wtorek, 19 czerwca 2018

Nie ufam własnej pamięci. Rozmowy z Andrzejem Chwalbą

No, muszę powiedzieć, że dawno nie byłam tak zadowolona z lektury!
Zresztą, może słowo "dawno" nie jest zbyt ścisłe, w końcu przypominam sobie, że byłam bardzo zadowolona, przeczytawszy Szwejka w oryginale, ale to był inny rodzaj satysfakcji :)
Tymczasem ten tomik, będący zbiorem wywiadów, rozmów z prof. Chwalbą, opublikowanych w rozmaitych periodykach (od Wyborczej po Gościa niedzielnego), po prostu rozjaśniał w głowie.


Za historią w szkole nie przepadałam, zresztą do dziś nie mam specjalnie nabożnego stosunku do tej dziedziny wiedzy (choć oczywiście zdaję sobie sprawę, że to niedobrze), ale tak sobie gdybam... gdybym miała takiego nauczyciela, jak Chwalba, to chyba byłoby inaczej :)
Z przykrością też myślę o tym, że przecież część tej historii działa się na moich oczach - i nic mnie to wtedy nie obchodziło. Nie byłabym nawet świadkiem z pamięcią przefiltrowaną przez własne poglądy, o których Chwalba kilkakrotnie wspomina... nie byłabym żadnym świadkiem po prostu.
Do większości prawd dochodzimy w życiu za późno.


Cóż, pasjonatem historii już nie zostanę, choćby dlatego, że nie ma w moim życiu miejsca na kolejną pasję :) Tak się zastanawiałam ostatnio, co mogę zrobić, żeby znaleźć czas na to wszystko, co trzeba zrobić, musi się zrobić i chce się zrobić.
No i guzik wymyśliłam.
Nie widzę, z czego bym mogła zrezygnować na rzecz czegoś innego. Nie ze snu przecież.


Początek:
Koniec:

Wyd. Księgarnia Akademicka Kraków 2012, 239 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 15 czerwca 2018 roku


NAJNOWSZE NABYTKI
Przyszły kolejne praskie nabytki. A potem siadłam z długopisem i kartką... i wyszło mi, że muszę być bardzo uważna, jeśli chcę przetrwać do października nie o chlebie i wodzie, ale i zupkę jakąś, choćby cienką, zjeść. Co dotyczy nie tylko książek, ale również książek. Widziałam parę cracovianów (szeroko rozumianych), ale liczę na to, że wytrzymam jakiś czas bez nich :)

niedziela, 10 czerwca 2018

Aleksandra Marinina - Motywy osobiste

Nie chodzę już po blogach, bo absolutnie nie ma kiedy... ale na fejsie (ciekawe, że tam jakoś znajduję czas na skoki w bok) pokazał mi się post Zacofanego w lekturze na temat tej Marininy i - sama nie wiem, co mnie podkusiło - natychmiast zaczęłam poszukiwania w internecie. Okazało się, że jest wydanie jedno i dwutomowe, znalazłam na allegro to pierwsze w dość rozsądnej cenie 14,40 zł :) i jeszcze przed wyjazdem do Pragi miałam przed sobą.
W sumie nie wiem, po co napisałam, że przed wyjazdem do Pragi... jakie to ma znaczenie... moje pamiętnikarstwo przybiera zatrważające rozmiary!
Wracając jednak do wydania - wkurzające. No bo wszystkie Marininy, jakie posiadam po polsku, wyszły w serii wakacyjnych kryminałów Polityki, a tu teraz takie coś. Z drugiej strony tam, gdzie te polityczne stoją, i tak już nie ma miejsca, więc phi!

Zajawki na okładce nie czytałam, teraz rzucam okiem i cóż widzę.
Powiedzmy, że MNIEJ WIĘCEJ się zgadza. Ale raczej mniej.
Rozumiem jednak, że jakoś trzeba tego czytelnika, który może w Empiku stoi przed półką z kryminałami, zachęcić. Coś tam podkoloryzować. Trupy namnożyć.
No dobra.
Ale żeby aż tak nijakie to było??
Żebyśmy się dobrze zrozumiały, pani Marinina. Nie nudziłam się, bo lubię, jak się trochę rosyjskiej rzeczywistości roztoczy przed moimi oczami (tej prawdziwej to raczej nie zobaczę, niech więc będzie nawet i literacka). Ale na Boga! Co się stało z Nastią? Cóżeś jej pani uczyniła?
Toż to jakaś popierdółka, a nie nasza pani pułkownik z wielką praktyką i doświadczeniem w rozwikływaniu kryminalnych historii!
Oczy wytrzeszczałam czytając a to, że Nastia słuchając odpowiedzi na swoje pytania tak się na nich skoncentrowała, że nie zauważała nic innego (od kiedy to taka z niej dupa wołowa?), a to, że dziecinnieje na starość i daje się naciągać oszustom na nadmorskim deptaku, jeszcze sobie do tego dorabiając ideologię.
Sprawa ciągnie się jak makaron, żeby ni z tego ni z owego ruszyć z kopyta (taka bzdura: Nastia rzekomo umówiła się na spotkania z pięcioma świadkami - z każdym osobno, z każdym w innym miejscu, i to w miejscowości, której nie znała - i do południa się z tymi spotkaniami uporała. No weźcie. Trochę prawdopodobieństwa. Do południa to znaczy do 12.00. To o której zaczęła?)
A potem znowu utknąć.
Kamieńska nic nie jarzy. Rupieć normalnie. Takim detektywem to, nie przymierzając, ja bym nawet mogła być. Gdzie się podziały te jej słynne zdolności analityczne?
Chyba jeszcze jednak dam jej szansę. Nie mówię, że lecę sprawdzać, co następnego wyszło, ale może przy jakiejś okazji :)
Z ciekawości, czy faktycznie tak do imentu nam Nastia skapcaniała, czy to tylko wypadek przy pracy związany z urlopowym rozleniwieniem.

Początek:
Koniec:

Wyd. Czwarta Strona, Poznań 2017, 554 strony
Tytuł oryginalny: Личные мотивы
Przełożyła: Aleksandra Stronka
Z własnej półki
Przeczytałam 8 czerwca 2018 roku

czwartek, 31 maja 2018

Roland Topor - Cztery róże dla Lucienne


Po wyjeździe do Pragi jestem trochę nieprzytomna. Takie odmiany życia (urlopowe) są niezdrowe chyba :) ciężko się z powrotem przyzwyczaić do kieratu.
Z drugiej strony w którymś momencie już się tęskni za codzienną monotonią.
Dni na wyjeździe są tak inne od "normalnych", pracowicie poukładanych, jak poniedziałek, to do pracy na 15.00, a jak sobota, to jedziemy do taty. A tu wszystko inaczej i - co najistotniejsze - o wszystkim decyduje się samemu.
Mam przyjaciółkę, która rzuciła pracę, zapewniającą jej w miarę dostatni byt i teraz hula po świecie. Nie wnikam tu w finansowe racje, ale to, co mnie właśnie interesuje, to - jak szybko można się przyzwyczaić do tego, że o przebiegu każdego dnia decydujesz TY, a nie ktoś za Ciebie. Czy w ogóle umiałabym tak żyć? Bez stałych obowiązków? Bez pewności, że jutro będzie wyglądać mniej więcej tak samo, jak wczoraj i pojutrze? Czy umiałabym korzystać z WOLNOŚCI?

No, tośmy sobie pogdybali (i dalej nic nie wiemy, ale też nic to nie zmienia, bo przecież i tak zostaję w kieracie; inne możliwości się przede mną nie rysują), a teraz książeczka.
Nie wiem, kiedyś ten Topor śmieszył i zachwycał, dziś jakby przyszarzał. Groteska i czarny humor już tak do mnie nie przemawiają?
Czy też chodzi bardziej o to, że skoro facet wali po oczach drobnomieszczaństwu, a ja, z latami, jestem mu coraz bliższa (drobnomieszczaństwu, znaczy), to mnie to walenie tak nie śmieszy, jak w młodości?
Wypadałoby i to przemyśleć. Co to dziś znaczy drobnomieszczaństwo i czy faktycznie się do niego zaliczam.



Początek:

Koniec:

Wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 1985, 161 stron
Tytuł oryginalny: Four roses for Lucienne
Przełożył: Tomasz Matkowski
Z własnej półki
Przeczytałam 30 maja 2018 roku



NAJNOWSZE NABYTKI

Z Pragi nie przywiozłam tym razem wiele książek, raptem sześć. Z bólem serca odkładałam w antykwariacie z powrotem na półkę "Sławne wille Pragi" i inne cymesy, ale cóż, ciężkie...
Ostatnia była z półki z książkami po 10 koron i wzięłam z myślą, że ostatecznie zostawię w hotelu, jak nie dam rady zabrać, a jak dam radę, tym lepiej, bo sobie spróbuję kiedyś poczytać. Autora nie znam, kto wie, może to jakiś komuch :)
A przedostatnia jeszcze lepiej - kryminał, tyle że osadzony w Teatrze Narodowym w Pradze. Było w Taniej Jatce.

Było na odwrót, bo myślałam, że filmów będę miała niewiele, w końcu całkiem niedawno dokonałam sporego zakupu online ;) Tymczasem jednak nazbierało się.
Do tego stopnia, że musiałam jednak wracać z siatką w rękach, czego nie cierpię. Niektóre filmy są niestety w pudełku, a to zajmuje sporo miejsca.
W ogóle zastanawiam się, jakim cudem w sierpniu zeszłego roku przywiozłam kilkanaście książek - walizka była ta sama, a przecież ciuchów więcej, bo na dwa razy dłużej. Dziwne, dziwne.

No ale.
W międzyczasie nabyłam jeszcze parę pozycji online :) płaciłam za nie tam w Pradze, żeby zaoszczędzić na kosztach przelewów zagranicznych, i właśnie nadeszły.
Do kompletu tej serii już mi chyba niewiele brakuje:

To też było uzupełnienie :)

Mam już naprawdę mnóstwo praskich materiałów i mogłabym dać sobie spokój... ale wiem, że zawsze coś nowego się wynajdzie.
W księgarniach w Pradze też były różne nowości, choć nie tak wiele, jak się spodziewałam (na szczęście). Jeśli nie przywiozę ich w sierpniu, to znów będę sprowadzać pocztą :)

środa, 16 maja 2018

Bogna Wernichowska - Kardy i kokardy

Lektury swoimi drogami chodzą... a tu przydało się fejsbukowe odkurzanie książek :) odkurzyłam dwie Wernichowskie, a że żadna nie była do tej pory czytana, to zabrałam się za panie Potockie.


Gdy już skończyłam, zorientowałam się, że tytuł jakby nie odniósł się do treści - lub odwrotnie. Nic nie było o kardach, może trochę o kokardach (przy licznych opisach strojów). Aż się zastanowiłam, co to te kardy, wiedziałam, że warzywo jakieś. Internety powiedziały, że to hiszpańska odmiana karczocha. No dobrze. Spróbuję sobie jakoś to powiązać, choć panie Potockie w kuchni nie urzędowały :)

Jakie wrażenia z lektury?
Czyta się szybciutko, lekko - choć przyznam, że ta mania nadawania takich samych imion w rodzinie może nieźle w głowie namieszać i w pewnym momencie czytelnik się gubi. No, ale to już nie wina autorki. Widać ogromną pracę, jaką wykonała szperając w archiwach, czytając setki, ba! tysiące listów napisanych przez członków rodu - och, piękny to był zwyczaj i nigdy nie zastąpią go esemesy ani maile. Chyba, że ktoś by te maile drukował i składał w szufladzie :)
Nieco nudniejsze pewnie było sczytywanie rachunków domowych, ale wiadomo, że bardzo wiele mówią one o codziennym życiu. Ja tam ciągle je prowadzę. Tyle że żadna przyszła Wernichowska nie będzie ich nigdy czytać, zeszyty pójdą do śmieci kiedyś i tyle.

Jak na anonimowe wydawnictwo (zero redakcji, korekty) jestem zdziwiona poziomem, bo znalazłam zaledwie kilka błędów-literówek. Nie że je na nie poluję i ich szukam, no ale przecież się je widzi. Więc porządnie.
Plus spory materiał ilustracyjny.

Teraz tak - trochę jakby z poziomu kolan ujęte te popularne biografie. Nie ma tam absolutnie żadnych uwag krytycznych, odniosłam wrażenie, że - czyżby z racji arystokratycznego urodzenia? - panie te były chodzącymi aniołami, choć i je los doświadczał. Inna sprawa, że wyliczana często gęsto pomoc dla innych, czy to ubogich, czy poszkodowanych w wypadkach dziejowych, robi wrażenie. Na przykład wspieranie chłopskich lub urzędniczych synów na drodze oświatowej. Fundowanie przez całe lata czesnego. Czy dzisiejsi bogacze zawracają sobie głowę czymś takim? Osobiście?







Początek:
Koniec:

Wyd. Wydawnictwo Krakowskie i na tym koniec - nie ma nawet roku wydania! zawsze jak widzę coś takiego, to myślę o przekrętach (może niesłusznie)...
Z własnej półki
Przeczytałam 14 maja 2018 roku


NAJNOWSZE NABYTKI
O czeskich to nawet nie piszę... szkoda gadać, jestem niereformowalna...
W sobotę wyjeżdżam i choć teoretycznie zakładam, że dużo nie przywiozę, to - zobaczymy. No, dźwigać mi się nie chce, to fakt.

A tu nasze :)
Ponieważ mi pierwszy tom Nepomuckiej córka gdziesik zadziała, okrutnie mnie to denerwowało, więc odkupiłam, ale tnąc koszty, w związku z czym leciutko sfatygowany egzemplarz (3,99 zł). Było nawet taniej, ale w innej serii wydane.
A na Marininę dałam się skusić, coś tam podczytawszy u Zacofanego w lekturze. Nawet nie sprawdziłąm, czy czasem nie mam tego w oryginale :) w końcu jeśli nawet, to nie szkodzi :)

środa, 9 maja 2018

Ewa Miodońska-Brookes - Tutaj, czyli w Krakowie

Troszkę mnie wymęczyła ta Miodońska. Powiedziałabym, że, momentami, dość hermetyczna. Zwłaszcza wtedy, gdy mówi o ściśle polonistycznych sprawach. No ale to w końcu nie jest lektura dla wszystkich.
Ale co było interesujące? Opowieść o EGZAMINIE UNIWERSYTECKIM. Rozumianym jako rozmowa między studentem a profesorem.
Mój Boże... albo czasy już nie te albo rację mieli ci z nas, którzy twierdzili, że nasze studia to dalszy ciąg szkółki. Ja to zresztą do końca tak odbierałam.
Powiedzmy, że między mną a Miodońską jest różnica jednej generacji (urodzona w 1939), a jednak to cała przepaść. Wówczas jeszcze, gdy Miodońska studiowała, a potem zaczynała karierę pracownika naukowego, Uniwersytet wyglądał jednak inaczej.



Trochę więcej się tu spodziewałam krakowskich spraw, a tych jest niewiele. Właściwie tylko przedostatni rozdział, krótki w dodatku. Trochę o antykwariatach, bibliotekach. O zagęszczaniu mieszkań po wojnie. O prześladowaniu prywatnych sklepików i zakładów usługowych. O ogrodzie karmelitów. O wyludnianiu się centrum w ostatnich czasach.


Jeszcze jedna impresja, która pewnie zostanie mi w pamięci. Historia o tym, jak na studiach mieli przygotować jakiś materiał na ćwiczenia, jej wypadło o Wyspiańskim (w jakimś tam kontekście, bodajże funkcji didaskaliów), ale całkiem o tym zapomniała i dopiero koleżanka zagadnęła ją.
- Bardzo jestem ciekawa, co ty nam dzisiaj powiesz o tym.
NIGDY, ale to nigdy na moich studiach nie zdarzyło się, żeby ktoś z kolegów przejawił takiego rodzaju zainteresowanie... Zajęcia trzeba było odwalić i tyle.


Początek:
Koniec:

Wyd. Universitas Kraków 2013, 304 strony
Z własnej półki
Przeczytałam 8 maja 2018 roku

niedziela, 29 kwietnia 2018

Rudolf František Vojíř - Kluci z libeňského ostrova

Uff, zdążyłam w kwietniu choć jedną po czesku książkę przeczytać :) Moje postanowienia coraz częściej spełzają na niczym. Gdy wracałam w sierpniu z Pragi z masą czeskich filmów, mówiłam sobie, że co tydzień jeden obejrzę... akurat... no nie udaje się.
Tłumaczę sobie, że nic na siłę, no nie dam rady zrobić wszystkiego, co bym chciała, nie skicham się przecież :)
Dwa razy w tygodniu kończę pracę o 20.00, raz wracam o tej samej porze z powodu kursu czeskiego. Jest już wtedy za późno dla mnie na oglądanie filmu, nie mogłabym usnąć. Co drugi weekend jadę do taty. No to co mi zostaje?
Kiedyś wszystkie weekendy będę miała wolne... ale im później, tym lepiej...

Tę książeczkę nabyłam online w ciemno, po tytule :) który oznacza "Chłopcy z libeńskiej wyspy". Libeň to dzielnica Pragi, kto czytał Hrabala ten wie.
Nie była tania, wyszło prawie 25 zł, ale to rzecz przedwojenna, potem już nie wznawiana, więc cena jest, jaka jest.
Nawiasem mówiąc, ciekawa sprawa - nigdzie w książce nie ma daty wydania! Tę podają jedynie internety. Za to jest adres drukarni - i to w "moich" okolicach, ul. Jaromírova 21 czyli Nusle. Coś mi się wydaje, że zapiszę do kapownika, żeby tam podejść i zobaczyć, co jest pod tym adresem dzisiaj. Wiem, mogłabym wrzucić adres w google maps... ale to nie to samo :)


Jest to literatura przygodowa dla młodzieży. Grupa chłopców, zainspirowana słowami nauczyciela, który zachęcał ich do czynienia dobra i tępienia zła, zakłada spółkę. Na początek chodzi o wzajemną pomoc i wspólne spędzanie czasu, ale wkrótce nadarza się okazja do wykazania się umiejętnościami śledczymi :) Bowiem chłopcy wpadają na trop podejrzanych cudzoziemców.

Akcja powieści rozgrywa się w trójkącie między Libnią, Vysočanami a Prosekiem. Oczywiście dziś te tereny wyglądają zupełnie inaczej.
Zerknęłam do najstarszej mapy Pragi, jaką posiadam, z 1979 roku, z czasów komuny. Szczęśliwie mi się uchowała z dawnych lat (jak to dobrze nic nie wyrzucać, nigdy nie wiadomo, co kiedyś pokochamy) i kiedyś znajdę czas, żeby prześledzić zarówno rozwój miasta, jak i zmiany nazw ulic :)


To jest fragment tej mapy z libeńską wyspą, która jest tak naprawdę półwyspem. Tam chłopcy zbierali się na posiadówki.
Z przykrością muszę wyznać, że tam nie byłam. O krok tak, ale na samej wyspie nie. I już bym leciała, ale plan na majowy pobyt w Pradze jest tak napięty, że wątpię, abym tym razem dała radę.
Tymczasem zajrzałam na hasło na Wiki i znów odkrycie - tam właśnie toczy się akcja komedii Jan Hřebejka z 2008 roku zatytułowanej U mě dobrý, a opartej na twórczości zmarłego niedawno Petra Šabacha. Więc znów inspiracje filmowo-literackie :) I tak w nieskończoność!
I krucafuks ja ten film mam!
No, dobra. Jak mi się dziś uda przy niedzieli, to obejrzę :)
/mówię "jak się uda", bowiem chyba wybiorę się na świąteczny dyżur do przychodni, a tam to i parę godzin można spędzić w kolejce/
I już plany uległy zmianie. Żizń :)

Ale ale - wrócę jeszcze do książki. Chyba trochę rozumiem, dlaczego nigdy jej nie wznowiono. Otóż w charakterze przestępców - szpiegów przemysłowych występuje dwóch Chińczyków (którzy czasem są nazywani Japończykami... czy tam na odwrót). To były czasy kryzysu, lata trzydzieste, i fabuła tutaj jest oparta na pomyśle, że przyjeżdżają cudzoziemcy wykradać tajemnice produkcji czeskiego kolorowego szkła, żeby je robić taniej u siebie i zalać rynki, a biedni Czesi popadną w jeszcze większą biedę.
No i niestety, taka książka wtłaczała w głowy młodzieży, że cudzoziemiec = zło.

Są i dość poetyckie fragmenty. Opisy, gdy zapada wieczór. Jakżeż - znowu - różna ta Praga sprzed 80 lat od dzisiejszej! "Nad miastem rozjarzyły się pierwsze światła. Dalsze okolice ciemniały. Tylko w kotlinie między Żiżkowem a Petrzinem rozlało się morze białych świateł ulicznych." A na przedmieściach ciemno.

Początek:
Koniec:


Wyd. Vojtěch Šeba Nakladatelství, Praha 1934, 117 stron
Z własnej półki (kupione w antykwariacie Anděl w internecie 9 listopada 2017 roku za 144 korony)
Przeczytałam 29 kwietnia 2018 roku

piątek, 27 kwietnia 2018

Józef Jan Balwierz - Od Krakowa do Brazylii


Coś mi się wydaje, że zaczynam nadrabiać zaległości ;)
Odpukać!
Bo minie!
W sensie, że czytam rzeczy kupione wieki temu i odstawione na półkę, choć niby z zakresu mych zainteresowań - patrz cracoviana.
Śmiem to mówić, bowiem to już druga książka z tej dziedziny w tym miesiącu. Aj waj.
No ale żarty na bok, obie są wspomnieniami, choć ta poprzednia czyli Nie całkiem zmyślone ma bardziej literacką formę.
Tu natomiast mamy do czynienia z autentyczną opowieścią o kolejach życia krakowianina, który wylądował w Brazylii i zdaje z tego relację bez literackich ozdobników. Jest w końcu różnica - Sulikowski to dziennikarz i krytyk literacki, a Balwierz - "zaledwie" inżynier.


Swe wspomnienia Balwierz spisał (a w każdym razie wydał) jako siedemdziesięciosiedmiolatek. Miał więc już do podsumowanie dość długie życie. I życie ciekawe. Poczatki były dość skromne, jako syna kolejarza z Prokocimia, ale od najmłodszych lat autor rozumiał wagę wykształcenia, podobnie jak jego przyszła małżonka. I to nie tylko wykształcenia formalnego, ale zdobywania cały czas rozmaitych umiejętności, bo przecież nigdy nie wiadomo, co się w życiu może przydać.
To na pewno zwróciło moją uwagę.
Para bohaterów doszła do wszystkiego - a przez wszystko rozumiem dostatnie życie bez problemów finansowych i możliwość uprawiania hobby, jakim stały się bliższe i dalsze podróże - wyłącznie własnymi siłami. W odpowiedniej chwili młodzi ludzie zdecydowali się na emigrację czyli krok, który musiał być niełatwy, porzucić wszystko, rodzinę, ojczyznę (a przez ojczyznę nie rozumiem taniego patriotyzmu, tylko cały bagaż kulturowy, jaki się za sobą niesie, włącznie z językiem) i ruszyć w nieznane - to nie mogła być łatwa decyzja...

Ale ale. Wcześniej jest rozdział traktujący o czasach okupacji i szczerze mówiąc z lekkim zdziwieniem czytałam o tym, jak Irka czyli przyszła żona wyjechała do pracy do Wiednia, a bohater podążył za nią... jakoś inaczej sobie ten okres wyobrażałam :)

Podczas lektury miałam wrażenie obcowania/słuchania gawędy kogoś znajomego. Spodobało mi się to zgrane małżeństwo, widać, że kochające i rozumiejące się. Kwestię, czy dzieci nie mieli z wyboru czy z konieczności, autor pominął. Przyznam, że przez długi czas czekałam, że "coś się urodzi" w tym względzie :)
Tak więc państwo Balwierzowie mogli poświęcać każdą wolną chwilę na życie towarzyskie lub na podróże.
Właśnie. Jedynym minusikiem, jaki bym dała tej książce, to za dużo informacji typu przewodnikowego, no ale cóż - skoro autor tym żyje :)
Więc - całkiem sympatyczna lektura.

Początek:

Koniec:

Wyd. Wydawnictwo Literackie Kraków 1996, 306 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 23 kwietnia 2018 roku

wtorek, 24 kwietnia 2018

Milan Kundera - Nieznośna lekkość bytu


Mam kłopot z tą książką, kłopocik taki.
Byłam święcie przekonana, że czytałam ją w studenckich czasach.
Ale okazuje się, że przekład jest z 1985 roku, a sama powieść powstała zaledwie rok wcześniej.
To już nie wiem.
Zwłaszcza, że w trakcie czytania nic mi się absolutnie nie przypominało (choć to też niewiele znaczy).
Więc chyba jednak nie, nie znałam do tej pory?
Aż mi się wierzyć nie chce.


I na początku ciężko jakoś szło, nie mogłam się wciągnąć. Ale jak już poszło, to poszło :)
I zachwyciło.
I pokazało, że ta lekkość bytu nieznośna, dziś już prawie przysłowiowa, tak używana i nadużywana, rozumiana była przez mnie dość opacznie.
I skorygowało moje myślenie dotychczasowe, że Czechom za komuny to się w sumie tak raczej upiekło (a przecież czytałam Hrabala). Tłumok jestem i tyle.

To chyba pierwsza prawdziwa powieść od roku, którą przeczytałam, poza jakimiś drobiazgami - i miałam szczęście, że na nią właśnie trafiłam. Rzecz świetna.
A jak trafiłam?
Mamy się spotkać w Pradze z przyjaciółką, więc wstępnie omawiałyśmy, gdzie możemy się wybrać na spacer, pomyślałam, że spodoba im się widok z Petrzinu, a będą blisko mieszkać. I tu ona:
- To tam na Petrzinie zdaje się bohaterka Kundery miała zostać zastrzelona.
???
Już nie było odwołania, musiałam pójść do biblioteki :)

A teraz myśli. O życiu, o roli przypadku, o zbiegach okoliczności, o tym, na ile sami o sobie decydujemy.

Początek:

Koniec:

Wyd. W.A.B. Warszawa 2014, 379 stron
Tytuł oryginalny: Nesnesitelná lehkost bytí
Przełożyła: Agnieszka Holland
Z biblioteki
Przeczytałam 17 kwietnia 2018 roku

piątek, 20 kwietnia 2018

Francesco M. Cataluccio - Czarnobyl

To była ta chwila zapomnienia w Taniej Jatce. Gdy się dostrzega niskie ceny, traci się z kolei z pola widzenia własne półki... czyli brak miejsca dla nowych nabytków. Z chwilą, gdy skoncentrowałam się na czeszczyźnie (przesadnie), absolutnie nie ma już miejsca dla niczego innego.
Całkiem niedawno robiłam dla tych moich praskich wydawnictw miejsce, usuwając/przesuwając inne (te odeszłe w cień). Skończyło się dwoma stosami na podłodze, które miały zostać zlikwidowane przed świętami, potem zaraz po świętach... no i stoją.
Bo w czym problem?
Kiedyś za nie zapłaciłam przecież i teraz głupio mi tak po prostu wynieść. Że niby powinnam choć część tych pieniędzy odzyskać. Taka gupia.
A tu jeszcze mnie Magda/Dziopa z Podgórza podkusiła - sprzedaj na allegro! Tia. No to część obfociłam, ale na allegro wstawiłam może z pięć (bez rezultatu oczywiście), a reszta czeka. A jak pomyślę, że ktoś kupi i będę musiała pakować-iść na pocztę-stać w kolejce... no to się pukam w głowę.
I dalej leżą.


A tymczasem, jak wspomniałam, wdepłam do tej Taniej Jatki i wyszłam z reportażami.
Na "Czarnobyl" skusiłam się z dwóch powodów: raz, no bo Rosja, dwa, bo Cataluccio. Którego już przecież znam i to z dobrej strony - pisałam tu o jego "Jadę zobaczyć, czy tam jest lepiej".
Tym razem jednak rozczarował mnie.
Mało Czarnobylu w Czarnobylu (powinnam jednak zaopatrzyć się w "Czarnobylską modlitwę" Aleksijewicz raczej), a co gorsza - znów ta koncentracja autora głównie na poszukiwaniu śladów własnej nacji. Czyli połowa książki traktuje o Żydach w Czarnobylu kiedyś tam, dawno temu. Nie umiało mnie to zainteresować.
Ciekawsze było opowiadanie o doświadczeniach Cataluccio ze służbą wojskową czy epizod polski, bo w Polsce właśnie był autor, gdy zdarzyła się czarnobylska katastrofa.
Ale nic nie było na tyle ciekawe, by zostawić jakiś ślad.
No szkoda.



Początek:

Koniec:

Wyd. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013, 147 stron
Tytuł oryginalny: Chernobyl
Przełożył: Paweł Bravo
Z własnej półki
Przeczytałam 5 kwietnia 2018 roku