sobota, 24 października 2026

Celia Svedhem - Ciemny pokój. O historii migreny i poszukiwaniu ulgi

Czegoś takiego nie mogłam nie pożyczyć z biblioteki, skoro stało na półce z nowościami. Ja, migreniczka od półwieku. Właściwie dłużej, bo w pamięci mam już ataki w podstawówce. 

W sumie to kto wie, czy mój upadek ze schodów, jak byłam mała, rok czy jakoś tak, nie odegrał pewnej roli... 

Autorka zaczyna od opisu zwykłego dnia - bo migrena jest dla niej stanem codziennym. A przy tym oprócz pracy ma jeszcze dwójkę małych dzieci. No tak źle to jednak nie miałam. Owszem, często zdarzały się dwudniowe ataki, ale potem był zawsze kilka dni spokój. No i jedno dziecko, które ewentualnie było zabierane do dziadków, gdy ja leżałam... a potem, już większe, samo sobie radziło. Gorzej, gdy pracowałam. A to nie zdążyłam dobiec do łazienki i ozdobiłam pawiem ścianę przy drzwiach, a to w ostatniej chwili wyciągałam w tramwaju foliową torebkę (przepraszam tę panią, co koło mnie siedziała), a to obrzygałam żywopłot idąc już do domu, a to ktoś zajrzał do pokoju, gdy siedziałam z głową na biurku i doniósł na recepcji, że ta pani jest pijana. No bywało. O tym, jak migrena może zdeterminować całe życie (bo pewnych zawodów nie wybierzesz), wiem doskonale. Jak również o tym, że lepiej nie umawiać się dziś na jutro (czy jeszcze dalej), bo jutro może być migrena. Zresztą wywołana samym faktem, że jestem umówiona. Tylko dziś na dziś. O tym, że żadnych teatrów. Że każda emocja wywoła atak. I o tym, że rzeczywiście ludzie, którzy migreny nie zaznali, nie mają pojęcia, o czym mówią, gdy proponują, żeby się przejść. Tytułowy ciemny pokój to jedyne rozwiązanie (bo nie remedium) w ataku. 

I o tym wreszcie, że nie ma ratunku. 

Owszem, zdarzają się przypadki, że komuś migrena minie po menopauzie (bo na tę przypadłość cierpią głównie kobiety), ale liczyć na to za bardzo nie można.  


Dawno temu czytałam na forum migreny o tryptanach i była to dla mnie jakaś bajka o żelaznym wilku, zważywszy, że pisały o nich Polki, ale mieszkające za granicą. Ja byłam skazana na zwykłe tabletki przeciwbólowe, które raczej nie pomagały, umówmy się. Do czasu, aż w końcu wybrałam się do neurologa. Wówczas okazało się, że i u nas są one dostępne i nastał złoty okres, gdy - w odpowiednim momencie zażyta (kluczowe!) - tabletka likwidowała atak. Z czasem organizm się przyzwyczaił, zresztą te tabletki były na tyle drogie, że brałam je tylko wtedy, gdy musiałam, czyli - gdy trzeba było iść do roboty. I zastanawiałam się, co będzie POTEM, bo w ulotce wyraźnie napisano, że do 65 roku życia można je brać. Tyle, że do pracy już nie chodzę... ale dalej ich potrzebuję... w Pradze na przykład. Na Pragę zabieram zawsze potężny zapas, no bo co - położę się i będę zdychać cały dzień i całą noc?

Gdy byłam ostatni raz u neuro - nowej pani doktor - zapytałam o ten limit wiekowy i powiedziała, żeby się tym nie przejmować. Hm. Czyli będę dalej brać 😁

A co w książce? Te same lub podobne objawy, tylko bardziej intensywne szukanie pomocy, w tym poprzez psychoterapię (ale to już zboczenie zawodowe). Po drodze akupunktura,  bo też niektórym pomaga. Ale przede wszystkim UNIKANIE. Unikanie emocji, bo to najistotniejsze. Czyli poniekąd unikanie życia jako takiego... Unikanie pewnych potraw, pewnych napojów. Słońca. Zmiany rutyny. Tyle jest migrenogennych rzeczy na świecie...

Celia Svedhem wgłębia się w życiorysy znanych osób i odkrywa, że też cierpiały na migreny (nieraz nie zdiagnozowane jako takie), co widoczne jest w ich twórczości - Virginia Woolf, Zygmunt Freud, Darwin. Sprawdza, jak sobie kiedyś próbowano radzić z atakami, te pijawki, to opium. Przypominam sobie słój z pijawkami u babci. Czyżby ona też cierpiała na migreny? Ale mama nigdy mi nic takiego nie mówiła, więc może to było "zwykłe" nadciśnienie?

Początek:


Koniec:

Wyd. Czarne, Wołowiec 2025, 163 strony

Tytuł oryginalny: Det mörka rummet: om migränens historia och jakten på lindring

Przełożyła: Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska

Z biblioteki

Przeczytałam 20 października 2026 roku
 

Z życia emerytki (w tym tygodniu bez migreny) (odpukać, bo kto wie, co będzie jutro) 

Sobotni poranek... i cóż, że ponury i chłodny? Życie na emeryturze jest CUDOWNE (gdy nigdzie nie trzeba iść 😁), żadnego myślenia o pracy, żadnej listy rzeczy do zrobienia i spraw do załatwienia, tylko tabletki rozłożyć na cały tydzień 🤣 Nic, tylko spożywać słodkie owoce żywota mego pracowniczego, przysyłane mi przez ZUS 😏

Pan Romek wpadł wczoraj wymierzyć dokładnie nakastlik pod spodem, bo widział w OBI tę podstawkę na kółkach, co jest przeznaczona pod kwiatki. Wygląda na to, że będzie pasować, więc ma nabyć i po niedzieli nastąpi operacja wybebeszania zawartości szafki, żeby ją położyć na boku i przykręcić 😉 Miałam się pozbyć, a inwestuję 🤣 Co prawda zostało mi tylko 200 zł na przyszły tydzień, ale może styknie?

Na kulturę w końcu nie wydaję, uczęszczając do knihobudek, a filmy oglądając online* 😎 Jeden z blogerów ostatnio wyraził się, że w knihobudkach można znaleźć jedynie książki w gównianym stanie. No to proszę, znalezisko z wczoraj, nówka sztuka nieśmigana.


Tak się zastanawiam, czy nie założyć na FB grupy o łupach z knihobudek... żeby każdy mógł tam pokazać swoje znajdy 😁 Bo na przykład na Starych polskich książkach dużo osób pokazuje, ale zgodnie z nazwą grupy, a w Łupach by można wszystko.

* Miałam chodzić raz w miesiącu do kina, a ostatni raz chyba w marcu czy kwietniu byłam, a i to tylko dlatego, że był przegląd z Fabryki... jakoś się bronię przed wyjściem z domu takim konkretnym, nie że na spacerek 

Ze spaceru właśnie:

Nie pytajcie, co to za ustrojstwo w ogródku przed kamienicą. A raczej - powiedzcie, co to za ustrojstwo.


Nowy mural. TUSE LA VIE, napisane i nie wiedziałam, o co chodzi.

A tu teraz usłyszałam w radiu* piosenkę C'est la vie i do mnie dotarło, że to przecież właśnie Zauchy jest. Ale dlaczego TUSE? Czyżby pseudonim autora malowidła? Tak, powiedziało AI, jest nim niejaki Piotr "Tuse" Jaworski**. Czyli tak sobie sprytnie połączył nick z tytułem piosenki 😁

* Było to Radio Pogoda, bo jeszcze jak pracowałam, to kolega jeden nieraz wspominał o takim radiu i teraz wreszcie je sobie wyszukałam i w kuchni włączam. Fakt, mnóstwo wspomnień z dawnych czasów przy tych starych piosenkach 😍 ale reklamy i bzdetne programy też oczywiście są, więc nie wytrzymuję dłużej niż pół godziny, nie mam do tego cierpliwości.

** Z jednym Jaworskim byłam na studniówce, ale to nie był Piotr 😏