czwartek, 29 lipca 2021

Stanisław Lem - Pamiętnik znaleziony w wannie

 Tak wyglądają książki sprzed kilkudziesięciu lat z domowej biblioteki. To jak mają wyglądać te, które figurują gdzieś w osiedlowych filiach i krążą od czytelnika do czytelnika? A przecież ten tom Lema czytał do tej pory tylko Ojczasty, powiedzmy nawet, że dwa razy - i jaki obszarpany! Szukałam go, będąc przed dwoma tygodniami w Dżendżejowie, i zdziwiłam się wyciągnąwszy z półki, że taki różowiutki - bo grzbiet dawno wyblakł do niewiadomego koloru... 

A przecież jedyne, co mogło zagrażać naszym domowym książkom, to... no jak myślicie, co?

Malowanie 😁 Mama tego zawsze pilnowała, żeby co 4, maksymalnie 5 lat było w domu malowanie. I wtedy moim zadaniem, gdy już sobie poszedł malarz, było ponowne ułożenie książek na półkach. Wtedy mogło się zdarzyć, że jakaś sterta na podłodze osunęła się, uszkadzając któryś egzemplarz. O tym, że układanie mogło się wlec w nieskończoność, bo zaczynałam czytać to, co brałam do ręki - już chyba kiedyś wspominałam? A mama coraz bardziej traciła cierpliwość 😂

Malarza mieliśmy w dalszej rodzinie. Jak tylko zaczynało się znowu mówić o malowaniu, wzywany był wujek Bożęcki. Stary przedwojenny fachura, wystarczyły mu dwa słowa. Gdy byłam całkiem mała, malował jeszcze specjalnym wałkiem we wzorki. Potem dopiero weszły w modę gładkie ściany.

A gdy przyjechałam do Krakowa, okazało się, że tutaj się nie maluje. W Krakowie otóż się remontuje. Mamy remont. Będziemy robili remont. Naiwnie myślałam na początku, że faktycznie jakieś wielkie prace planują i uskuteczniają, tymczasem to było właśnie - zwykłe malowanie. O ile w ogóle, bo również krakowską tradycją jest niemalowanie przez dziesiątki lat 😅 

Ale w Pamiętniku znalezionym w wannie nie ma nic o malowaniu. Ach, co to za szyderca, ten Lem. Wypuszcza się niby w odległą przyszłość, ale tylko po to, żeby zaraz wrócić do naszych czasów i obnażyć tę naszą biurokrację - niby że amerykańską, dla niepoznaki - tę naszą paranoję, ten nasz świat, który nie ma sensu ani celu.

A co za mistrz słowa! 

A' propos księgozbiorów, przypomniało mi się: ogniskami epidemii były wielkie zbiornice wiedzonośnych papyrów, taz zwane bao-blyo-theki.

Albo kult bóstwa Kap-Eh-Thaalu

Albo bieżącym wartościowaniem zajmowały się specjalne zakony (np. Makk-Lerów).

Swoją drogą, planuję wrócić do Kafki. 

Początek:
Koniec:

Wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 1971, 199 stron

Przeczytałam 25 lipca 2021 roku

Ponieważ nie mam miejsca, książkę odwożę do Ojczastego. No i już. Nie ma lekko. Tym bardziej, że...

Zaglądam ci ja wczoraj do poczty, a tam mail z Flixbusa. Że mi skasowali powrót z Pragi 😂😂😂

Moja córka cały czas powtarza to znak, to kolejny znak. Żeby nie jechać niby. Oj tam, znak. Na szczęście okazało się, że jest pociąg tego dnia, choć w całkiem nieodpowiedniej godzinie. No i dwa razy drożej.

Ale teraz mam tydzień nerwowego zaglądania do mail - czy nie skasują autobusu TAM. A pociągu TAM nie ma...

Coraz bardziej mi się ten Flixbus podoba 😜 Pierwszy raz i od razu takie hece.  Stażyści mówią, że oni to tak ciągle.

wtorek, 27 lipca 2021

Jolanta Piątek - Obrazki z Czech

Przeglądając hasztag CZECHY w katalogu bibliotecznym trafiłam na tę pozycję i jeszcze parę innych, wszystkie zamówiłam i będę odhaczać, choć niekoniecznie zdążę przed wyjazdem. Życie mi się teraz dzieli bowiem na PRZED i PO. I wolałabym, żeby już było PO, ech, ja głupia 😉
Zaczęłam czytać i od razu mówię sobie o rany, ja to powinnam mieć, muszę to sobie kupić. Ale zanim się zdążyłam za tym rozejrzeć, książkę przeczytałam i chęć mi minęła 😏 

Bo owszem, są tam interesujące rozdziały, takie o życiu codziennym, o służbie zdrowia, o szkolnictwie, o jedzeniu, o gospodzie 😁 Ale też dużo nudziarstwa: autorka za punkt honoru postawiła sobie przepisanie kilku rozdziałów z przewodników, gdzie się roztkliwia nad historią zamków i innymi takimi. Po kiego grzyba? Komu to potrzebne, to i tak sobie przewodnik kupi. Plus za dużo o dzieciach - może tak mówię, bo już nie jestem w wieku rozrodczym i kicham na dokonania progenitury (zwłaszcza cudzej 😂).

Ale nie był to czas stracony, bo sporo się dowiedziałam i jeszcze dodatkowy bonus: potwierdziły się moje rozmaite domysły na temat czeskiej rzeczywistości, wysnuwałam sobie wnioski z dość ograniczonych czasowo bytności, w dodatku turystycznych przecież, więc skoro to samo pisze osoba, która tam normalnie mieszkała i funkcjonowała przez 9 lat, to chyba miałam nosa 😜

Początek:

Koniec:

Wyd. Oficyna Wydawnicza ATUT, Wrocławskie Wydawnictwo Oświatowe, Wrocław 2010, 176 stron

Z biblioteki

Przeczytałam 24 lipca 2021 roku


NAJNOWSZE NABYTKI

Po tych tygodniach niepokoju i oczekiwania dziś rano zobaczyłam na stronie Poczty Polskiej komunikat, że paczka nadejszła do kraju. I tu muszę pochwalić PP (choć bym nawet nie chciała zważywszy na-wiadomo-co), bo jeszcze tego samego dnia ją dostarczono. Przyniosła ją kobieta - a paczka ważyła 13.785 kg, moim zdaniem kobiety nie ugruntują sobie cnót niewieścich, jak będą takie ciężary dźwigać, gdzie tu łagodność, delikatność - i jeszcze wręczając ją mojej córce, rzekła:

- Uważaj, dziecko, bo ciężkie.

Dziecko jest od dekady pełnoletnie, ale dobrze. Może kobieta ma ugruntowane cnoty macierzyńskie i tak do wszystkich?

I teraz Wam powiem, że właściwie nigdzie mi się nie chce jechać, zostałabym i studiowała sobie obrazki w domowym zaciszu. 

Ale to dlatego, że cosik mi się przypętało w sobotnie popołudnie. Najpierw zrobiło mi się zimno jak diabli i musiałam poszukać swetra (w ten upał, co był). Potem kaszlałam, lało mi się z nosa, bolał mnie brzuch i latałam do kibla. 

Córka szybko postawiła diagnozę:

- To jest reakcja na moje szczepienie.

No bo do południa byłyśmy na jej drugiej dawce.

Potem uznała, że to covid przywleczony tydzień wcześniej z pociągu.

A na końcu, że zatrucie pokarmowe. Ale to powinnam też wymiotować?

Faktem jest, że czwarty dzień się z tym borykam, spędzając czas w pozycji horyzontalnej (z przerwami na Fabrykę) i prawie nic nie jedząc, bo zaraz z powrotem ból brzucha i toaleta, ale dziś wstałam po raz pierwszy bez bólu głowy, to już czuję się jak gieroj, do tego stopnia, że zaordynowałam ziemniaczki na obiad, gotowane - i zjadłam (nawet w towarzystwie zsiadłego mleka), a teraz czekam, co się będzie działo 😂😂😂

Kolega w robocie nakazał mi pić elektrolity, no bo faktycznie groziło mi odwodnienie - ależ to świństwo jest! Ma smak krwi. I nie pytajcie, skąd wiem, jak smakuje krew - każdy wie. Jest tu jakaś emotka wampira?

Niemniej jednak niepokoję się w kontekście wyjazdu. No, jeszcze tydzień z hakiem, może minie - bezpowrotnie, mama nadzieję. Cokolwiek to jest/było.


Aha, o kosztach paczuszki nie powiem nic nawet na torturach (bo mi odbiorą prawa macierzyńskie)!

Mapę na kółkach kupiłam z zamiarem zabrania do Pragi, bo ja wiecznie z kserami powiększonych fragmentów map jeżdżę. Ale teraz widzę, że do kompletu chyba powinnam zabrać lupę... jednak powiększone ksera nie są takie złe, tylko należy dokładnie zaplanować, gdzie się pójdzie i te ksera przywieźć 😐

Kiedyś w końcu chyba se sprawię komórkę. Albo i nie. 

sobota, 24 lipca 2021

Joanna Łozińska, Maciek Blaźniak - Ale miasta!

 

Przeglądałam w bibliotecznym katalogu hasztag URBANISTYKA i w osiedlowej filii wyszły mi dwie aktualnie dostępne książki, więc zamówiłam. Idę odebrać, a pani mówi:

- Bo ja chciałam Panią o coś zapytać... 

Człowiek już podejrzewa w takiej sytuacji najgorsze 😁 A okazuje się, że pani chciała wiedzieć, czy ja wiem, że to książka dla dzieci 😂

Może nie do końca, ale co tam, bierę.

Myślę, że to dobra rzecz: zapoznaje dzieci z podstawami problematyki miast, mówi o podziałach, o zanikaniu i odradzaniu się miast, o zagrożeniach, o ekstremalnych warunkach, a na końcu i o pięknej utopii, którą czasem udaje się zrealizować (miasta ogrody czy słynna Bogota). Ilustracje Maćka Blaźniaka też mi się podobają, takie geometryzujące.





Ten widok na szczęście od sierpnia nie będzie groził Wenecji. Wreszcie zabroniono wielkim statkom wpływania do miasta 😍😍😍

Czy widzicie to, co ja??? To jest ta mała łyżeczka dziegciu, niestety...



Wyd.Wytwórnia, Warszawa 2018, 126 stron

Z biblioteki

Przeczytałam 21 lipca 2021 roku

A tej drugiej, co wzięłam z biblioteki, to chyba nie będę czytać. Autorka: Paulina Wilk, tytuł: Pojutrze. O miastach przyszłości. Bo tam jest napisane, że autorka snuje prawdopodobne scenariusze przyszłości i zestawia z wizjami futurologów i fantastów. A zresztą nie wiem, może sobie zostawię na razie, odleży się, przeczytam po wakacjach?

 

Za spaceru. Jedni tak...

Drudzy tak...

A ja jak? A ja łapię oddech. Byłyśmy z córką na jej drugiej dawce do południa - spacerkiem - i niestety praży. Uprawiałyśmy co prawda slalom, żeby jak najwięcej w cieniu iść, ale nie da się do końca. Kraków to nie miasto-ogród. Ją już głowa rozbolała, ale to może raczej z emocji? Dość okropnie przeszła pierwszą dawkę i bała się tej drugiej. Ale na pewno nic się nie będzie dziać!

 

Na tapecie mam dwie książki - raczej nigdy nie czytam dwóch na raz, ale tym razem wyjątkowo: w tramwaju Lema, w domu opowieść Polki, która mieszkała kilka lat w Czechach. 

czwartek, 22 lipca 2021

Franciszek A. Bielaszewski - Tak, panowie, idę umrzeć. O Hrabalu i piwoszach

 

To była druga CIENKA książeczka, którą zabrałam w podróż. 

Zastanawiam się nad tym swoim upodobaniem ostatnio do cienkich książek. Niby sobie to zawsze racjonalizuję - że do tramwaju, że do pociągu. Ale tak naprawdę to chyba po prostu wolę teraz rzeczy krótsze, a długie, obszerne jakoś mnie zniechęcają. Pomyśleć, że w dzieciństwie podczas czytania chciało się, żeby książka nigdy się nie skończyła!

Teraz można pomyśleć, że nie chodzi mi tyle o czytanie, co o odfajkowywanie kolejnych i kolejnych pozycji 😂 A przecież tak nie jest - nie umiem żyć bez czytania. Całe życie z nosem w książkach.

Widać taki czas. 

Znalazłam to kiedyś na allegro nie szukając czyli przypadkiem, bo nie miałam pojęcia o istnieniu tej książeczki. Może mi się pokazało, gdy szukałam czegoś Hrabala. A może znalazłam u sprzedawcy, u którego zamawiałam coś innego?

Niestety to egzemplarz biblioteczny, co widać wszędzie: na okładce, na grzbiecie, w środku. Biblioteka Publiczna Miasta Warszawy, Wypożyczalnia nr 43. Brzydko mieć takie książki w domu. Chociaż przecież mają też swoją historię...

Na początku nie spodobała mi się. Czytam - pierwsza strona, druga strona - ciągle te wielokropki, te fragmenty zdań. A potem zdałam sobie sprawę, że przecież tak się właśnie gada w gospodzie, a cała książka to pokłosie tych wieloletnich rozmów przy stole štamgastów czyli bywalców danego lokalu. Słynne hrabalowskie pábení - snucie opowieści dziwnej treści, jak się mawia u mnie w domu.

Piwiarnia U zlatého tygra, o której tu się od razu na początku wspomina, jako tej najbardziej związanej z Hrabalem - żeby było śmieszniej znajduje się przy ulicy Husovej, gdzie mieszkam ostatnimi czasy. I nie poszłam tam nigdy.

Ja się jakoś boję. No co ja tam niby miałabym robić? Gapić się na słynny stół i wypatrywać, kto tam teraz siedzi? Czy upewniać się, że On tam już naprawdę nie siedzi? 

W ogóle te najsłynniejsze praskie knajpy mają złą renomę w sensie traktowania turystów - a kto jest turystą, od razu widać. To już wolę wcale nie iść 😄 Ale sam czeski zwyczaj chodzenia do gospody i spędzania tam całych wieczorów wydaje mi się... interesujący. Inna sprawa, że gdy przechodzę koło stałych bywalców w ogródku mojej osiedlowej piwiarni, nie jestem zainteresowana 😁 

Może to dlatego, że czeska gospoda wytworzyła w dużym stopniu czeską kulturę. To był ośrodek życia towarzyskiego, społecznego, w gospodzie zawiązywały się amatorskie teatry (a Czesi mają ogromną tradycję takowych) i rozmaite stowarzyszenia.

Początek:

Koniec:

Półka trochę czeska, ale nie tylko. Tu muszę donieść, że trochę ostatnio poprzestawiałam i zrobiło mi się miejsce na jakieś 6-8 książek, więc z lekkim sercem posłałam zamówienie do księgarni. Bo od 2019 roku wyszło sporo pragensie, a w walizce tego nie przywiozę (chyba, że wyrzucę z niej w Pradze wszystko inne). I teraz dostałam info z czeskiej poczty, że 10 lipca paczka została wysłana do kraju przeznaczenia. A poczta polska twierdzi, że do tej pory takiej przesyłki nie zarejestrowano. Pani z księgarni (która mnie zatytułowała paní Malgorzatová 😅) zadzwoniła do czeskiej poczty, gdzie jej powiedziano, że przesłanie paczki do innego kraju trwa nieraz i dwa tygodnie. 

Fajnie. Dostanę te książki przed wyjazdem czy nie?


Wyd. Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2003, 123 strony

Z własnej półki

Przeczytałam 18 lipca 2021 roku


Polecam świetny film na You Tube - PÓŁTORA KOTA /Полтора кота, reż. Andriej Chrżanowskij, 2002

Złożony z urywków wspomnień, wierszy, rysunków Josifa Brodskiego, a opowiadający o czasach jego dzieciństwa w ukochanym Leningradzie aż do momentu, gdy władza radziecka go, delikatnie mówiąc, wyprosiła z ojczyzny.

To takie preludium do pełnometrażowego filmu Półtora pokoju. Zbieram się do obejrzenia go już od kilku lat. Najwyraźniej filmy też ostatnio lubię tylko "cienkie" - tu 27 minut 😏

A skąd półtora kota? Sąsiedzi Achmatowej mieli kota-bandytę. Poetka mawiała:

- To nie kot, to... po prostu półtora kota! 

 

Są napisy angielskie dla niekumatych!

wtorek, 20 lipca 2021

Philip Roth - Praska orgia

 

Praska orgia to od teraz wspomnienie koszmarnej sobotniej podróży pociągiem - tak na oko ze 40% współpasażerów nie miało maseczki. A gdy konduktor z daleka (może celowo) ogłaszał swoje nadejście, okazało się, że oni wszyscy maseczki mają, zaraz powyciągali z kieszeni, z torebki i pozakładali. Po czym natychmiast zdjęli, gdy konduktor zniknął w kolejnym wagonie. A wyglądali na takich, którzy już posiadają dowód osobisty... Pierwsza podróż od czasu pandemii i od razu taki nerw. 

W chwilach wolnych od zerkania na debili skupiałam się na lekturze, no ale teraz źle mi się książka kojarzy 😕

Tak, DEBILI, dużymi literami. Podróż czy to pociągiem czy tramwajem warunkuje maseczka na twarzy. Zawsze jest wybór: nie uznajesz tego zarządzenia, idź na piechotę albo jedź na rowerze. Wybierasz jazdę pociągiem - zasłoń usta i nos. Opowieści o tym, czy maseczka chroni czy nie chroni, zostaw na imieniny u cioci. To wszystko. Wydawałoby się proste, nie? A jednak nie jest...

Ciągle nie mogę o tym zapomnieć, bo za 2 tygodnie czeka mnie powtórka z rozrywki. A u Rybeńki wyczytałam, że znane jej są przypadki wybicia zębów u zwracających uwagę. No, nie zwracam, bo się boję. Nawet nie że rękoczynów, ale samej awantury - nie nadaję się do awantur. Tylko głowa mi pęka od brzydkich myśli i życzeń pod adresem. Czyli obraca się to przeciwko mnie, tak czy siak. Cholera jasna.

No ale Praska orgia miała być, a nie polska orgia nie-maseczek. Amerykański pisarz Zuckermann w meandrach czeskiej literatury i polityki. Okazuje się, że nie było się znowu tak czego bać (tytuł mnie zniechęcał). Oj tam, parę chujów na krzyż 😂😂😂

Gdyby jednak ktoś chciał szybko (książka ma zaledwie 86 stron) zyskać wiedzę o tym, jak wyglądała pozycja i życie czeskiej inteligencji po '68 roku czyli w czasach tzw. normalizacji - to to jest bardzo dobra rzecz. Choć nie mogę się opędzić od myśli, że Hrabal robił to lepiej. 

No i teraz - jest film. Zachodzę w głowę, jak na tak skąpej objętościowo podstawie mógł powstać cały scenariusz. I trochę się boję obejrzeć. Bo może jednak realizatorzy skupili się na tym seksie? Zresztą, i tak nie mam za bardzo czasu na filmy. Ciągnie tylko ta Praga, gdzie film był kręcony - ale przecież do Pragi mam już niedługo, tak?

Początek:

Koniec:

Wyd. ZYSK i S-KA, Poznań 2004, 86 stron

Tytuł oryginalny: The Prague Orgy

Przełożył: Jan Zieliński

Z biblioteki

Przeczytałam 17 lipca 2021 roku


Wybrałam się wczoraj wieczorem na dworzec autobusowy - bo to wiecie, nigdy nie jechałam Flixbusem i chciałam zobaczyć, jak wygląda ten autobus, który wraca z Pragi o 19.40, co mnie za miesiąc czeka. Bo stażystki kiedyś jechały nad morze i opowiadały po powrocie, że tam przed każdym siedzeniem jest monitor mały i takie tam dyrdymały.

Ani o 19.40 ani o 20.05 autobusu z Pragi nie było (może przyjechał wcześniej, może był spóźniony, skąd to wiedzieć?), za to szykował się do odjazdu Flixbus do Amsterdamu, więc zajrzałam do środka. Normalny, żadnych ekraników tam nie było.

Kolega z pracy mówi, że w ogóle Flixbus nigdy ich nie miał i te stażystki musiały jechać z jakimś innym przewoźnikiem. Może.

To sobie poszłam spacerkiem do tramwaju, a mam ci ja do niego kawałek od dworca, bo od zeszłego roku kupuję kartę tylko na ósemkę, do roboty. Po drodze zobaczyłam podpis idioty.

A także witrynkę pewnego handelku i zastanawiam się, czy w ramach drobiazgu z Krakowa dla znajomych w Pradze nie nabyć takich magnesów. Trzeba by tam zajść w godzinach otwarcia i przyjrzeć się. Co o tym myślicie? Nadają się?

A pod Bagatelą, gdzie zamierzałam wsiąść wreszcie do tramwaju, okazało się, że guzik z pętelką, bowiem dwa przystanki dalej zderzyła się moja ósemeczka z autobusem i w konsekwencji nawet wykoleiła. Rzekomo uruchomiono komunikację zastępczą.

Chyba pierwszy raz mi się zdarzyło, że nigdzie się nie spieszyłam, nie miałam żadnych pilnych planów na wieczór, pogoda sprzyjała, bowiem nie było upału, a wręcz momentami rześki wiaterek i doprawdy wcale się nie denerwowałam, że ja chcę do domu. Niektórzy owszem, jedna pani narzekała, że ucieknie jej autobus, a następny ma za dwie godziny, o 22.50, jeden pan podtykał pod nos legitymację zasłużonego krwiodawcy pytając, po co on przez 20 lat oddawał krew, skoro teraz nie ma czym do domu jechać 😄 Gdybym od razu poszła, dawno bym już w tym domu była, ale cały czas pan z MPK twierdził, że autobus zastępczy kursuje (tyle, że nikt go nie widział). W rezultacie znudziły mi się konwersacje z przygodnymi pieszymi pasażerami i poszłam precz, a cztery przystanki dalej rzeczywiście autobus przyjechał i już przed 22.00 wypatrywałam na osiedlu dzików 😂

Okazuje się, że MPK nie ma w ogóle wypracowanych procedur! Bo ten zastępczy nie miał przejazdu przez Aleje na wysokości placu Inwalidów, gdzie stał ten rozkraczony tramwaj. I nie dość na tym, że nie było planu, którędy ma Zatramwaj jechać w takiej sytuacji, to jeszcze ten gość pod Bagatelą nie miał o niczym pojęcia, nikt go nie zawiadamiał o rozwoju sytuacji - stał z nami, bo stał, ale niczemu nie służył (poza wysłuchiwaniem wyzwisk od bardziej nerwowych). Żałosne. 

Niemniej jednak na coś się przydał nocny spacer - taki napis znalazłam na chodniku 😏

sobota, 17 lipca 2021

Natalia Ginzburg - Drogi Michele

 

W obliczu weekendowego wyjazdu do Ojczastego po skończeniu Krowodrzy znów szukałam czegoś cienkiego (do pociągu) - ale na tyle mnie wciągnęło, że przeczytałam od razu 😄

Nie było tak, że książka czekała 40 lat, aż wreszcie się za nią wezmę, wiem, że już kiedyś czytałam, a jeszcze mnie w tym utwierdziło znalezisko w środku czyli karteczka, na której sobie z jakichsiś powodów wynotowałam bohaterów 😊 Przydała się i teraz.  

Coś mi się kiedyś musiało na nią wylać, kartka tytułowa skleiła się z poprzedzającą. Ale nie jest to u mnie rzadki przypadek, niestety. Chodzi najprawdopodobniej o roślinę doniczkową ustawioną na półce powyżej. Dziś już nie ma takiej opcji ze względu na wypełnienie półek książkami, ale kiedyś bywało, bywało. Taka paprotka czy bluszcz ładnie dopełniały widoku 😏 A że przy podlewaniu coś tam gdzieś pykło... no cóż.

Natalia Ginzburg, jak się tak zastanowię, jest moją ulubiona włoską pisarką. Zajrzałam teraz do Biblioteki Kraków, żeby zobaczyć, co tam jeszcze jest w katalogu, bo mam niejasne poczucie, że była tłumaczona w ostatnich latach. Niestety mają tylko tę książkę (wpisaną jako Drogi Michale, cały wysiłek tłumaczki w kwestii pozostawienia oryginalnego imienia, a przy tym odmieniania go w polszczyźnie przez przypadki, poszedł na marne) plus trzy inne e-booki - po niemiecku. To jest zresztą dla mnie duża ciekawostka, bo rozumiem, że papierową książkę ktoś ofiarował... ale e-booki włoskiej pisarki po niemiecku?

Tak że ten, nie będzie więcej czytania Ginzburg po polsku, trudno. A narzekają na poziom czytelnictwa w Polsce i podnoszą, że to nie kwestia możliwości finansowych, bo można korzystać z bibliotek. No jasne! Jak widać!

Sprawdziłam - wyszedł w tłumaczeniu Słownik rodzinny i Nasze dni wczorajsze. Ale w krakowskich bibliotekach nie ma i koniec. Co mi z tego, że czytałam po włosku, skoro chciałabym i po polsku! Choćby po to, żeby zobaczyć, czy to dalej będzie moja ulubiona włoska pisarka - już nieraz mówiłam, że czytanie w oryginale to kompletnie inny odbiór, bo nigdy nie jest rozumienie takie samo jak w ojczystym języku.

W przypadku powieści Drogi Michele na razie się potwierdziło przyszeregowanie autorki do ulubionych 😍  Bo też to jedna z najulubieńszych tematyk - RODZINA. Kruche więzy. I sposób pisania - taki z pozoru obojętny, prawie oschły, skupiający się na opisach ubrań czy wnętrz. Jak obojętni są dla siebie członkowie tej rodziny - bo to rzecz o rozpadzie. Jest to powieść epistolarna i krewni zdają się kontaktować ze sobą jedynie za pomocą listów, ujawniają więc o sobie tylko to, co chcą ujawnić, widzą jedynie własne problemy.

Koniec:

 

Półka z serią Klubu Interesującej Książki (jedna z dwóch). Poprzednim razem była inna jej część, teraz jeszcze inna, więc możecie się wykazać znajomością pozycji 😁 Ja osobiście mam tu dwie swoje ulubione: Liliowa taksówka i Czwartki pani Julii.

Wyd. PIW Warszawa 1976, 135 stron

Tytuł oryginalny: Caro Michele

Przełożyła: Barbara Sieroszewska

Seria Klub Interesującej Książki

Z własnej półki (kupiona  17 czerwca 1982 roku - PATRZCIE PAŃSTWO, RÓWNE 39 LAT TEMU - w antykwariacie za 36 zł /cena okładkowa 13 zł)

Przeczytałam 16 lipca 2021 roku

/Yyy, przecież teraz jest lipiec, a nie czerwiec... ja już nic nie kumam/


Mam za sobą pierwszy tydzień bez Derechcji. I - ha ha ha - jest dziwnie. Nie ma kto nadawać toku 😂😂😂 Nic się nie dzieje. Nie ma do czego pieczątki przystawić. Przez to wszystko nawet się nie umiem skupić na własnych sprawach - a przecież mogłabym teraz skanować internety w kwestii Pragi... Niektórym to zawsze źle 😁

 

A teraz idę szukać, co zabrać do czytania do tego przeklętego pociągu. Słyszę, że ciągle są opóźnienia, więc muszę być zabezpieczona czytelniczo w obie strony 😅