środa, 16 maja 2018

Bogna Wernichowska - Kardy i kokardy

Lektury swoimi drogami chodzą... a tu przydało się fejsbukowe odkurzanie książek :) odkurzyłam dwie Wernichowskie, a że żadna nie była do tej pory czytana, to zabrałam się za panie Potockie.


Gdy już skończyłam, zorientowałam się, że tytuł jakby nie odniósł się do treści - lub odwrotnie. Nic nie było o kardach, może trochę o kokardach (przy licznych opisach strojów). Aż się zastanowiłam, co to te kardy, wiedziałam, że warzywo jakieś. Internety powiedziały, że to hiszpańska odmiana karczocha. No dobrze. Spróbuję sobie jakoś to powiązać, choć panie Potockie w kuchni nie urzędowały :)

Jakie wrażenia z lektury?
Czyta się szybciutko, lekko - choć przyznam, że ta mania nadawania takich samych imion w rodzinie może nieźle w głowie namieszać i w pewnym momencie czytelnik się gubi. No, ale to już nie wina autorki. Widać ogromną pracę, jaką wykonała szperając w archiwach, czytając setki, ba! tysiące listów napisanych przez członków rodu - och, piękny to był zwyczaj i nigdy nie zastąpią go esemesy ani maile. Chyba, że ktoś by te maile drukował i składał w szufladzie :)
Nieco nudniejsze pewnie było sczytywanie rachunków domowych, ale wiadomo, że bardzo wiele mówią one o codziennym życiu. Ja tam ciągle je prowadzę. Tyle że żadna przyszła Wernichowska nie będzie ich nigdy czytać, zeszyty pójdą do śmieci kiedyś i tyle.

Jak na anonimowe wydawnictwo (zero redakcji, korekty) jestem zdziwiona poziomem, bo znalazłam zaledwie kilka błędów-literówek. Nie że je na nie poluję i ich szukam, no ale przecież się je widzi. Więc porządnie.
Plus spory materiał ilustracyjny.

Teraz tak - trochę jakby z poziomu kolan ujęte te popularne biografie. Nie ma tam absolutnie żadnych uwag krytycznych, odniosłam wrażenie, że - czyżby z racji arystokratycznego urodzenia? - panie te były chodzącymi aniołami, choć i je los doświadczał. Inna sprawa, że wyliczana często gęsto pomoc dla innych, czy to ubogich, czy poszkodowanych w wypadkach dziejowych, robi wrażenie. Na przykład wspieranie chłopskich lub urzędniczych synów na drodze oświatowej. Fundowanie przez całe lata czesnego. Czy dzisiejsi bogacze zawracają sobie głowę czymś takim? Osobiście?







Początek:
Koniec:

Wyd. Wydawnictwo Krakowskie i na tym koniec - nie ma nawet roku wydania! zawsze jak widzę coś takiego, to myślę o przekrętach (może niesłusznie)...
Z własnej półki
Przeczytałam 14 maja 2018 roku


NAJNOWSZE NABYTKI
O czeskich to nawet nie piszę... szkoda gadać, jestem niereformowalna...
W sobotę wyjeżdżam i choć teoretycznie zakładam, że dużo nie przywiozę, to - zobaczymy. No, dźwigać mi się nie chce, to fakt.

A tu nasze :)
Ponieważ mi pierwszy tom Nepomuckiej córka gdziesik zadziała, okrutnie mnie to denerwowało, więc odkupiłam, ale tnąc koszty, w związku z czym leciutko sfatygowany egzemplarz (3,99 zł). Było nawet taniej, ale w innej serii wydane.
A na Marininę dałam się skusić, coś tam podczytawszy u Zacofanego w lekturze. Nawet nie sprawdziłąm, czy czasem nie mam tego w oryginale :) w końcu jeśli nawet, to nie szkodzi :)

środa, 9 maja 2018

Ewa Miodońska-Brookes - Tutaj, czyli w Krakowie

Troszkę mnie wymęczyła ta Miodońska. Powiedziałabym, że, momentami, dość hermetyczna. Zwłaszcza wtedy, gdy mówi o ściśle polonistycznych sprawach. No ale to w końcu nie jest lektura dla wszystkich.
Ale co było interesujące? Opowieść o EGZAMINIE UNIWERSYTECKIM. Rozumianym jako rozmowa między studentem a profesorem.
Mój Boże... albo czasy już nie te albo rację mieli ci z nas, którzy twierdzili, że nasze studia to dalszy ciąg szkółki. Ja to zresztą do końca tak odbierałam.
Powiedzmy, że między mną a Miodońską jest różnica jednej generacji (urodzona w 1939), a jednak to cała przepaść. Wówczas jeszcze, gdy Miodońska studiowała, a potem zaczynała karierę pracownika naukowego, Uniwersytet wyglądał jednak inaczej.



Trochę więcej się tu spodziewałam krakowskich spraw, a tych jest niewiele. Właściwie tylko przedostatni rozdział, krótki w dodatku. Trochę o antykwariatach, bibliotekach. O zagęszczaniu mieszkań po wojnie. O prześladowaniu prywatnych sklepików i zakładów usługowych. O ogrodzie karmelitów. O wyludnianiu się centrum w ostatnich czasach.


Jeszcze jedna impresja, która pewnie zostanie mi w pamięci. Historia o tym, jak na studiach mieli przygotować jakiś materiał na ćwiczenia, jej wypadło o Wyspiańskim (w jakimś tam kontekście, bodajże funkcji didaskaliów), ale całkiem o tym zapomniała i dopiero koleżanka zagadnęła ją.
- Bardzo jestem ciekawa, co ty nam dzisiaj powiesz o tym.
NIGDY, ale to nigdy na moich studiach nie zdarzyło się, żeby ktoś z kolegów przejawił takiego rodzaju zainteresowanie... Zajęcia trzeba było odwalić i tyle.


Początek:
Koniec:

Wyd. Universitas Kraków 2013, 304 strony
Z własnej półki
Przeczytałam 8 maja 2018 roku

niedziela, 29 kwietnia 2018

Rudolf František Vojíř - Kluci z libeňského ostrova

Uff, zdążyłam w kwietniu choć jedną po czesku książkę przeczytać :) Moje postanowienia coraz częściej spełzają na niczym. Gdy wracałam w sierpniu z Pragi z masą czeskich filmów, mówiłam sobie, że co tydzień jeden obejrzę... akurat... no nie udaje się.
Tłumaczę sobie, że nic na siłę, no nie dam rady zrobić wszystkiego, co bym chciała, nie skicham się przecież :)
Dwa razy w tygodniu kończę pracę o 20.00, raz wracam o tej samej porze z powodu kursu czeskiego. Jest już wtedy za późno dla mnie na oglądanie filmu, nie mogłabym usnąć. Co drugi weekend jadę do taty. No to co mi zostaje?
Kiedyś wszystkie weekendy będę miała wolne... ale im później, tym lepiej...

Tę książeczkę nabyłam online w ciemno, po tytule :) który oznacza "Chłopcy z libeńskiej wyspy". Libeň to dzielnica Pragi, kto czytał Hrabala ten wie.
Nie była tania, wyszło prawie 25 zł, ale to rzecz przedwojenna, potem już nie wznawiana, więc cena jest, jaka jest.
Nawiasem mówiąc, ciekawa sprawa - nigdzie w książce nie ma daty wydania! Tę podają jedynie internety. Za to jest adres drukarni - i to w "moich" okolicach, ul. Jaromírova 21 czyli Nusle. Coś mi się wydaje, że zapiszę do kapownika, żeby tam podejść i zobaczyć, co jest pod tym adresem dzisiaj. Wiem, mogłabym wrzucić adres w google maps... ale to nie to samo :)


Jest to literatura przygodowa dla młodzieży. Grupa chłopców, zainspirowana słowami nauczyciela, który zachęcał ich do czynienia dobra i tępienia zła, zakłada spółkę. Na początek chodzi o wzajemną pomoc i wspólne spędzanie czasu, ale wkrótce nadarza się okazja do wykazania się umiejętnościami śledczymi :) Bowiem chłopcy wpadają na trop podejrzanych cudzoziemców.

Akcja powieści rozgrywa się w trójkącie między Libnią, Vysočanami a Prosekiem. Oczywiście dziś te tereny wyglądają zupełnie inaczej.
Zerknęłam do najstarszej mapy Pragi, jaką posiadam, z 1979 roku, z czasów komuny. Szczęśliwie mi się uchowała z dawnych lat (jak to dobrze nic nie wyrzucać, nigdy nie wiadomo, co kiedyś pokochamy) i kiedyś znajdę czas, żeby prześledzić zarówno rozwój miasta, jak i zmiany nazw ulic :)


To jest fragment tej mapy z libeńską wyspą, która jest tak naprawdę półwyspem. Tam chłopcy zbierali się na posiadówki.
Z przykrością muszę wyznać, że tam nie byłam. O krok tak, ale na samej wyspie nie. I już bym leciała, ale plan na majowy pobyt w Pradze jest tak napięty, że wątpię, abym tym razem dała radę.
Tymczasem zajrzałam na hasło na Wiki i znów odkrycie - tam właśnie toczy się akcja komedii Jan Hřebejka z 2008 roku zatytułowanej U mě dobrý, a opartej na twórczości zmarłego niedawno Petra Šabacha. Więc znów inspiracje filmowo-literackie :) I tak w nieskończoność!
I krucafuks ja ten film mam!
No, dobra. Jak mi się dziś uda przy niedzieli, to obejrzę :)
/mówię "jak się uda", bowiem chyba wybiorę się na świąteczny dyżur do przychodni, a tam to i parę godzin można spędzić w kolejce/
I już plany uległy zmianie. Żizń :)

Ale ale - wrócę jeszcze do książki. Chyba trochę rozumiem, dlaczego nigdy jej nie wznowiono. Otóż w charakterze przestępców - szpiegów przemysłowych występuje dwóch Chińczyków (którzy czasem są nazywani Japończykami... czy tam na odwrót). To były czasy kryzysu, lata trzydzieste, i fabuła tutaj jest oparta na pomyśle, że przyjeżdżają cudzoziemcy wykradać tajemnice produkcji czeskiego kolorowego szkła, żeby je robić taniej u siebie i zalać rynki, a biedni Czesi popadną w jeszcze większą biedę.
No i niestety, taka książka wtłaczała w głowy młodzieży, że cudzoziemiec = zło.

Są i dość poetyckie fragmenty. Opisy, gdy zapada wieczór. Jakżeż - znowu - różna ta Praga sprzed 80 lat od dzisiejszej! "Nad miastem rozjarzyły się pierwsze światła. Dalsze okolice ciemniały. Tylko w kotlinie między Żiżkowem a Petrzinem rozlało się morze białych świateł ulicznych." A na przedmieściach ciemno.

Początek:
Koniec:


Wyd. Vojtěch Šeba Nakladatelství, Praha 1934, 117 stron
Z własnej półki (kupione w antykwariacie Anděl w internecie 9 listopada 2017 roku za 144 korony)
Przeczytałam 29 kwietnia 2018 roku

piątek, 27 kwietnia 2018

Józef Jan Balwierz - Od Krakowa do Brazylii


Coś mi się wydaje, że zaczynam nadrabiać zaległości ;)
Odpukać!
Bo minie!
W sensie, że czytam rzeczy kupione wieki temu i odstawione na półkę, choć niby z zakresu mych zainteresowań - patrz cracoviana.
Śmiem to mówić, bowiem to już druga książka z tej dziedziny w tym miesiącu. Aj waj.
No ale żarty na bok, obie są wspomnieniami, choć ta poprzednia czyli Nie całkiem zmyślone ma bardziej literacką formę.
Tu natomiast mamy do czynienia z autentyczną opowieścią o kolejach życia krakowianina, który wylądował w Brazylii i zdaje z tego relację bez literackich ozdobników. Jest w końcu różnica - Sulikowski to dziennikarz i krytyk literacki, a Balwierz - "zaledwie" inżynier.


Swe wspomnienia Balwierz spisał (a w każdym razie wydał) jako siedemdziesięciosiedmiolatek. Miał więc już do podsumowanie dość długie życie. I życie ciekawe. Poczatki były dość skromne, jako syna kolejarza z Prokocimia, ale od najmłodszych lat autor rozumiał wagę wykształcenia, podobnie jak jego przyszła małżonka. I to nie tylko wykształcenia formalnego, ale zdobywania cały czas rozmaitych umiejętności, bo przecież nigdy nie wiadomo, co się w życiu może przydać.
To na pewno zwróciło moją uwagę.
Para bohaterów doszła do wszystkiego - a przez wszystko rozumiem dostatnie życie bez problemów finansowych i możliwość uprawiania hobby, jakim stały się bliższe i dalsze podróże - wyłącznie własnymi siłami. W odpowiedniej chwili młodzi ludzie zdecydowali się na emigrację czyli krok, który musiał być niełatwy, porzucić wszystko, rodzinę, ojczyznę (a przez ojczyznę nie rozumiem taniego patriotyzmu, tylko cały bagaż kulturowy, jaki się za sobą niesie, włącznie z językiem) i ruszyć w nieznane - to nie mogła być łatwa decyzja...

Ale ale. Wcześniej jest rozdział traktujący o czasach okupacji i szczerze mówiąc z lekkim zdziwieniem czytałam o tym, jak Irka czyli przyszła żona wyjechała do pracy do Wiednia, a bohater podążył za nią... jakoś inaczej sobie ten okres wyobrażałam :)

Podczas lektury miałam wrażenie obcowania/słuchania gawędy kogoś znajomego. Spodobało mi się to zgrane małżeństwo, widać, że kochające i rozumiejące się. Kwestię, czy dzieci nie mieli z wyboru czy z konieczności, autor pominął. Przyznam, że przez długi czas czekałam, że "coś się urodzi" w tym względzie :)
Tak więc państwo Balwierzowie mogli poświęcać każdą wolną chwilę na życie towarzyskie lub na podróże.
Właśnie. Jedynym minusikiem, jaki bym dała tej książce, to za dużo informacji typu przewodnikowego, no ale cóż - skoro autor tym żyje :)
Więc - całkiem sympatyczna lektura.

Początek:

Koniec:

Wyd. Wydawnictwo Literackie Kraków 1996, 306 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 23 kwietnia 2018 roku

wtorek, 24 kwietnia 2018

Milan Kundera - Nieznośna lekkość bytu


Mam kłopot z tą książką, kłopocik taki.
Byłam święcie przekonana, że czytałam ją w studenckich czasach.
Ale okazuje się, że przekład jest z 1985 roku, a sama powieść powstała zaledwie rok wcześniej.
To już nie wiem.
Zwłaszcza, że w trakcie czytania nic mi się absolutnie nie przypominało (choć to też niewiele znaczy).
Więc chyba jednak nie, nie znałam do tej pory?
Aż mi się wierzyć nie chce.


I na początku ciężko jakoś szło, nie mogłam się wciągnąć. Ale jak już poszło, to poszło :)
I zachwyciło.
I pokazało, że ta lekkość bytu nieznośna, dziś już prawie przysłowiowa, tak używana i nadużywana, rozumiana była przez mnie dość opacznie.
I skorygowało moje myślenie dotychczasowe, że Czechom za komuny to się w sumie tak raczej upiekło (a przecież czytałam Hrabala). Tłumok jestem i tyle.

To chyba pierwsza prawdziwa powieść od roku, którą przeczytałam, poza jakimiś drobiazgami - i miałam szczęście, że na nią właśnie trafiłam. Rzecz świetna.
A jak trafiłam?
Mamy się spotkać w Pradze z przyjaciółką, więc wstępnie omawiałyśmy, gdzie możemy się wybrać na spacer, pomyślałam, że spodoba im się widok z Petrzinu, a będą blisko mieszkać. I tu ona:
- To tam na Petrzinie zdaje się bohaterka Kundery miała zostać zastrzelona.
???
Już nie było odwołania, musiałam pójść do biblioteki :)

A teraz myśli. O życiu, o roli przypadku, o zbiegach okoliczności, o tym, na ile sami o sobie decydujemy.

Początek:

Koniec:

Wyd. W.A.B. Warszawa 2014, 379 stron
Tytuł oryginalny: Nesnesitelná lehkost bytí
Przełożyła: Agnieszka Holland
Z biblioteki
Przeczytałam 17 kwietnia 2018 roku

piątek, 20 kwietnia 2018

Francesco M. Cataluccio - Czarnobyl

To była ta chwila zapomnienia w Taniej Jatce. Gdy się dostrzega niskie ceny, traci się z kolei z pola widzenia własne półki... czyli brak miejsca dla nowych nabytków. Z chwilą, gdy skoncentrowałam się na czeszczyźnie (przesadnie), absolutnie nie ma już miejsca dla niczego innego.
Całkiem niedawno robiłam dla tych moich praskich wydawnictw miejsce, usuwając/przesuwając inne (te odeszłe w cień). Skończyło się dwoma stosami na podłodze, które miały zostać zlikwidowane przed świętami, potem zaraz po świętach... no i stoją.
Bo w czym problem?
Kiedyś za nie zapłaciłam przecież i teraz głupio mi tak po prostu wynieść. Że niby powinnam choć część tych pieniędzy odzyskać. Taka gupia.
A tu jeszcze mnie Magda/Dziopa z Podgórza podkusiła - sprzedaj na allegro! Tia. No to część obfociłam, ale na allegro wstawiłam może z pięć (bez rezultatu oczywiście), a reszta czeka. A jak pomyślę, że ktoś kupi i będę musiała pakować-iść na pocztę-stać w kolejce... no to się pukam w głowę.
I dalej leżą.


A tymczasem, jak wspomniałam, wdepłam do tej Taniej Jatki i wyszłam z reportażami.
Na "Czarnobyl" skusiłam się z dwóch powodów: raz, no bo Rosja, dwa, bo Cataluccio. Którego już przecież znam i to z dobrej strony - pisałam tu o jego "Jadę zobaczyć, czy tam jest lepiej".
Tym razem jednak rozczarował mnie.
Mało Czarnobylu w Czarnobylu (powinnam jednak zaopatrzyć się w "Czarnobylską modlitwę" Aleksijewicz raczej), a co gorsza - znów ta koncentracja autora głównie na poszukiwaniu śladów własnej nacji. Czyli połowa książki traktuje o Żydach w Czarnobylu kiedyś tam, dawno temu. Nie umiało mnie to zainteresować.
Ciekawsze było opowiadanie o doświadczeniach Cataluccio ze służbą wojskową czy epizod polski, bo w Polsce właśnie był autor, gdy zdarzyła się czarnobylska katastrofa.
Ale nic nie było na tyle ciekawe, by zostawić jakiś ślad.
No szkoda.



Początek:

Koniec:

Wyd. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013, 147 stron
Tytuł oryginalny: Chernobyl
Przełożył: Paweł Bravo
Z własnej półki
Przeczytałam 5 kwietnia 2018 roku

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Andrzej Sulikowski - NIe całkiem zmyślone

Wypatrzyłam to kiedyś w antykwariacie na półce z cracovianami i wzięłam, trochę jakby z obowiązku :)
A tu nawet dziesięciu lat nie czekało. Wypatrywałam na półkach czegoś właśnie z Krakowem w tle, zdjęłam to, ale z myślą, że chyba nie dam rady - ta Santa Ecclesia na samym początku mnie przeraziła.
Ale skoro czytuję Tygodnik Powszechny (częściej kupuję niż czytam, niestety... kolejne numery się gromadzą, a czasu brak) to zobowiązuje :)


Minęło zaledwie dwa tygodnie od przeczytania książki, a ja już nie pamiętam. Nie pamiętam, co mi się w niej dokładnie spodobało, co zachwyciło, co nie podeszło.
Może to ostatnie akurat wiem - autor pisze wszak z określonych pozycji, będąc osobą wierzącą, nie tak zwyczajnie, jak wszyscy, co do kościoła w niedzielę idą i na tym koniec, ale osobą MYŚLĄCĄ nad swoją wiarą, walczącą z pokusami niewiary. O, może gdy pisał o szkolnych czasach, tym zwyczajowym okresie buntu przeciwko wszelkim dogmatom, był mi bliski. Choć cały czas rozumiałam, że to było coś przejściowego u niego, że on na łono wróci.
Co oczywiście każe myśleć, że ci, którzy nie wrócili (jak ja) - są niedojrzali. Że zabrakło u nich przemyślenia pewnych spraw, przewartościowania.
Ale tak - wiara, Kościół, to jedno. Zwykłe codzienne życie za komuny, to drugie.
To mnie najbardziej interesowało.
Dość ponury to obraz.
Ale malowany przez człowieka na poziomie intelektualnym niewątpliwie wyższym od sławetnych państwa Sienkiewiczów.
Zresztą, Sulikowski jest starszy ode mnie, więc więcej wówczas widział, rozumiał i przeżył. Dla mnie komuna to dzieciństwo, szkoła, studia. Czas, w którym o wszystkim myślą rodzice, nie zwykłe życie, w którym trzeba się borykać z wszelkimi przeciwnościami.
Chyba miałam szczęście...

Wracając do Sulikowskiego. Kilka sylwetek, nakreślonych w osobnych rozdziałach, zrobiło wrażenie. Poetyckich, w pewnym sensie.
Ciekawa byłam, kto to w ogóle jest (był?), ten Sulikowski. Ale dopiero teraz wrzuciłam nazwisko w internety. Literaturoznawca. Porzucił Kraków dla Szczecina. Porzucił KUL, porzucił Tygodnik Powszechny.
Dla mnie pozostanie autorem jednej książki.
Cieszę się jednak, że po nią sięgnęłam.
Nie było tak źle :)

Początek:
Koniec:


Wyd. PAX Warszawa 1989, 224 strony
Z własnej półki (kupione 10 września 2009 roku za 10 zł w antykwariacie)
Przeczytałam 2 kwietnia 2018 roku


NAJNOWSZE NABYTKI
Zapomniałam o nich, a są z marca jeszcze.
Miałam chwilę czasu przed pracą i weszłam do Taniej Jatki, tak się to skończyło.

piątek, 30 marca 2018

Ryszard Ryza - Moje z Olkuszem brylantowe gody

Mój szef przywiózł to wydawnictwo z jakiejś wizyty w Olkuszu i położył mi na biurku. Przyglądam się i widzę nazwisko kuzynki, która mieszka właśnie w Olkuszu :)
Okazało się, że to napisał jej teść.
Więc zabrałam do domu i przeczytałam.
Trochę tak z ciekawości, do jakiej trafiła rodziny.

Autor tych wspomnień ma dziś 81 lat. Jest to wiek, w którym na pewno dokonuje się pewnego podsumowania swego życia. Jeśli ktoś uważał się zawsze za humanistę i miał pewien dryg do pisania, może nawet spróbować swych sił na polu literatury wspomnieniowej, o ile oczywiście ma (lub myśli, że ma) coś ciekawego do powiedzenia.
Niestety dla mnie nie było to interesujące, poza jednym aspektem, o którym za chwilę.
Bo też życie pana Ryzy nie obfitowało w jakieś nadzwyczajne wydarzenia, a nad sprawami rodzinnymi raczej się przemyka, skupiając się na pracy zawodowej i działalności społecznej, a przede wszystkim na życiu rodzinnego miasta, z którym ja przecież nie jestem związana.
No, raz się wybrałam na wycieczkę :)
Tak więc myślę, że ta publikacja może być ciekawa głównie dla rodziny, znajomych, sąsiadów, dawnych współpracowników autora, czy wreszcie ogólnie dla mieszkańców Olkusza, choć raczej tych starszych, którzy znajdą satysfakcję odnalezienia znajomych nazwisk.




A teraz o tym jedynym aspekcie, który mnie zainteresował.
Autor olkuskich wspomnień jest bardzo pobożnym człowiekiem.
Jednocześnie nieraz wypowiada się na temat prania mózgów, jakie uskuteczniali komuniści.
I taka myśl... że tak to już jest (i ja też nie jestem tej wady pozbawiona oczywiście), jak mówi powiedzenie - widzieć źdźbło w cudzym oku, nie widzieć belki we własnym.
Autor nie dostrzega, że sam został na tyle wcześnie poddany praniu mózgu ze strony Kościoła, że nawet sobie z tego nie zdaje sprawy. Cała różnica między KK a komunistami była taka, w tym przypadku, że KK był pierwszy w tym wyścigu, zakodowany niemal od kołyski, więc zwyciężył ;)

Z jednej strony zawsze starałam się szanować cudze wybory, choćbym ich za Chiny ludowe nie rozumiała. Chcesz klękać przed facetem w kiecce, a może nawet całować go w rękę - proszę bardzo.
Niestety tak się w naszym kraju porobiło, że zaczynam reagować alergicznie na czarną mafię, która chce sprawować rząd dusz nie nad swymi owieczkami (wolny wybór), ale nad wszystkimi, idąc rączka w rączkę z władzą. Jak to zresztą zawsze bywało.
Smuci mnie to, bo wolałam tak, jak było dawniej - że mnie ten temat po prostu nie interesował. Żyj i pozwól żyć.
Ale właśnie nie pozwalają :(

Uprzedzę od razu zarzuty - nie mówię w tej chwili o wierze w tego czy innego Boga - mówię o instytucji. Która z wiarą ma niewiele wspólnego.

Początek:

Koniec:

Wyd. PTTK Olkusz 2012, 87 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 27 marca 2018 roku


NAJNOWSZE NABYTKI
Wytrzymałam bez ulubionego praskiego antykwariatu miesiąc ;)
Leżą tu koło mnie dwa stosy i czeka mnie dzisiaj jeszcze zadanie upchania ich gdzieś :)
I oby znów choć miesiąc wytrzymać!



Kończy się miesiąc i kończy się rok, jak odeszła mama...
Ból, ten bezpośredni, mija, łzy jednak zostają.
I wyrzuty sumienia, których czas nie ukoi, bo nic już się naprawić nie da.



Mimo to:

niedziela, 25 marca 2018

Jaroslav Hašek - Osudy dobrého vojáka Švejka za světové války

Zabrałam się za Szwejka po czesku z czystej ciekawości, jak mi będzie szło. I z myślą, że marnie :) że na to za wcześnie.
I powiem tak - gdybym nigdy Szwejka nie czytała po polsku, to może rzeczywiście byłoby za trudne. Ale poszło gładziutko, ba! nie mogłam się oderwać :)
Kilka razy zajrzałam do polskiego tłumaczenia, chcąc zobaczyć, jakie polskie słówko dokładnie odpowiadało czeskiemu, ale to były wyjątki.
Z internetu odniosłam wrażenie, że Szwejk nie jest popularny wśród młodszego pokolenia. Osoby, które czeskiego się uczą - i to na wyższym od mojego poziomie - mówią o nim per 'cegła' i ogólnie nawet boją się zabrać za lekturę.
Ech, co za zdziczenie obyczajów :)

Sądzę, że do ułatwienia lektury i większej motywacji przyczyniła się spora czcionka i duża ilość ilustracji - szybciej przewracałam kartki i miałam wrażenie, że idzie błyskawicznie :)
Ilustracje oczywiście Josefa Lady, przyjaciela Haška. Na to zwracałam uwagę przy wyborze egzemplarza do kupna.

I teraz co? Musze uważać, żeby się za bardzo nie rozpędzać z poziomem czeskich lektur, bo jeszcze może mnie rozczarować moja nikła znajomośc języka :) A ja tu sobie będę myśleć, że ho ho i bógwico :) Tymczasem to tylko dobra znajomość tłumaczenia...
A' propos tłumaczenia, a raczej wydania. W polskiej wersji byłam przyzwyczajona do tego, że wszelkie dialogi po niemiecku były tłumaczone na dole strony. Tymczasem w czeskim wydaniu tego nie ma. Oczywiście znalazłam wytłumaczenie na własny użytek - że Czesi byli przez tyle lat pod wpływami niemieckimi, że tłumaczenia nie potrzebują :)
Ja w każdym razie i tak wszystko pamiętałam. Ich melde gehorsam to już w podstawówce znałam na równi z Hände hoch i alles kaputt z "Klossa" :)



Początek:
Koniec:

Wyd. Československý spisovatel Praha 1983, I tom - 507 stron, II tom - 364 strony
Z własnej półki (kupione 9 listopada 2017 roku za 144 korony)
Przeczytałam 20 marca 2018 roku (od 3 marca, ale trzeba wziąć pod uwagę, że było to w czasie, gdy gościł u mnie Ojczasty i po pierwze sporo stałam przy garach, gotując dwa obiady, a po drugie, miałam złe warunki do czytania, lampka umocowana zbyt nisko przy dmuchanym materacu... no, jednym słowem, rąbek u spódnicy nieco przeszkadzał).