czwartek, 28 sierpnia 2025

Svetlana Makarovič - Ciocia Magda czyli wszyscy jesteśmy twórcami


 

 Kiedyś przyniosłam to z knihobudki, mimo paskudnej okładki - cóż, lata 80-te, nie wymagajmy zbyt wiele... Ale zaciekawiło mnie, że autorka słoweńska, a takich nie znam. Zresztą z ciekawym życiorysem, bo ukończyła szkołę teatralną i ponoć z powodzeniem grała, aż tu nagle zerwała z deskami teatru i poświęciła się poezji. A z czasem i literaturze dla dzieci. I całe szczęście, bo świat (mój świat) byłby uboższy o Ciocię Magdę

A ja też byłabym o nią uboższa fizycznie, bo gdy byłam w Pradze przeczytała ją moja córka (nie podobało się jej) i naszykowała do wyniesienia. W ostatniej chwili uratowałam! A teraz już nikt jej nie wyniesie, bo chcę mieć możliwość ponownej lektury, gdyby coś. Gdyby zachciało mi się znów zanurzyć w fantastyczny świat cioci Magdy, która zaopiekowała się swoją bratanicą po śmierci jej rodziców.

Ciocia Magda bardzo nie lubi, gdy wspomina się o jej wieku (którego zresztą nikt nie zna), nie wiadomo, z czego żyje, ma w głębokiej d poważaniu ciało pedagogiczne, które nie docenia jej starań dotyczących edukacji kulturalnej dziewczynki, żyje sztuką (na przykład bezustannie przefarbowując bluzki), gardzi przyziemnymi sąsiadkami i chociaż nazywa bratanicę bachorkiem, kocha ją bezgranicznie. 

Na ponad stu stronach przeczytamy o tym, jak ciocia Magda przygarnia pieska, który jest dziwnie podobny do zaginionego psa sąsiadów, jak przyprowadza do domu pijaka, bo to artystyczna dusza, jak adoptuje porzucone dziecko, jak pomaga sąsiadce znaleźć odpowiedniego męża, jak zakłada firmę produkującą sztuczne kwiaty, jak chce dać ogłoszenie o znalezionym futrze... nie muszę chyba dodawać, że wszelkie te inicjatywy kończą się... humorystycznie 😉

Początek:

Koniec: 


Wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 1985, 118 stron

Tytuł oryginalny: Teta Magda ali vsi smo ustvarjalci

Przełożyła: Anna Bochman

Z własnej półki

Przeczytałam 26 sierpnia 2025 roku


Tymczasem z knihobudki przyniosłam coś na zaś. Na jak odległe zaś, nie wiadomo. Niby że po angielskim będę się uczyć niemieckiego 😂 Już się pochwaliłam zdobyczą niemieckiej kuzynce, która mnie w odwecie poinformowała, że Astrid Lindgren uwielbia i wszystko czytała. Jeśli kiedykolwiek dojdzie do tej lektury, to na szczęście mam polskie tłumaczenie, więc będę mogła się wspomagać. A książeczka jest tak fajnie wydana (w Hamburgu w 1979 roku), mała, w twardej oprawie i z płóciennym grzbietem, podobnie jak u nas wychodziły różne dziecięce, na przykład Doktor Dolittle, tylko jeszcze węższa. A' propos, z tak wydawanych książek chciałabym jeszcze upolować kiedyś Babcię na jabłoni.

Zyskałam jeszcze kilka pozycji w knihobudce, ale nie pokazuję, bo będę je czytać niedługo, a przynajmniej dwie z nich, powiedziałabym, że wręcz sensacyjne 😁
 

Sprawdzam codziennie pięć razy pocztę, czy ZUS wreszcie rozpatrzył wniosek o świadczenie wspierające - już bym chciała przestać o tym myśleć - dziś minęły dwa tygodnie od złożenia, więc pewnie mają kolejne dwa na działanie? 

A gdy wracałam z tego ZUS-u, nagle słońce zaświeciło tak, że wreszcie pojęłam: to, co brałam za taras zadaszony na dachu jednej z kamienic, to tylko panele 🤣 A ja zawsze zazdrościłam tym, co tam ten taras mają!


Wczoraj było zaplanowane kąpanie Ojczastego, sąsiad w gotowości, ale Ojczasty się nie dał. Najpierw perorował, że nic mu nie dolega, to tylko starzenie się - ewidentnie wziął sąsiada za lekarza, gdy pokazywałam, żeby się rozbierał - potem zrozumiał w czym rzecz, ale nie, on nie potrzebuje, głowę sobie sam umyje... Taaa. Dziś sąsiad też ma wolne i spróbujemy zrobić drugie podejście za chwilę.  

poniedziałek, 25 sierpnia 2025

Peter Seeberg - Ptaki niebieskie...


Bohatera Ptaków niebieskich... należałoby odstrzelić, moim zdaniem 😂 Ale ponieważ każdy, absolutnie każdy ma prawo do życia i to do swojego życia, takiego, jakie mu się podoba prowadzić (nie wliczam w to psychopatycznych morderców), to nikt do Toma nie strzela, tylko raczej unika jego towarzystwa, bo wiąże się ono zawsze z próbami wyżebrania ("pożyczenia") paru koron. Tom jest pisarzem - znaczy chciałby nim być, chciałby napisać powieść, genialną oczywiście, tylko jakoś nie może się za to zabrać. Temat niemocy twórczej często powraca czy to w literaturze czy w kinie (ach, Osiem i pół!), ale jeśli chodzi o Toma, nie jest to blokada twórcza, tylko cecha charakteru, a może raczej brak charakteru, on nie potrafi się zdobyć na nic poza oszukiwaniem, wyłudzaniem, właściwie nie ma żadnych ludzkich uczuć czy emocji, żadnych zasad moralnych, bez mrugnięcia okiem weźmie mięso na befsztyki u rzeźnika i zapyta, o której otwiera nazajutrz, żeby mu przyniósł pieniądze (tak, rzeźnik się na to nabierze) albo korzystając z telefonu w sklepie w pobliżu domu (czyli tam, gdzie bywa najczęściej) ukradkiem ściąga papierosy do kieszeni. Oj, przecież taki sklepikarz nie może się z nim równać, żyje tylko po to, żeby przeliczać pieniądze. Tom nie może podjąć żadnej pracy, bo przecież pisze powieść (nie ma nawet pierwszego zdania), więc pieniądze są dla jego żony Etny głównym tematem rozmów; mieszkają w domu w budowie, nie mają nic, w końcu Etna go opuszcza i to właśnie w momencie, gdy odezwał się stary znajomy, bogaty, zaznaczmy, i zaoferował mu 10 tys. koron za napisanie czegoś prawdziwego. Tom wyskrobał trzy linijki i uważa, że te 10 tysięcy ma już w kieszeni...

Dwie osoby o kompletnie różnym postrzeganiu świata (rzeczywistości). Hiffs, ten bogaty, czerpie z życia pełnymi garściami, ale też zapracował sobie na to. Próbuje pchnąć Toma na właściwą drogę, ale nikt za nas nie wykona tej pracy, jaką jest nadanie życiu sensu. 

 

Miałam kiedyś tę książkę i pozbyłam się jej dawno temu, bez czytania, toteż gdy ją zobaczyłam w budce, powiedziałam sobie, że nadszedł ten czas.

Ale bohater jest tak odstręczającą postacią, że już do niego nie chcę wracać i książki do budki odnoszę. Żebym się nie zaraziła niemocą 😁

Początek:


Koniec: 


Wyd. Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1972, 103 strony

Tytuł oryginalny: Fugls føde

Przełożyła z duńskiego: Maria Bero

Seria dzieł pisarzy skandynawskich 

Z knihobudki

Przeczytałam 24 sierpnia 2025 roku

 

W knihobudce różne fanty można znaleźć... Córka przyniosła małe cukiniątko 🤣 Miałyśmy obiad przez trzy dni.

 

Ja natomiast tradycyjnie - przyniosłam książki. Nowiuśki koszuli. Ziemię obiecaną (jeszcze w folii) na zamianę za mój - a właściwie Ojczastego - stary obszarpany egzemplarz. Nędzników nie miałam i nie pamiętam, czy w domu w ogóle nie było, czy gdzieś wyparowali w toku dziejów, bo w szkolnych czasach czytałam na pewno. Ciekawe, czy dziś będzie mi się chciało wrócić. W każdym razie są pod ręką.

Pod nogą właściwie, bo dołączyli do stosu na podłodze. 



Od czwartkowego zakupu solniczki na herbatę bigosiarka (w której herbata była do tej pory) stała niezagospodarowana, aliści od początku wiedziałam, że przeznaczę ją na kwiatka. A tu dziś w Lidlu hedera po 6 zł 😁 Umaiłam Ojczastemu jego etażerkę. Której i tak nie widzi.


 

Żeby nie było, że tylko zabieram z knihobudki - trochę wyniosłam. Córka przyklepała niektóre propozycje. Ożogowska została wymieniona na nowszą.



A nad niektórymi medytowałam ja. Cóż, w młodości myślałam, że dorosnę do nich, że będę się bujać na wiklinowym fotelu przykryta pledem i czytać Próby Monteskiusza albo Listy Erazma z Rotterdamu - toteż je zabrałam z księgozbioru Ojczastego. Ale wygląda na to, że nie będę, zresztą nie mam nawet bujanego fotela. Uwolniłam trochę miejsca na... kryminały. Oto jedyne, na co mnie stać.



piątek, 22 sierpnia 2025

Stanisława Domagalska - Jeszcze nie teraz

Co to za seria? Nazywa się Przeczytaj, to ciekawe.

Wydawnictwo pisze na okładce o opowiadaniach ze słonecznikiem. Wychodziły w latach 1974-1979, więc może już byłam za stara na nie i dlatego nie znam. Przynajmniej sądząc z treści tej książeczki (znalezionej w knihobudce), gdzie bohaterami jest dwójka dzieci z klasy IIA.

Całkiem pouczająca lektura, pokazująca, jak nieprawidłowe zachowanie nauczycielki - przeczytała na głos w klasie treść liściku miłosnego od Piotrka do Ani - może wywołać tsunami w postaci decyzji wspólnej ucieczki z domu. I zabawna, bo wyobrażenie dzieci na temat uroków dorosłego życia (po co kotlet na obiad, jak można zjeść lody) i sposobów zarabiania na nie rozbawi każdego. No, może nie drętwych gości inżyniera Skubacza z ostatniej strony...

Jednocześnie opowiadanie przynosi refleksję, że na którym byśmy nie byli etapie życia, traktujemy to, co nam się przydarza, jako wielką katastrofę. 

Postanowiłam książeczkę zatrzymać, jako jedyny posiadany egzemplarz z całej serii, a co tam, malutka jest, gdzieś się ją upchnie. 
 


Początek:

Koniec: 

Wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 1979, 75 stron

Z własnej półki 

Przeczytałam 20 sierpnia 2025 roku

 

A jeśli szukacie informacji o seriach dla dzieci i młodzieży w PRL-u to znalazłam taką pracę - klik



Pralczany wypadek 

Przypomnę pewną historię - a kto nie zna, tego napomnę, żeby koniecznie się zapoznał z dylogią o amerykańskiej rodzince.

Pewnego dnia, gdy mąż był w pracy, a dzieci w szkolnych i przedszkolnych przybytkach, pani domu poczuła w kuchni okropny smród, wywołujący duszność i mdłości. Jednocześnie stara lodówka, która do tej pory wydawała z siebie nieustający stukot - ucichła. Sprawa była jasna: to z niej wydobywa się trujący gaz. Skontaktowany telefonicznie warsztat naprawy lodówek polecił natychmiast opuścić dom. Na obiad trzeba było zabrać dzieci do baru (a w piekarniku była kura!). Felerny sprzęt został wytaszczony na dwór i oczywiście zaraz pojawił się samochód firmy produkującej lodówki. Wybór nowego modelu nie był trudny, bo matka od paru lat nosiła się z myślą o zakupie nowej. Sprzedawca zalecił wymycie wszystkich naczyń w kuchni i przy tej okazji dodał, że da duży rabat, jeśli jednocześnie wezmą zmywarkę do naczyń. Mąż podpisał czek. Przy nowych sprzętach stare linoleum wyglądało fatalnie, a dla uzupełnienia ogólnego wyglądu kuchni bohaterka kupiła również nowy obrus. Mąż tylko wzdychał ciężko.

Kilka dni później najstarszy syn poinformował matkę, że dostał od ojca dwusiarczan sodu do robienia eksperymentów, wsypał go do miseczki, dolał jakiegoś kwasu i postawił na kaloryferze w kuchni, a teraz miseczka jest pusta - ulotniło się. Tak, było to wtedy, gdy kupili nową lodówkę (i całą resztę). Ale ojcu lepiej o tym nie wspominać 🤣

 

No. Więc tak. Przyjechali wczoraj panowie z pralką, odłączyli i wynieśli starą, wnieśli nową, podłączyli, nastawili próbne pranie i... nie działa. 

- A prąd w gniazdku to jest? Niech no pani da jakąś przedłużkę.

Wolnej przedłużki pod ręką nie miałam, ale podałam suszarkę do włosów. Nie działa. Spróbowaliśmy jeszcze w gniazdku koło umywalki. Nie działa. Pan poszedł sprawdzać skrzynki.

Pamiętacie, jak pisałam, że w weekendową noc strzeliły korki? Po "naprawieniu" bezpieczników w skrzynce na klatce schodowej sprawdziłyśmy, czy wszędzie się światło świeci, a zwłaszcza w lodówce i to od materaca przeciwodleżynowego, świeciło się, więc ok.

Tyle że opadł bezpiecznik od gniazdek w łazience, ten w skrzynce wewnątrz mieszkania, więc gdy we wtorek chciałam włączyć pralkę...

No ale cóż, mam teraz nową 🤣 która co prawda nie pokazuje, na jakim jesteśmy etapie prania, tak jak poprzednia, ale wyświetla, ile minut zostało do końca. Nie kijem go, to pałką. 

Pan widząc moją minę po tym odkryciu gniazdkowym pocieszył mnie:

- Ta stara i tak już była skorodowana. 

Przynajmniej mieli co opowiadać w pracy 😂

Czy dokupiłam coś jeszcze do nowej pralki? Niechcący tak 😁 Musiałam bowiem pojechać do sklepu oddać coś o nazwie magnetyzer (kupowałam pralkę przez telefon i pan mi to wcisnął, że niby będzie miększa woda; na miejscu okazało się, że mam za blisko ściany kranik i nie mieści się), w centrum handlowym remonty, nachodziłam się i naszukałam sklepu, a po drodze zobaczyłam, że niby sale do 70% w czymś o nazwie Homla, wlazłam i znalazłam ceramiczny pojemnik na sól z bambusową przykrywką, no i tak jakoś stwierdziłam, że dosyć trzymania soli w starym wyszczerbionym kubku 🤣 Po czym w domu córka orzekła, że lepiej będzie dać do niego herbaty ekspresowe i na tym stanęło. Czy mam jechać po drugi na sól?

/nie, nie zamierzam, z powodu pralkowego wydatku do końca miesiąca oszczędzamy; dobrze, że nie musimy kupować wyprawki szkolnej/ 


 

 

Ojczasty potoczył się przed chwilą do naszego pokoju, pomacał kaloryfer i ze smutkiem stwierdził, że nie ogrzewają... 


środa, 20 sierpnia 2025

Christianna Brandová - Nebýt jezevčíka


 

Christianna Brand, mówią internety, była brytyjską pisarką, która z niejednego pieca chleb jadła, a gdy pracowała jako sprzedawczyni, wpadła na pomysł powieści kryminalnej, bowiem marzyła o pozbyciu się irytującego współpracownika (nie był to Lesio). Potem napisała całą serię z inspektorem Cockrillem, a zapoczątkowała ją właśnie dzisiejsza książka, którą Czesi z sobie tylko znanego powodu zatytułowali Gdyby nie jamnik, podczas gdy tytuł oryginalny to Heads you lose - i nie bez kozery, bo trzy ofiary morderstwa są znalezione z uciętą głową. Na usprawiedliwienie czeskiej wersji tytułu należy dodać, że jamnik istotnie tu się przewija przez całą powieść, a nawet ratuje życie swojej pani. 

Ponieważ akcja dzieje się w 1941 roku, a więc trwa wojna, jamnik wywołuje niechęć pospólstwa, bo to niemiecka rasa 😉 Ale wyższe sfery wiedzą, co dobre i Aziza uwielbiają. Tak tak, bowiem rzecz dzieje się wśród arystokracji, w wiejskiej siedzibie szlachcica Pendocka. Atmosfera jak z Agaty Christie, moi drodzy. Nie brakuje zwrotów akcji, ujawnień głęboko skrywanych tajemnic i romansowych perypetii. Sam inspektor Cockrill ogranicza się do skręcania sobie papierosów i posypywania popiołem podłogi 😁


Dramatis personae:

Początek:

Koniec:

Wyd. Odeon, Praha 1972, 163 strony

Okładka oczywiście od Adolfa Borna 😍 

Seria nazywa się Czytanie na urlop (Čtení na dovolenou), wychodziła w latach 1968-1992, prawdopodobnie było to 118 powieści kryminalnych i humorystycznych; parę już mam 🤩

Tytuł oryginału: Heads you lose

Przełożyła z angielskiego na czeski: Helena Nebelová (tłumaczyła Gardnera, MacDonalda, Patricię Highsmith)

Z własnej półki (z knihobudki w Nuselskim magistracie 5 sierpnia 2025 roku)

Przeczytałam 19 sierpnia 2025 roku 

 


Nie wiem, jak to jest - ale cały czas się coś dzieje i NI MOM CASU na nic. Czy ktoś byłby chętny na małą zamiankę?

Gdy wróciłam z Pragi, czekał na mnie polecony z Urzędu od świadczenia wspierającego, że Ojczastemu przyznano 90 punktów i za 2 tygodnie decyzja się uprawomocni. Chyba, że złożę oświadczenie, że zrzekam się prawa do odwołania, to uprawomocnienie nastąpi od razu. No to zaraz pojechałam w kolejkę, podpisałam zrzeczenie, nabrało natychmiast mocy i kolejnym krokiem było złożenie wniosku w ZUS. A więc następnego dnia pojechałam do ZUS, gdzie guzik załatwiłam, bo wniosek musi być złożony elektronicznie, a urzędniczka patrząc prosto w oczy zadała mi pytanie, czy mam PUE. Cóż, myślę sobie, trzeba się przyznać, bo ona pewnie tam w komputerze i tak to widzi. Gdyby nie to, może by się dała uprosić, żeby mi to sama na miejscu zrobiła - nie lubię robić coś na tych platformach, bo czasem bywa ciężko. Wróciłam więc do domu i pod wieczór przystąpiłam do akcji - która ku memu zdziwieniu powiodła się, wniosek wypełniłam, wysłałam i teraz mam czekać na jego rozpatrzenie. I na kasiorę 😂

Dobrze byłoby, żeby to nastąpiło, zanim Ojczasty zejdzie... 🤣 

Nie no, nigdzie się chyba nie wybiera, ale daje popalić. Wtedy jak chciałam jechać do ZUS-u, budzę go na śniadanie, żeby córce zostawić już tylko pilnowanie go, a on nie i nie, nawet oczu nie otwiera, tylko ogania się ręką (córka mówi odsuń się, bo ci przyłoży), że on chce spać. A w nocy śpij, cholero! Dalej próbuję go skłonić do siadu, nie ma mowy:

- Zarazy! - woła.

Tego dnia zaoszczędziliśmy na jego obiedzie, bo tę kaszę mannę śniadaniową zjadł w rezultacie o 14.00, gdy sam z siebie się obudził 🤣

Przyznam się, że teraz, gdy na horyzoncie rysują się pieniądze, mam mieszane uczucia 😎 Jak ten gość z suchara, który widzi teściową spadającą w przepaść w jego nowym wozie...

Ale nie, żarty żartami, gdyby zadzwonili z ZOL-u, że jest już miejsce, to ani chwili bym się nie wahała. Dziś różni się znacznie od wczoraj (sprzed miesiąca), nie dość, że trzeba go holować do łazienki, to jeszcze do zwyczajowego sikania w nocy co godzinę doszło jakieś stękanie co i rusz - czyli można uznać, że prawie nie śpię. Udaje strasznie niedołężnego, do jedzenia sam z łóżka się nie podniesie, biedak (Chryste, mój kręgosłup), a dziś nad ranem przyglądałam się, jak wstał na sikanie i doskonale sobie ze wszystkim poradził. Zafundował nam też mały ataczek, ale tylko perorował przez dwa dni (bełkotliwie, więc nie wiem, na jaki temat), nic groźnego się nie działo. Jednej nocy za to o pierwszej zażądał kolacji, bo jest głodny przecież, co zignorowałam. O drugiej znów zażądał kolacji, a o trzeciej oznajmił, że poskarży się mojemu bratu, że może my potrzebujemy się odchudzać (jaki miły!), ale on nie i że jak go zagłodzimy, to nam przepadnie jego emerytura 😂 Brat mówi no widzisz, mówisz, że mało kumaty, a chłop się orientuje.

Zaczynam się skłaniać ku myśli, że jak te pieniądze zaczną wpływać, to muszę rzeczywiście kogoś znaleźć, kto od czasu do czasu przyjdzie pomóc. 

 

W nocy z soboty na niedzielę pierdykły korki i nie wystarczyło podnieść ten w mieszkaniu, trzeba było szukać kluczyka od skrzynki na korytarzu, wynosić taboret, żeby się do niej dostać, a potem sprawdzać, czy na pewno wszystko działa. No cóż, okazało się, że nie działa zasilacz do tego nowego laptopa córki i bardzo możliwe, że to on był przyczyną spięcia.

Więc w poniedziałek jazda z reklamacją... wszystkie te jazdy to w strachu, że w tym czasie coś się stanie w domu, wiadomo. Dali nowy zasilacz. 

Wczoraj kąpanie Ojczastego, potem nastawiam pranie - pralka nie chodzi. Nic się nie świeci i nic nie działa. Wydzwaniam gdzieś po internetach. Za przyjazd 250 zł (albo 270). Jak będzie potrzebna część do wymiany, to zamówić, poczekać, aż przyjdzie i za drugą wizytę 150 zł. Z tym, że ta część może być za 800 na przykład 😂 Pralka ma chyba 9 lat, wiadomo, że teraz produkują tak, żeby jak najczęściej zmieniać. Myślenice, co robić, w końcu decyzja, żeby kupić nową. Jutro przywiozą i podłączą. Tymczasem to pranie wyciągnięte leży na podłodze. 

Poprzednia pralka miała 30 lat i działała, tylko po remoncie łazienki już by się nie zmieściła, dlatego była kupiona nowa. Pewnie, że teraz wolałabym naprawić starą niż kupować nową (ekologia!), ale nie mam żadnej pewności, że nie wyrzuciłabym za okno 250 zł, a i tak musiała kupić nową.  

Co jeszcze, bo mało 🤣 Jeszcze była wycieczka do IKEI, bo mam rabat 100 zł i chciałam wykorzystać, ale na próżno jechałam, bo jednej z zaplanowanych rzeczy nie mieli na stanie. Chyba zrobię zakup do paczkomatu, bo jest do nabycia online, a rabat wygasa w sobotę.

A teraz chciałabym posiedzieć na dupie! 

 

Tymczasem Szyszkodar przywiózł nową dostawę, tym razem nie torby ikeowskie wypełnione starzyzną, tylko ganz nówki - pięć pudeł, które dostał z księgarni. Oniemiałam, jak je wypakowałyśmy, bo spodziewałam się, że zrobili porządki w piwnicy 😉 a tu same nowe, głównie literatura dziecięca i młodzieżowa.  

Od razu odłożyłam część do posprawdzania u siebie na ewentualne podmianki 😎

 

Moja córka też sobie odłożyła dwa stosy, tyle że ona szybko czyta i natychmiast wynosi. Niemniej jednak koło łóżka ma już barykadę z książek, które - jak twierdzi - są zapasem na zimę.

 

A reszta czeka, bo budka chwilowo załadowana, ktoś wczoraj wieczorem przywiózł parę pudeł staroci i jeszcze nie wszystko się rozeszło.

 

W budce znalazłam też serię Kanon Literatury Podziemnej (nie znałam) i wybrałam sobie trzy sztuki. 


 

sobota, 16 sierpnia 2025

Tomasz Lektorny - Teofil Zraszacz ha ha ha

 

Wiadoma sprawa, że ledwo wtargałam walizkę do domu, hyc z powrotem za próg, trzeba było przecież skontrolować stan "mojej" budki, nieprawdaż. A tam znalazłam toto.

Wydane najwyraźniej sumptem autora. Na końcu nawet wpisał długopisem swój adres mailowy. Internety powiedziały, że to jeden z krakowskich dziwaków i że swoją produkcję sprzedaje na ulicach czy w parkach, zaczepiając ludzi; ponoć jest przy takim spotkaniu bardzo miły i robi pozytywne wrażenie (cóż dziwnego, skoro chce sprzedać). Potem już bywa różnie, zwłaszcza gdy się wyrazi nieco negatywną opinię. Ktoś ostrzega przez nim, żeby broń Boże nie brać go na mieszkanie, bo znika zostawiając niezapłacone rachunki. Czy tak, jak Teofil Zraszacz? 

Teofil wydaje się trochę alter ego autora, a przynajmniej on (autor) tak by chyba chciał, żeby go postrzegano. Jako człowieka nietuzinkowego, który ma jakąś magiczną moc wyciągania z ludzi ich tajemnych pragnień i marzeń - i spełniania ich. Teofil chodzi po ulicach, zaczepia dziewczyny i proponuje im a to wspólne pieczenie pizzy w wybranym przez nie randomowo cudzym mieszkaniu, a to umycie jej zębów, a to zrobienie jajecznicy przy rozmowie o tym, czy myśli się ciepło o kurze, która zniosła te jajka, a to skrępowanie sznurami (i tyle), a to wmawia współlokatorce, że w wielkiej skrzyni w przedpokoju (wiecie, to Kraków, tu w kamienicach ciągle jeszcze wszystko jest możliwe) ukrył związaną inną dziewczynę.

Teofil robi to wszystko dla przyjemności - swojej, ale również cudzej. Wydobywa na wierzch te sekretne pragnienia, z których nieraz kobieta nawet nie zdawała sobie sprawy, i proponując ich zrealizowanie, prawie rozkochuje je w sobie. Najczęściej spotkania są jednorazowe, taki błysk i koniec. Teofil znika.

Ale wbrew pozorom niewiele się za tymi opisami kryje, czasem jest językowo nieudolne (wielokrotnie powtarzane spytał/a się, co się tak uwziął na to się), a interpunkcja kompletnie leży, co mnie wyjątkowo denerwuje. Na początku było wciągająco (kim jest naprawdę ten Teofil, z czego żyje, czy robi coś poza wyszukiwaniem odpowiednich kandydatek do swoich performansów, czy on je hipnotyzuje, czy ma faktycznie wewnętrzną siłę), potem już czytelnik widzi, że więcej z tego nie wyciągnie. I żadnego za przeproszeniem morału nie będzie. 

Oprócz próby zrozumienia ludzi, którzy żyją inaczej. 

Początek:


 

Koniec:

Wyd. jedyne co wiadomo, to że 2011 rok; strony nienumerowane

Z knihobudki 

Przeczytałam 15 sierpnia 2025 roku 

 

Najnowsze nabytki 

Wczoraj ktoś przyniósł do budki szereg cegieł humanistycznych,a  wśród nich Listy Joyce'a. Jasna sprawa, że nie jest to książka, którą wezmę do ręki i przeczytam 😉 Ale otworzyłam na chybił trafił któryś tom i przeczytałam list do brata bodajże, gdzie Joyce opisuje okoliczności narodzin dziecka i było to na tyle zabawne, że ustaliłam: 

- biorę

- codziennie przeczytam jeden list (w kolejności chronologicznej) i już za dwa lata czy kiedy tam będzie załatwione 🤣

- projekt uruchomiłam od razu - pierwszy list, napisany w wieku 18 lat, liczył trzy linijki tekstu 😁 Zaraz pomyślałam - no, jak taki krótki, to może przeczytam kolejny... A potem - nie! Jak jeden, to jeden! Bez kombinacji!


 


Co w domu


No bo tak - Ojczastego trzeba już pilnować calusieńki czas. Nie ma, że na minutę spuścisz go z oka, bo niby śpi. Śpi, a w następnej sekundzie już nie śpi i nie wiadomo, co mu do głowy wpadnie. Przekonałam się o tym już pierwszego dnia, gdy ruszył do łazienki, całe szczęście, że akurat stałam obok - bo leciał centralnie na regał - zdołałam złapać i podtrzymać. Tak, że trzeba go ubezpieczać w wycieczkach z łóżka, o których cię nie informuje z wyprzedzeniem, oczywiście. 

Wygląda na to, że nawet wypad do sklepu będzie skomplikowanym logistycznie przedsięwzięciem, uzgadnianym z córką. Przy czym i tak się boję, bo ona twierdzi, że wcale go nie trzeba prowadzać*, że on tak tylko wymusza nieustanną opiekę, bo całe życie tak miał. Brat w pewnym sensie twierdzi to samo; pierwszy raz zresztą widać było, że z ogromną ulgą go oddaje i że mu dopiekł ten pobyt Ojczastego u niego. Wcześniej bywało, że przysyłał mi zdjęcia wspólne na kanapie z nogami na stoliku z podpisem Królowie życia etc. Teraz mówił, że spał właśnie na tej kanapie, a nie u siebie w sypialni - żeby być bliżej, że trzy godziny na przykład ostatnia noc, bo a to chciał kubek herbaty o trzeciej nad ranem, a to na sedes. No, dla mnie to codzienność. Miał tam Ojczasty u niego kolejny atak halucynozy, który trwał dwa dni; ściągnął sobie w tym czasie pampersa w łóżku i zasikał to łóżko... Ojczasty ma właściwie nie pampersy, tylko takie pieluchomajtki, które są wygodniejsze w obsłudze - ale do tej pory miał je zakładane na wszelki wypadek li i jedynie. 

* dlatego boję się wychodzić - że on niepodtrzymywany upadnie, złamie sobie coś i dopiero będę miała wesoło 

Wczoraj wyszłam do budki na chwilunię, zanieść tam tę Czarną krowę i tak mi się żal zrobiło, że nie mogę sobie iść na spacer, tak żal. Gdzie te praskie czasy!

wtorek, 12 sierpnia 2025

Natalia Usenko - Czarna krowa + PRAGA drugi wtorek

O tym dziele nie wypada nawet pisać... może próbka?

Rozpostarła wielkie skrzydła

(miała je na grzbiecie),

pofrunęła między chmury,

wrzeszcząc "ECIE-PECIE!!!" 

Wyd. SARA

Ilustracje: Ernest Błędowski

Przeczytałam 12 sierpnia 2025 roku
 

Praga, dzień dziesiąty (oszukany) 

Koniec tego dobrego! Ileż można tak łazić nieustannie! Pomyśleć, że kiedyś jeździłam na 14 dni, aj aj. Już bym nie dała rady... nie wspominając o ilości książek, jaką można nazbierać w dwa tygodnie 🤣

Raniutko w korytarzu cisza, jeszcze wszyscy śpią. Drzwi otwarte, bo się popsowały przed dwoma dniami. Może to już ostatni raz tam byłam? Coś się kończy, coś się zaczyna... 

Choć nie jest powiedziane, bo co prawda na przyszły maj mam rezerwację w tym drugim miejscu u sióstr, ale na sierpień jeszcze nie chciały zrobić. Věra mówi, żeby tutaj na wszelki wypadek zarezerwować, najwyżej się odwoła, jeśli dostanę pokój u sióstr. 

 

Co prawda pobiłam kolejny rekord w ilości przywiezionych książek, ale nie było tragicznie. Pięć upchnęłam w plecaku, sześć w walizce, a dwadzieścia pięć w łowickiej siatce 😁 Ona już, biedna. dość sterana życiem - a używam jej tylko w tym prasko-książkowym celu, resztę roku odpoczywa w walizce. Boję się, żeby jej uszy nie praskły (mówiąc po czesku) za którymś razem, bo gdzie ja znajdą taką samą?


Věra przyjechała mi pomóc majtnąć się z tym wszystkim na dworzec, ale podczas przesiadki w Ostrawie musiałam sobie radzić sama i nawet się nie spociłam 😂 Czego nie można powiedzieć o dość otyłym panu, który zajął w autobusie miejsce koło mnie i siedziałam skurczona, bez możliwości wykonania jakiegokolwiek ruchu, wdychając zapachy spod pachy 😧 Dopiero po dwóch godzinach, przy okazji wycieczki do toalety, zorientowałam się, że z tyłu są wolne miejsca i się przesiadłam.

Ale jestem, mój urobek takoż już na miejscu, pranie się suszy, "moja" budka odwiedzona (no przecież musiałam skontrolować stan!), jutro wraca Ojczasty i koniec wakacji. 


Adios, mój pokoiku!


 

 Jakiś nietoperz polatuje czy co? Pod światło nie było widzieć szczegółów.

Za to z tyłu wyglądał tak 😉
A w zbliżeniu z przodu tak 😎 Puzzlowy chłoptaś.

Jak zabezpieczyć ławkę przed chętnymi na drzemkę.


 Exkreman cię widzi!


 

Tak sobie wymyśliłam, że to może służyło do opuszczania beczek z piwem?


 

Zegarów słonecznych nigdy dość. W końcu żem z Dżendżejowa!


W salonie tatuażu można wybrać praski motyw 😁 


Limnigraf, moi państwo.

 

Dawno temu, gdy jeszcze chodziłam na komentowane spacery, zapamiętałam wyjaśnienie przewodniczki, skąd się wzięły niektóre cofnięte od linii ulicy kamienice. Ale nie wiem, czy mogę Wam zdradzić tę tajemnicę 😂


Przyjemny domeczek 😍


 

Dzisiejsze poranne odkrycie - w klasztorze, na ścianie, wygląda jakby wykonane z prześcieradła? Tylko potem usztywnione.





 Cyngrosz starszy, Cyngrosz młodszy...



Czy Praga jest moją zaginioną Atlantydą?


No tak to już z nią jest w każdym razie...