czwartek, 22 lutego 2018

Tadeusz Matoń - Krakowskie okruchy

I znów spotkała mnie przyjemność - przyjemność uroczej lektury.
Drobiazg taki, cienka książeczka, krótkie opowiastki, takie akurat na jedną stronę, często nawet mniej.
Nigdy nie słyszałam ani o książce ani o autorze, dopiero fejsbukowa znajoma o niej wspomniała. A potem znalazłam ją na allegro i okazało się, że to ona właśnie ją sprzedaje (miała dwa egzemplarze). A wielbiciele tej publikacji założyli nawet profil na FB :)
Książka mi się trafiła z autografem, przy okazji wywołując pewną refleksję - bo zbieraczem autografów nigdy nie byłam i wypada się wreszcie zastanowić, czy fakt własnoręcznego podpisu autora zmienia coś w podejściu do książki. Czy wydaje się ona cenniejsza, wartościowsza?
Bo jedna sprawa to dedykacja autora, taka bardziej osobista, jeśli znajomość z tymże autorem osobistą jest; a druga sprawa to podpis jedynie, maszynowo złożony gdzieś na Dniach Książki kiedyś, a na Targach Książki dziś. No, czy tam na spotkaniu autorskim.
W Matrasie w Rynku, pamiętam, mieli osobne stoisko z książkami już podpisanymi. Jakoś nigdy nie skorzystałam.

Może to tylko wartość wspomnienia o tym dniu, tej chwili, gdy zetknęliśmy się z autorem twarzą w twarz?
Ale dla mnie takie spotkania nie są niczym atrakcyjnym. Pamiętam, jak lata temu znajoma ekscytowała się faktem, że siedziała na przyjęciu obok Adriena Brody'ego. Nie mogłam pojąć, co w tym takiego fantastycznego :) że wymienili uwagi o stopniu wysmażenia polędwicy? Nawet nie, bo jej angielszczyzna na to nie pozwalała. Że jej podał półmisek może? Co z tego wynikało tak ubogacającego?
Zawsze była snobka i tyle :)

Bo inaczej jest, gdy wyniknie jakaś interesująca rozmowa.
No ale co ja bym miała interesującego do powiedzenia jakiemuś pisarzowi?

Dobra, wracajmy do brzegu, jak mawia pewna blogerka i mnie tym zwrotem zaraziła.


Czym są "Krakowskie okruchy"? Dokładnie tym, co zapowiada tytuł.
Ułamkami pamięci, chwilami utrwalonymi w wierszu, krótkim tekście, rysunku wreszcie.
Wspomnnieniem czasu, gdy szkoły nie były jeszcze koedukacyjne, a dziewczęta kryły w sobie Tajemnicę. Gdy na Zielone Świątki płynęło się statkiem na Bielany. Gdy Emaus był jeszcze autentyczny. Gdy na Rękawce wspinano się po namydlonym słupie po pęto kiełbasy. Gdy na środku Kleparza zielenił się skwerek. Gdy ojciec znajomej autora ruszał na polowanie na kuropatwy albo zające - zaraz za kościołem Misjonarzy, gdzie zaczynały się łąki ogromne aż do Bronowic.
W czasach, gdy matki i ojcowie znajdowali czas i ochotę, by rozmawiać z dziećmi.





Początek:
Koniec:

Wyd. Oficyna Wydawnicza OSTOJA, Kraków 1995, 93 str.
Z własnej półki
Przeczytałam 9 lutego 2018 roku

poniedziałek, 12 lutego 2018

Eustachy Czekalski - W cieniu zamkowego zegara


Przeprzeurocza rzecz.
Wspomnienia autora z dzieciństwa w zaborowej jeszcze Warszawie.
Już to czytałam z dziesięć lat temu może, ale co to dla mnie - nic przecież nie pamiętam.
O autorze znalazłam tylko, że był dziennikarzem w okresie międzywojennym. Napisał też powieść o Wieniawskim. Tematyka warszawska była obecna w innych jego utworach, ale to wszystko wydania sprzed wojny, więc (dla mnie) niedostępne.

Mały Staszek z rodzicami, kucharką i Jagusią, służącą do wszystkiego - mieszkali przy Rynku na Starym Mieście. Ojciec był rzemieślnikiem, współwłaścicielem garbarni, matka - wiadomo, zajmowała się domem. Ale dla małego chłopca obok rodziców to właśnie Jagusia, młoda dziewczyna, była najważniejsza. Ona "pomagała" mu zjeść śniadanie (odgryzając połowę parówki), z nią szedł na zakupy i mógł wszystkiemu dobrze się przyjrzeć i o wszystko zapytać, z nią jeździł do cyrku czy na karuzelę, ona wreszcie namawiała go do niektórych psot i psikusów :)

Są lata 90-te XIX wieku. Staszek opisuje, jak wyglądało mieszczańskie mieszkanie w kamienicy, jakie były wokoło sklepy, jak się żyło na co dzień i od święta. Jaka to była radosć dla dzieciaków, gdy na podwórku pojawiał się szlifierz. Jaki strach, gdy pierwszy raz szło się do ochronki, a potem do gimnazjum.
Kuriozalny obraz zrusyfikowanej szkoły. Wspomnienie nauczycieli, którzy byli... różni, a najgorszy chyba był nauczyciel - polskiego.
Szkoła pływania braci Kozłowskich nad Wisłą.
Oglądanie medium.
Niedzielne obiady celebrowane jak nabożeństwo.
Korepetytor Kwiczoła, człowiek wielu fachów.
I oto Jagusia wychodzi za mąż.
Kończy się pewien etap w życiu Staszka...



Za następne dziesięć lat znów przeczytam :)
Odkurzam książki, przyglądam im się uważnie - może by coś wydać, czegoś się pozbyć, zrobić trochę miejsca?
W cieniu zamkowego zegara na pewno zostanie!


Początek:

Koniec:

Wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy Warszawa 1956, 216 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 5 lutego 2018 roku

środa, 7 lutego 2018

Zdzisław Antolski - Moje Kielce literackie


Lektura wspomnień poety Zdzisława Antolskiego z jego czasów studenckich i późniejszych to, ściśle rzecz biorąc, nie jest powrót do mojej młodości, bo przypadła ona na lata nieco późniejsze (ale tylko nieco), no i z Kielcami miałam do czynienia w ograniczonym zakresie - jeździło się tam z mamą co jakiś czas na zakupy (głównie ubraniowe, wstępowało się do Mody Polskiej na głównej ulicy, ale tylko rzucić okiem, to nie było na naszą kieszeń), a z kolei do nas, do Domu Kultury, przyjeżdżał kielecki teatr na objazdowe przedstawienia. Mam takie niejasne uczucie/wspomnienie/zarys wspomnienia, że oprócz propagandówek grali u nas O'Neilla czy Millera i od tamtej pory mam sentyment do dramaturgii amerykańskiej ciemnej, dusznej i ponurej ;)
Pamiętam jeszcze jednego aktora charakterystycznego, wiem, że już nie żyje, bo się gdzieś natknęłam na informację na ten temat, ale w tej chwili za nic nie mogę sobie przypomnieć jego nazwiska. Kuszela, Kusztel?
Na Kadzielni to chyba byliśmy ze szkołą.

Potem, pod koniec liceum i już będąc na studiach, zdarzało mi się przyjeżdżać do Kielc do antykwariatu. Czy to możliwe, żeby znajdował się on przy pl. Partyzantów, gdzie była też Księgarnia Radziecka?
A z wyjazdów z mamą pamiętam, że zawsze, ale to zawsze musiałyśmy zahaczyć o piekarnię, gdzie kupowało się wspaniałe obwarzanki do zabrania do domu na kolację z mlekiem, takich już nigdy później nie jadłam. Przy uliczce pnącej się w górę, w prawo od Sienkiewicza idąc od stacji, tak jakby w kierunku katedry?

O, a skoro już przy tym jestem, to przecież jeszcze Muzeum w dawnym pałacu biskupim, Pankiewicz, co tam jeszcze? Tam byłam w niedawnych czasach nawet, chyba przy takiej okazji, że przywlokłam do Kielc Psiapsiółę z Daleka. I chyba gdzieś w domu są jeszcze folderki wówczas nabyte.
A szkoły, którą ukończył Antolski, a wiele lat przed nim sam Żeromski - nie pamiętam.
Obliczyłam, że dzieli nas z autorem dekada. On zaczynał studia w 1971, ja w 1981. Całkiem inne doświadczenia.


Znakomitej większości postaci przywoływanych na kartach książki nie znam. No bo cóż - znam niszowych literatów krakowskich, tak się potoczyło moje życie... Gdyby wybrany przez mnie kierunek studiów istniał w Kielcach, to kto wie, jak by to było :) Oczywiście nie mówię tu o znajomości osobistej, w odróżnieniu od Antolskiego, który w tym środowisku funkcjonował, choć określa się mianem samotnika, który tylko przy specjalnych okazjach wynurzał się ze swojej jamy/samotni. Zresztą... i samego autora bym nie znała, gdyby nie zetknięcie internetowe ;) blogi i FB potęgą, bo tak zatacza się kolejny krąg - "dzięki" mnie, na przykład, poznał twórczość Antolskiego mój krakowski znajomy (i zachwycił się nią), a dzięki niemu może ktoś następny...

A' propos jeszcze antykwariatu - autor wspomina o takowym, największym w Kielcach, którego właścicielem był Andrzej Metzger. Może to ten właśnie, w którym bywałam i niejedną książkę przywlokłam, ukrywając ją przed mamą albo wmawiając jej, że potrzebna do nauki ;)

Dużo miejsca we wspomnieniach poświęcone jest sylwetce animatora kultury (tak go po dzisiejszemu nazwijmy), Ryszarda Miernika. I znów kłania się mama, ona by pewnie wiedziała - czy to istotnie była nasza rodzina. Babcia była z domu Miernikówna, a z rodziną Mierników z Suchedniowa (skąd i Ryszard pochodził) mama ciągle utrzymywała stosunki, wymiana kartek świątecznych, telefony. Ja sama dzwoniłam tam, by zawiadomić o pogrzebie. Może jeszcze zadzwonię i dopytam...

Początek:

Koniec:

Wyd. Autor z pomocą finansową Urzędu Marszałkowskiego Województwa Świętokrzyskiego, Kielce 2016, 224 strony
Z własnej półki
Przeczytałam 1 lutego 2018 roku


NAJNOWSZE NABYTKI
Się podłamałam, gdy na stronie Ulubionego Praskiego Antykwariatu zobaczyłam książeczkę z serii przechadzek po Pradze, którą zbieram (w założeniu, bo miałam do tej pory tylko jedną pozycję)... no i kupiłam. W końcu co, ostatni raz płaciłam za czeskie książki w grudniu, to po takiej przerwie mogę sobie pozwolić na jeden mały zakupik, prawda? No, wiadomo, że nie będę płacić za przesyłkę jednej książki, więc ;)
Ale skromnie, siedem sztuk. Przyszły błyskawicznie (ja już z nimi obcykana jestem, a oni ze mną), przywlokłam je w czoraj z pracy do domu i nawet nie zdążyłam się w nich rozpatrzeć. Zajrzałam do tej największej, albumowej, o powodzi 2002 roku - i tu się nieco rozczarowałam, bo, aczkolwiek była w dziale PRAGENSIE, to jest to fotograficzna relacja z powodzi w całych Czechach, więc o samej Pradze traktuje gdzieś jedna czwarta tylko. W dodatku zdjęcia są marne, jakby z ORWO.
A te dwie książeczki z boku to taka perełeczka, opowiadania Ignata Herrmanna, wydane w 1904 roku, możliwe, że nie wznawiane, ale pewna nie jestem. Gdy to trzymam w ręce i przeglądam, mam wrażenie obcowania z modlitewnikiem :) Mają piękną secesyjną wyklejkę - zostały wtórnie oprawione. I to wszystko za 5 zł :)

niedziela, 28 stycznia 2018

Jan Blesík - Nový Svět na Hradčanech

W sierpniu, gdy ostatni raz byłam w Pradze, dopiero były zapowiedzi, że ta książka wyjdzie. No to potem kupowałam online na ślepo, nie mogąc przejrzeć i powąchać. A czekać do maja nie chciałam, wiadomo :)
Opierałam się na informacji internetowej, że to praca mieszkańca tej cudownej uliczki na tyłach Hradczan - dodajmy, że był on mieszkańcem przez 25 lat.
No to sobie wykoncypowałam, że będą to cudowne wspomnienia, opowieści o domach i ludziach.
I wybuliłam.
Tymczasem cóż się okazuje - że po pierwsze autor, dawno już nieżyjący, zamierzył stworzyć monografię ulicy na podstawie badań archiwalnych... a po drugie, na stronie wydawnictwa widzę, że książka jest do nabycia za 199 koron.
Podczas gdy ja za nią zapłaciłam, uwaga, 296 koron.
O przesyłce za 250 koron (która rozkłada się jednakże na trzy pozycje) nie wspomnę.
Nosz!!!
Festina lente na drugi raz, babo!


Czytam, czytam... i nudzę się, mimo całego zaangażowania w Pragę. No bo gość wylicza, co tam w starych szpargałach wynalazł.
Najpierw daje ogólną historię Hradczan.
No dobrze.
Potem przechodzi do historycznego omówienia okolic.
Dobrze.
A potem zabiera się za wyliczankę.
Josef Pikart kupił dom 17.10.1765 roku. Zbierał obrazy starych mistrzów... i dawaj, wymienia te obrazy. Autor, tytuł - 25 linijek.
No rany boskie!
Ale to jeszcze nic, bo potem sprzedał dom temu a temu tego dnia a tego za tyle a tyle, a tamten z kolei odsprzedał go rok później za tyle. Następnie dom przeszedł w ręce...

Oj, bo mnie boli. Brzuch.
Mnie chodziło o historyjki przeca!
A tych jak na lekarstwo.

Dojechałam tak do ostatniego domku i wtedy okazało się, że autor był księdzem, bo zamieszczono rozdział o nim. Co było już ciekawsze. No bo wiadomo, po 1948 do pierdla. I tak dalej. Potem, gdy odbębnił swoją dychę, był ogrodnikiem.
Życie sobie urozmaicał pisaniem prac historycznych i tak zabrał się za uliczkę, gdzie mieszkał.


Ta jego praca zachowała się w rękopisie, a nawet jeszcze inaczej - rękopis się nie zachował, ale jeden z sąsiadów miał odpis i tak powstała ta książka. Zdjęcia, którymi miał zamiar rzecz zilustrować, też zniknęły, więc użyto innych.
Te zdjęcia są właśnie - dla mnie - głównym walorem, przynajmniej te czarno-białe, stare. Niektóre zresztą już mi znane.
Oraz rozdział ostatni, napisany przez znanego mi już tropiciela małostrańskich i hradczańskich śladów, Dana Hrubý. Bo ten uzupełnił pracę o uroczo, jak to u niego, napisane właśnie wspomnienie ludzi, którzy tu mieszkali, po wojnie i w jeszcze nowszych czasach.
Ja na Nowym Świecie byłam w maju zeszłego roku, ale nie powłóczyłam się zbyt długo, bo była pora obiadowa i byłam głodna.
No a wiadomo, podróżnik ze mnie jak z koziej d... trąba, patrzę tylko na swoją wygodę. Więc uciekłam do tramwaju :)

Ta droga mnie tam przywiodła:
Zbieram sie do wyprodukowania posta na ten temat na praskim blogu, drżyjcie narody!

No a w tym roku pojadę o odpowiedniej porze i spędzę tam więcej czasu. Wytropię wszystkie smaczki. Zajdę na herbatę do miejscowej kawiarenki, może się uda z kimś pogadać, zadzierzgnąć więzy :)
/taaaa, kobito, marz sobie, marz/





Wyd. Pejdlova Rosička Praha 2017, 159 stron
Z własnej półki (kupione 2 stycznia 2018 roku za 296 koron)
Przeczytałam 28 stycznia 2018 roku

środa, 24 stycznia 2018

Tatiana Ustinowa - Zakon obratnogo wołszebstwa

Czyli: Татьяна Устинова - Закон обратного волшебства

Jeśli chodzi o czytanie po rosyjsku, to ciągle u mnie Doncowa albo Marinina. Innych też by wypadało spróbować - w sensie, że mam, posiadam i na co czekam. Więc tym razem wyciągnęłam z zakurzonej półki ze stosami ruskich Ustinową. Która nie jest dla mnie tak całkiem nowa, bo już przeczytałam jej dwie powieści, ale ho ho kiedy to było... w 2011. Ale pamiętam, że mi się podobały.
Bo wszystko to niby kryminały, ale tak - Doncowa to żarty, jaja i humor, Marinina to poważne, aż zbyt poważne sprawy. A Ustinowa też ma swój styl - mianowicie łączy intrygę kryminalną z wątkiem romansowym.


Nie jestem czytelniczką romansów i może mi czegoś brakuje, bo w świecie Ustinowej odnajduję się bardzo dobrze :)
Podoba mi się, gdy bohaterowie jej powieści odnajdują do siebie drogę. I podoba mi się, gdy autorka wkłada im w usta lub w głowę swoje myśli na życiowe tematy, nie tak górnolotno-kiczowate jak Coelho, ale trafiające w sedno.
Prawie prawie się rozpłakałam przy scenie, gdy przypadkowy pasażer busa (znaczy się marszrutki), patrząc na dość romantyczną scenę, wspomina swoje życie, jak było cudownie na początku, gdy się w sobie z przyszłą żoną zakochiwali i jak potem wszystko poszło nie tak... a raczej tak jak u wszystkich, nijako, bez sensu, zwykłe szare życie.

Znaczy się - chyba jednak jestem potencjalną czytelniczką romansów?
:)

W książce spis innych dzieł autorki, ale oczywiście stary, dziś już jest o wiele obszerniejszy. Można zresztą sprawdzić na Wiki.

W Polsce wyszła jedna rzecz, ale po polsku czytać nie będę. Po co sobie psuć wrażenia :)

Początek:

Koniec:

Wyd. EKSMO Moskwa 2005, 316 stron
Z własnej półki (kupiona 19 X 2009 roku za 5 zł)
Przeczytałam 23 stycznia 2018 roku


Oczywiście jest ekranizacja. Rosjanie wszystko filmują :)
Obejrzałam wczoraj dwie części (bo jest w czterech).
Po pierwszej, nieco zdumiona, dokładnie przyjrzałam sie napisom. No i wyszło szydło z worka - "na motywach". Bo już się dziwiłam... dziwiłam to za słabe słowo... co to i jak to, począwszy od głównej bohaterki, którą przyrównuje się do Audrey Hepburn - a tu tłuścioszka taka :)
Jest na You Tube.

PS. Widzę teraz, że to 70-ta książka przeczytana przeze mnie po rosyjsku. Co z tego, spyta ktoś (albo nie spyta). A nic. Lubię liczby, lubię podliczać, rachunki wydatków swoich prowadzę od lat, to i książki mogę liczyć :)
/tak naprawdę to blogspot zlicza/


PS2. Zapomniałam. Zapomniałam napisać o tym, że główna bohaterka pracuje w aptece. A apteka to takie miejsce trochę magiczne. Raz, że "Pigularz" był/jest jedną z ulubionych książek, a dwa, że gdy w dzieciństwie po wizycie w przychodni szło się do apteki wykupić recepty, to ona się jawiła jako bardzo tajemnicza, pełna jeszcze tych ciemnobrązowych flaszek i naczyń z łacińskimi napisami, z charakterystycznym zapachem, wielkim fikusem i palmą, a pod nimi ławeczką dla klientów, stolikiem z karafką z wodą... powiedziałabym, że przedwojenna, gdyby nie to, że budynek powstał później :)
I jeszcze to, że w każdym chyba zawodzie można by napisać książkę o klientach/pacjentach/uczniach... o tym, co ludzie potrafią wykręcać. Skojarzyło mi się, bo tam jest taki passus, że do apteki przychodzi mamuśka z synalkiem, który się źle uczy. I żąda lekarstwa, bo w telewizji była reklama, że zażyje i od razu pięknie rysuje :)

sobota, 20 stycznia 2018

Filip Springer - Wanna z kolumnadą

No wreszcie coś, co mnie w stu procentach zadowoliło.
Kiedyś czytałam "Miedziankę" i nie podobała mi się... ale gdy miałam bratu dać znać, co chcę pod choinkę i przeglądałam dział reportaży na Bonito, rzucił mi się w oczy ten Springer i zaciekawiła mnie tematyka.
Nie było ruskich, to niech będzie Polska :)


Szczerze mówiąc, nie zwróciłam uwagi na datę wydania i gdy z tych trzech Springerów pod choinką wybrałam na początek "Wannę..."
to dlatego, że była najcieńsza (taki ze mnie czytelnik ostatnio, unikam jak ognia grubych). A tymczasem okazała się też najstarsza, dwie pozostałe są z 2016 i 2017 roku. Czyli idę chronologicznie :)
Co mogłoby sugerować, że będę się przyglądać również warsztatowi reportera, jak się zmienia, jak dojrzewa... ale gdzie ja się tam warsztatom przyglądam, ledwo co załapię z treści. Ja prosta dziołcha jestem.


Książka mnie do tego stopnia zafascynowała, że łyknęłam ją w jeden dzień praktycznie (fakt, była niedziela, mogłam poświęcić więcej czasu na czytanie).
To jest temat, który dotyczy nas wszystkich, czy tego chcemy czy nie. Przestrzeń publiczna.
A konkretnie jej degradacja.
To szyldy i reklamy walące po oczach.
To zamknięte osiedla.
To zanikające rzeki i rzeczki.
To pasteloza osiedlowa i jej decydenci (panie z biura, bo "one się znają na kolorach").
To zamki i pałace rokokoko - jest zamówienie społeczne.
To wielkie banery powieszone na budynkach - przepisy mówią, że jest to możliwe jedynie wtedy, gdy budynek jest w remoncie. Ha ha ha.



I czytam, czytam... i zaczynam myśleć, że trzeba to dokumentować. Że zamiast fotografować Wawel (no dobrze, nie zamiast, tylko też) trzeba robić zdjęcia ulic i osiedli, zapaskudzonych tym dzikim kapitalizmem, kiedy wszystko wolno. A raczej - kiedy pieniądz wszystko może.
Jak z tymi szmatami na domach, gdzie mandaty czy grzywny maja się nijak do zysków ciągniętych z reklamy przez właścicieli.
I co?
Choćby Kraków.
Mamy park kulturowy.
Ale im dalej od centrum, tym większy koszmar.
Taka Polska powiatowa.

Najważniejszy jest ZYSK.
Jesteśmy ciągle na pierwszym etapie cywilizacji.
A przy tym nie mamy, jako naród, wpojonego zmysłu estetycznego. Zawsze było najważniejsze przetrwanie przecież.
Czekać?

Początek:


Koniec:

Wyd. Czarne Wołowiec 2013, 246 str.
Z własnej półki
Przeczytałam 14 stycznia 2018 roku



NAJNOWSZE NABYTKI

Przyszły te dwie ostatnie paczki z Pragi.
Poukładałam, poustawiałam. Szlus.



Żeby poukładać, poustawiać - musiałam z kolei wyjąć na podłogę pewne duże formaty krakowskie.
I tak oto - symbolicznie - jedna miłość ustępuje miejsca drugiej.
Nie nie, oczywiście Kraków zostaje (tylko trzeba wykombinować, co innego wyrzucić, żeby zrobić miejsce), ale niewątpliwie na plan pierwszy wysuwa się Praga.

Spisałam te czeskie książki, bo w końcu maj niedaleko, pojadę, na pewno coś tam jeszcze kupię, no a już nie rejestruję wszystkiego w pamięci.
I wyszły liczby.
Sto trzydzieści trzy publikacje o Pradze, trzydzieści osiem z literatury pięknej i trzy z filmu.
Mówię tu oczywiście o książkach PO CZESKU.
Weźcie i spróbujcie mi wmówić, że ja to kiedyś WSZYSTKO przeczytam!
No, ale starać się trzeba, więc jak skończę ruską, co teraz międlę, mam już upatrzoną superpraską pozycję. Co tam się będę ograniczać do jednej w miesiącu!

środa, 17 stycznia 2018

Andrzej Kozioł - Na krakowskich ulicach

No to tak.
Mam taki już burdel w książkach (o głowie nie wspominając), że NIC nie wiem. Tak się właśnie zastanawiałam, ile i jakie jeszcze książki tego autora (zauważcie, jak sprytnie omijam odmianę nazwiska!) posiadam i nie doszłam do żadnych konkretnych wniosków, bo przecież pogubiłam się w tym, gdzie co stoi.
Red. Kozioł zasługiwałby na to, by wszystkie jego książki postawić koło siebie, w jednym miejscu, niechby się dumnie prezentowały.
No ale nie ma bata.
Gdybym tak tylko ruszyła i zaczęła przestawki, nie pozbierałabym się do końca świata.
W ramach postanowień noworocznych (człowiek stary, a ciągle głupi) obiecywałam sobie, że teraz to już będę na bieżąco (oraz uzupełniać zaległe) zapisywać w książce, kiedy kupiona i kiedy przeczytana, co dawniej tak pilnie robiłam. W związku z tym przeczytane od początku roku książki leżą na biurku zamiast wrócić na swoje miejsce, bo - dziwne, nie? - ni mo casu.


"Na krakowskich ulicach" nie powaliło mnie na kolana (więc nie będę musiała wstawać), ale lojalnie mówię - tylko dlatego, że za dużo już tych cracovianów mam na koncie. To taka bardziej powtórka z rozrywki, a tytuł mógłby mylić, bo nie chodzi o opis jakichś tam ulic w Krakowie, ale to jedynie pretekst do snucia opowieści o tym, co się kiedy działo na niekoniecznie konkretnych ulicach, na przykład jest rozdział o furmankach i innych tam platonach (małą literą) albo o kolejkach w sklepach (na ulicy się przecież mogły zaczynać), o dziwakach i oryginałach, o tramwajach...

Ba! Odkryłam (czyli coś mi jednak lektura dała!), dlaczego pewna przewodniczka z Krakowa, która organizuje spacery detektywistyczne dla dzieciaków, fantastyczna sprawa, jedną z tych wycieczek zatytułowała "Na tropie Elektrycznej Dziewczyny" czy jakoś tak.
Otóż gdy wybuchła I wojna, tramwajowi konduktorzy ruszyli na front, a zastępowały ich kobiety. Te wyskakiwały z tramwaju jadącego na Salwator przed pętlą, żeby napić się "wzbogaconej herbaty"w knajpce nazwanej na ich cześć "Pod Elektryczną Dziewczyną".
Właściwie chodzi mi po głowie, że ja gdzieś kiedyś już o tym czytałam, no ale zapomniałam, jak zwykle.

Książka się zaleca czytelnikowi solidną bibliografią. No, nie ma co ukrywać, dużo z tego mam, ale właściwie... doprasza się o ponowną lekturę :)
A czego nie mam?
Turek Roman - Moja mama, ja i reszta, 1963
Szpil Zbigniew - Dobra pamięć, 2007 (ale nie wiem, co to jest)

Początek:

Koniec:

Wyd. DOBRY WYBÓR Kraków 2017, 207 str.
Z własnej półki
Przeczytałam 13 stycznia 2018 roku



Tymczasem w drodze dwie ostatnie przesyłki z Pragi, jeszcze w grudniu nabyte. Już się zaczęłam niepokoić i pisałam maile do nadawców-sprzedawców, ale to poczta, nasza, polska... Czeska poczta na przykłąd 4 stycznia przekazała paczkę do kraju doręczenia, a WER warszawski zarejestrował ją... 15 stycznia. Normalne, nie?
Ale już tak nie przebieram nogami, już jestem dość usatysfakcjonowana stanem praskiego posiadania :)

czwartek, 11 stycznia 2018

Radek Biczak - Zielone wzgórza Ułan Bator

Chyba jednak trzeba przyjąć zasadę, że jak się chce przeczytać reportaż o pewnej wadze i wartości, trzeba się na niego wykosztować.
A jak się znajdzie w Taniej Jatce cosik za 8 zł, to nie ma co liczyć na cuda.
Nie żebym w czambuł potępiała wszystko, co tam sprzedają, nie.
Ale coś jest na rzeczy z tymi reportażami.
Inna sprawa, że teraz każdy, kto ruszył cztery litery w rejony mniej turystyczne musi potem spłodzić swoje arcydzieło.
Pisać każdy może - dziś to hasło jest bardziej aktualne niż kiedykolwiek.

Zresztą...
Pierwsza nie rzucę kamieniem, bo niedawno wpadłam na (a raczej podsunięto mi) pomysł, kolejny, na przetrwanie na emeryturze w wysokości 300 zł. Mianowicie będę pisać tzw. babskie powieści.
Zasadniczo nie mam o tym pojęcia nawet jako czytelnik, ale postanowiłam, że nie będę się zapoznawać z klasyką gatunku, żeby się broń Boże nie zasugerować (i plagiat gotowy, razem z procesem).
Ot, siądę i będę pisać.
Wyrobnica literatury.
Przecież dam radę?
Oczywiście pod pseudonimem, żeby nazwiska nie kalać :)

Tymczasem tylko konsumuję płody innych umysłów, a satysfakcja czasem jest, a częściej jej nie ma.
Taki pan Biczak. Awanturnik, jak piszą na okładce.
Czy to może dobrze wróżyć?



Jego rozmaite profesje budziły nadzieję, że z niejednego pieca chleb jadł i coś z siebie potrafi wykrzesać.
Tymczasem cóż wykrzesał?
Opisy libacji.
To już taka tradycja rosyjska i tak widać musi być.
Zza butelki wódki niewiele jednak widać.
Dalej opisy napraw środka lokomocji.
Fascynujące.
Następnie opisy zmagań z biurokracją, a także z rosyjskimi milicjantami.
To mogłoby się przydać, gdybym się tak wybrała jednak do Rosji. Ale raz, że się nie wybieram (przecież bym się bała), dwa, że o wymuszeniach łapówek przez milicjantów z drogówki to wiadomo choćby nawet z rosyjskich kryminałów (zdrastwujtie, Daria Doncowa), więc nihil novi.
Może dla odmmiany coś o jedzeniu?
Akurat nie, bo nasi podróżnicy żywili się konserwami i chińskimi zupkami zabranymi z Polski.
Zabytki nie, bo to reportaż, a nie przewodnik, zresztą panowie żadnych zabytków nie oglądali.
Za to autor zafundował mi opowieść o bitwie pod Kurskiem i strategicznych posunięciach z II wojny światowej.
Hm.
Bo to poszukiwacz skarbów jest.
Takich bardziej zardzewiałych.
Taka to była lektura.

Ale sama sobie jestem winna. Niech no tylko zobaczę Rosja, Azja - biere i kupuję.

Początek:

Koniec:

Wyd. VIDEOGRAF II Katowice 2010, 167 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 10 stycznia 2018 roku



NAJNOWSZE NABYTKI

Taka sprawa.
Któregoś pięknego popołudnia w pracy zgadało się o wydawaniu na książki i postanowiłam podliczyć to, co mi wyszło z banku od września na te prasko-czeskie szaleństwa.
Tylko i wyłącznie książkowe, rozumie się.

No i to jest... przesada.
Gruba taka dosyć.
Powiedziałam basta.
Definitywnie.

Co zapłacone już, to zapłacone, a dalej zapominam o istnieniu antykwariatów w Pradze na czas nieokreślony.

To tutaj poniżej są te zapłacone, przyjdą jeszcze dwie z grudnia i szlus.
W założonym tempie czytania jednej na miesiąc mam już na lat dziesięć rozrywkę zapewnioną :)
Pewnie, że nie wszystkie są faktycznie "do czytania" - niektóre do przeglądania, wyszukiwania informacji, ale nie żeby tak od deski do deski. Ale ostatnio troszkę literatury pięknej też nabyłam.
No i wiadomo, że z wyjazdów też coś przywlokę :)