sobota, 15 sierpnia 2026

Wiesław Łuka - Nie oświadczam się

O zbrodni połanieckiej i słynnej zmowie milczenia pewnie większość z Was słyszała...


Czytało się dość ciężko, nie tylko ze względu na temat. Książka to głównie wypowiedzi: uczestników zbrodni, świadków, innych mieszkańców, którzy przy samej zbrodni nie byli, ale w ten czy inny sposób zostali w nią zamieszani, sędziów, milicjantów, biegłych. Nazwisk (częściowo zmienionych) jest mnóstwo i trochę się to miesza, zwłaszcza że czy to oskarżeni czy świadkowie (którzy również stawali się oskarżonymi - za fałszywe zeznania) ciągle motali, zmieniali zeznania i czytelnik łatwo się w tym może pogubić. Dodatkowo język tych mieszkańców wsi - bywało, że mało zrozumiały. Jak choćby tytułowe nie oświadczam się, powtarzane w sądzie jako odpowiednik odmowy zeznań. Mało zrozumiały język, jeszcze mniej zrozumiała ich moralność. Choć... to wieś przecież, i to w latach 70-tych, pół wieku temu, trudno się tu spodziewać sielskich obrazków, ktoś jeden ma ciągnik i rządzi, każdy się boi mu podpaść, każdy jest od niego zależny, więc w głowie mu tkwi, że lepiej siedzieć cicho. Bo w końcu zamordowane Kalitowe dzieci i tak nie wrócą...

Nowe wydanie reportażu z początku lat 80-tych zawiera dodany rozdział po 35 latach. Czy coś się zmieniło w ludzkiej mentalności? Niekoniecznie, matka pomordowanych woli spotkać się z reporterem na cmentarzu, bo nie chce rozdrażniać dzieci morderców widokiem samochodu z warszawską rejestracją przed swoim domem...  

Okropna to lektura, dająca tak przerażającą świadomość, że potwory są wśród nas. Holoubek kręci serial, nie wiem, czy będę oglądać. 

Początek: 


Koniec:



Wyd. Dowody, Warszawa 2025, 245 stron

Z biblioteki (zapisałam się do kolejki chyba pół roku temu czyli było spore zainteresowanie, a teraz za mną jest tylko jedna osoba, a w innych filiach książka czeka)

Przeczytałam 12 sierpnia 2026 roku


Z przygód emerytki

Noc przed wyjazdem do Pragi

Wróćmy jeszcze do chwil przed wyjazdem, który następował w piątek. W czwartek wieczorem przypomniałam sobie, że Osoba Towarzysząca pytała mnie kiedyś, czy dostałam potwierdzenie z hotelu. Nie dostałam, więc mnie naszły wątpliwości i zaczęłam szukać w poczcie, czy poprzednim razem takie potwierdzenie przysyłali. Owszem, tak. A wiecie, jak byłam tam w maju i usiłowałam się doprosić o swój stały pokój na I piętrze (bez rezultatu), to mówiłam do siostry, że się wobec tego zastanowię. I potem się już do nich nie odezwałam.

Czyli co? Czyli sprawa jasna - uznali, że pokoju na III piętrze nie biorę!

I na próżno sobie powtarzałam, że przecież przysłali by wiadomość o anulowaniu rezerwacji... Ziarno niepewności zostało zasiane i już wiedziałam, że przyjadę, a pokoju dla mnie w ogóle nie będzie (przecież raz się tak zdarzyło). Oczywiście nie było mowy o zaśnięciu. Szybciutko napisałam do nich, niby że zamelduję się między 17.00 a 18.00, z nadzieją, że mi odpiszą COKOLWIEK w piątek rano, jeszcze przed wyjściem na pociąg. Przewracałam się na łóżku gdzieś do 4.00... a potem, o 6.00, zadzwonił budzik. Co chwilę sprawdzałam pocztę, ciągle nic, w końcu koło 9.00, kiedy trzeba było już wychodzić, więc w te albo we wte, zadzwoniłam. I mnie zapewniono, że tak, jak najbardziej, czekają. Tak że ruszałam w podróż co prawda szczęśliwa, że nie wyląduję pod mostem, ale skonana do granic wytrzymałości. 

Dzień przed odjazdem z Pragi

Niedzielny poranek. Siedzę na schodach przed pobliskim kościołem, czekając na koniec mszy, że może nie pogaszą świateł i nie zamkną natychmiast, jak to jest w zwyczaju i że zdążę zrobić jakieś zdjęcia. Rozkoszuję się porannym chłodkiem i pustką na ulicy, gdy wtem przychodzi wiadomość od brata. Czy by moja córka nie przyjechała popilnować znów domu i kota na 2 tygodnie. Kiedy? We wtorek. W sumie mógł w poniedziałek wieczorem zapytać, więc nie ma co narzekać... No nic, napiszę do córki.

/bo to jest tak, że z nią kontakt jest przez Messengera, a brat go nie ma, więc zawsze okrężną drogą przeze mnie/

Córka odpisuje mi TAAAAAAK 😁 Ło matko, kiedy pranie, kiedy co. Przecież przyjadę w poniedziałek wieczorem. Pranie niepotrzebne, dowiaduję się, wszystko ma gotowe i już zaraz się spakuje. Poszukaj tej listy, co ją robiłyśmy przed poprzednim wyjazdem, radzę. Nie, żadna lista jej niepotrzebna, wszystko wie. Szczęściara, ja tam robię listę nawet, gdy wychodzę do miasta załatwić dwie sprawy. Ale już mam cały dzień zepsuty przez nerwy z tym jej wyjazdem nagłym a niespodziewanym.

Poniedziałkowy ranek, w dniu odjazdu z Pragi 

Budzik nastawiony na 6:45 - dzwoni - idę pod prysznic - wracam, jest nadal 6:45. Zepsuł się! Słuchajcie, a gdyby się zepsuł kwadrans wcześniej i nie zadzwonił? I właśnie wtedy przez złośliwość losu spałabym do 9.00?

Tak, wiem, że jest budzik w telefonie, ale do tej pory nie próbowałam. Chyba trzeba zrobić któregoś dnia eksperyment... 

Odjazd córki we wtorek 

Towarzyszę jej na stację, gdzie stwierdzamy, że w charakterze Regio występuje antyczny strup, o klimatyzacji oczywiście nie ma mowy, a przed odjazdem (myśmy były z zapasem) było już tyle ludzi, że stali napakowani jak sardynki. Czyli i gorąc łamane przez zaduch jak cholera. Gdy wyszłam z powrotem na peron aaaaaach jak odetchnęłam świeżym powietrzem...

I oczywiście zaraz zaczęłam się bać, zaraz zaczęłam sobie kręcić film - że w tym gorącu córka zemdleje etc. Co to dla mnie tak sobie wyobrazić... i przyjąć już za pewnik. W drodze do domu, sztucznie wydłużanej (chodzę nawet z jedną panią i jej pieskiem po osiedlu), sprawdzam spóźnienia na stronie PKP i - jasne, pojawia się! I rośnie! Dochodząc do 38 minut. To już wiem, że: zemdlała - wezwano pogotowie do najbliższej stacji - i tam pociąg stoi, stąd opóźnienie. Zanim brat mi napisze, że dojechała i że nie zemdlała, przybywa mi kolejnych siwych włosów (do kolekcji tych, co to się pojawiły, gdy brat "miał zawał"). 

Powiedzcie sami, jak można być tak głupim i tak się nakręcać. A gdy lata temu mama prosiła napisz/zadzwoń, jak dojedziesz, to się człowiek z tego śmiał...

Po raz pierwszy od dość dawna obejrzałam film (nie licząc kina w Pradze). Wybrałam z którejś wcześniejszej listy i trafiłam szczęśliwie - japońska opowieść o zwykłej/niezwykłej rodzinie i jej codziennym życiu. Uwodzi jak rzadko, polecam. Nazywa się The Taste of Tea i ma polskie napisy - klik.

To było wczoraj, a dziś wyświetlił mi się na YT stary polski film - urok: czarno-biały - Wielka, większa i największa. Nie żeby nie wiadomo jakie cudo, powiedzmy 6/10, ale zawsze miło popatrzeć na aktorów, których znamy, prawda? Na te wnętrza, na kostiumy. Ciekawam, czy ktoś rozpozna warszawski (chyba?) dworzec (około piętnastej minuty)? Może powinnam przeczytać również książkę? W ramach lektur wakacyjnych? Ale to by była zła kolejność, skoro już obejrzałam ekranizację 😉

 


środa, 12 sierpnia 2026

Hans Gruhl - 5 mrtvých starých dam + PRAGA, wtorek - poniedziałek

Wyciągnęłam z pudła po 10 koron, bo sam tytuł był więcej niż zachęcający, i taki klimat a' la Agata Christie. I się nie zawiodłam, przeczytałam w dwa dni - nie mając co ze sobą robić w największy skwar. Bardzo bardzo przyjemna lektura. Pan młody doktor z prywatną praktyką - rzecz dzieje się w RFN w latach 60-tych - przejmuje gabinet po innym lekarzu wraz z jego pacjentami oraz z asystentką, ale ta odchodzi na emeryturę i trzeba znaleźć nową. Gdy zgłasza się pewna świeża absolwentka kursów pielęgniarskich, dr Klein przyjmuje ją bez wahania, nie zważając na absolutny brak doświadczenia oraz pewną ekscentryczność w zachowaniu (wynikającą z młodości), za to zauważając inne, bardziej fizyczne atuty. No, krótko mówiąc, pan doktor poczuł miętę i to nie bez wzajemności. To jeden wątek, który mi każe myśleć, że co prawda lubię kryminały, ale najbardziej takie z historią miłosną w tle, choć romansów jako takich raczej nie czytuję. Czyli najlepsze jest dwa w jednym 😁

A co z wątkiem kryminalnym? No, wszystko zaczyna się od wezwania do jednej z odziedziczonych pacjentek, już tylko po to, by skonstatować jej śmierć. Cóż, nie była najmłodsza i chorowała na serce. Na stoliku przy łóżku jest oprawione w ramkę zdjęcie pięciu dziewcząt ze szkolnych czasów i oto dwie z tych przyjaciółek już nie żyją, a wygląda na to, że ze świata zejdą kolejne, choć ich śmierć niby wypada jak najbardziej naturalnie. Doktor Klein zaczyna prowadzić prywatne śledztwo, do którego wciąga zaprzyjaźnionego komisarza policji.

Nie widzę śladu w polskim internecie po tym autorze, więc pozostaje mi nadzieja, że kiedyś znajdę jeszcze jego drugi kryminał przetłumaczony na czeski. Będę zachwycona! 


Zaintrygowała mnie ta informacja o zastrzeleniu się niechcący, więc wrzuciłam tekst z niemieckiej Wiki do translatora:

Hans Gruhl zginął w wyniku – prawdopodobnie niezamierzonego – samobójstwa. Chcąc zapewne wczuć się w sytuację opisywaną w nowej powieści, przystawił sobie do głowy pistolet z wcześniej opróżnionym magazynkiem i pociągnął za spust. Najwyraźniej nie wziął przy tym pod uwagę naboju znajdującego się w komorze nabojowej.

No coś takiego! Jaka szkoda! Jeszcze większa szkoda, że nie ma nic po polsku nieszczęsnego pana Gruhla. Pisze z humorem i jest to naprawdę taka wypoczynkowa lektura.

Początek:


Koniec:


Wyd. ORBIS, Praha 1970, 134 strony

Tytuł oryginalny: Fünf tote alte Damen

Przełożyła na czeski: Karla Kvasničková

Z własnej półki (kupiona 8 sierpnia 2026 roku z pudła po 10 koron)

Przeczytałam 9 sierpnia 2026 roku 

 

Praga, dzień piąty, szósty, siódmy, ósmy, dziewiąty, dziesiąty i jedenasty

😁😁😁 

Tak, wiem, wystarczyło napisać dzień piąty - jedenasty, ale co sobie będę żałować 😂 W sumie nawet nie wiem, od czego zacząć. Mówię sobie: wezmę po dwa-trzy zdjęcia z każdego dnia... i nagle jest ich 88! Teraz muszę ciąć. Jednak relacje z kolejnych dni są lepsze. Ale dobrze, lećmy z tym koksem.


To był najbardziej męczący pobyt z dotychczasowych, przez ten upał oczywiście. Dlatego muszę dobrze pomyśleć, co dalej (młodsza nie będę). Oczywiście maj, to nie podlega dyskusji, ale czy również sierpień? A jeśli nie sierpień, to co? Wrzesień? Postanowiłam się przyglądać temperaturom i generalnie pogodzie praskiej po wakacjach i dopiero podjąć decyzję. Ale dzień już wtedy taki krótki...

Mimo cholernie niesprzyjającej pogody czyli 35 stopni (bo dlaczego nie) sporo jednak zobaczyłam - widzę to teraz dopiero po zdjęciach. Mogę określić tegoroczny sierpień jako kościółkowy, bo wypisałam sobie ich sporo - spośród tych, gdzie odbywają się msze również w wakacje (tak, bo w części kościołów jest urlop... albo mają mszę o 8.00 rano, a wiadomo, że jeśli chce się wejść do środka i pofocić, to trzeba to zrobić przed nabożeństwem, a nie po, bo prędziutko zamykają interes; często jest zresztą tak, że ksiądz pędzi odprawić mszę jeszcze w innym kościele w parafii). W kilku przypadkach i tak zastałam na drzwiach kartkę, że przepraszamy, ale nic z tego; oj, to boli, jak się już w ten gorąc pojedzie na próżno.




 

 

Zebrałam też do kolekcji kilka zegarów słonecznych, w tym taki na osiedlu, gdzie kicają również zające.



Za to wyprawa na żubry powiodła się średnio na jeża (pozostając w kręgu zwierząt) - jedyny, jakiego ujrzałam, to był ten koło stacji 😂 A tyle mnie to kosztowało potu (i kroków). A' propos kroków, wyszło mi, że zrobiłam 134,6 km w te upały, normalnie jestem gieroj.

W nagrodę z platformy widokowej zrobiłam sobie kolejne selfie: 

Ja się tym żubrom nie dziwię, jak bym była taka kudłata, też bym siedziała w gorąc w mateczniku.

A cóż to poniżej, spytacie. A to najwęższy dom mieszkalny w Pradze 😂 Bodajże 14 pięter, ale mieszkań mniej, bo na parterze nie ma, a na górze jest dwupoziomowe czy może nawet trzy.

 

Dojechałam tramwajem na przystanek pociągu, a tu takie coś. Peron jeden, tor się skończył. Dobrze, że przyszedł jakiś młodzieniec i mi wyjaśnił, że pociąg jeździ wahadłowo, tak że tu przyjedzie z przeciwnego kierunku i z powrotem w nim pojedzie. Tak też się stało i w dodatku trzeba było pilnować przycisku, bo moja stacja była na żądanie.


A wszystko to po to, żeby obejrzeć dom pod skałą, ponoć inspirowany Hundertwasserhausem. Zamieszkała w nim para artystów, która po powrocie z Wiednia tak go sobie wymalowała, że stał się lokalną atrakcją.

A skoro już o domach artystów mowa, to ZNALAZŁAM! Kiedyś oglądałam wywiad z panią B., w którym aktorka narzekała na tę budowę hotelu (co to ją miałam za oknem), z czego wywnioskowałam, że gdzieś tu w pobliżu musi mieszkać. Cóż więc prostszego, niż przyjrzeć się domofonom w przyległych ulicach. 

Oprócz nazwiska na domofonie, moje znalezisko potwierdza godło na kamienicy 😁 Panią B. znacie ze Szpitala na peryferiach 😁


Z Osobą Towarzyszącą wstąpiłyśmy na Pocztę Główną, bo jej chciałam pokazać jedno z najpiękniejszych miejsc tego typu - a tu okazało się, że najwyraźniej w obliczu rychłej sprzedaży (tak, chcą się pozbyć tego budynku, całkiem jak w Krakowie) przestali tam dyżurować ochroniarze, łapiący za rękę każdego, kto chce zrobić zdjęcie - teraz można focić skolko ugodno.


Przypadkiem wstąpiłyśmy też na podwórko z kawiarnią i tak odkryłyśmy, że od poniedziałku do piątku działa tam również stołówka gazowni, która pracownikom wydaje obiady od 11.00 (no wiecie, Czesi, oni masowo o 11.00 idą na przerwę obiadową), ale od 12.00 również obcym, więc jak najbardziej wybrałyśmy się tam któregoś dnia. To jest moje czwarte miejsce obiadowe w centrum...

A potem zyskałam piąte, bo w akademiku Arnoszta z Pardubic też obcy mogą zjeść, nie tylko studenci i nawet w wakacje. Jestem zabezpieczona obiadowo na wszystkie strony 😁

 

Za to gdy chcecie prawdziwej austro-węgierskiej kawiarni, to wybierzcie się do Cafe' Louvre.

Wszak to tam Jara Cimrman pisał swoją sztukę Czeskie niebo

W hallu jest wielka mapa Pragi z wypisaną listą kawiarń, naciśniesz guziczek, zapali się żaróweczka wskazując lokalizację.

Mówiłam, że pojadę obejrzeć najnowszy pomnik i pojechałam. Możecie zgadywać, czego.

 

A niżej to nie pomnik, ale ni to rzeźba ni to reklama - autorka twierdzi, że wszyscy przechodzący pasażem próbują tak ułożyć palce (ja też próbowałam, bez rezultatu).


A tu sobie łódka płynie ulicą.


Na ulicy można też długo iść wzdłuż najnowszego muralu - liczy sobie 700 metrów długości, są i praskie motywy.


A ja w ostatni wieczór w Pradze przyłączyłam się do tłumów fotografujących oryginał. Zapiszę sobie... żeby może kiedyś wjechać tam na górę.


Łatwo w tych dniach nie było.


Tęskniło się za chłodkiem, oj tęskniło.


Najlepiej wtedy - do metra!

 

Albo - do fontanny!


Bo inaczej wygląda się tak:

Wszystko dobre, co się dobrze kończy... i tak tradycyjnie Věra przychodzi odprowadzić mnie na stację, wyrywając mi z ręki łowicką siatkę z książkami...


Tak że na koń!


 

Aha, ale właśnie, z książkami.  

Spytałam córkę, co jej przywieźć.

- Głównie nie przywoź książek. 

- Too late.

- To wobec tego nic.

Mówisz i masz. 

😂 


A te książki? Cóż.


Miało być mniej i jest mniej. Ale jedynie wydanych na nie pieniędzy 😄😄😄 Sztuk 32, centymetrów 52, waga nieznana. Zaopatrzenie przebiegało albo z wystawek po 5 i 10 koron albo w knihobudkach. No, pięć zamówiłam w Ulubionym Antykwariacie i tak się cieszyłam, że mało... a potem gdzie nie poszłam, tam coś kusiło. Są to oczywiście detektivky czyli kryminały (w tym zagraniczne na spróbę, na przykład ten jakiś Gil Ribeiro), jakieś dla dzieci czy młodzieży, trochę humoru (tu liczę na niejakiego Gordona z samego dołu stosu) i jakieś czytadła. Ach, raz się żyje! Widać tam również polskie nazwisko! Nic mi nie mówi, teraz dopiero czytam, że zmarła w tym roku. 

No jak można przejść obojętnie... 

 

Albo koło tych książek po 5 koron, wystawionych na parapecie czy w kartonach przed antykwariatem, o rzut beretem od hotelu? No przecież kilka razy dziennie tamtędy przechodzę 😉
 

No to jeszcze mój widok z okna (nigdy więcej!)


Widok z kościoła...


Widok z muzeum...

 

Widok z urzędu dzielnicowego... 


Widok z ulicy (na semafor w klatce)...


 Widok z przejścia pod torami...


Widok z kolumbarium...


Widok z ubezpieczalni (na węgorza Pepika, który żyje w fontannie, ale zabronili go fotografować)...

Widok z parku (gdzie można wziąć sobie leżak, tylko pamiętać, żeby dać go z powrotem pod daszek na wypadek niepogody)... 

Widok z trawnika między blokami...


Widok na remont torów, złośliwie kończący się w ostatnim dniu mego pobytu (a tak utrudnił życie)...

 

Widok na nie takie już złe czasy, skoro stać nas na świecącą się w dzień lampę...


I widok na czasy wręcz złote...


Ale pamiętajcie, że nie wolno się przemęczać!



 A jeśli już...


... to kończę 😁