wtorek, 4 sierpnia 2026

O pięknej Parysadzie + PRAGA, piątek - poniedziałek

Piękna Parysada może się oczywiście wydawać gupią blądynkom, ale to tylko pozory. Dwaj bracia, którzy wyruszyli po cuda i dziwy, nie dali rady, a ona owszem i jeszcze ich uratowała. W sumie pomógł jej taki myk - nie wolno było oglądać się za siebie mimo różnych strachów na lachy słyszanych za plecami, więc włożyła sobie wosk do uszu!

A więc książeczka feministyczna, baba da radę w każdych okolicznościach 😂

Początek:

Koniec:


Wyd. MARTEL, Kalisz

Seria: 100 bajek naszego dzieciństwa

Przeczytałam 4 sierpnia 2026 roku 

 

Praga, dzień pierwszy, drugi, trzeci i czwarty 

Piękna Parysada to ja. Wracam do domu skonana i natychmiast zrzucam z siebie wszystko poza majtkami, co jak wiadomo w pewnym wieku powinno być karane co najmniej 20 latami odosobnienia plus ścisłym postem w każdy wtorek i piątek. Na szczęście za oknem - ślepy mur. Tego hotelu, co go budują obok, w odległości 3-4 metrów. Więc w pokoju jest ciemno i gdy chcę coś przeczytać, muszę zapalać górne światło. Nie wiem, jak tam te studentki /uczennice będą mieszkać, toż depresja murowana. Pokój mały (trzy łóżka, trzy półki nad nimi, trzy szafy, trzy szafki, dwa stoły i trzy krzesła), prysznic jeszcze mniejszy, toaleta niska jak dla dziecka, w umywalce brak zatyczki i nie mogę sobie sukienki przeprać, dali mi JEDEN ręcznik jak do rąk, gdy się upomniałam o drugi, przynieśli też takiej samej wielkości (po prysznicu nie mogę się nim owinąć na dupie i nie mówcie, że dlatego, iż jestem gruba), w lodówce śmierdzi, na jednego gościa przysługuje jeden kubek (mam dwa, ale zdobyte podstępem - powiedziałam, że w pokoju nie było), lampka nad łóżkiem nie służy niczemu, a na pewno nie czytaniu i w ogóle - dejcie spokój, już w sierpniu się tutaj nie zatrzymam. W maju tak, jak najbardziej, bo pokój na I piętrze jest całkiem OK, ale skoro w lecie nie przysługuje, to wrócę do braci. Szkoda, bo tu bliżej do tramwaju, ale cóż.

Jeśli ktoś myśli, że mnie namówi na wchodzenie na 3. piętro po schodach, to się na łby pozamieniał. 


 

Skorośmy już omówili kwestie hotelowe, przejdźmy do meritum czyli Pragi. 

Zbóje całą rozkopali i dotarcie gdziekolwiek wymaga ścisłego planowania z telefonem bezustannie w ręce - a wiecie, jaką on ma doskonałą baterię. Oraz zabiera o wiele więcej czasu niż zwykle. 


W sobotę wykonałam numer z gatunku klasycznych. Zaplanowałam wycieczkę do Zbrasławia (gdzie byłam w maju i wówczas wyfociłam wywieszkę, że w pierwszą niedzielę miesiąca o 14.00 jest tam oprowadzanie), na którą zaprosiłam zarówno Osobę Towarzyszącą, jak i Vierę z wnuczką, która znów przyleciała z Hameryki (przywiozła mi zawieszkę do kluczy z hajlajnem Bostonu i rakiem - okazuje się, że Boston się w rakach specjalizuje). Na kiedy zaprosiłam? Oczywiście na SOBOTĘ. Przyjechałyśmy wszystkie cztery, stoimy przed zamkniętym kościołem, godzina 14.00 mija, nikogo. Z budynku obok wyjrzał ochroniarz, ale gdy Viera coś do niego zawołała, natychmiast schował się z powrotem. Sprawdzam więc tę wywieszkę - i tu dowiadują się wszyscy, jaki jestem gamoń 😂 Ale że głupi ma szczęście, to doczytujemy, że w soboty od 14.00 można sobie kościół oglądać indywidualnie, chociaż tyle - byle otwarli. I proszę: nadchodzi pani wymachując kluczami (w drugiej ręce pudełko z obiadem), otwiera i... pyta nas, czy chcemy się czegoś dowiedzieć, po czym oprowadza nas i to bardzo szczegółowo... aż za bardzo, ileż można słuchać o Przemyślidach tam pochowanych 🤣


Poszłyśmy się wzmocnić kufelkiem do miejscowej knajpy i okazało się, że jest tam czczony zbrasławski rodak, niejaki Jaromír Vejvoda, znany ponoć na całym świecie ze skomponowanej przez siebie polki o tytule Škoda lásky. Polska wersja - My młodzi, my młodzi, nam bimber nie zaszkodzi 😂



W soboty udostępniają do zwiedzania siedzibę darmozjadów, co to wysiadują krzesła za nasze pieniądze (no, akurat może nie za moje). Przynajmniej z nudów mogą pooglądać malowidła, wznosząc oczy ku górze na znak dezaprobaty. Tamże w ogrodach polskie wycieczki, nie wiem, kto bardziej znudzony: turyści czy przewodnik.

W niedzielę wykonywałam plan ekumeniczny, nawiedzałam zamkowe kaplice, klasztorne kościoły, nieboszczki oraz starożytne rotundy (nie żeby w środku było coś do oglądania oprócz maziaja na ścianie w charakterze pozostałości freskowej; za to ksiądz czy jak go tam zwać przyszedł z kluczami i filiżanką espresso z kawiarni obok), zostałam też solidnie przestraszona, gdy w innym przybytku nagle i niespodzianie konfesjonał gdzieś z boku rozświetlił się jak w jakimś horrorze. Ktoś się tam zakradł chyba na palcach.


Następną dawkę szykuję w kolejny dzień boży, dzień odpoczynku, jak by się ktoś pytał, ha ha ha.

Odwiedziłam też cmentarz, który co prawda znałam, ale przecież nie od A do Z, więc odkryłam Ptaka, a gdy nadejdzie ten dzień, że nie będę miała co robić, wpiszę do wyszukiwarki nazwiska lokatora grobu - może to jakiś ornitolog?


Ponieważ jest tu ze mną Osoba Towarzysząca - robimy obchód (lub raczej objazd) wytworów Davida Černý, o którym wcześniej Osoba nie słyszała, więc pole do popisu spore. Dla mnie NIBY nic nowego, ale oto cóż się okazuje - ta jakaś kobieta z liter złożona na daszku nad wejściem do jednego z domów w pobliżu to też jego dzieło... Tak sobie myślałam zobaczywszy ją, że widać kiedyś w tym miejscu stała drukarnia albo co 😂 (baba kombinuje). A tymczasem to siedziba Fundacji Havlów. Uwaga: głowa Kafki dekomponuje się aktualnie przez pierwszy kwadrans każdej godziny, a śmigła Pegazów nie kręcą się wcale (chyba, że też mają wyznaczony czas). Winiarnia Cyberdog jest czynna tylko na zamówienie. Dwaj panowie sikają bezustannie, o prostacie im się nie śniło.





W praskim kajecie wynotowałam dwa nowe pomniki /rzeźby do odnalezienia, świeżutkie jak bułeczki i jeden nawet już wyhaczyłam, upamiętnia on szpital dziecięcy, który został wyburzony, żeby zrobić miejsce dla Nuselskiego mostu (wiecie, tego od samobójców). Drugi, złożony z 20 walizek, też musi być! Ale czekam na nieco niższe temperatury, żeby do niego dotrzeć. Co się wydarzy albo nie. Na dziś zapowiadają 38 stopni, bardzo dziękuję. Idziemy więc dziś do muzeum, a po południu do kina.


Ktoś pytał o książki? Dajcie spokój z drażliwymi tematami, życie jest wystarczająco ciężkie przy 38 stopniach, pogadamy o tym, jak wrócę 😂 Napomknę jedynie, że na rynku w tym Zbrasławiu jest bardzo dobrze zaopatrzona knihobudka 😂 W księgarni jednej widziałam naszych:


 Ależ paskudna okładka!

Zajrzałam do tego przybytku chcąc zobaczyć, jak wygląda książka o praskich peryferiach, która niedawno wyszła. Chyba ją sobie daruję, bo mi się nie widzi ani ilustracyjnie ani merytorycznie (nawet lokalizacji nie podają normalnie, tylko jakieś współrzędne, nie ze mną takie numery...), zwłaszcza za prawie 70 zł 😉 ale może jeszcze raz wstąpię i coś tam wyfocę dla siebie. Tymczasem nęci mnie ten cmentarz ławek... w Krakowie widziałam kiedyś cmentarz okrąglaków ogłoszeniowych, a także tych takich wielkich drewnianych szpul, na które się nawija kable.



 A tu coś (prawie) dla Wiolki 😁


Ta ulica naprawdę była przykra, zważywszy, że poszłam nią pod górę całkiem niepotrzebnie, bo w odwrotną stronę od zamierzonej. Tak się kończy oszczędzanie telefonu (nie będę sprawdzać na mapie, żeby nie zużywać baterii, przecież pamiętam).

Nowy most nie podoba mi się wcale, z tymi masztami... a tam górą wiodła w maju oprowadzana wycieczka szlakiem undergroundu, niech ich popieści 🤣

A tak wyglądał wtedy z góry:


 




I to by było na tyle, z wielkim nakładem czasu i sił wyprodukowałam post i dej Boże, żeby był jeszcze jeden. Wszelkie plany dalszych wycieczek leżą, w realizacji jednohubki