piątek, 3 kwietnia 2026

Zbysław Arct - Gawędy o księgarzach

W budce się w marcu trafiło i chyba jest jasnym jak dzisiejsze słońce, że od razu chapsnęłam.

Gdy wpisałam do katalogu pod 'etykieta' książka, wyszły mi:

- Książka i jej czytelnicy w dawnej Polsce (Bogumiła Kosmanowa)

- Moje życie z książką, t.1-2 (Zuzanna Rabska) 

- Rynek książki w Polsce 1944-1989

- parę pozycji dotyczących drukarstwa w Krakowie

- miniaturka Od deski do deski (Janusz Roszko) 

I jest taka historia, że czytałam jedynie ten pierwszy tom Rabskiej (klik) i chwilę nawet myślałam, że drugi nie zdążył powstać, ale czytelniczki bloga wyprowadziły mnie z błędu i kilka miesięcy później go dokupiłam... ale jakoś potem nie przeczytałam 😉 

No i WIEM, że mam jeszcze inne książki o książkach, tylko w katalogu nie wpisałam odpowiedniego hashtagu. O, na przykład Młodość wydawcy Gebethnera. Albo może Silva rerum.  

A co ta? Po pierwsze dowiedziałam się o istnieniu całej serii pod nazwą KSIĄŻKI O KSIĄŻCE. Co prawda zamieszczony na końcu spis tytułów wydanych do 1972 roku jakoś mnie nie zachwycił, ale na Lubimy czytać jest wymienionych 35 pozycji, a na allegro była oferta 67 tytułów za jednym zamachem - więc coś ciekawego pewnie by się jeszcze wyszukało. Z tym, że nie na pewno 😂 Bo właśnie zobaczyłam, że ten sam autor czyli Zbysław Arct popełnił jeszcze Dziwne historie książki i mimo, że Gawędami nie jestem zachwycona, to to może dziwne historie byłyby zajmujące... ale nie, nie byłyby, jest opinia na ich temat, że ziewać jedynie nad nimi można. Generalnie to co napisała tamta czytelniczka można odnieść i do Gawęd, niestety. Że książka wypełniona masą cytatów, a zwłaszcza, że pisana na kolanach (nie na kolanie) przed Wielkim Naszym Przyjacielem Związkiem Radzieckim. Ja rozumiem konieczność złożenia daniny, zdarzało się najlepszym, ale tutaj to gruba przesada. 

Tak że - przeczytać można, ale tylko raz. Zabrałam się za lekturę z wielkim entuzjazmem, a wyszło jak wyszło.

A co po drugie? Ano, że wpisawszy do wyszukiwarki serię wydawniczą, dowiedziałam się przy okazji, jakie 10 książek każdy powinien przeczytać 🤣 Proszę bardzo, zapoznajcie się z tym, co wyszukało AI:

Oto zestawienie
10 kanonicznych dzieł literatury światowej i polskiej, które warto znać. Obejmuje ono klasykę, literaturę obyczajową oraz wybitną fantastykę, wpływającą na sposób myślenia o świecie.
  1. "Rok 1984" - George Orwell – Przejmująca wizja totalitaryzmu i inwigilacji, która pozostaje niezwykle aktualna.
  2. "Mistrz i Małgorzata" - Michaił Bułhakow – Klasyka z nutą magii, satyra na radzieckie społeczeństwo i głęboka opowieść o miłości.
  3. "Zbrodnia i kara" - Fiodor Dostojewski – Studium psychologiczne zbrodniarza i analiza kondycji ludzkiej.
  4. "Wielki Gatsby" - F. Scott Fitzgerald – Portret "szalonych lat 20." w USA, opowieść o miłości, marzeniach i ich upadku
    .
  5. "Sto lat samotności" - Gabriel García Márquez – Arcydzieło realizmu magicznego, opisujące historię rodziny Buendía.
  6. "Lalka" - Bolesław Prus – Najwybitniejsza polska powieść realistyczna, panorama społeczeństwa warszawskiego XIX wieku.
  7. "Zabić drozda" - Harper Lee – Poruszająca opowieść o uprzedzeniach, rasizmie i moralności na amerykańskim Południu.
  8. "Mały Książę" - Antoine de Saint-Exupéry – Ponadczasowa bajka filozoficzna dla dzieci i dorosłych, ucząca wrażliwości.
  9. "Dziwne losy Jane Eyre" - Charlotte Brontë – Powieść o niezależności, miłości i sile charakteru, klasyka literatury kobiecej.
  10. "Chłopi" - Władysław Reymont – Monumentalny obraz życia chłopskiego, nagrodzony Literacką Nagrodą Nobla.
Książki te kształtują wrażliwość, oferują głębokie przemyślenia i są fundamentem kultury. 

Ja nie wiem, ale jakoś mnie nie bierze Mały książę, nie nauczył mnie jednak wrażliwości, kurka wodna!

A teraz dawać mi tu tytuły innych książek o książkach 😁 



Początek: 


 Koniec:

Wyd. Ossolineum, Wrocław 1972, 241 stron

Z własnej półki (ale powstaje pytanie, czy jej nie odnieść)

Przeczytałam 1 kwietnia 2026 roku 




Czy to Prima Aprilis był?

Zaglądam do banku sprawdzić, ile odsetek przyszło od rachunku oszczędnościowego - wliczam je sobie teraz do comiesięcznego dochodu. Ok, 78 zł czyli plus minus tak jak zawsze, są różne wahania w zależności od ilości dni w miesiącu (chyba). Po czym widzę, że jest jakaś nowa wiadomość, a tam informacja, że od maja obniżają oprocentowanie na 0,1% z powodu obniżenia stóp procentowych. No to szukam, jakie było do tej pory. Otóż 1%. Czyli będę dostawać co miesiąc 7,50. Taki ładny dodateczek do emerytury 🤣🤣🤣 

/a ja myślałam, że stopami procentowymi to się martwią jedynie jacyś kredytobiorcy/ 

Kuźwa, wszędzie człowieka oszwabią! 

Ale ale! To już ostatni raz, jak jojczę na ten temat! Obiecuję!

/znaczy - postaram się zamilknąć w tej kwestii na zawsze/

/tej kwestii czyli pieniężnej/ 

Za to obejrzałam film Rosselliniego z 1954 roku Strach z Ingrid Bergman (tutaj do końca kwietnia) - dość ciekawe studium psychiki kobiety, która wdała się w pozamałżeński romans i jest z tego powodu szantażowana. Płaci, żeby mąż się o niczym nie dowiedział, po czym następuje wolta. Gdyby ktoś obejrzał, to z chęcią się dowiem, co myśli o zakończeniu, bo dla mnie postępowanie bohaterki było niezrozumiałe... 

wtorek, 31 marca 2026

Wielkanoc. 111 najlepszych przepisów

Przy takich pozycjach często nie ma podanych autorów, tylko różni redaktorzy i koordynatorzy, więc trudno. Być może to było sprzedawane razem z tym Faktem, albo co - napisano, że to nr 2/2011. Książeczka nie pochodzi z moich starych nabytków (zwłaszcza, że w 2011 to już takich rzeczy nie kupowałam), tylko z knihobudki, to chyba jasne 😁 A skoro Wielkanoc za pasem to się przyłożyłam do lektury. Żeby było śmieszniej (???) nic nie znalazłam do wykorzystania na te święta. No bo coby ukontentować brata, który już z Chile się domagał żurku z jajkiem na kiełbasie, postanowiłam tenże przyrządzić - ale tu go nie ma. Dlatego się zastanawiam, czy aby ta publikacja nie jest jakimś tłumaczeniem z niemieckiego, no bo jak to bez żurku? Na drugie chcę wykonać roladki faszerowane ze schabu (może sobie poradzę), ale to też przepis skądinąd. Znając swoje zdolności piekarnicze chyba się nie będę zabierać za żadne ciasta, ale kto wie? Może jeden przepis z tej książki wykorzystam? To murzynek:

Z tym, że zdaje się nie posiadam odpowiedniej blachy. Chyba wyrzuciłam starą przy remoncie kuchni 😢

Właściwie to może powinnam rzucić się na głęboką wodę i upiec babkę? Taką na przykład => Ania gotuje? Bo formę mam, jeszcze nigdy nie użytą. Albo taką jogurtową

Z mięsiw odnotowuję:

- karkówkę duszoną z pieczarkami


 - schab duszony z pomidorami i oliwkami


 - piersi kurczaka z sosem musztardowym (to pewnie wypróbuję jako pierwsze)


 

Zupa tu jest z kukurydzy, ale jako że krewetki raczej odsuwam na bok (bo się mogę nie zmieścić w limicie 200 zł tygodniowo 🤣), to powstaje pytanie, czy mogę też sobie darować sos rybny. Przeraża mnie również pół kostki masła, ale nie z powodu ceny, bo ostatnio na różnych promocjach (kup 3 sztuki) masło jest tanie, tylko z racji bomby jakiejś kalorycznej okrutnej.

 

Z przystawek nic mnie nie zainteresowało (jajka faszerowane awokado, jajka faszerowane mascarpone  z anchois, jajka faszerowane tuńczykiem etc.), nie chciałoby mi się rano z tym bawić, w dodatku nie mam szprycy i w ogóle. Tak że co do śniadania wielkanocnego to nie wiem... Najprostsze są pomidory faszerowane bryndzą 😂 


 A na zaś ze słodkości zapisuję jeszcze:

- ciasto z jagodami


- twarogowe półksiężyce


 - i tartę z brzoskwiniami 


Wyd. Ringier Axel Springer Polska sp. z o.o., Warszawa 2011, 119 stron

Z własnej półki

Przeczytałam 28 marca 2026 roku

 

Za mną kilka ciężkich dni. Bo jakiś tam katar i pokaszliwanie to pryszcz, ale ten łeb napieprzający to już nie za bardzo. Zdycham. Wczoraj miałam iść do przychodni w sprawie wyników krwi, dobrych, no ale skoro miałam termin zarezerwowany... Po kilku godzinach debaty sama ze sobą, co robić - no przecież nie ma mowy, żebym wstała z łóżka i w dodatku poszła pod prysznic - zadzwoniłam, czy możemy to przełożyć na teleporadę. Pani doktor zadzwoniła o 18.30, więc kompletnie nie kumam, co jeszcze robiła o tej porze w przychodni i co na to pani z rejestracji, która musiała czekać, żeby interes zamknąć 🤔 Zainteresowawszy się, co mi się dzieje, pani doktor zaproponowała coś przeciwbólowego, czego nie znałam, usłyszałam, że coś tam kodeina, więc dobrze. Jeszcze zapytała, czy będzie miał kto pójść do apteki. A gdyby nie, to co, ona chciała? 😉 Dobrze, córka poleciała i przyniosła i okazało się, że to Efferalgan Codeine, musujące - nienawidzę takich, bo tym bardziej mi się chce zwracać... No, ale trudno. I tak myślę o tym, jak to fajnie teraz mamy, że przychodzi kod na telefon i zaraz idzie się do apteki czynnej do 21.00 i jest. Gdzie to porównać z dawnymi czasami...

A' propos dawnych czasów, rozmawiałam z wujkiem (odkąd zamieszkał u mnie Ojczasty, nabrał zwyczaju niedzielnych telefonicznych pogaduszek). On jest mocno kościółkowy, więc żeby go odciągnąć od niewygodnych tematów, podpytuję o różne sprawy z przeszłości 😁 Więc spytałam, czy u nich była od razu kanalizacja, jak budował dom z warśtatem (to wujek od tego zakładu pogrzebowego). Nie było, szambo mieli. I co mi mówi - szpital też nie miał kanalizacji, tylko szambo! Szpital! Wybudowano go w latach 30-tych, ale wujek swój zakład stawiał chyba pod koniec lat 50-tych i ciągle jeszcze - mówi - kanalizacji nie było i po drugiej stronie ulicy rynsztokiem spływały nieczystości z kostnicy i szpitala. Ha ha ha. 

/Wujek cwana bestia kupił działkę pod zakład pogrzebowy w małej odległości od szpitala, żeby krewni wracający stamtąd, dowiedziawszy się o śmierci członka rodziny, od razu do niego trafiali./

Dowiedziałam się też, że nie ma już ulicy dra Kwarty, przemianowali, no bo to komunista był. Taki przedwojenny i Niemcy go zabrali do obozu, ale przeżył, tylko że potem już mocno niedomagał. A był zasłużony, bo leczył biedotę za darmo. Potem się wyprzedawał i wujek pamięta, że jako chłopak chodził do niego kupować znaczki, które zaczął zbierać. I namówił też ojca, żeby mu dał pieniądze na gramofon, który doktor Kwarta też miał do sprzedania (mówił, że magnetofon, ale to wiadomo, że mu się pomyliło). Jako że weszła ustawa o zakazie propagowania komunizmu, ulicy dra Kwarty przywrócono przedwojenną nazwę Prosta, wot szto.

Jak leżę z głową to wiadomo - myśli się tylko o tym, żeby raz zdechnąć i będzie spokój. Ale tak się zastanowiłam, czy aby ból głowy to najgorsze. Wujek opowiedział mi też, jak go bolał ząb, a w mieście nie było w ogóle dentysty. Był felczer, ale ten nie leczył, tylko wyrywał. Wujek bał się, ale ząb ciągle bolał, więc w końcu się do felczera wybrał. Czekał, a gdy z izby, gdzie felczer urzędował, usłyszał okropny wrzask innego pacjenta, oczywiście uciekł. Ząb jednak dalej bolał i matka go namówiła, żeby na drugi dzień jednak poszli razem. Opisał mi proces wyrywania (matka go trzymała za głowę, a on miał zaciskać dłonie na poręczach fotela czy czego tam) 😁 To chyba jednak z głową lepiej...

Tyle świeżych wiadomości z Dżendżejowa. 

Donoszę, że zdobyłam się na odwagę i poszłam się umyć (mamy kanalizację), a teraz biorę się za listę zakupów z nadzieją, że jutro albo pojutrze to już wyjdę. I gratuluję sobie, że raz jeden jedyny nie odłożyłam na później (czyli na ten tydzień) jednej sprawy. Zadzwonili w zeszłym tygodniu z mammografii z Wiślnej, że likwidują się i żeby przyjść odebrać zaległy wynik (sprzed dwóch lat). I poszłam od razu, cud prawdziwy. Trzeba było wziąć ze sobą śrubokręt i tę tabliczkę sobie odkręcić na pamiątkę, tyle razy tam byłam, tyle razy się pięłam po tych drewnianych, wyślizganych schodach 🤣 

 

W pracy też mieliśmy takie schody, w sumie dość niebezpieczne, ale z duszą, no. Potem właściciel kamienicy zarządził wymianę na kamienne, aliganckie i to już nie było to 😕 

 

Z ostatniej chwili 

(znaczy teraz to przeczytałam na FB)

Bo Zdeněk Svěrák miał 90-te urodziny i wiecie co, na przystanek U Prdlavky (z nazwą z filmu Kelner, płacić), gdzie normalnie jeździ autobus 101, zajechał nr 90 😁 I pan Svěrák w kostiumie z tego filmu wysiadł 😍

Czesi to jednak są!  


 Tu pisałam o tym przystanku.

niedziela, 29 marca 2026

Franz Werfel - Śmierć drobnomieszczanina

Przyjdzie taki Franz Werfel i diabli wiedzą, jak go zaszeregować. Urodzony w Pradze, ale w rodzinie żydowskiej i pisał po niemiecku (niczym Kafka). Mieszkał potem a to w Austrii a to w USA. Trudno, daję pod literaturę austriacką.
 


O Werflu do tej pory nie słyszałam, aż tu wyciągnęłam ze stosu od Szyszkodara ten drobiazg. Bo jechałam na koniec świata oddać tę nieszczęsną książkę o Czechach, więc akurat do czytania w tramwaju. 

I powiem Wam, że bardzo bardzo. Historia drobnomieszczańskiej rodziny w Wiedniu, niegdyś z ambicjami (ojciec pani Fialowej był cukiernikiem w Kralowicach), dziś zdegradowanej: pan Fiala był co prawda portierem w imponującym mundurze, ale go zredukowano i teraz wysiaduje w jakimś magazynie za nędzną pensję; żona wiadomo, przy mężu, syn Franuś, epileptyk, nie może znaleźć pracy, a siostra pani Fialowej, zwykła posługaczka, trzęsie całą rodziną. Kiedyś mieli 4-pokojowe mieszkanie, ale teraz gnieżdżą się w jakiejś dziurze, bo pan Fiala, żeby zabezpieczyć rodzinę, sprzedał tamto duże mieszkanie i pieniądze ulokował. W czym? 

W tej samej kamienicy mieszka agent ubezpieczeniowy pan Schlesinger. Ten go przekonał, że nie warto trzymać pieniędzy w banku (banki bankrutują) - lepiej się ubezpieczyć na życie. Pan Fiala musi tylko dożyć 65 urodzin. To zabezpieczenie trzyma pana Fialę przy życiu, bo chodzi o to, żeby Franuś nie musiał iść do zakładu, a żona do przytułku dla starców.

Cóż, kiedy i on się rozchoruje, trafi do szpitala. I tam stanie się ciekawym przypadkiem, bo wszystko wskazuje na to, że śmierć nastąpi lada moment - ale nie! Pan Fiala uparcie żyje, bo musi doczekać urodzin przecież!
 

Spodobała mi się ta książeczka, opisy codziennego życia, sprowadzonego do nędznej egzystencji, ale ciągle zawierającego elementy baśniowe: gdy żona piecze babkę na imieniny męża i wyjmuje z szafy obrus z dawnych czasów; gdy pan Fiala gładzi główki porcelanowych fajek, które dostał od dawnego szefa - nigdy nie palił, ale to po prostu symbol; gdy pan Schlesinger zabiera do szpitala wielkie wydanie poezji Heinego ze złotym brzegiem jako resztkę biblioteki swoich rodziców...

Początek:


Koniec:

Wyd. PIW, Warszawa 1966, 77 stron

Tytuł oryginalny: Der Tod des Kleinbürgers

Przełożyła: Edda Werfel ??? aż się zdziwiłam i poszukałam:

Edda Werfel była żoną Romana Werfla, ideologa partyjnego i naczelnego "Nowych Dróg"; sama po Październiku wystąpi z partii i zajmie się pracą przekładową z niemieckiego, a po Marcu '68 wyemigruje. 

Seria BIBLIOTEKA JEDNOROŻCA 

Z własnej półki

Przeczytałam 25 marca 2026 roku


Takie tytuły w serii podają w 1966 roku. Dawno dawno temu miewałam takie pomysły, że powinnam zgromadzić całe serie różne i nawet odfajkowywałam ołówkiem, które mam. Jakoś się wtedy nie myślało, że mieszkanie ma określoną pojemność (nawet się mieszkania jeszcze nie miało) 😂 W tym wydaniu mam chyba tylko Milczenie morza i Niejaki Piórko. I Cervantesa.



 

Dopadło mnie cosik. Leje mi się z nosa i boli mnie głowa, więc czuję się jak stary kapeć. Nawet w rozmowie z Věrą to ujęłam po czesku, nie zastanawiając się, czy tak się u nich mówi (cítím se jako staré bačkory), ale zrozumiała 😁 Jak to dobrze, że jest weekend i nikt ode mnie niczego nie chce. Bo wiecie, Ojczastego już nie ma, ale teraz sąsiadka zza ściany ciągle o coś prosi. A to jechać z nią do lekarza (trzy godziny siedzenia w kolejce), a to zanieść do przychodni prośbę o receptę, a to zrobić zakupy, a to kupić totolotka. Mam etat normalnie. Są takie dni, że nic się nie chce (albo łeb napiernicza) i najchętniej bym nie wstawała z łóżka... to nie! Zaraz zadzwoni telefon z prośbą. 

Oprócz tego pan listonosz nabrał zwyczaju przychodzenia na kawę podczas obchodu. Nie że codziennie, ale częstotliwość rośnie. Czyli nie mogę sobie pozwolić na leniuchowanie w piżamie, bo nie znam dnia ani godziny.

Zaczyna mnie to już wk... denerwować. 

Więc przynajmniej weekend jest spokojny, sklepy i przychodnie zamknięte, poczta też.

/pod warunkiem, że sąsiadka nie zadzwoni, żeby jej asystować, bo wezwie pogotowie/ 

Ale czy mogę coś z tym zrobić? Nie bardzo. Całe życie jestem ograniczona przez moje migreny. Myślałam, że jak już będę na emeryturze, to nie będę się musiała o to martwić - jest migrena, to leżę sobie w łóżku i niczym się nie przejmuję, niczego nie muszę etc. Aha, to mi wyszło...

Przejdźmy wobec tego do sprawy emerytury właśnie. Jestem na niej od 4 lat prawie, ale najpierw ciągle pracowałam. Potem, gdy się z Ojczastym zaczęło robić gorzej, z pracy zrezygnowałam, ale była ta jego emerytura, więc spoks. Teraz marzec był pierwszym miesiącem, gdy zostałam o gołym pysku. 

I tu apeluję do wszystkich! Nie bawcie się w żadne działalności gospodarcze - chyba że naprawdę musicie, albo że tyle Wam DG przynosi, że sobie robicie duże oszczędności, inwestujecie czy co tam. Jeśli nie - koniecznie szukajcie pracy na etat.

Mówi Wam to osoba, która po DG ma aktualnie 1886,93 zł emerytury. Nie idźcie tą drogą! Nie bierzcie ze mnie przykładu! 🤣

Żeby nie było: to był mój wybór, oczywiście. Wzięłam, co się nawinęło, było po linii i pracę lubiłam, więc nigdy się na poważnie nie zabrałam za rozglądanie za czymś innym. I nie, że się teraz przejmuję jakoś bardzo. Po co zresztą, skoro nic już nie zmienię.

/w teorii mogłabym próbować szukać czegoś na dorobienie, ale ani mi to w głowie, jak już człowiek się odzwyczai od budzika, to wiecie 😂/

Rezygnując z pracy przed dwoma laty wiedziałam na co się piszę (w sensie, że Ojczasty nie będzie żył wiecznie). Moje założenie było (i jest!) takie, że będę dobierać z oszczędności około 500 zł miesięcznie i że to powinno wystarczyć. Nawet cały czas dzieliłam kwotę oszczędnosci przez 500, żeby wiedzieć, na ile miesięcy/lat mi wystarczy 😂 Zakładam również, że na jedzenie będę wydawać max 200 zł tygodniowo. Wśród stałych wydatków oczywiście są opłaty* i tutaj trudno coś dokładnie przewidzieć, bo to wszystko rośnie. Co miesiąc również kupuję tysiąc koron (obecnie około 175 zł).

* do tej pory miałam dofinansowanie do czynszu od miasta, ale ono się kończy w kwietniu (papiery trzeba na nowo składać co pół roku) i teraz, przy 2 osobach, a nie 3, przekraczamy normę powierzchni - ona wynosi na 2 osoby 52 metry, a nasze mieszkanie ma 52,5... taaaa, pewnie nie dadzą, mimo znacznie niższego dochodu na łeb. A czynsz aktualnie wynosi 755 zł (dopłaty było około 200). Plus prąd, gaz, internet z telefonem stacjonarnym, komórka, karta na tramwaj, prenumerata Wyborczej... no wiadomo, same zwykłe rachunki. 

Pierwszy miesiąc wypadł bardzo dobrze, bo nie było żadnych ekstra wydatków i nawet zostało mi 200 zł - bez sięgania do oszczędności!!! - chciałam co prawda kupić jakieś kwiatki do posadzenia za oknem, ale zimno jest, to chyba nie bardzo. Zobaczymy, jak będzie w kwietniu. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że zawsze może coś wypaść, coś się zepsuć etc. Zakładam jednak, że na zwykły bezwypadkowy miesiąc powinno wystarczać. 

Po świętach będzie remont, ale te wydatki nie idą z bieżących dochodów 😂 tu trzeba sięgać do kupki. Podobnie, gdy płacę za hotel w Pradze (kartą). Trzynastka i czternastka w zeszłym roku co prawda wystarczyły, jak będzie w tym, nie wiadomo. 

Tak że tak. Biedni emeryci wszystkich krajów, łączcie się!  

czwartek, 26 marca 2026

Eleanor Porter - Pollyanna

Pollyanna jaka jest każdy widzi. Znowu zamieszanie z tymi angielskimi lekturkami. Każde wydawnictwo inaczej je oznacza. Ta tutaj występuje jako Dominoes one. Nie wiem, o co kaman z Dominoes, ale one. Jednakże przed one jest starter. Starter jest na 250 headwords, a one na 400 headwords. Pytacie, co jest dalej? Dominoes two (700) i Dominoes three (1000). No. 

A teraz macie niektóre słowa wytłuszczone i wyjaśnione. Attic, niece - może być. Niemniej jednak gdzieś dalej pojawia się wyjaśnione słowo aunt i potem uncle 😁 No chyba jednak te słowa się zna przy poziomie 400, nie? To jest czasem jak w Duolingo, gdzie moim zdaniem niektóre słowa pojawiają się tak randomowo, że głowa mała.


Natomiast samo wydanie porządne, bo jest masa ćwiczeń (których nie chciało mi się robić, oprócz tego poniżej). 

Co wyniosłam z lektury? Buggy (chyba bryczka), fair (że yellow czyli chyba blond, bo chodziło o włosy) i że Pollyanna grała w glad game. A jak to po polsku brzmi? Nieważne, i tak jutro już nie będę pamiętać. Świetnie mi idzie ten angielski, doprawdy 🤣


Wyd. Oxford University Press 2012, 44 strony

Z własnej półki (ale do wyniesienia, bo po co trzymać)

Przeczytałam 22 marca 2026 roku 



Mam takie marzenie... żeby nie mieć zaległości! Żeby robić od razu, co jest do zrobienia! Tak, to jest moje marzenie. Bo co do zdrowia, to nie marzę, żeby mi nic nie dolegało (a przynajmniej poważnego), tylko mam nadzieję. A właśnie. Poszłam do przychodni, coby mi dali skierowanie na badania krwi, bom ciągle zmęczona, rychtyk jak rok temu, gdy się potem okazało, że coś z wątrobą. Znaczy nie aż tak zmęczona jak wtedy, pamiętam, że ciągle się kładłam, wstawałam jedynie Ojczastego obsłużyć i z powrotem do łóżka. Więc może to tylko takie przesilenie wiosenne? Ale już jestem uczulona na tym punkcie, a jeszcze mi się bezczelnie na FB wyświetliła reklama jesteś zmęczona? zbadaj wątrobę! Dziś rano byłam na pobraniu krwi i nie mogę się doczekać wieczora, kiedy będą wyniki... Przychodnia zmieniła dostawcę diagnostyki i jest co prawda troszeczkę dalej, ale za to nie trzeba się wspinać na piętro - jak się jest zmęczonym 😁 i jak genialnie mi się wkłuła dziewczyna! No jedne to potrafią lepiej, inne gorzej, tej poszło świetnie.

Wracając do zaległości. Ciągle coś wyłazi. Ponieważ dziś leje i żadne kroki się nie szykują i żaden sklep i żadna biblioteka i w ogóle nie zamierzam już wychodzić - to dobry dzień, żeby coś nadgonić. Ale dlaczego w ogóle nadganiać? Dlaczego nie potrafię załatwiać spraw natychmiast? Czy Wy też tak macie, że odkładacie na później? Dlaczego ściągam kolejną praską gazetkę dzielnicową i zamiast ją od razu przeczytać, odkładam na potem? Dlaczego zapisuję na kartce dopisać cmentarz żydowski do opracowania kolejnej wycieczki zamiast chwycić za długopis? Dlaczego po przeczytaniu książki natychmiast nie siadam do laptopa?

Od miesiąca czekają PIT-y. Mój i rodziny mojej córki (tak to nazwijmy). Co prawda tydzień temu wstałam z łóżka o 22.30, żeby zrobić swój - no tak mnie jakoś naszło 🤣 - i ponieważ w zeszłym roku moim jedynym dochodem była już tylko emerytura wystarczyło się zalogować i zatwierdzić ichnie obliczenia. Oddadzą mi 324 zł, w związku z tym codziennie sprawdzam konto, czy już nie wpłynęły 🤣 A' propos piniendzy to w kolejnym wpisie omówimy tę sprawę, bo się będzie kończył pierwszy miesiąc na swoim... No, ale tamte PIT-y czekają, a ponieważ sprawdziłam, że jeden wychodzi na zero, a drugi ma dopłacić 1 zł, to roboty wiele przy nich nie ma - ale chodzi o to żmudne wypełnianie rubryczek, a tak mi się nie chce. Jednak skoro dziś dzień domowy, to MUSZĘ to zrobić.

Takie niby drobne zaległości tworzą mi się jednak bezustannie. Dawno temu, jak jeszcze pracowałam, zrobiłam sobie listę pod nazwą zaległości na emeryturę - te są już poważniejsze, w sensie nie wystarczy pół godziny. Tak jak na przykład katalog książek skończyć. Tu akurat jestem na finiszu prawie (jeszcze tylko 16 półek, pojedynczych), ale następny na liście jest katalog filmów... bo wiecie, wygląda na to, że już niedługo będę mogła nie tylko dać DVD z powrotem na półki, opróżnione z powodu grzyba, ale również dostać się bez problemu do najgłębszych zakamarków szuflady z płytkami pod łóżkiem.

Albowiem - był Pan Mateusz, który mi pokój po Ojczastym wyremontuje. Znaczy ten wielokrotnie zalany. Przyszedł, obejrzał, pozdrapywał tu i ówdzie farbę (leży na podłodze, co się będę męczyć ze sprzątaniem), wycenił i nawet chciał robić w przyszłym tygodniu, ale mu uświadomiłam, że to przed świętami, więc po świętach. Z jednej strony oczywiście wreszcie. Z drugiej jestem przerażona, będzie skrobanie i zdzieranie tynku po tych zalaniach - toż to będzie armagedon gorszy od wymiany pionu. Mówi, że jakąsiś kurtynę zawiesi, ale ja tam wiem, że się będzie kurzyć. Nie ma jednak na co czekać i lepiej przed Pragą zrobić.

Chciałabym, żeby mi przy tej okazji wymienił ościeżnice w łazience i toalecie, więc zabrałam się za szukanie papierów z remontu tychże - sprzed 13 lat. Bo chodzi o ustalenie, jak się te drzwi nazywały. DWIE GODZINY. Dwie godziny mi zajęło szukanie, ale jednak znalazłam. I dziś w planie mam przejrzenie internetów, czy jeszcze są takowe na rynku. Bo chodzi o to, żeby wymienić jedynie napuchłe framugi, drzwiom nic nie dolega; muszą więc być identyczne. Jak nie znajdę, to nie wiem... z drzwiami koszty rosną dalej. Ale bądźmy dobrej myśli. 

Na liście zaległości są też zeszyty praskie. Żeby je pouzupełniać i wiedzieć, gdzie w zdjęciach czego szukać. Następnie: minęły trzy lata od zrobienia Nowej Kuchni. Wszystko wtedy poupychałam na łapu capu i tak zostało. Czas najwyższy przejrzeć wszystkie szafki i szuflady. I sprawdzić między innymi daty ważności. 

Jak widzicie, bardzo bym chciała mieć wszystko uporządkowane. A jak już będę miała, to sobie spokojnie umrę 🤣 kurde flak!


wtorek, 24 marca 2026

Hanna Krall - Sześć odcieni bieli

Pisałam dwa lata temu, po lekturze Kataru siennego, że  jeśli gdzieś jeszcze trafię na Hannę Krall, to obowiązkowo wezmę 😁 No to wzięłam. Tu na blogu Krall pojawiła się dopiero dwa razy, a blog istnieje już siedemnasty rok, więc nie jest to spektakularny wynik. Ale mam jeszcze w zapasie Zdążyć przed Panem Bogiem i mam nadzieję, że faktycznie zdążę 🤣

Na skrzydełkach użyto fragmentu felietonu Urbana z tomu Impertynencje, który wyszedł w 1974 czyli ledwo co po debiucie książkowym dziennikarki (Na wschód od Arbatu, 1972). Czyli jego entuzjastyczna ocena mistrzostwa autorki - bo tak ją właśnie odbieram - dotyczyła chyba reportaży drukowanych naonczas w prasie.  


Nie wiem, co bym mogła dodać do tych słów. Reportaże są naprawdę genialne, a PRL-owskie klimaty to dla mnie cymesik. Jak Krallowa Krall potrafi wybrać odpowiedni fragment na zakończenie, to cios prosto w mózg.

Reportaż o milionerach z totalizatora. Jeden się wcześniej wżenił do bogatej rodziny, ale go tam nie poważali, więc wrócił do rodziców. A tu wygrał milion. Zaraz żona wróciła przepraszając:

Nie można powiedzieć, wszystko jest jak najlepiej - kończy ojciec. - Teścia poraziło i nie może ręką ruszać. Teściowa umarła. Siostrę spłaciwszy, z domu wygnali. Tak, że życie im się jakoś ułożyło. 

Tacy właśnie są bohaterowie reportaży, że nie wiesz, czy śmiać się czy płakać. I ciężka dola reportera:

Nawet reporter już gotów był coś robić, gdzieś biec. Ale w porę przypomniał sobie, że jest tylko od pisania o tych, którzy biegną. 

Zachować bezstronność. Ciężko. Urban to nazywa szalbierstwem literackim, bo przecież dziennikarka ma swoje zdanie, tylko nie każdy się zorientuje, że je wyraża 😉

Tak już rzadko mi się zdarza, żebym nie mogła doczekać się wieczoru i kontynuować czytanie - to był jeden z tych bardzo nielicznych przypadków.


Początek:


Wyd. Czytelnik, Warszawa 1978, 160 stron

Z własnej półki (pobrane na zawsze z knihobudki 17 marca 2026 roku)

Przeczytałam 22 marca 2026 roku 

 

Wracając z kina w niedzielę spotkałam takiego gościa. Z daleka myślałam, że ktoś tam naprawdę stoi i róg podpiera 😂


 

 

sobota, 21 marca 2026

Jiyoung Kang - Mordercza pani Shim

No tak. Kolejny argument za NIEczytaniem żadnych beletrystycznych nowości.

Nie będę tu wskazywać palcem, kto ją zarekomendował jako czytable, ale nie dam się więcej nabrać.

Może ona i daje do myślenia na temat miejsca kobiet, zwłaszcza starszych kobiet, w społeczeństwie koreańskim i ma inne zalety, ale to naprawdę nie moje klimaty (choć miało być dobrze, skoro bohaterka to morderczyni 😉). I te zachwyty nad książką to dla mnie tak, jakby się rozpływać nad serią Kółko się pani urwało, bo przecież podejmuje tę samą tematykę. A idźta mi tam! 

Natomiast tak mi się pomyślało, gdy pudełka banknotów i sztabki złota przechodziły z rąk do rąk, co JA bym zrobiła, gdyby mi taka zdobycz wpadła w ręce. Leżę, dumam i cóż, nie ma się tej fantazji, bo jedyne, co mi przyszło do głowy, to że może pojechałabym trzy razy do Pragi zamiast dwóch 😂


 Początek:

Wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2025, 354 strony

Tytuł oryginalny: dajcie spokój 🤣

Przełożyła: Klaudia Szary

Z biblioteki

Przeczytałam 21 marca 2026 roku
 


Najnowsze nabytki

Trochę dużo się napatoczyło w tym tygodniu. W związku z tym należy teraz przejrzeć wcześniej przytargane książczydła i coś wynieść z powrotem, bo cienko się robi.

Wczoraj wreszcie skończyłam odkurzanie i katalogowanie w tzw. obecnie "gabinecie" (ongiś ha ha salonie) i teraz zabieram się za kuchnię (21 półek), po czym nastąpi KONIEC, wreszcie! No, ale miejsca mi nie przybyło, choć owszem, przy paru tytułach dopisałam szereg pytajników czyli żeby w przyszłości rozważyć ich wyprowadzkę. 

Ta fińska Pułapka nic mi nie mówiła, ale skojarzyłam, że mam tak samo wydany kryminał Zamknięty pokój - i faktycznie też kryminał 😉 Na 1945 się cieszę, bo zakładam, że będzie ciekawe.

A potem trafiłam na tę Zdrową kuchnię domową i to był dobry nabytek, bo znalazłam zupę (o czym niżej) oraz jakieś mięsko, które planuję wykonać na Wielkanoc. Krall dość sfatygowana, ale cieszy, że jest. Gawędy o księgarzach też może będą fajne?
 


I na koniec trafiły się cztery Gardnery 😍

Tak że tydzień w knihobudce satysfakcjonujący. Wczoraj rano pan od warzyw wyszukał jakiś duży wór i pomógł mi zapakować do niego hałdę szmat, którą debile nanieśli do budki. Pomyślałam, że pójdę do spółdzielni porozmawiać, czy by nie można jakiegoś miejsca na osiedlu przysposobić na taki cel... ale wiem, jak to z nimi jest - trzeba im podać konkretny pomysł na tacy, to może się zastanowią... No a zdaję sobie sprawę, że zaraz by się tam zrobił śmietnik po prostu. Nierozwiązywalna kwestia, odkąd jest ta zakichana segregacja tekstyliów i zniknęły pojemniki PCK. 
A teraz wracam do Zdrowej kuchni domowej, znalazłam tam zupę krem z marchwi, a że zaprosiłam na kolację eks-koleżankę z pracy z jej Rafałem, to postanowiłam zaeksperymentować. I powiem Wam, że polecam gorąco, naprawdę pyszna.

Na drugie zaplanowałam... 

Pamiętacie ten przepis z postu sprzed tygodnia? Józefina pisała, że to bardzo popularny w Wielkiej Brytanii placek.

 

Wszystko kupiłam - i boczek i otrąbki (są w Lewiatanie po 2,19 zł, kto by przypuszczał) i twaróg. 

Więc tak: Jolanta Glapińska, niech Cię... i Twoje otrąbki i twaróg też!

Co żem się namęczyła, żeby zlepić to ciasto do kupy, to wiem tylko ja. W końcu zaczęłam dodawać po łyżce zimnej wody i jakoś skleiłam. 


Wyszedł taki chleb 🤣 Tu już nie było czasu na żadne zabawy, bo goście prawie ante portas, więc siup do piekarnika.

Na początku jeszcze grzecznie jedli razem z wałkiem, dobrze wychowani ludzie... tylko raczej było ciężko ten wałek nożem stołowym kroić, więc zapadła decyzja, że jak pizzę - wezmą do ręki 😁 Przy następnych kawałkach po prostu odkroiłam wałek od ciasta. I nie było to łatwe!


A dziś zjadłam na drugie śniadanie te pozostałe wałki, ostrożnie, starając się nie połamać zębów 🤣


Niech mi teraz ktoś mądry powie, o co w tym wszystkim biega. Właściwie jasne było od początku, że dwa jajka nie dadzą rady skleić 30 dag mąki, 10 dag otrąbków niech ich szlag latały po całej kuchni oraz 10 dag twarogu. Czy pani Glapińska pomyliła składniki z inną potrawą? Ale przecież w redakcji musieli to ciasto upiec, żeby zrobić zdjęcie! I wyszło im razem z tymi otrąbkami??? 

No nic, czasem słońce, czasem deszcz. Nie mam pojęcia, co będę jutro robić na obiad, ale na pewno nie będzie to żaden eksperyment.