niedziela, 4 listopada 2018

Zofia Nałkowska - Granica

Lektury szkolnej nie pamiętam. Owszem, kojarzyłam, że jakiś Ziembiewicz, ale to wszystko. W domu Granicy nie było, wtedy w szkole chyba czytałam pożyczoną z biblioteki. Kupiłam więc, gdy córka była w wieku szkolnym. Czy kiedykolwiek przeczytała, nie wiem - ha ha, śpi, więc nie mogę jej zapytać - ale coś podkusiło mnie samą kilka dni temu, odszukałam i przepadłam.
No, może 'przepadłam' to za duże słowo, zważywszy na mój stosunek ostatnio do lektury, jest ona mianowicie niekonieczna. I jeszcze stosunek do literatury pięknej, która mnie nie potrafi wciągnąć i zatrzymać na dłużej.
Po części było tak i z Granicą, dawkowałam sobie po rozdzialiku (dobrze, że są krótkie) i zasypiałam... ale jednak korciło, żeby czytać dalej, żeby się dowiedzieć, co będzie, żeby wreszcie trafiać na te perełki myśli.
Momentami zresztą wydawała mi się ciężka ta powieść i w ogóle zastanawia mnie jej zakwalifikowanie do lektur szkolnych. To jednak odrębna kwestia.


Tak więc odczytana ponownie po prawie czterdziestu latach.
Dziś trafia do mnie nie tematem nadrzędnym, tą sławetną granicą, za którą nie wolno przejść, za którą przestaje się być sobą. Nie, dziś dla mnie najważniejszy temat to starość, przemijanie, obrachunek z życiem.
Wszystkiego się spodziewałam, ale tego, że będę stara, to nigdy.
Starość istniała i dawniej, ale gdzieś daleko, należała do innych ludzi, była cudza, skazana na rychłe przeminienie i śmierć. Niepodobieństwem było teraz na to przystać. Przez całe życie oczekiwała jakiejś zmiany, z dnia na dzień liczyła, że wreszcie wszystko się wyjaśni, usprawiedliwi, nabierze sensu, że coś się wreszcie okaże. Całe jej życie było ustawicznym zamiarem, ambitnym projektem, niecierpliwym, gniewnym wyczekiwaniem. Wszystkie te rzeczy nie pozamykane, nie dokonane, musiały prowadzić do jakiegoś wniosku, coś definitywnego spowodować. Starość była procesem rozpadania się tych złudzeń.
Wydawało się niemożliwością, aby to miało być wszystko. A jednak to było wszystko.


I szukanie usprawiedliwienia dla nijakości życia...
Nie czyny nasze mówią, czym jesteśmy. Nie można człowieka sądzić z czynów. Ważnym jest niepokój towarzyszący uczynkom naszym.

A tak w ogóle znowu nachodzi mnie depresja, najwyraźniej.
Składa się na to jesień, ale i brak pieniędzy, ot, byle przeżyć, i praca, którą po raz pierwszy chciałabym rzucić, odejść w pierony, tylko dokąd, czego mam szukać w moim wieku.
A tu jeszcze dziś wiadomość, ze zmarł prof. Jerzy Wyrozumski, mój sąsiad osiedlowy zresztą. Wczoraj infułat Bielański. Odchodzą, odchodzą. Po jednych zostają ksiązki, praca naukowa, po innych pamięć, ale jakaż ona krótka, ta ludzka pamięć, jaka ułomna....

Początek:
Koniec:

Wyd. Zielona Sowa, Kraków 2007, 208 stron
Z własnej półki (kupione 12 sierpnia 2009 roku za 6,90zł)
Przeczytałam 3 listopada 2018 roku

piątek, 26 października 2018

Czesław Michalski - Pitaval filmowy


Tragedia, po prostu tragedia. Na czytanie poświęcam czasu tyle, co za paznokciem (ileż to będzie?). Załóżmy nawet, że zdarzy się taki wieczór - kładę się z książką. Co z tego, jak najdalej po paru stronach zasypiam? Zima idzie, ale nie da się wszystkiego zwalić na pogodę i porę roku. Dzisiaj znalazłam kolejnego winowajcę: od 2 miesięcy łykam dwa rodzaje tabletek, eksperyment mojego neurologa w kwestii migreny, ale dopiero teraz zajrzałam do internetów w sprawie skutków ubocznych i jest, jak byk - SENNOŚĆ. Niech będzie, że tak, że to nie moja wina :)

Więc ten Pitaval filmowy czytałam miesiąc. Tak źle chyba nigdy nie było. W listopadzie pewnie nie przeczytam NIC. Ale nic to, przetrzymam, przyjdzie wiosna i tak dalej.


Książkę (dwa tomiki) nabyłam w studenckich czasach, gdy o kinie wiedziałam znacznie więcej niż teraz - a raczej znacznie więcej pamiętałam. Dziś plączą mi się nazwiska, tytuły, a wówczas młody chłonny umysł łapał wszystko. Był to więc rodzaj wspominek, ta lektura, boć wtedy od razu przeczytałam. W końcu zbiór opowieści o skandalach i sensacjach zawsze jest atrakcyjny, nie będę się wypierać i twierdzić, że ja to nie, nie interesuję się, mnie to tylko wysoki diapazon, ę ą :) Prawdopodobnie u Michalskiego właśnie czytałam po raz pierwszy o zbrodni w pałacyku Bel Air, wszak autobiografia Polańskiego wyszła później.
Gdybym miała porządek w zbiorach, wstałabym teraz od biurka i szybciutko sprawdziła, porównała daty. Ale porządku nie mam i już nie będę miała - bo wiadomo, że gdy się książki wyjmie z półek, na powrót się nie zmieszczą. I sprawdzić nie mogę, bowiem rzeczona autobiografia R.P. stoi gdzieś w drugim rzędzie i weź tu znajdź.

No nic, w każdym razie dziełko Michalskiego - niedokończone w pewnym sensie, bo autor zmarł w trakcie prac edytorskich - było chyba wśród moich pierwszych lektur filmowych, niekoniecznie związanych z omawianiem poetyki utworu :)
Gdybym miała powiedzieć, czy w czasach jeszcze szkolnych miałam w ogóle jakąkolwiek książkę związaną z kinem... to chyba nie. Ojczasty nie był tematem zainteresowany, a finanse uczennicy były jakie były - nieraz podkradałam mamie z portmonetki parę złotych na kolejny numer tygodnika FILM :)
Gdy dostałam się na studia i przeniosłam do Miasta, stanęły przede mną otworem antykwariaty (u nas takowego nie było). Otworem... to dużo powiedziane... ale fakt, na jedzeniu oszczędzałam bardzo, to nie było ważne, za obiady na stołówce się zapłaciło, a reszta - furda! Dżem z domu i herbata Ulung, a stypendium i to, co z domu się zafasowało - dawaj przeputać :)
Większość z tego, co poniżej, pochodzi właśnie z tamtych czasów.

Ech. Czasy, gdy W OGÓLE nie musiało się myśleć, gdzie się to pomieści :)
A dziś stoi gdziesik ukryte za żaluzją i pokrywa się kurzem.
No nic. Wracajmy do Michalskiego. Oto spisy treści z obu tomików:

Trochę się na niektórych rozdziałach odbiła epoka, ale jest czytable jednak dalej.

Wyd. KAW Warszawa, tom I - 1980, 185 stron, tom II - 1981, 287 stron
Z własnej półki (kupione 19 maja 1983 roku za 80 zł)
Przeczytałam 25 października 2018 roku


czwartek, 27 września 2018

Povodeň a já : deník Radky Kvačkové z Kampy

Więc tak - zaczęłam czytać, jeszcze w sierpniu chyba, Mistrza i Małgorzatę po rosyjsku i nagle się rypło. Niby woziłam w torebce, ale w tramwaju najczęściej nie wyciągałam nawet, jakoś wolałam gapić się za okno. Potem przestałam wozić, bo głos rozsądku powiedział mi, że to niezdrowo tyle dźwigać, zważywszy, że swoją wagę ma i słoik z zupą i butelka ze smoothie... tak tak, odżywiam się zdrowo, trzymam wagę (zeszłam w dół o 16 kg i na tym stoję), ale koszty się ponosi :)
Wracając do M&M. Pozostało łóżko wieczorem. Ale też jakoś nie. Bo z kolei znów mnie wzięło na filmy. No i taka bryndza czytelnicza. A tu jechać wypadło pociungiem, więc sięgnęłam po coś drobnego i cienkiego.
I toto poszło w trymiga.
Tak że tego - nie wiem, co dalej.
M&M leży przy łóżku i jeszcze czeka, bo dojechałam do połowy. A co potem?
Doszło do tego, że pomyślałam sobie "a kto mi każe czytać?". W sensie, żeby tak wziąć książkę i od początku do końca przerobić. Przecież nie ma musu! Mogę sobie sięgać do różnych, tu dziabnąć stroniczkę, tu rozdzialik...
Beznadzieja.
Jak można w ogóle coś takiego pomyśleć, prawda?
Niedobrze ze mną :)

Tymczasem, póki całkiem nie odpadłam, donoszę, że ten ci to drobiażdżek to rodzaj dziennika z czasów wielkiej powodzi w Pradze w 20002. Autorka mieszka na Kampie czyli nad samą wodą. Jednocześnie jest dziennikarką i mam takie podejrzenie, że w gazecie wpadli na pomysł, żeby na bieżąco opisywała sytuację, że to się pewnie ukazywało w Lidovych novinach, zanim zdecydowano wydać to w formie książkowej.
O, a teraz przeczytałam to, co napisano na okładce (poniżej) i jak zwykle, okazuje się, że odkrywam Amerykę :)
Matko, ja to chyba jakaś głupia jestem!



Rzecz jest bardzo osobista, taki punkt widzenia kogoś, kto myśli, jak i co uratować, a potem boryka się z remontem domu po tym strasznym katakliźmie. Miejsce jest bardzo turystyczne, więc autorka odnosi się i do tych opinii, które zakładają, że jak ktoś tam mieszka, to jest milionerem i w ogóle nie powinien narzekać. Dzieli się przemyśleniami, na które wpada się dopiero, gdy wydarzy się coś tak okropnego. Opisuje, jak się żyje bez domu, koczując tu i ta, ale też jak pomocni są ludzie, jak potrafią się zmobilizować w chwilach tragedii.

Powodzi się nie boję, bo mieszkam jednak spory kawałek od rzeki, za to zawsze bałam się pożaru. Mówię to w kontekście utraty domu i dobytku. A przez dobytek rozumiem oczywiście książki i filmy :) Odkąd zamieszkałam tu, gdzie jestem do tej pory i zorientowałam się, że sąsiadka z góry miewa ten drobny defekt, że od czasu do czasu uwali się jak świnia - a wtedy przecież może wydarzyć się WSZYSTKO - żyję trochę tak w strachu.
Ha ha, ale mieszkania nigdy nie ubezpieczyłam :)

Początek:


Wyd. Motto, Praha 2002, 101 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 26 września 2018 roku


A jeszcze dodam, że o czytaniu w tramwaju przez najbliższy rok już absolutnie nie będzie mowy, bowiem mi tramwaje skasowali! A autobusie zastępczym zaś czytać się nie da (próbowałam dziś gazetę). Jest jak na huśtawce. Niech to żółwie Tasmana!

środa, 29 sierpnia 2018

Françoise Sagan - Witaj, smutku

Saganka, słynna Saganka...
Napisała swoje "Witaj, smutku" jako osiemnastolatka i choć potem popełniła jeszcze mnóstwo innych dzieł literackich, żadne z nich nie przebiło sławą i poczytnością tego pierwszego. To był prawdziwy coup de foudre dla ówczesnych czytelników.
A mnie coraz bardzie doskwiera skleroza.
Nie mogę sobie przypomnieć, od kiedy mam tę książkę, a w związku z tym, kiedy mogłam ją czytać po raz pierwszy.
Z drugiej strony, dzięki tejże sklerozie, czytałam z ciekawością, jak się też ta historia trójkąta/czworokąta/pięciokąta skończy... choć domyślałam się, że źle, przynajmniej dla jednej ze stron.
Cóż, czas jest okrutny dla autorek sensacyjnych moralnie powieści - mija tak szybko, jak mijają obyczaje i dziś już nikogo nie szokują takie historie.
Mimo to czytało się dobrze. Lubię wnikać w meandry psychiki młodych dziewcząt, nawet gdy są już nieco passées :) Lubię też poczuć się lepiej, gdy pomyślę, że ja to bym nigdy nie bawiła się w takiego demiurga...
Ha ha ha.
Tyle wiemy o sobie, na ile... prawda?

Może też czytało się dobrze ze względu na czas? Sierpień, koniec lata, koniec wakacji. Do morza daleko, do willi wynajętej wraz z pokojówką jeszcze dalej, ale wraca się myślami do tych czasów, gdy było się rówieśniczką bohaterki :)

Początek:
Koniec:

Wyd. Iskry Warszawa 1956, 115 stron
Tytuł oryginalny: Bonjour tristesse
Przełożyły: Jadwiga Olędzka, Anna Gostyńska
Z własnej półki
Przeczytałam 27 sierpnia 2018 roku

czwartek, 23 sierpnia 2018

Anekdoty z Polska

Bardzo ambitnie :)
W praskim antykwariacie, który miałam po drodze do tramwaju, a który zwykle rano był już otwarty (ja o siódmej na zwiedzanie nie ruszam), w bramie przy drzwiach są skrzynki z książkami po 10 koron. I tam była ta seria z anegdotami. Uznałam, że to bardzo dobry pomysł na szlifowanie języka i nabyłam trzy sztuki.
Właściwie to chciałam nawet wziąć więcej (że codziennie rano jedną), ale potem postawiłam sobie za punkt honoru, że już tego kolejnego tysiąca nie rozmienię :)
No i w drodze powrotnej do domu przeczytałam jedną z nich.
Seria jest ułożona tematycznie i ta tutaj to niby były anegdoty z Polski, ale czy ja wiem? One tak mniej więcej i z Rumunii mogły być, i z Niemiec... Tyle, że okraszone polskimi nazwiskami :)
Oraz - żartami rysunkowymi polskich grafików.
Naprawdę nie ma o czym pisać.
Tylko odnotowuję.
A teraz mam wielką chęć na Mistrza i Małgorzatę, again.
Idę wyciągnąć z półki.



Wyd. Lidové nakladatelství Praha 1977, 92 strony
Z własnej półki (nabyte 20 sierpnia 2018 za 10 koron czyli 1,68 zł)
Przeczytałam 22 sierpnia 2018 roku


NAJNOWSZE NABYTKI

Tak się bałam dźwigania walizki/braku miejsca na półkach/wydawania pieniędzy, że mówiłam "nie" większości interesujących mnie niewątpliwie pozycji w praskich antykwariatach, o księgarniach nie wspominając.
Dwie książki po prostu MUSIAŁAM kupić, żeby uzupełnić braki w seriach. To te z lewej strony.

Trzy małe książeczki z anegdotami wiele nie zaważyły ani miejsca nie zajęły :)
Żółta pośrodku u góry to też dla nauki, to są zdania, które najczęściej wypowiadano przed (nagłą) śmiercią, typu "jaki ładny piesek, mogę go pogłaskać?" albo "to co, niebieski czy czerwony?" lub "tymi torami dawno już nie jeżdżą pociągi" ;) no, takie mądrości, ale PO CZESKU, rozumiemy się? Nawet sobie założyłam, że codziennie jednego nauczę się na pamięć... tylko jeszcze nie wiem, kiedy zacznę.
"Maminka" to wiersze Seiferta, które zafasowałam z półki na stacji kolejowej. To były książki do pociągu, ale napisali, że jeśli się któraś bardzo spodoba, to można ją sobie zatrzymać. I to był właśnie taki przypadek :)

Z filmami też nie poszalałam, ale to już było wbrew woli - stoiska z DVD, które zazwyczaj nawiedzam na dworcu centralnym ni z tego ni z owego nie było. Latałam tu i tam, żeby cokolwiek znaleźć i zebrałam w sumie 11 sztuk, a więc bardzo mizernie. Niestety więc przede mną jeszcze zamówienie online, znalazłam stronkę, gdzie ze 30 filmów na mnie czeka, ale to może na jesieni?

wtorek, 7 sierpnia 2018

Jaroslav Hašek - Nieznane przygody dobrego wojaka Szwejka i inne opowiadania

Ło jeju jeju.
Nie żebym miała jakieś straszne oczekiwania, gdy odkryłam toto na półce przy odkurzaniu (kupione 30 lat temu bez mała i zapomniane)... ale jednak trochę radości się spodziewałam.
Tymczasem...
Tymczasem otrzymałam w prezencie tak niechlujnie wydaną książkę, jak to już dawno mi się nie zdarzyło.
Błąd za błędem, dziwne sformułowania po polsku (ja nie wiem, kim jest tłumacz i autor wyboru, a także wstępu, którego nie przeczytałam, bo kurde - mogę tracić czas na Haška, ale nie na pana Nawrockiego, z jakiej paki w końcu! więc nie wiem, kim on jest - był - ale wygląda to koszmarnie), a sztandarowym dziełem wydają się być cudzysłowy - otwierane często, ale zamykane rzadko, tak że nie wiesz, člověče, czy ten cytat to idzie do końca akapitu czy strony czy opowiadania. Taka zabawa.

Natomiast co do meritum czyli opowiadań, to pierwszą część stanowią różne przymiarki do Szwejka, a druga dotyczy Haškowej działalności w Armii Czerwonej, przy czym na jedno wychodzi, armia jest armią, głupią i absurdalną, niezależnie czy to imperium habsburskie czy leninowskie porządki. Zawsze jest bezsensownie.


A teraz idę się pakować, bo o świcie ruszam znów do Szwejkowej krainy. Nawiasem mówiąc, tym razem będę mieszkać na Starym Mieście, więc postaram się odszukać siedzibę policji z czasów CK Austrii na Bartolomiejskiej ulicy, bo to rzut beretem. Tylko nie wiem, gdzie to się dokładnie mieściło, ale może mi internety podpowiedzą. Skoro tylekroć tam Szwejka doprowadzali, to i ja się doprowadzę :)

Początek:
Koniec:

Wyd. "Śląsk" Katowice 1989, wydanie I, 306 stron
Seria: Biblioteka Pisarzy Czeskich i Słowackich
Przełożył: Witold Nawrocki
Z własnej półki (kupione 28 kwietnia 1989 roku w księgarni za 1200 zł)
Przeczytałam 6 sierpnia 2018 roku

wtorek, 31 lipca 2018

Antoni Kroh - Sklep potrzeb kulturalnych po remoncie

To było coś!
Od wieków już o tej książce słyszałam, ale nigdy nic konkretnego - znaczy, nie przyszło mi do głowy poszukać, o czym w ogóle rzecz. Tylko, że dobra taka. Aż tu zajrzałam ponownie na Królewską, zobaczyć, czy mają jeszcze coś Tochmana - i wśród nowości (błe) znalazłam Sklep - i to po remoncie.


Po remoncie, bo to nowe wydanie.

Ach, jak mi się ta dziwna książka spodobała!
Dziwna, bo trochę niby wspomnienia z dzieciństwa, trochę historyczne opowieści, trochę esej etnograficzny, już sama nie wiem, co.
Ale całość fascynująca.
Autor jako pętak w wieku szkolnym mieszkał w Bukowinie, wysłany tam przez matkę z powodu astmy. I jak to dzieci, nie tylko świetnie się wgrał w góralskie środowisko (choć twierdzi, że zawsze pozostał obcym i pewnie nie bez racji), nie tylko podłapał góralską gwarę, góralski dowcip, góralską inteligencję (no dobrze, to już musiał wcześniej mieć na stanie), ale też podłapał wielką miłość do gór i górali.
Na szczęście nie była to miłość ceprowska, o której nieraz z cudownym przekąsem i ironią opowiada. Dostrzega wszystkie wady górali i nie boi się o nich mówić.
A ileż fałszywych mitów obala, ile ośmiesza tych naszych dólnych przekonań...

To jest taka książka, że można z niej dziesiątki fragmentów cytować, jeden lepszy od drugiego. Więc otwieram na chybił trafił:
Marysia od Miedziaka miała rozwiązać równanie z dwiema niewiadomymi. Wstała, podniosła głowę i powiedziała hardo: sesnoście. - Jakie szesnaście, skąd szesnaście? - dopytywała się pani Olędzka, dobra i cierpliwa pani. - Ne dy godom wom, sesnoście, coz jesce fcecie? - Chcę, żebyś powiedziała, skąd wzięłaś ten wynik, jak do niego doszłaś. - Ej, pani, telo tam beło tego pluhastwa, nie wiedziałak co robić, tok to sićko wziena, w ciorty dodała i mocie.
Marysia pewnie do dziś nie wie, dlaczego pani Olędzka zaczęła wtedy krzyczeć.


Ale ale. Wiecie, dlaczego mówi się urodziwa kobieta?
Piękna, bo sposobna do rodzenia (szeroka w biodrach). Urodziwa i urodzajna to w dawnych gwarach chłopskich synonimy.

Teraz tak. Sklep potrzeb kulturalnych to się powinno mieć w domu, a nie z biblioteki czytać. Bo jakby tak, co nie daj Boże, zachciało się człowiekowi do Zakopanego, to wystarczy zajrzeć, przypomnieć sobie parę stron i... zostać w domu. Lepiej kochać z daleka, nie kompromitować się, a również tego, co tam teraz się serwuje, nie oglądać na własne oczy.


Początek:
Koniec:

Wyd. MG, bez daty, 460 stron
Z biblioteki na Królewskiej
Przeczytałam 30 lipca 2018 roku

niedziela, 22 lipca 2018

Wojciech Tochman - Bóg zapłać

Szczygieł raz w poście na fejsbuku wspomniał o tej książce. Że jest o tym, jak wiara, religia potrafią wymiatać mózgi. Widząc, co się w kraju dzieje, zainteresowałam się i udałam do biblioteki... tak tak, do biblioteki, a nie na allegro :)
Autora znałam jedynie z nazwiska, natomiast nic wcześniej nie czytałam.


Ksiażka, jak to nieraz w bibliotekach, oprawiona w folię, więc zdjęcia robi się średnio :( Ale skoro to już u mnie taka tradycja, że wszystko z okładki musi być, no to cóż.


Egzemplarz co prawda ma pieczątkę, że "podarowany przez czytelnika", ale to nie przeszkodziło personelowi podsunąć ją do dedykacji autorowi, widocznie było jakieś spotkanie. Aczkolwiek jaka tam jest data, to nie umiem dojść.


No ale przejdźmy do rzeczy. Czyli, jak pisze jedna blogerka, którą lubię podczytywać, bo pisze o rzeczach zwyczajnych, ale ma wielką wrażliwość - do brzegu.
Trochę się obawiałam, że skoro książka z takim założeniem, to po dłuższej chwili stanie się nudna.
Ale nie, bo to nie jest tak, że wszystkie zawarte w niej reportaże są na ten temat. Choć ten otwierający owszem, jak najbardziej. Wstrząsający zresztą. Kobieta, która zostaje zmuszona przez męża i przez księdza (bo "choroba jej nie usprawiedliwia") do rodzenia kolejnych dzieci, mimo iż lekarze mówią wyraźnie stop. I w tym wszystkim ciągle poczucie winy i "bóg zapłać" za tę wiarę, no może będzie głuche albo ślepe to następne dziecko, ale jeśli taka będzie wola Twoja...

Najgorszy emocjonalnie do przejścia był reportaż "Bracia i siostry", o rodzinie rozłączonej w imieniu prawa (niewydolni rodzice), ósemka dzieci do domów dziecka, rozłączona, część na zawsze, koszmarne warunki (wiedzieliście, że w domu dziecka jest taka dyscyplina - może to się już zmieniło do tamtych czasów, mam nadzieję - że w ciągu dnia nie wolno przebywać w sypialni, tylko świetlica, gdzie należy siedzieć przy stole, a jak się chce do łazienki, to trzeba podnieść rękę i zapytać, a jak się chce pić, to "trzeba było pić przy obiedzie, teraz czekaj do kolacji" - to się "dom" nazywa!), dzieciaki beustannie uciekające, a że ojciec bał się milicji, to je sam z powrotem odstawiał do bidula, więc z czasem już przestały wracać, kopały sobie jakieś ziemianki w lesie niedaleko, podchodziły do wioski w nocy coś tam zwinąć do jedzenia, czasem dostać od sąsiadów... a potem, gdy dorosły, szukały się wzajemnie... niektóre poszły do adopcji i tu problem podwójny.
A wszystko zaczęło się od donosu, nie zawaham się tego tak określić, nauczycieli z podstawówki, napisanego do komendy milicji. Że dzieci przychodzą do szkoły brudne, że zasypiają na lekcjach, że nie mają przyborów szkolnych. I machina ruszyła.
Tak się rozwiązuje problemy - nie pomyśleć, jak pomóc rodzinie (w chałupie bez prądu), tylko rodzinę zlikwidować.
Gdy wracam do tego reportażu myślami, cała się trzęsę.
Bo zdaję sobie sprawę, że nic się nie zmieniło. To było za komuny, a czy teraz jest lepiej? Czy teraz nie zabiera się dzieci z domu, zamiast pomóc rodzicom?


"Leży we mnie martwy anioł" to rzecz o Beksińskich, no ale potem powstał film, więc historia była mi już znana.
Tochman porusza się w kręgu albo ludzkich tragedii zawinionych losem albo ludzkich odmienności, niezawinionych przez nikogo?
"Siedem razy siedem" mówi o Wandzie Rutkiewicz, a może bardziej o jej matce, która wciąż czeka, bo nie wierzy w śmierć córki (ciała nie odnaleziono)? Za nią też decyduje wiara, nawiasem mówiąc, tyle że inna, niekatolicka.
"Człowiek, który powstał z torów" to trochę jak "Znachor" - mężczyzna, nazwany później Janem, ocknął się obok torów z raną na głowie i już nigdy się nie dowiedział, kim jest. Ma nowe imię i nazwisko, nową datę urodzenia, nowe życie, uczy się wszystkiego na nowo, co to jest morze, co to jest las, jak działa maszyna do kawy w barze, do czego służą sieci rybackie, że istnieją kontynenty... i chce pomagać ludziom. Tyle, że ciągle boli go głowa.


Początek:
Koniec:

Wyd. Wydawnictwo Czarne Wołowiec 2010, 234 strony
Z biblioteki
Przeczytałam 16 lipca 2018 roku


Poza tym donoszę - TRIUMFALNIE - że to już czterdziesty dzień, jak nie kupiłam żadnej książki!!! Jestem aktualnie niepijącym książkoholikiem, jak to określiła Monika Julita :)
Za dwa i pół tygodnia ruszam znów do Pragi, więc liczę się z tym, że jakiś drobiażdżek jeden czy dwa przywiozę - ale poza tym ODWYK!

poniedziałek, 16 lipca 2018

Alois Svoboda, Anna Tučková - Prahou od jara do jara


Pewnego pięknego dnia (pogody nie pamiętam, ale i tak był piękny) odebrałam przesyłkę z allegro z książką - cracovianum. A do niej dołączona była ta właśnie, prażianum (że tak to nazwę, bo dalej nie wiem, jak się publikacje o Pradze określa). Albowiem nadawcą była znajoma z fejsbuka - a więc świadoma jak najbardziej mojego praskiego zboczenia. Mówi, że znalazła to w antykwariacie i wzięła dla mnie :)
Wtedy przejrzałam, odczytałam parę zdań tu i ówdzie i wydało mi się, że będzie to doskonała lektura. No ale odłożyłam ją na później, choćby ze względów językowych.


A w czerwcu doszłam do wniosku, że nadejszła wiekopomna chwila. Zmierzę się.
Potrwało.
Gdy zajrzę do kalendarza, ze zgrozą stwierdzę, że prawie miesiąc. Szwejk poszedł szybciej - no ale Szwejka znałam :)
Prawdą jest też, że nie codziennie do książki zaglądałam, a nawet zdarzył się tydzień zupełnie bez.
Życie wciąga.
Zresztą wiadomo - i na wiosnę i w lecie mniej jest czasu na czytanie, więcej nosa się wystawia z domu.
No ale.
Wreszcie skończyłam.


Tytuł oznacza "Pragą/Po Pradze od wiosny do wiosny". Językowo jakoś sobie poradziłam, coraz lepiej to idzie.
Na początku byłam zachwycona. Para dziennikarzy, która po wojnie przyjechała z Brna do stolicy, zakochała się w "matce miast" i zaczęła swoje niezliczone i nieskończone wędrówki.


Piszą ładnie i ciekawie. Rozmawiają z różnymi ludźmi i te rozmowy są zawsze interesujące, niezależnie od tego, czy interlokutorem jest dozorczyni czy architekt. Jest rozdział, gdy udają się z wizytą do małżeństwa, mieszkającego w jednej z wież kościoła św. Mikołaja na Małej Stranie - to jest dla mnie absolutny hit!


Ale.
Niestety, czas i klimat polityczny odcisnął swe piętno.
Tu soudruh, tam soudruh, tu Ruda Armada, tam sowieccy wybawiciele, tu rozdział o zakładaniu partii komunistycznej przed wojną, tam plany rozbudowy socjalistycznej Pragi.
Najpierw myślałam, że to tak, na odczepnego, no bo trzeba było... ale pojawiało się tych tekstów coraz więcej.
Wyszło na to, że państwo dziennikarstwo Svoboda & Tučková są po prostu zaangażowani. W internecie nic nie znalazłam, a raczej znalazłam, że był taki dziennikarz sportowy Alois Svoboda, więc nie wiem, czy o tym samym człowieku mowa? Wygląda na to, że nie, bo w tym linku jest inny rok śmierci.
Tučková, ta właściwa, też daty śmierci ma w internecie różne: albo 1989 albo 2012.
Natomiast poszukiwania łączone - tytułu wraz z autorami - przynoszą tylko adresy antykwariatów. Czy w tych Czechach to nie ma blogów o książkach?

Mój egzemplarz - niegdyś własność jakiegoś Polaka (może Polki zreszta, nie wiem, dlaczego uznałam, że to mężczyzna był) - został ubogacony rozlicznymi notatkami. Większość to tylko jakieś tajemnicze znaczki, ale jest też sporo dat, nad którymi się zastanawiam. Nie może chodzić o to, że tego dnia o tej godzinie właściciel knigi był w danym, opisywanym miejscu - bo tam są najczęściej godziny nocne :) czyli raczej czas lektury (co do minuty)... ale dość rozrzucone w latach...
Oprócz tego jest dużo podkreśleń i adnotacji typu "ciekawe", "doprawdy?", albo jakieś porównania z Krakowem ("Kanonicza").
W rozdziale, gdzie pracownik obserwatorium snuje fantasmagorie o lotach w kosmos, a całość zdobi rysunek kolejki do rakiety na lot na Księżyc, mój "przedwłaściciel" dopisuje:
Ciekawe, co? 11.VI.69 Za miesiąc mają tam USA lądować.

Spis treści:

Początek:

Koniec:

Wyd. ORBIS Praha 1957, 535 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 14 lipca 2018 roku

wtorek, 19 czerwca 2018

Nie ufam własnej pamięci. Rozmowy z Andrzejem Chwalbą

No, muszę powiedzieć, że dawno nie byłam tak zadowolona z lektury!
Zresztą, może słowo "dawno" nie jest zbyt ścisłe, w końcu przypominam sobie, że byłam bardzo zadowolona, przeczytawszy Szwejka w oryginale, ale to był inny rodzaj satysfakcji :)
Tymczasem ten tomik, będący zbiorem wywiadów, rozmów z prof. Chwalbą, opublikowanych w rozmaitych periodykach (od Wyborczej po Gościa niedzielnego), po prostu rozjaśniał w głowie.


Za historią w szkole nie przepadałam, zresztą do dziś nie mam specjalnie nabożnego stosunku do tej dziedziny wiedzy (choć oczywiście zdaję sobie sprawę, że to niedobrze), ale tak sobie gdybam... gdybym miała takiego nauczyciela, jak Chwalba, to chyba byłoby inaczej :)
Z przykrością też myślę o tym, że przecież część tej historii działa się na moich oczach - i nic mnie to wtedy nie obchodziło. Nie byłabym nawet świadkiem z pamięcią przefiltrowaną przez własne poglądy, o których Chwalba kilkakrotnie wspomina... nie byłabym żadnym świadkiem po prostu.
Do większości prawd dochodzimy w życiu za późno.


Cóż, pasjonatem historii już nie zostanę, choćby dlatego, że nie ma w moim życiu miejsca na kolejną pasję :) Tak się zastanawiałam ostatnio, co mogę zrobić, żeby znaleźć czas na to wszystko, co trzeba zrobić, musi się zrobić i chce się zrobić.
No i guzik wymyśliłam.
Nie widzę, z czego bym mogła zrezygnować na rzecz czegoś innego. Nie ze snu przecież.


Początek:
Koniec:

Wyd. Księgarnia Akademicka Kraków 2012, 239 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 15 czerwca 2018 roku


NAJNOWSZE NABYTKI
Przyszły kolejne praskie nabytki. A potem siadłam z długopisem i kartką... i wyszło mi, że muszę być bardzo uważna, jeśli chcę przetrwać do października nie o chlebie i wodzie, ale i zupkę jakąś, choćby cienką, zjeść. Co dotyczy nie tylko książek, ale również książek. Widziałam parę cracovianów (szeroko rozumianych), ale liczę na to, że wytrzymam jakiś czas bez nich :)