To jest jedna z książek, które mi przysłała Czeszka (dziś rano odgrażała się zresztą, że ma dla mnie kolejne dwa kryminały naszykowane 😁) i najpierw myślałam, że to regularny kryminał - bo gdzież bym tam doczytała, co napisali na skrzydełku... A to była inna historia: najpierw powstało słuchowisko radiowe, a potem, zważywszy na osiągnięty sukces, autor opracował wersję literacką. Ponieważ są tu też zdjęcia, spodziewałam się i filmu, ale to były tylko fotografie zrobione specjalnie do wydania książkowego, imitujące fotosy filmowe.
A na koniec - że owszem, jest to książka z kryminalnym motywem, ale taka dla młodzieży. Śmiesznie przy tym czytać o tym, jak ówcześni młodzi ludzie (lata 60-te) trzęśli portkami przed władzą, czy to rodzicami, czy dyrektorem szkoły czy policjantem. Gdzie te czasy!
Syn miejscowego dentysty dostał w prezencie magnetofon na baterie i oszalał na jego punkcie - razem z kolegą chodzą i nagrywają, co tylko się da. I oto pewnego wieczoru ojciec odkrywa, że mają nagranie rozmowy dwojga ludzi, zmawiających się na... morderstwo. Chłopcy zostawili magnetofon pod ławeczką, na której zwykle siadywała pewna dziewczyna. Ojciec oczywiście leci na policję z tym nagraniem, a tam już dedukują, że chodzi o emeryta mającego w pobliżu działkę z domkiem letniskowym, skłóconego z sąsiadami. I co się dzieje? Najpierw ktoś wrzuca mu przez okno kawał żelaza (ponoć chybiło o centymetry od głowy starszego pana), a potem podpala domek. Zaczyna się śledztwo w wykonaniu dzielnicowego Peterki, a jednocześnie chłopcy cały czas dostarczają kolejne nagrania...
Lektura była dość trudna, w sensie bardzo bogatego i urozmaiconego słownictwa. W połączeniu z przedwyjazdowymi nerwami - sporo czasu mi zeszło 😁 Szkoda, że filmu nie ma.
Początek:
Koniec:
Wyd. Nakladatelství České Budějovice 1966, 111 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 29 lipca 2026 roku
Dziecko przyjechało (tylko 88 minut opóźnienia miał pociąg), wyczyściło odpływ pod prysznicem, przykręciło klamkę...
A teraz chodzi i nudzi, że ona tam chce jechać z powrotem, bo tu nie ma co robić 🤣 I chyba tęskni za kotem!
Z budki przyniosłam na podmiankę Hugo, w sumie nie wiem, czy dobrze, bo to jakieś nowe tłumaczenie (nie mam zaufania do nowych tłumaczeń 😉), ale za to mniej miejsca zajmie.
Obejrzałam ostatni odcinek drugiego sezonu tego norweskiego serialu o znalezieniu ropy, książka przeczytana, nowej nie ma sensu zaczynać, podobnie jak trzeciego sezonu filmu - normalnie ja też nie mam co robić 😂 Cztery książeczki na Pragę naszykowane, zamówienie w Ulubionym Antykwariacie zrobione (pięć! PIĘĆ słownie PIĘĆ sztuk tylko kupiłam! dzielna jestem, co?).
Ale ale! Zadzwoniła Ta, Co Jedziemy Razem - że w obliczu grożących upałów postanowiła skrócić pobyt i odjedzie już w środę. Ja się oczywiście nie poddam tak łatwo, choć... jak zaglądam ponownie do prognoz, to widzę, że temperatura ciągle rośnie 🙄 Trochę się ostatnio martwiłam, że mam za mało przygotowanych wycieczek, wiecie - takich, że jadę w jakieś okolice i tam oblatuję wszystko, co jest do oblatania - ale to najwyraźniej nie zaszkodzi, bo żadnych wycieczek nie będzie 🤣 chyba jedynie same takie szusy metrem do czegoś JEDNEGO w pobliżu stacji i z powrotem... Jak na złość objawiła się ciekawa wycieczka oprowadzana, no ale to już na pewno nie przy 40 stopniach. Nie zapowiada się owocny pobyt, ale co tam... grunt, to trochę pobyć w Pradze. Albowiem - właśnie przeczytałam w kolorowej gazetce, że niejaki Dymsza miał zasadę czy życiowe motto:
WSZYSTKO BZDURY - NOS DO GÓRY!
Więc się spróbuję do niego przykleić.
Jeszcze kartka ze spisanymi filmami. Jak wrócę w całości i przy zdrowych zmysłach, to już będzie na bieżąco.
/obiecanki cacanki/
Obejrzałam ten szwedzki - The Last Journey. Popłakując sobie tu i tam, no bo możecie się domyśleć z tytułu... Jest to niby dokument, ale wyraźnie pod publiczkę, syn (jakiś ichni celebryta) wraz z przyjacielem zabiera ojca u kresu życia do Francji, którą ojciec uwielbiał (był nauczycielem francuskiego) i wielokrotnie spędzali tam wakacje. To, że ojciec wrócił z tej ostatniej podróży żywy, to cud... syn showman to wiecie... film zresztą był zdaje się szwedzkim kandydatem do Oscara.





