dwóch godzinach update:
Sama sobie jestem winna. Nie można ufać jednemu źródłu. Zaufałam autorce bloga Spacerkiem po Krakowie, która zapewnia, że "Kopciuszek" był w miejscu obecnego "Czarodzieja" (chodziła tam przed 40 laty). Tymczasem zaraz po pracy wstąpiłam do Księgarni Akademickiej i znalazłam potwierdzenie, że to nie profesor Grodziski ma zaniki pamięci... "Kopciuszek" jak najbardziej był pod numerem 13, tam gdzie dziś zakład fotograficzny. Jutro dowód w tym miejscu! I zdjęcie właściwej kamienicy. Ale że poszłam do Akademickiej... coś mnie tknęło normalnie :)
Proszę bardzo, oto dowód. W pewnej publikacji (o której za dni parę) znalazłam to oto zdjęcie:
To samo miejsce dziś (niestety nie miałam możności skorzystać z okna na piętrze naprzeciwko, jak twórca czarno-białej fotografii):
A więc było to na pewno pod numerem 13 i niniejszym przepraszam prof. Grodziskiego za posądzenie (bezpodstawne) o zmiany zwyrodnieniowe w tętnicach (zwane powszechnie sklerozą).
_____________________________________________________________________
Autor zaczyna od usprawiedliwienia :)
A potem już snuje się opowieść, dedykowana
O latach studiów uniwersyteckich i początkach pracy naukowej. O kolegach, mistrzach (Adam Vetulani), przyjaciołach. O absurdach tamtych czasów i jak z tych opresji wychodzono obronną ręką. O dawnym sznycie profesorskim i obyczajach studenckich. O ludziach nieprzeciętnych i tych... bardzo przeciętnych. O tym, jak kiedyś wyglądały habilitacje i jacy studenci przychodzili do Uniwersytetu za nowej władzy.
Wszystko podane lekko i z dyskretnym przymrużeniem oka:
Kawę "Kopciuszek" serwował nieszkodliwą dla zdrowia.
:)
albo:
nie każdy miał czas posłuchać radia (także miejscowego)
Gdy Grodziski zajmował się w ramach swych obowiązków egzaminami wstępnymi na uczelnię (tak, były kiedyś takie), zdarzały się takie donosy:
Wszyscy profesorowie biorą łapówki w dewizach, profesor Studnicki przyjmuje tylko antyki, a Grodziski to nawet antyków nie bierze.
Uczeni dzielili się przy stoliku spostrzeżeniami:
Józef Buszko powrócił ze sporego spaceru w okolicach Zabierzowa i poinformował nas, że zauważył istotną zmianę obyczaju włościańskiego: "Kurwa mać" zastąpiło dawne, tradycyjne "szczęść Boże".
oraz dowcipami:
- Co to jest: stoi na rogu ulicy i nie kopie nikogo w tyłek?
- Aparat do kopania w tyłek, produkcji polskiej.
Profesorowie opiekowali się gośćmi Uniwersytetu. Gdy po miesięcznym pobycie w Krakowie żegnano na dworcu wileńskiego stypendystę, ten 40-letni człowiek rozpłakał się.
- Nie dostanę tu paszportu po raz drugi...
Za to pewnej pani profesor ze Szwajcarii nie imponowały podkrakowskie pejzaże i dopiero na widok stadka gęsi oszalała i kazała sobie robić zdjęcia.
Naturalnie dyskutowali o sprawach uczelnianych i personalnych. Ustalali schemat, jak głosować na Radzie Wydziału w sprawie o awans kolegi. Pierwszy schemat brzmiał:
- To jest wybitny uczony!
Gdyby jednak nie dało się go użyć, trzeba wołać:
- Wprawdzie niewiele publikuje, ale to taki znakomity dydaktyk!
W razie niemożności użycia tego argumentu, trzeba mówić z naciskiem:
- To taki sprawny organizator.
Może wreszcie zdarzyć się, iż będzie szło o kolegę, który nie jest uczonym ani dydaktykiem ani organizatorem, powiedzieć należy:
- To taki porządny człowiek!
Przekazywali sobie plotki krążące o wykładowcach w Studium Wojskowym.
Oficer informuje:
- U nas, na krakowskim Ujocie, program jest ten sam, co na warszawskim Ujocie!
Inny (a może ten sam) oficer prezentuje chłodnicę karabinu maszynowego i mówi do słuchaczy:
- Woda wrze przy 90 stopniach.
Jakiś student wtrąca się do wykładu:
- Panie kapitanie, woda wrze przy 100 stopniach!
Kapitan otwiera swój notes, sprawdza i mówi:
- Macie rację! 90 stopni to jest kąt prosty.
Jednym z przyjaciół był prof. Michał Patkaniowski, zwany Misiem. Jako sędzia grodzki nieraz orzekał w sprawach godnych pióra Wiecha. Oto jedna z nich:
Przed sądem około 1938 roku stanęli dwaj malowniczy kupcy w jarmułkach. Sąd skazał jednego z nich na grzywnę, wówczas drugi, podskakując nerwowo, wciąż powtarzał:
- Wysoki Sądzie, niech on tę grzywnę zapłaci na remont Wawelu! Tylko na remont Wawelu!
Misiowi zaimponował ten przejaw patriotyzmu, więc po zakończeniu rozprawy już prywatnie spytał kupca o przyczynę tego zainteresowania akurat Wawelem.
- Bo, panie sędzio, okna jego sklepu wychodzą na wawel, on ten wawel widzi codziennie i za każdym razem będzie go krew zalewała na wspomnienie tej grzywny!
O doktorze Włodzimierzu Wolfarthcie wcześniej nie słyszałam. Była to malownicza postać, przypadkiem zabłąkana w wiek dwudziesty.
Jeden z profesorów miał dwie urodziwe córki-bliźniaczki. Przyszedł do niego jego asystent w eleganckim garniturze i łamiącym się głosem powiedział:
- Przychodzę prosić o rękę córki pana profesora...
- O, bardzo mnie to cieszy - odparł profesor - ale której?
- Pozostawiam to do uznania pana profesora...
Anegdota o moim ukochanym Karolu Estreicherze. Spotkał go raz Grodziski na mieście, gdy wraz z trzema woźnymi niósł ciężkie rzeźbione drewniane drzwi z warsztatu tokarskiego. O wiele młodszy od dyrektora Muzeum Uniwersyteckiego Grodziski zaproponował swą pomoc. Gdy donieśli drzwi do Collegium Maius i złożyli je w ogrodzie profesorskim, w wykopanym płytkim dole, nastąpiła niezapomniana scena: Estreicher i woźni rozpięli spodnie i odlali się na nowiutkie drzwi.
Wyjaśnienie? Bardzo proste - chodziło o spatynowanie wyrobu :) żeby zbytnio nie odstawał od pozostałych w Muzeum.
I tak przez trzysta stron, opatrzonym jeszcze objaśnieniami terminów łacińskich ("które oby były zupełnie zbędne"), miejsc i kawiarń w Krakowie, a wreszcie organizacji z tamtych czasów. Plus cenny indeks osób. Całość - lektura obowiązkowa dla każdego krakauera. TRZY RAZY TAK!
Początek:
i koniec:
Wyd. nakładem własnym Autora Kraków 2014, 309 stron
Z własnej półki (kupione w Księgarni Akademickiej 2 lipca 2014 roku za 25 zł)
Przeczytałam 6 lipca 2014 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Zeszłotygodniowy sukces: co najmniej dwa lata miałam tę pozycję na "liście życzeń" na allegro - i pojawiła się niespodziewanie, więc od razu połknęłam, chociaż tanio nie było, jak na radziecką staroć - 15 zet.
Jest to pierwsza część trylogii - resztę czytałam, ale o tym szczegółowiej za dni parę.
Etykiety:
Cracoviana,
Najnowsze nabytki,
Wspomnienia i memuary,
Z własnej półki
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















































