niedziela, 22 lipca 2018

Wojciech Tochman - Bóg zapłać

Szczygieł raz w poście na fejsbuku wspomniał o tej książce. Że jest o tym, jak wiara, religia potrafią wymiatać mózgi. Widząc, co się w kraju dzieje, zainteresowałam się i udałam do biblioteki... tak tak, do biblioteki, a nie na allegro :)
Autora znałam jedynie z nazwiska, natomiast nic wcześniej nie czytałam.


Ksiażka, jak to nieraz w bibliotekach, oprawiona w folię, więc zdjęcia robi się średnio :( Ale skoro to już u mnie taka tradycja, że wszystko z okładki musi być, no to cóż.


Egzemplarz co prawda ma pieczątkę, że "podarowany przez czytelnika", ale to nie przeszkodziło personelowi podsunąć ją do dedykacji autorowi, widocznie było jakieś spotkanie. Aczkolwiek jaka tam jest data, to nie umiem dojść.


No ale przejdźmy do rzeczy. Czyli, jak pisze jedna blogerka, którą lubię podczytywać, bo pisze o rzeczach zwyczajnych, ale ma wielką wrażliwość - do brzegu.
Trochę się obawiałam, że skoro książka z takim założeniem, to po dłuższej chwili stanie się nudna.
Ale nie, bo to nie jest tak, że wszystkie zawarte w niej reportaże są na ten temat. Choć ten otwierający owszem, jak najbardziej. Wstrząsający zresztą. Kobieta, która zostaje zmuszona przez męża i przez księdza (bo "choroba jej nie usprawiedliwia") do rodzenia kolejnych dzieci, mimo iż lekarze mówią wyraźnie stop. I w tym wszystkim ciągle poczucie winy i "bóg zapłać" za tę wiarę, no może będzie głuche albo ślepe to następne dziecko, ale jeśli taka będzie wola Twoja...

Najgorszy emocjonalnie do przejścia był reportaż "Bracia i siostry", o rodzinie rozłączonej w imieniu prawa (niewydolni rodzice), ósemka dzieci do domów dziecka, rozłączona, część na zawsze, koszmarne warunki (wiedzieliście, że w domu dziecka jest taka dyscyplina - może to się już zmieniło do tamtych czasów, mam nadzieję - że w ciągu dnia nie wolno przebywać w sypialni, tylko świetlica, gdzie należy siedzieć przy stole, a jak się chce do łazienki, to trzeba podnieść rękę i zapytać, a jak się chce pić, to "trzeba było pić przy obiedzie, teraz czekaj do kolacji" - to się "dom" nazywa!), dzieciaki beustannie uciekające, a że ojciec bał się milicji, to je sam z powrotem odstawiał do bidula, więc z czasem już przestały wracać, kopały sobie jakieś ziemianki w lesie niedaleko, podchodziły do wioski w nocy coś tam zwinąć do jedzenia, czasem dostać od sąsiadów... a potem, gdy dorosły, szukały się wzajemnie... niektóre poszły do adopcji i tu problem podwójny.
A wszystko zaczęło się od donosu, nie zawaham się tego tak określić, nauczycieli z podstawówki, napisanego do komendy milicji. Że dzieci przychodzą do szkoły brudne, że zasypiają na lekcjach, że nie mają przyborów szkolnych. I machina ruszyła.
Tak się rozwiązuje problemy - nie pomyśleć, jak pomóc rodzinie (w chałupie bez prądu), tylko rodzinę zlikwidować.
Gdy wracam do tego reportażu myślami, cała się trzęsę.
Bo zdaję sobie sprawę, że nic się nie zmieniło. To było za komuny, a czy teraz jest lepiej? Czy teraz nie zabiera się dzieci z domu, zamiast pomóc rodzicom?


"Leży we mnie martwy anioł" to rzecz o Beksińskich, no ale potem powstał film, więc historia była mi już znana.
Tochman porusza się w kręgu albo ludzkich tragedii zawinionych losem albo ludzkich odmienności, niezawinionych przez nikogo?
"Siedem razy siedem" mówi o Wandzie Rutkiewicz, a może bardziej o jej matce, która wciąż czeka, bo nie wierzy w śmierć córki (ciała nie odnaleziono)? Za nią też decyduje wiara, nawiasem mówiąc, tyle że inna, niekatolicka.
"Człowiek, który powstał z torów" to trochę jak "Znachor" - mężczyzna, nazwany później Janem, ocknął się obok torów z raną na głowie i już nigdy się nie dowiedział, kim jest. Ma nowe imię i nazwisko, nową datę urodzenia, nowe życie, uczy się wszystkiego na nowo, co to jest morze, co to jest las, jak działa maszyna do kawy w barze, do czego służą sieci rybackie, że istnieją kontynenty... i chce pomagać ludziom. Tyle, że ciągle boli go głowa.


Początek:
Koniec:

Wyd. Wydawnictwo Czarne Wołowiec 2010, 234 strony
Z biblioteki
Przeczytałam 16 lipca 2018 roku


Poza tym donoszę - TRIUMFALNIE - że to już czterdziesty dzień, jak nie kupiłam żadnej książki!!! Jestem aktualnie niepijącym książkoholikiem, jak to określiła Monika Julita :)
Za dwa i pół tygodnia ruszam znów do Pragi, więc liczę się z tym, że jakiś drobiażdżek jeden czy dwa przywiozę - ale poza tym ODWYK!

poniedziałek, 16 lipca 2018

Alois Svoboda, Anna Tučková - Prahou od jara do jara


Pewnego pięknego dnia (pogody nie pamiętam, ale i tak był piękny) odebrałam przesyłkę z allegro z książką - cracovianum. A do niej dołączona była ta właśnie, prażianum (że tak to nazwę, bo dalej nie wiem, jak się publikacje o Pradze określa). Albowiem nadawcą była znajoma z fejsbuka - a więc świadoma jak najbardziej mojego praskiego zboczenia. Mówi, że znalazła to w antykwariacie i wzięła dla mnie :)
Wtedy przejrzałam, odczytałam parę zdań tu i ówdzie i wydało mi się, że będzie to doskonała lektura. No ale odłożyłam ją na później, choćby ze względów językowych.


A w czerwcu doszłam do wniosku, że nadejszła wiekopomna chwila. Zmierzę się.
Potrwało.
Gdy zajrzę do kalendarza, ze zgrozą stwierdzę, że prawie miesiąc. Szwejk poszedł szybciej - no ale Szwejka znałam :)
Prawdą jest też, że nie codziennie do książki zaglądałam, a nawet zdarzył się tydzień zupełnie bez.
Życie wciąga.
Zresztą wiadomo - i na wiosnę i w lecie mniej jest czasu na czytanie, więcej nosa się wystawia z domu.
No ale.
Wreszcie skończyłam.


Tytuł oznacza "Pragą/Po Pradze od wiosny do wiosny". Językowo jakoś sobie poradziłam, coraz lepiej to idzie.
Na początku byłam zachwycona. Para dziennikarzy, która po wojnie przyjechała z Brna do stolicy, zakochała się w "matce miast" i zaczęła swoje niezliczone i nieskończone wędrówki.


Piszą ładnie i ciekawie. Rozmawiają z różnymi ludźmi i te rozmowy są zawsze interesujące, niezależnie od tego, czy interlokutorem jest dozorczyni czy architekt. Jest rozdział, gdy udają się z wizytą do małżeństwa, mieszkającego w jednej z wież kościoła św. Mikołaja na Małej Stranie - to jest dla mnie absolutny hit!


Ale.
Niestety, czas i klimat polityczny odcisnął swe piętno.
Tu soudruh, tam soudruh, tu Ruda Armada, tam sowieccy wybawiciele, tu rozdział o zakładaniu partii komunistycznej przed wojną, tam plany rozbudowy socjalistycznej Pragi.
Najpierw myślałam, że to tak, na odczepnego, no bo trzeba było... ale pojawiało się tych tekstów coraz więcej.
Wyszło na to, że państwo dziennikarstwo Svoboda & Tučková są po prostu zaangażowani. W internecie nic nie znalazłam, a raczej znalazłam, że był taki dziennikarz sportowy Alois Svoboda, więc nie wiem, czy o tym samym człowieku mowa? Wygląda na to, że nie, bo w tym linku jest inny rok śmierci.
Tučková, ta właściwa, też daty śmierci ma w internecie różne: albo 1989 albo 2012.
Natomiast poszukiwania łączone - tytułu wraz z autorami - przynoszą tylko adresy antykwariatów. Czy w tych Czechach to nie ma blogów o książkach?

Mój egzemplarz - niegdyś własność jakiegoś Polaka (może Polki zreszta, nie wiem, dlaczego uznałam, że to mężczyzna był) - został ubogacony rozlicznymi notatkami. Większość to tylko jakieś tajemnicze znaczki, ale jest też sporo dat, nad którymi się zastanawiam. Nie może chodzić o to, że tego dnia o tej godzinie właściciel knigi był w danym, opisywanym miejscu - bo tam są najczęściej godziny nocne :) czyli raczej czas lektury (co do minuty)... ale dość rozrzucone w latach...
Oprócz tego jest dużo podkreśleń i adnotacji typu "ciekawe", "doprawdy?", albo jakieś porównania z Krakowem ("Kanonicza").
W rozdziale, gdzie pracownik obserwatorium snuje fantasmagorie o lotach w kosmos, a całość zdobi rysunek kolejki do rakiety na lot na Księżyc, mój "przedwłaściciel" dopisuje:
Ciekawe, co? 11.VI.69 Za miesiąc mają tam USA lądować.

Spis treści:

Początek:

Koniec:

Wyd. ORBIS Praha 1957, 535 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 14 lipca 2018 roku

wtorek, 19 czerwca 2018

Nie ufam własnej pamięci. Rozmowy z Andrzejem Chwalbą

No, muszę powiedzieć, że dawno nie byłam tak zadowolona z lektury!
Zresztą, może słowo "dawno" nie jest zbyt ścisłe, w końcu przypominam sobie, że byłam bardzo zadowolona, przeczytawszy Szwejka w oryginale, ale to był inny rodzaj satysfakcji :)
Tymczasem ten tomik, będący zbiorem wywiadów, rozmów z prof. Chwalbą, opublikowanych w rozmaitych periodykach (od Wyborczej po Gościa niedzielnego), po prostu rozjaśniał w głowie.


Za historią w szkole nie przepadałam, zresztą do dziś nie mam specjalnie nabożnego stosunku do tej dziedziny wiedzy (choć oczywiście zdaję sobie sprawę, że to niedobrze), ale tak sobie gdybam... gdybym miała takiego nauczyciela, jak Chwalba, to chyba byłoby inaczej :)
Z przykrością też myślę o tym, że przecież część tej historii działa się na moich oczach - i nic mnie to wtedy nie obchodziło. Nie byłabym nawet świadkiem z pamięcią przefiltrowaną przez własne poglądy, o których Chwalba kilkakrotnie wspomina... nie byłabym żadnym świadkiem po prostu.
Do większości prawd dochodzimy w życiu za późno.


Cóż, pasjonatem historii już nie zostanę, choćby dlatego, że nie ma w moim życiu miejsca na kolejną pasję :) Tak się zastanawiałam ostatnio, co mogę zrobić, żeby znaleźć czas na to wszystko, co trzeba zrobić, musi się zrobić i chce się zrobić.
No i guzik wymyśliłam.
Nie widzę, z czego bym mogła zrezygnować na rzecz czegoś innego. Nie ze snu przecież.


Początek:
Koniec:

Wyd. Księgarnia Akademicka Kraków 2012, 239 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 15 czerwca 2018 roku


NAJNOWSZE NABYTKI
Przyszły kolejne praskie nabytki. A potem siadłam z długopisem i kartką... i wyszło mi, że muszę być bardzo uważna, jeśli chcę przetrwać do października nie o chlebie i wodzie, ale i zupkę jakąś, choćby cienką, zjeść. Co dotyczy nie tylko książek, ale również książek. Widziałam parę cracovianów (szeroko rozumianych), ale liczę na to, że wytrzymam jakiś czas bez nich :)

niedziela, 10 czerwca 2018

Aleksandra Marinina - Motywy osobiste

Nie chodzę już po blogach, bo absolutnie nie ma kiedy... ale na fejsie (ciekawe, że tam jakoś znajduję czas na skoki w bok) pokazał mi się post Zacofanego w lekturze na temat tej Marininy i - sama nie wiem, co mnie podkusiło - natychmiast zaczęłam poszukiwania w internecie. Okazało się, że jest wydanie jedno i dwutomowe, znalazłam na allegro to pierwsze w dość rozsądnej cenie 14,40 zł :) i jeszcze przed wyjazdem do Pragi miałam przed sobą.
W sumie nie wiem, po co napisałam, że przed wyjazdem do Pragi... jakie to ma znaczenie... moje pamiętnikarstwo przybiera zatrważające rozmiary!
Wracając jednak do wydania - wkurzające. No bo wszystkie Marininy, jakie posiadam po polsku, wyszły w serii wakacyjnych kryminałów Polityki, a tu teraz takie coś. Z drugiej strony tam, gdzie te polityczne stoją, i tak już nie ma miejsca, więc phi!

Zajawki na okładce nie czytałam, teraz rzucam okiem i cóż widzę.
Powiedzmy, że MNIEJ WIĘCEJ się zgadza. Ale raczej mniej.
Rozumiem jednak, że jakoś trzeba tego czytelnika, który może w Empiku stoi przed półką z kryminałami, zachęcić. Coś tam podkoloryzować. Trupy namnożyć.
No dobra.
Ale żeby aż tak nijakie to było??
Żebyśmy się dobrze zrozumiały, pani Marinina. Nie nudziłam się, bo lubię, jak się trochę rosyjskiej rzeczywistości roztoczy przed moimi oczami (tej prawdziwej to raczej nie zobaczę, niech więc będzie nawet i literacka). Ale na Boga! Co się stało z Nastią? Cóżeś jej pani uczyniła?
Toż to jakaś popierdółka, a nie nasza pani pułkownik z wielką praktyką i doświadczeniem w rozwikływaniu kryminalnych historii!
Oczy wytrzeszczałam czytając a to, że Nastia słuchając odpowiedzi na swoje pytania tak się na nich skoncentrowała, że nie zauważała nic innego (od kiedy to taka z niej dupa wołowa?), a to, że dziecinnieje na starość i daje się naciągać oszustom na nadmorskim deptaku, jeszcze sobie do tego dorabiając ideologię.
Sprawa ciągnie się jak makaron, żeby ni z tego ni z owego ruszyć z kopyta (taka bzdura: Nastia rzekomo umówiła się na spotkania z pięcioma świadkami - z każdym osobno, z każdym w innym miejscu, i to w miejscowości, której nie znała - i do południa się z tymi spotkaniami uporała. No weźcie. Trochę prawdopodobieństwa. Do południa to znaczy do 12.00. To o której zaczęła?)
A potem znowu utknąć.
Kamieńska nic nie jarzy. Rupieć normalnie. Takim detektywem to, nie przymierzając, ja bym nawet mogła być. Gdzie się podziały te jej słynne zdolności analityczne?
Chyba jeszcze jednak dam jej szansę. Nie mówię, że lecę sprawdzać, co następnego wyszło, ale może przy jakiejś okazji :)
Z ciekawości, czy faktycznie tak do imentu nam Nastia skapcaniała, czy to tylko wypadek przy pracy związany z urlopowym rozleniwieniem.

Początek:
Koniec:

Wyd. Czwarta Strona, Poznań 2017, 554 strony
Tytuł oryginalny: Личные мотивы
Przełożyła: Aleksandra Stronka
Z własnej półki
Przeczytałam 8 czerwca 2018 roku

czwartek, 31 maja 2018

Roland Topor - Cztery róże dla Lucienne


Po wyjeździe do Pragi jestem trochę nieprzytomna. Takie odmiany życia (urlopowe) są niezdrowe chyba :) ciężko się z powrotem przyzwyczaić do kieratu.
Z drugiej strony w którymś momencie już się tęskni za codzienną monotonią.
Dni na wyjeździe są tak inne od "normalnych", pracowicie poukładanych, jak poniedziałek, to do pracy na 15.00, a jak sobota, to jedziemy do taty. A tu wszystko inaczej i - co najistotniejsze - o wszystkim decyduje się samemu.
Mam przyjaciółkę, która rzuciła pracę, zapewniającą jej w miarę dostatni byt i teraz hula po świecie. Nie wnikam tu w finansowe racje, ale to, co mnie właśnie interesuje, to - jak szybko można się przyzwyczaić do tego, że o przebiegu każdego dnia decydujesz TY, a nie ktoś za Ciebie. Czy w ogóle umiałabym tak żyć? Bez stałych obowiązków? Bez pewności, że jutro będzie wyglądać mniej więcej tak samo, jak wczoraj i pojutrze? Czy umiałabym korzystać z WOLNOŚCI?

No, tośmy sobie pogdybali (i dalej nic nie wiemy, ale też nic to nie zmienia, bo przecież i tak zostaję w kieracie; inne możliwości się przede mną nie rysują), a teraz książeczka.
Nie wiem, kiedyś ten Topor śmieszył i zachwycał, dziś jakby przyszarzał. Groteska i czarny humor już tak do mnie nie przemawiają?
Czy też chodzi bardziej o to, że skoro facet wali po oczach drobnomieszczaństwu, a ja, z latami, jestem mu coraz bliższa (drobnomieszczaństwu, znaczy), to mnie to walenie tak nie śmieszy, jak w młodości?
Wypadałoby i to przemyśleć. Co to dziś znaczy drobnomieszczaństwo i czy faktycznie się do niego zaliczam.



Początek:

Koniec:

Wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 1985, 161 stron
Tytuł oryginalny: Four roses for Lucienne
Przełożył: Tomasz Matkowski
Z własnej półki
Przeczytałam 30 maja 2018 roku



NAJNOWSZE NABYTKI

Z Pragi nie przywiozłam tym razem wiele książek, raptem sześć. Z bólem serca odkładałam w antykwariacie z powrotem na półkę "Sławne wille Pragi" i inne cymesy, ale cóż, ciężkie...
Ostatnia była z półki z książkami po 10 koron i wzięłam z myślą, że ostatecznie zostawię w hotelu, jak nie dam rady zabrać, a jak dam radę, tym lepiej, bo sobie spróbuję kiedyś poczytać. Autora nie znam, kto wie, może to jakiś komuch :)
A przedostatnia jeszcze lepiej - kryminał, tyle że osadzony w Teatrze Narodowym w Pradze. Było w Taniej Jatce.

Było na odwrót, bo myślałam, że filmów będę miała niewiele, w końcu całkiem niedawno dokonałam sporego zakupu online ;) Tymczasem jednak nazbierało się.
Do tego stopnia, że musiałam jednak wracać z siatką w rękach, czego nie cierpię. Niektóre filmy są niestety w pudełku, a to zajmuje sporo miejsca.
W ogóle zastanawiam się, jakim cudem w sierpniu zeszłego roku przywiozłam kilkanaście książek - walizka była ta sama, a przecież ciuchów więcej, bo na dwa razy dłużej. Dziwne, dziwne.

No ale.
W międzyczasie nabyłam jeszcze parę pozycji online :) płaciłam za nie tam w Pradze, żeby zaoszczędzić na kosztach przelewów zagranicznych, i właśnie nadeszły.
Do kompletu tej serii już mi chyba niewiele brakuje:

To też było uzupełnienie :)

Mam już naprawdę mnóstwo praskich materiałów i mogłabym dać sobie spokój... ale wiem, że zawsze coś nowego się wynajdzie.
W księgarniach w Pradze też były różne nowości, choć nie tak wiele, jak się spodziewałam (na szczęście). Jeśli nie przywiozę ich w sierpniu, to znów będę sprowadzać pocztą :)

środa, 16 maja 2018

Bogna Wernichowska - Kardy i kokardy

Lektury swoimi drogami chodzą... a tu przydało się fejsbukowe odkurzanie książek :) odkurzyłam dwie Wernichowskie, a że żadna nie była do tej pory czytana, to zabrałam się za panie Potockie.


Gdy już skończyłam, zorientowałam się, że tytuł jakby nie odniósł się do treści - lub odwrotnie. Nic nie było o kardach, może trochę o kokardach (przy licznych opisach strojów). Aż się zastanowiłam, co to te kardy, wiedziałam, że warzywo jakieś. Internety powiedziały, że to hiszpańska odmiana karczocha. No dobrze. Spróbuję sobie jakoś to powiązać, choć panie Potockie w kuchni nie urzędowały :)

Jakie wrażenia z lektury?
Czyta się szybciutko, lekko - choć przyznam, że ta mania nadawania takich samych imion w rodzinie może nieźle w głowie namieszać i w pewnym momencie czytelnik się gubi. No, ale to już nie wina autorki. Widać ogromną pracę, jaką wykonała szperając w archiwach, czytając setki, ba! tysiące listów napisanych przez członków rodu - och, piękny to był zwyczaj i nigdy nie zastąpią go esemesy ani maile. Chyba, że ktoś by te maile drukował i składał w szufladzie :)
Nieco nudniejsze pewnie było sczytywanie rachunków domowych, ale wiadomo, że bardzo wiele mówią one o codziennym życiu. Ja tam ciągle je prowadzę. Tyle że żadna przyszła Wernichowska nie będzie ich nigdy czytać, zeszyty pójdą do śmieci kiedyś i tyle.

Jak na anonimowe wydawnictwo (zero redakcji, korekty) jestem zdziwiona poziomem, bo znalazłam zaledwie kilka błędów-literówek. Nie że je na nie poluję i ich szukam, no ale przecież się je widzi. Więc porządnie.
Plus spory materiał ilustracyjny.

Teraz tak - trochę jakby z poziomu kolan ujęte te popularne biografie. Nie ma tam absolutnie żadnych uwag krytycznych, odniosłam wrażenie, że - czyżby z racji arystokratycznego urodzenia? - panie te były chodzącymi aniołami, choć i je los doświadczał. Inna sprawa, że wyliczana często gęsto pomoc dla innych, czy to ubogich, czy poszkodowanych w wypadkach dziejowych, robi wrażenie. Na przykład wspieranie chłopskich lub urzędniczych synów na drodze oświatowej. Fundowanie przez całe lata czesnego. Czy dzisiejsi bogacze zawracają sobie głowę czymś takim? Osobiście?







Początek:
Koniec:

Wyd. Wydawnictwo Krakowskie i na tym koniec - nie ma nawet roku wydania! zawsze jak widzę coś takiego, to myślę o przekrętach (może niesłusznie)...
Z własnej półki
Przeczytałam 14 maja 2018 roku


NAJNOWSZE NABYTKI
O czeskich to nawet nie piszę... szkoda gadać, jestem niereformowalna...
W sobotę wyjeżdżam i choć teoretycznie zakładam, że dużo nie przywiozę, to - zobaczymy. No, dźwigać mi się nie chce, to fakt.

A tu nasze :)
Ponieważ mi pierwszy tom Nepomuckiej córka gdziesik zadziała, okrutnie mnie to denerwowało, więc odkupiłam, ale tnąc koszty, w związku z czym leciutko sfatygowany egzemplarz (3,99 zł). Było nawet taniej, ale w innej serii wydane.
A na Marininę dałam się skusić, coś tam podczytawszy u Zacofanego w lekturze. Nawet nie sprawdziłąm, czy czasem nie mam tego w oryginale :) w końcu jeśli nawet, to nie szkodzi :)

środa, 9 maja 2018

Ewa Miodońska-Brookes - Tutaj, czyli w Krakowie

Troszkę mnie wymęczyła ta Miodońska. Powiedziałabym, że, momentami, dość hermetyczna. Zwłaszcza wtedy, gdy mówi o ściśle polonistycznych sprawach. No ale to w końcu nie jest lektura dla wszystkich.
Ale co było interesujące? Opowieść o EGZAMINIE UNIWERSYTECKIM. Rozumianym jako rozmowa między studentem a profesorem.
Mój Boże... albo czasy już nie te albo rację mieli ci z nas, którzy twierdzili, że nasze studia to dalszy ciąg szkółki. Ja to zresztą do końca tak odbierałam.
Powiedzmy, że między mną a Miodońską jest różnica jednej generacji (urodzona w 1939), a jednak to cała przepaść. Wówczas jeszcze, gdy Miodońska studiowała, a potem zaczynała karierę pracownika naukowego, Uniwersytet wyglądał jednak inaczej.



Trochę więcej się tu spodziewałam krakowskich spraw, a tych jest niewiele. Właściwie tylko przedostatni rozdział, krótki w dodatku. Trochę o antykwariatach, bibliotekach. O zagęszczaniu mieszkań po wojnie. O prześladowaniu prywatnych sklepików i zakładów usługowych. O ogrodzie karmelitów. O wyludnianiu się centrum w ostatnich czasach.


Jeszcze jedna impresja, która pewnie zostanie mi w pamięci. Historia o tym, jak na studiach mieli przygotować jakiś materiał na ćwiczenia, jej wypadło o Wyspiańskim (w jakimś tam kontekście, bodajże funkcji didaskaliów), ale całkiem o tym zapomniała i dopiero koleżanka zagadnęła ją.
- Bardzo jestem ciekawa, co ty nam dzisiaj powiesz o tym.
NIGDY, ale to nigdy na moich studiach nie zdarzyło się, żeby ktoś z kolegów przejawił takiego rodzaju zainteresowanie... Zajęcia trzeba było odwalić i tyle.


Początek:
Koniec:

Wyd. Universitas Kraków 2013, 304 strony
Z własnej półki
Przeczytałam 8 maja 2018 roku