niedziela, 17 lutego 2019

Ludwika Włodek - Pra. O rodzinie Iwaszkiewiczów

No proszę.
Wydawnictwo Literackie potrafi wydać taki chłam, jak Grzegorzewską (sama nie wiem, czemu się tak nad nią pastwię, książka jak wiele innych), a również tak urocze wspomnienia o rodzinie Iwaszkiewiczów, jak książka Ludwiki Włodek. Na czymś pewnie trzeba zarabiać... choć myślę, że i na Iwaszkiewiczu nie straciło.

Przeczytałam z prawdziwym zadowoleniem, podobnie jak Ojczasty, też oznajmił, że jest ukontentowany, zwłaszcza, że kiedyś narzekał, iż w przeczytanej wcześniej biografii pisarza o córkach dowiedział się jedynie, iż głupie są. Tu miał okazję dowiedzieć się, skąd takie zdanie ojca wynikło.


Bez zadęcia, bez tromtadracji, bez pruderii. Bardzo sympatyczna lektura prowokująca czytelnika również do snucia własnych refleksji, choćby o swojej rodzinie.
Trochę mi szkoda, że książka z biblioteki, że nie mam na własność, żeby móc jeszcze kiedyś zajrzeć. No ale nie - to nie. Nie kupuję. Nie ma miejsca. Jedyne, co jestem jeszcze w stanie upchnąć gdzieś na półkach, to czeskie, bo tych w bibliotece nie ma :)

Strasznie mnie natomiast chętka naszła zobaczyć na własne oczy to słynne Stawisko, jakoś nigdy żadna szkolna wycieczka o nie nie zahaczyła, szkoda. Teoretycznie byłoby to możliwe, gdybym się wybrała z kilkudniową wizytą do ciotki w Warszawie i wówczas wyskoczyła na wycieczkę... ale to tylko teoria. Całe moje wolne idzie na Pragę, a na emeryturze... cóż, mój ostatni plan jest taki, że gdy za 3 lata nabędę do niej prawa, w ogóle o tym w pracy nie powiem i dalej będę do niej zasuwać, pobierając jednocześnie te swoje 300 zł świadczenia :)



Wyd. Wydawnictwo Literackie Kraków 2012, 381 stron
Z biblioteki
Przeczytałam 15 lutego 2019 roku

sobota, 16 lutego 2019

Gaja Grzegorzewska - Noc z czwartku na niedzielę

Ależ szajs! Wzięłam to z biblioteki (wpadłam w ciąg, idę oddać książkę i znajduję następną, muszę z tym skończyć), no bo akcja w Krakowie, a nie mam nic przeciwko kryminałom. Aliści. Żeby napisać, że przygody Julii Dobrowolskiej weszły na stałe do kanonu polskiego współczesnego kryminału to trzeba wspiąć się na szczyty marketingu. A tak stoi na skrzydełku.
Tytuł ukradziony u Strugackich, nawiasem mówiąc.
I taki szczególik. Akcja toczy się w kamienicy w Rynku. Kamienica ma cztery piętra. W pewnym momencie jest pogoń za kimś tam, kto rozpływa się na dachu. Nie mógł przeskoczyć na dach sąsiedniej kamienicy, bo obie są wyższe.
No, to interesujące - 5-piętrowe kamienice w Rynku w Krakowie. Od bidy można by Feniksa pod to podciągnąć, który co prawda ma 4 piętra, ale też mansardę jeszcze. Ale to jedna jedyna.
Drobiazg, a wkurza, skoro już autorka podaje szczegóły topograficzne.


Początek:
Koniec:

Wyd. Wydawnictwo Literackie Kraków 2016, 268 stron
Z biblioteki
Przeczytałam 12 lutego 2019 roku

środa, 13 lutego 2019

Guareschi - Dziesiąty spiskowiec

Ja wiem, że Guareschi miał na imię Giovanni, ale dlaczego tego w książce nie napisano, to już nie wiem. Tylko nazwisko jest. A poza tym - zmyłka wyszła. Bo ja to zaczęłam czytać jako powieść. I nawet mnie ten pierwszy rozdział zaciekawił: wdowa z dziewięciorgiem drobiazgu zostawia gospodarkę na wsi i wyrusza do miasta, gdzie zaczyna prowadzić sklepik. Ale nikt nie chce wynająć mieszkania takiej rodzinie. Po kilku próbach Marcela postanawia użyć fortelu, podaje się za bezdzietną, a wprowadza dzieciaki do mieszkania na strychu porządnej tajemnicy pod osłoną ciemności, gdy dozorczyni jeszcze (lub już) śpi. Wiadmomo jednak, że długo się tak nie pociągnie...
I proszę, rozdział się skończył - happy endem oczywiście - i okazało się, że to było tylko pierwsze opowiadanie. A za czytaniem tomów opowiadań tak do końca nie przepadam. No, dałam radę, skoro już zaczęłam :)
Ale takie to sobie, w stylu Don Camillo. Naiwne, podnoszące na duchu opowiastki o zwycięstwie dobra nad złem (zazwyczaj).
Kupiłam 30 lat temu, to wreszcie przeczytałam, ale myślę, czy nie wydać precz. Nie umiem podjąć decyzji co do losów moich zbiorów - trzymać wszystko na kupie, a niech się martwią ci, co to będą potem likwidować czy też samej się pozbywać po troszeczku.


Początek:
Koniec:

Wyd. Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1989, 196 stron
Tytuł oryginalny: Il decimo clandestino
Przełożyła: Magdalena Dutkiewicz
Z własnej półki (kupione 24 października 1989 roku w księgarni za 1000 zł)
Przeczytałam 10 lutego 2019 roku

niedziela, 10 lutego 2019

Krzysztof Materna - Przygody z życia wzięte

Muszę się usprawiedliwić - za to coś - no leżało w bibliotece na stoliku ze świeżo oddanymi książkami i jakoś mnie skusiło, przez asocjację z Mannem. Manna nie czytałam i tego mi trochę żal, ale Materny mi też żal - że czytałam. Bo nie warto było :(
Trzeba być bardziej uważnym przy wyborze...
Zapomnieć.


Początek:
Koniec:

Wyd. Znak Kraków 2013, 217 stron
Z biblioteki
Przeczytałam 9 lutego 2019 roku

sobota, 9 lutego 2019

Joanna Chmielewska - Upiorny legat

Miałam straszną ochotę na Lesia (już od dawna ją mam), ale nie mogę go zlokalizować. Ze względu na odmienny format (A5) nie stał on nigdy obok pozostałych kryminałów Chmielewskiej. Ostatnie miejsce pobytu pamiętam - było to gdzieś w drugim rzędzie regału "żaczkowego" w sypialni, aliści wymieniłam ten regał na nowy, pojemniejszy, wyższy, bo do sufitu i jeszcze w dodatku z szufladami. Gdzie się przy tej przeprowadzce Lesio podział - nie znaju. Może by tak teraz, korzystając z soboty i obecności w domu w biały dzień, poszukać? No sama nie wiem :)

A z Upiornym legatem z kolei było teraz tak, że gdy już dotarłam do końca, ujrzałam ołóweczkiem wypisaną datę 5 maja 2012 - poprzedniego czytania. Gdybym wiedziała, że to tak niedawno było, wybrałabym coś innego, kurdeflak!
A tak - Dziobaty jeździ do Zalesia.

Początek:
Koniec:

Wyd. Czytelnik Warszawa 1977, 318 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 6 lutego 2019 roku

środa, 6 lutego 2019

Vojtěch Steklač, Pavel Zemek - Volejte linku...

Tak mi się spodobała poprzednio czytana książka Vojtěcha Steklača, że kupiłam pięć kolejnych jego autorstwa. A co się będę szczypać! I już nie mogłam się powstrzymać od wzięcia jednej z nich na tapetę, takiej nie za grubej, do czego impulsem był jak zwykle pociąg i podróż.
Nie zawiodła mnie.
Tym razem głównym bohaterem jest jedna z postaci pojawiających się incydentalnie w tamtej powieści, lekarz psychiatra, pracujący również w tytułowym telefonie zaufania (linka důvěry). Czternaście rozdziałów, czternaście człowieczych historii, mniej lub bardziej dramatycznych, czasem nieco śmmiesznych, ale oczywiście nie dla ich bohaterów, tylko dla nas, czytelników, którzy przyglądamy się im z dystansu.



Początek:
Koniec:


Wyd. Mladá fronta, Praha 1989, 157 stron
Z własnej półki (kupione 8 stycznia 2019 w praskim antykwariacie online za 22 korony - 5 zł)
Przeczytałam 4 lutego 2019 roku

czwartek, 31 stycznia 2019

Małgorzata Musierowicz - Kłamczucha

Trochę się dałam wpuścić w maliny, bo chodziło mi o Borejków, a tych tu nie uświadczysz. No ale trudno.
Przeczytałam ja, przeczytała moja córka - obieśmy uznały, że raczej nie będziemy kontynuować.
Właściwie nie wiem, jak to się stało, że Jeżycjada mnie ominęła. Zaczęła wychodzić, gdy szłam do liceum, więc jak najbardziej powinnam się była załapać. Może w mojej bibliotece nie było? I nikt z rówieśników nic nie wspominał?

Początek:
Koniec:

Wyd. AKAPIT PRESS, Łódź - nie wiadomo, kiedy - 220 stron
Z biblioteki
Przeczytałam 31 stycznia 2019 roku

środa, 30 stycznia 2019

Filip Springer - 13 pięter

Taka sprawa. Wracałam z pracy inną drogą, gdzie miałam przejść przez osiedle i między innymi obok osiedlowej biblioteki i tak mi się coś pomyślało o Jeżycjadzie. Że pójdę i pożyczę sobie pierwszy tom. Poszłam i pożyczyłam drugi, bo pierwszego nie było, ale przy okazji ze stolika, na który panowie (tak, panowie, bo u nas w bibliotece od jakiegoś czasu pracują właśnie młodzi panowie) wykładają oddane świeżo książki, zgarnęłam i Springera.
I dobrze zrobiłam, bo przeczytałam z dużym zainteresowaniem.


Pierwsza część, poświęcona latom międzywojennym i głównie sytuacji mieszkaniowej w Warszawie, powoduje, że włos się jeży na głowie. Zresztą zobaczcie niżej początek. Coś tam sobie zdawałam sprawę, choćby z serii Niedoskonałej Krystyny Nepomuckiej, ale co innego coś gdzieś kojarzyć luźno, a co innego przeczytać tak zebrane do kupy dane i opisy. Ciągle przy lekturze podnosiłam wzrok, omiatałam nim pokój, obliczałam, ile na mnie przypada metrów kwadratowych, podsumowywałam ciepłą wodę, centralne ogrzewanie, gaz, podłogę zamiast klepiska... Głupie to, wiem :)
Druga część natomiast to III Rzeczpospolita - wynajmowanie i kredyty. Też optymistycznie nie nastraja, choć to już nie ta skala. Nie ma dobrej alternatywy mieszkaniowej dla ludzi gorzej sytuowanych.
Z tego, co widzę, najlepsze czasy pod tym względem były za komuny, bo jednak wybudowano tysiące bloków, choć oczywiście potrzeby mieszkaniowe Polaków generalnie nigdy nie zostały zaspokojone. I końca temu nie widać. Nie ma żadnego pomysłu i żadnego programu państwa (bo o niewypale z ostatnich lat pod tytułem Mieszkanie Plus nie ma co nawet wspominać).

Początek:
Koniec:

Wyd. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015, 283 strony
Z biblioteki
Przeczytałam 28 stycznia 2019 roku

niedziela, 27 stycznia 2019

Viktor Fischl - Pátá čtvrť

Opowieść o żydowskiej dzielnicy w Pradze w momencie, gdy zaczyna się tzw. asanacja czyli wyburzanie starych ruder i budowa nowych pięknych kamienic i nowych ulic. Było to na przełomie XIX i XX wieku. Na tym tle - znikającej na zawsze dzielnicy - rozgrywa się quasidetektywistyczna historia o podpaleniach, pożarach, niewinnym skazaniu na więzienie, próbach oczyszczenia się, gdzie niepoślednią rolę odgrywa legendarny Golem. Pięknie uchwycony świat, który odszedł w przeszłość.

Nie było najłatwiej pod względem językowym, choć i nie tragicznie :) Jednak trochę mi zeszło przy tej dość cienkiej książeczce. Tak sobie myślę, że dziś się nagrodzę za wytrwałość, oglądając stare zdjęcia z tej dzielnicy w książce o Pradze, której już nie ma. Żeby się jeszcze bardziej wczuć w atmosferę :)
A teraz czytam, że autor był niegdyś ambasadorem w Polsce, izraelskim ambasadorem, bo po 1948 roku wyemigrował z Czech.


Początek:
Koniec:

Wyd. Ivo Železný, Praha 1991, 166 stron
Z własnej półki (kupione 16 listopada 2018 roku w praskim antykwariacie online za 44 korony)
Przeczytałam 26 stycznia 2019 roku

sobota, 26 stycznia 2019

Swietłana Aleksijewicz - Czasy secondhand

Noooo, to było dobre. Wreszcie coś, co mnie naprawdę interesuje, co wciągnęło. Taka książka napisana jakby na zamówienie.
Straszne lata 90-te w Rosji. Lata zawirowań politycznych, lata niesamowitego zubożenia milionów ludzi, przekwalifikowywania się inteligentów na sprzedawców, lata tłumów staruszków usiłujących sprzedać cokolwiek stojąc na ulicy, żeby kupić chleb i mleko, lata rodzących się fortun.
Myślę o tym często i do końca nie wiem, po której stronie się opowiadam: sowków, którzy tęsknią i żałują ZSRR czy tych, którzy potępiają tamte czasy w czambuł, choć i to, co mają teraz, niekoniecznie im odpowiada. Na pewno rozumiem tych, którzy żyją biednie, a widzą nowych ruskich czy w ogóle odczuwają te dysproporcje, nie tylko finansowe zresztą. Dla nich było lepiej, gdy wszyscy mieli mało, ale po równo.
Niewątpliwie jakiś sentyment do radzieckich czasów, wywodzący się chyba z tylu wspaniałych filmów ówczesnych, we mnie tkwi.

To pierwsza Aleksijewicz, którą przeczytałam, ale mam jeszcze Wojna nie ma w sobie nic z kobiety i - niestety jako audiobook (straszliwa pomyłka przy zamówieniu) - Cynkowych chłopców. Nie wiem, czy kiedykolwiek zdobędę się na odsłuchanie tych ostatnich, no zasypiam przy słuchaniu albo się rozkojarzam, ja po prostu muszę śledzić oczami rządki liter :)




Początek:
Koniec:

Wyd. Wydawnictwo Czarne Wołowiec 2014, 507 stron
Tytuł oryginalny: Время секонд хэнд
Przełożył: Jerzy Czech
Z własnej półki
Przeczytałam 17 stycznia 2019 roku

środa, 23 stycznia 2019

Evžen Boček - Ostatnia arystokratka

Postanowiłam przeczytać coś z najnowszej czeskiej literatury przetlumaczonej na polski. Już się nazbierała cała półka, a ja nic. Zachęciła mnie Ostatnia arystokratka jako NAJZABAWNIEJSZA KSIĄŻKA ROKU W CZECHACH. W końcu czeskie poczucie humoru to coś, co mi bardzo odpowiada.


No ale chyba nie trafiła na odpowiedni moment. Nie pękałam ze śmiechu. Dobrze, że nie kupiłam tego biletu... bo widziałam w jednym praskim teatrze spektakl według tej powieści (to znaczy na ich stronnei widziałam) i właśnie w maju, jak tam będę. Ale się powstrzymałam i chyba dobrze, jakoś słabo widzę stówkę wyrzuconą na to :)
Historia polega na zderzeniu dwóch różnych światów: amerykańskiego, poukładanego, pragmatycznego z czeskim szaleństwem i życiem dniem dzisiejszym. No ale jakoś nie podeszło. Mam jeszcze jedną książkę tego autora i podejrzewam, że będzie podobne w stylu.
Choć nie powiem, parę razy się zaśmiałam :)

Początek:
Koniec:

Wyd. Stara Szkoła Wołów - BEZ ROKU WYDANIA!!! - 250 stron
Tytuł oryginalny: Poslední aristokratka
Przełożył: Mirosław Śmigielski
Z własnej półki
Przeczytałam 12 stycznia 2019 roku

niedziela, 20 stycznia 2019

Jerzy Wittlin - Po pierwsze : NIE NUDZIĆ

No to już kompletne bęcwalstwo!
Autora znam z rozmaitych Vademeców, które mnie swego czasu dość bawiły i które gdzieś tam przechowuję. Ale to coś... uświadomiło mi, że mamy jednak chyba różne poczucie humoru.
No bo proszę:

Tyle, że w 1985 roku, gdy wychodził ten zbiór notek o dziwnych zagranicznych książkach, znakomita większość czytelników nie miała szans ich poznać. Dziś takich publikacji jest i u nas na kopy.
W każdym razie - przeczytałam i bez cienia skrupułu wybieram się do biblioteki osiedlowej, żeby to podrzucić na półkę z książkami "do wzięcia". Ach! Co za ulga! Centymetr wolnego miejsca przybywa!
:)

Początek:
Koniec:

Wyd. Nasza Księgarnia Warszawa 1985, 95 stron
Z własnej półki (tym razem to nie mój zakup, przywiozłam kiedyś z rodzinnego domu)
Przeczytałam 10 stycznia 2019 roku


NAJNOWSZE NABYTKI
Z jednej strony na plusie 1 cm półki, z drugiej czeskie nabytki w ilości 13 sztuk. Takie oszczędzanie (miejsca i piniendzy). Moje jedyne usprawiedliwienie - że przecież nigdzie u nas ich sobie nie pożyczę do przeczytania. Człowiek sam przed sobą szuka wymówek, czy to nie śmieszne? W dodatku myślałam, że taka zrobiona sobie przyjemność w sytuacji depresji da mi jakiegoś kopa, że się będę cieszyć... a tu niespecjalnie mnie to do pionu postawiło, ot, następne książki w domu i tyle.
Doszło do tego, że dziś, siedząc na stacji w oczekiwaniu na pociąg i zauważywszy kobietę z córką z zespołem Downa, złapałam się na myśli widzisz, a ty jesteś "normalna", nie powinnaś się cieszyć? Jak widać, szukam na wszelkie, choćby i niegodziwe, sposoby, jak by się tu wyciągnąć za włosy z tego bagna...

Jak masz smutek, idź na cmentarz, tam się szybko opamiętasz.

środa, 16 stycznia 2019

Ross Macdonald - Lewe pieniądze


Dawno dawno temu, za PRL-u, było dwóch kultowych amerykańskich autorów kryminałów: Ross Macdonald i Raymond Chandler. Bohaterami ich powieści byli prywatni detektywi. Aura film noir, środowiska, do których nigdy byśmy nie przeniknęli sami, jakiś rodzaj nostalgii - tu odkryłam ze zdziwieniem, że akcja książki toczy się w okresie powojennym, a jakoś tak kojarzyłam z latami trzydziestymi...
Zabrałam Lewe pieniądze do pociągu, z nadzieją, że przynajmniej kryminał zatrzyma moją uwagę, ale nie ma na mnie siły, zwłaszcza teraz, w depresji i zwłaszcza w zimie, zasypiam po kilku lub kilkunastu stronach :) Tak więc w rzeczywistości przeczytałam u siebie w łóżku, tradycyjnie. Coś mi chodziło po głowie z poprzedniego czytania przed wielu laty co do tego, kto zabił, ale i tak dałam się zaskoczyć.
Dalej mi się podoba.



Początek:

Koniec:


Wyd. ISKRY Warszawa 1976, 311 stron
Seria Klub Srebrnego Klucza
Tytuł oryginalny: Black Money
Przełożył: Krzysztof Zarzecki
Z własnej półki (kupione w antykwariacie 19 maja 1987 roku za 220 zł)
Przeczytałam 8 stycznia 2019 roku