Takie coś. Z budki oczywiście. Trochę się obawiałam, że będzie to a' la Nienacki i Pan Samochodzik, ale tytuł mnie jednak zachęcił. Wuj Antoni jest dziennikarzem wyspecjalizowanym w reportażach interwencyjnych i właśnie rusza w długą trasę swą niezawodną Syrenką 103. Siostrzeniec, pasjonat zamków (a zwłaszcza zamieszkujących je duchów, o których ciągle pisze Przekrój), postanawia mu towarzyszyć, skoro są wakacje. Po drodze do zespołu dołącza Barbara, która nie lubi konwencjonalnie spędzanych wakacji i liczy na niesamowite przygody.
Nazwisko autora wydawało mi się znajome, ale jako twórcy w kompletnie innym gatunku; okazało się, że pomyliłam ze Stanisławem Wasylewskim, którego mam książkę Klasztor i kobieta. Właśnie, może by tak przeczytać? Ale się teraz nie dostanę do niej, zbyt dużo wysiłku trzeba w to włożyć 😉 Więc przed wyjazdem przeczytam jeszcze jeden kryminał i szlus.
Natomiast Stanisław Kowalewski pisał dla młodzieży - i to duuużo. Książka kończy się tak dziwnie i nie wiadomo, czy ma nastąpić ciąg dalszy czy co? A teraz czytam na Wikipedii, że miał w dorobku również tytuł Strach ma wielkie oczy i Zaufajcie wujowi Antoniemu, co miałoby stanowić trylogię. No to chwilowo kryzys, chyba że gdzieś kiedyś jeszcze się trafią. Szkoda.
Książka była nagrodą na koniec roku i tym razem myślę, że dobrze wybraną: wakacje, przygody, wędrówka po kraju, pierwsza miłość.
Początek:
Koniec:
Wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 1977, 197 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 10 maja 2025 roku
Po drodze z ZUS-u... Nie wiem, czy to może trzymadło na doniczkę, bo w rękach żaba koronowana ma jakąś obręcz?
Na osiedlu i koło osiedla ruch. Wyburzono starą pocztę i przedszkole, będą stawiać nowe, zdaje się, że żłobek i nie wiem, co jeszcze. Ciężarówki z gruzem kursowały nieustannie, teraz wożą materiały budowlane i obserwuję, jak wąską osiedlową uliczką wycofuje długaśna platforma, kierowca, drugi człowiek przed pojazdem, trzeci z tyłu i dyrygują. Ciekawe, czy do tej pory udało im się nigdy nie zawadzić o któryś z parkujących samochodów.
A obok osiedla rośnie apartamentowiec, ale to jeszcze nic - ktoś (nie wiadomo, czy deweloper, ale takie chodzą słuchy) wykupił większość działek tam w głębi ulicy, całą pierzeję praktycznie, i trwa wyburzanie. Ostały się dwa domki: właściciel jednego uparł się, że nie sprzeda, a drugi domek ma jakieś skomplikowane stosunki własnościowe. Ciekawe, czy ten starszy pan, który nie chce sprzedać - w ogródku uprawia warzywa, a głównie kwiaty i sprzedaje pod sklepem - nie złamie się w końcu.
Tak czy siak, jeśli powstaną tam kolejne bloki mieszkalne (a wszystko na to wskazuje), to jakość życia nam się tu znacznie pogorszy: setki nowych samochodów, tłok w Lidlu, tłok w tramwaju, tłok na poczcie, tłok w przychodni, o szkołach nie ma co wspominać. Mało tego, chodzą plotki, że pobliska giełda też zostanie zlikwidowana i zabudowana. Tysiące nowych mieszkańców. Ale cóż, inni też chcą gdzieś mieszkać...
W tym NOHO, które jest na zdjęciu, mówił mi młody człowiek, który rozglądał się za większym mieszkaniem, że był dopytać i takie ok. 60 metrów kosztuje 1400 tys. W rezultacie kupił 55 metrów na wtórnym rynku niedaleko i zapłacił 950 tys. Matko jedyna. W tym 600 tys. wziął za swoje poprzednie 35 metrów, a na 350 tys. kredyt na 30 lat, spłacają ok. 2400 zł miesięcznie. KREDYT NA 30 LAT na jedną trzecią mieszkania!
A z tym domkiem na rogu nikt nie wie, co się stanie. Teraz tam urzęduje biuro.
Polski tytuł to Wsi moja sielska, anielska i ta wieś jest tak cudnie pokazana przez autora i ci mieszkańcy, z których nie każdy to anioł, ale generalnie w porównaniu z prażakami to prawie 😂 Otik jest zmysłowo opóźniony, jak w najlepszej wierze mówi jego sąsiadka, pracuje w spółdzielni jako pomocnik pana Pavka, ale że co raz to powoduje różne nazwijmy to nieprzyjemności (oczywiście kompletnie niechcący), Pavek ma już opieki nad nim serdecznie dość i zapowiada, że po żniwach koniec. Dla Otika to koniec świata, bo Pavek jest dla niego jak ojciec (rodzice chłopaka nie żyją), więc z rozpaczy daje się namówić na przeniesienie do Pragi - dostaje taką propozycję, bo dyrektor centrali czyni zakusy na jego chałupę. Wszyscy sobie zdają sprawę, że miasto go zniszczy, ale skoro pan Pavek upiera się, że nie będzie już z nim pracował...
A obok - pierwsza miłość maturzysty, nieszczęśliwie ulokowana w nauczycielce siostry, miejscowy doktor, który co i rusz powoduje wypadek, bo jadąc podziwia uroki krajobrazu i recytuje wiersze, chorobliwie zazdrosny mąż sekretarki w spółdzielni i jej romans z zootechnikiem, kamieniarz robiący nagrobek bez napisu, co wzbudza wielkie zdziwienie, że ktoś sobie szykuje grób za życia jeszcze (u nas standard od dawna, przy czym nazwisko też już zostaje wykute)...
Svěrák ma wielki talent do tworzenia postaci jak żywe. A ja ciągle nie napisałam do niego tego listu, co to kopertę mam już od dawna naszykowaną, wraz z nieaktualnymi już znaczkami.
Oczywiście machnęłam po raz kolejny sam film i po raz kolejny się wkurzyłam: on był u nas wydany w takiej serii Złote lata filmu czeskiego i wiecie, co zrobili? Napisy polskie można sobie ustawić opcjonalnie, ale lektor jest obowiązkowy, nie da się go zdjąć 😢 Oczywiście mam też czeskie wydanie, ale włączyłam to polskie, bo myślałam, że córka da się namówić na wspólne oglądanie (nie dała, no co to za głupek z niej jest).
Początek:
Koniec:
Na końcu jest jeszcze posłowie reżysera. Jiří Menzel opisuje, jak doszło najpierw do powstania samego pomysłu (do Svěráka zadzwonili z filmu, że katastrofa, zapłacili mu kiedyś omyłkowo dwa razy za inny film - chodziło o Na skraju lasu, a teraz będzie kontrola, więc potrzebują na jutro pomysł na film osadzony w wiejskim środowisku, tak 7-10 stron), a potem do złączenia sił scenarzysty i reżysera i powstania Wsi moja sielska, anielska.
Gdzie indziej czytałam, że długo jeździli po okolicach Pragi szukając odpowiedniej wsi (chodziło oczywiście o kasę, żeby to nie było zbyt daleko od miasta) i one wszystkie były strasznie brzydkie przez te wszystkie powojenne spółdzielnie produkcyjne, baraki ze sklepami, przystanki autobusowe.
Wyd. Primus, Praha 1995, 88 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 8 maja 2025 roku
Zajrzałam na stronę Ulubionego Antykwariatu, żeby się upewnić, że nikt mi nie podkupił tego, co mam tam w koszyku, a tu cios prosto w serce: mają teraz otwarte po odbiór osobisty jedynie od wtorku do czwartku w godzinach uwaga! od 6.00 rano !!! do 12.00. Wygląda na to, że w przyszły czwartek będę musiała się udać na wycieczkę dopołudniową z książkami w plecaku, bo przecież nie wstanę na tyle wcześnie, żeby jechać po książki, wrócić do hotelu (to jest ponad godzina w sumie) i znów jechać na miejsce spotkania z Věrą (ma mnie, na moją własną prośbę, zabrać do bagiennych łaźni Jary Cimrmana, bo nie wiem, czy bym sama trafiła), a raz, że Věra lubi bardzo wczesną porę 😁, dwa natomiast, że ja też będę teraz mocno ograniczona moją dietetyczną stołówką i muszę wcześnie wracać z wypraw. Co im strzeliło do głowy w tym antykwariacie? Czyżby właściciel stracił pracowników? On jest mocno humorzasty, czytałam w internecie różne narzekania na niego (choć sama mam z nim jedynie dobre wspomnienia, a przede wszystkim zawdzięczam mu pierwszą książkę - szłam tamtędy, wstąpiłam, oglądałam regały, w końcu coś wyciągnęłam i pytam, ile, a on na to, że nic, daruje mi ją 😍 a generalnie należał mi się ochrzan, bo to nie jest antykwariat do grzebania, tylko funkcjonuje online i cud, że miał dobry humor i nie przepędził mnie).
A jeszcze taki numer, że nagle uświadomiłam sobie, że nic nie mam dla Věry kupionego i chyba po obiedzie trzeba skoczyć do muzealnego sklepiku z pamiątkami po jakiś drobiazg. Plan na popołudnie był inny, wreszcie sprawdzić prognozę pogody na Pragę i ustalić, jakie ciuchy w związku z tym zabieram, wyciągnąć je wszystkie i przejrzeć, bo pewnie trzeba coś odświeżyć albo co.
Czy ktokolwiek myślał, że będzie inaczej?
Odkąd wprowadzono nowe przepisy o segregacji śmieci, stanowiące, że z parą dziurawych majtek należy jechać do PSZOK-u, tak właśnie wyglądają wszystkie pojemniki na odzież na osiedlu. Czyli zamiast na MPO wywóz szmat spada na firmy, które te pojemniki stawiają. A że mają one swój harmonogram opróżniania i pewnie nie zmienią go ot tak sobie, bo przecież należałoby zatrudnić więcej pracowników i kupić więcej samochodów, szmaty w workach i luzem stają się stałym elementem krajobrazu miasta.
Znów kiedyś przywleczone z budki w ramach będę czytać starocie z PRL-u. Kto bogatemu (w stare papierzyska) zabroni?
Jakoś mi niby to nazwisko Kunda było znajome, ale mizernie. Potem się okazało, że osiadł w Krakowie, dostawał jakieś tam nagrody związane z literaturą, w Dzienniku Polskim pisał na te tematy, a że było to w latach 80-tych, musiałam się zetknąć z samym nazwiskiem, bo z twórczością to już nie. W nieco obszerniejszym życiorysie, jaki znalazłam, początek jest taki:
Urodzony w 27 lipca 1943 w Teheranie
(Iran); syn Romana Kundy, oficera, a po wojnie kolejno rolnika i
pracownika umysłowego, oraz Julii z Linków, nauczycielki. Od września 1943 do połowy 1945
mieszkał z matką w Karaczi (Indie), a po zakończeniu II wojny światowej
i powrocie ojca z frontu wyjechał z rodzicami do ówczesnej Południowej
Rodezji (obecnie Zimbabwe), gdzie do lipca 1947 przebywał w obozach dla Polaków w Rusapee i Gatooma. Następnie powrócił z rodzicami do Polski i zamieszkał na Dolnym Śląsku.
To mi wyjaśniło, skąd opowiadanie o chłopcu, który przyjeżdża z matką z Afryki i po raz pierwszy widzi śnieg. Wydaje mi się zresztą, że większość tych opowiadań zawartych w tomiku jest autobiograficzna: te o młodzieży z domów poprawczych, jak choćby tytułowe (skoro autor w takim pracował), te o śląskim podłożu, to o spotkaniu po latach szkolnych kolegów. Co podkreśla użycie imienia Sławek dla niektórych bohaterów. Nie wiem tylko, jak z opowiadaniami górskimi, o wspinaczce, jednak jest tam dużo nazw, które zwykłemu człowiekowi nie są znane, więc może też. Zresztą nie lubię tych akurat opowiadań, nie lubię czytać o górach, nie pojmuję i nigdy nie pojmę pasji alpinistów (że niby do pokonywania własnej słabości).
Czy cały zbiorek wart przeczytania? Dla mnie tak, bo lubię kawałki z życia, takie uchwycone momenty, niby nie znaczące, niby czytelnik pyta się sam siebie ale o czym to jest, co autor chciał przez to powiedzieć. A może nic? Może chciał tylko taką impresję jak filmową rzucić na papier?
Początek:
Koniec:
Spis treści:
Wyd. Ossolineum, Wrocław 1974, 134 strony
Z własnej półki
Przeczytałam 5 maja 2025 roku
Nie darzy się.
Wczoraj dowiedzieć się o wynik posiedzenia składu orzekającego w/s niepełnosprawności Ojczastego. Trzy godziny w plecy - nie dowiedziałam się. Nie jestem stroną. Zaproponowałam, że go im przywiozę i zostawię, skoro nie jestem stroną, to dlaczego mam się nim zajmować. Pan na to, patrząc w komputer:
- Zapewniam, że dostał to, co mógł.
Ja na to, że każdy dostaje to, co może dostać. Pan z naciskiem powtórzył:
- Zapewniam, że dostał to, co mógł dostać.
Zrozumiałam z tego, że chciał mi w ten sposób przekazać dobrą wiadomość o znacznej niepełnosprawności... się okaże...
W każdym razie teraz muszę jeszcze dorwać listonosza i uprosić, żeby nie zostawiał awiza, gdy przyjdzie polecony z potwierdzeniem odbioru, bo na pewno będę wtedy w Pradze, tylko za wszelką cenę doręczył go mojej córce - przecież z awiza na poczcie też mi nie wydadzą, bom nie strona 🤣
A dziś wycieczka do ZUS-u. Przypomniał mi jakiś newsletter, że do 20 maja należy rozliczyć zdrowotne za zeszły rok. I też podejście nieudane - tym razem jestem stroną, ale w komputerze nie mieli, że zamknęłam działalność 1 lipca, pani dokonała teraz operacji, ale system to musi przetworzyć, tak że dziś już nic więcej nie uda się zrobić... Czyli w tym tygodniu muszę jechać tam raz jeszcze. Matko jedyna, czy ta przeklęta DG długo jeszcze będzie mnie prześladować?
Wracając wstąpiłam do ksera, żeby chociaż jedną rzecz załatwić. Mówię kobiecie, że te dwa pliki PDF proszę wydrukować na jednej kartce czyli dwustronnie. Chodziło o rozmiar A3, to są schematy komunikacji w Pradze (ogólny i z aktualnymi zmianami), zawsze mam przy sobie tę kartkę - jedną kartkę, nie dwie, po co tyle nosić. Nie da się.
- Jak to nie da się, odwróci Pani kartkę po wydrukowaniu pierwszego pliku i już.
Nie da się.
Zeźliłam się, zabrałam pędraka, a po obiedzie pojechałam na Fabrykę. U nas da się. Choć chciałam uniknąć pojawiania się tam w interesie 😟
Jedyne pocieszenie to książki znalezione w odwiedzonych przy okazji knihobudkach. W jednym miejscu był wysyp Siesickiej, dość sfatygowanej, więc wzięłam tylko jedną, Ludzie jak wiatr. Dalej Atlantyk - Pacyfik Wańkowicza, Opowieść o prawdziwym człowieku (dopiero mam sprawdzić, czy na pewno w domu jej nie ma) i jeszcze Godzina pąsowej róży (też do sprawdzenia) i Powróżyć, karty stawiać Marii Ziółkowskiej i Heca z Łysym Janiny Zającówny. Zaraz ten majdan powycieram, bo zakurzone takie i będę przeglądać 😍
A na pożegnanie zostawiam Smoka Malarza, nie wiem, czy przyodzianego tak od zimy jeszcze czy na aktualne ochłodzenie majowe 😉
Jezus Maria, która godzina, kolację trzeba Ojczastemu dawać, lecę!
Taką oto pozycję znalazłam w budce, okrężną drogą idąc do Lidla. Alem się ucieszyła! Raz, że w serii z kogutem (którą mam zamiar tak jakby kolekcjonować), dwa że fińska, trzy, że w ogóle nie znam. Włożyłam na dno wózka na zakupy.
Jak idę do sklepu z wózkiem, wkładam zakupy po kolei do środka, a potem przy kasie wyciągam do skasowania (i znów wkładam). Więc wyciągam, a tu wszystko cholera jasna upaćkane i lepiące się - najwyraźniej butelka z sokiem malinowym była niedokręcona czy co. A na samym dnie - tak, Priska na malinowo 😢 Suszyłam ją potem w domu, więc dała się przeczytać, ale część stron od góry pozostała różowiutka.
Tak że, prąpaństwa, z książką od razu do domu, a nie po sklepach łazić! Z tym, że ja te poranne zakupy robię z duszą na ramieniu, czy Ojczasty na pewno jeszcze śpi i nic nie wydziwia, więc honem honem czyli biegusiem...
A książka naprawdę bardzo fajna. Poznajemy nie tylko Priskę, ale i grono jej szkolnych koleżanek i kolegów* - każdy ma jakiś problem, chociaż może sprawiać wrażenie osoby, której nic nie brakuje.
* Psiapsióła z Daleka niedawno miała spotkanie klasy ze szkoły podstawowej, same dziewczyny, bo chłopcy uczyli się osobno - a jest w moim wieku. W różnych krajach różnie ta koedukacja wyglądała. Priska wyszła w Finlandii z 1959 roku.
Priska z Mollą wymyśliły sobie taką zabawę, że spacerowały po mieście, oglądały wystawy i mogły sobie na każdej wybrać trzy rzeczy. Też miałam taką zabawę, ale jako całkiem dorosła: jadąc tramwajem do pracy czy z pracy, jeśli nie czytałam, patrzyłam na kobiety na ulicy i mogłam wybrać dla siebie ubranie z co piątej albo z co dziesiątej 😂 No co, zabijanie czasu dobre jak każde inne!
Priska czyta po kryjomu, zasłaniając książkę podręcznikiem do geometrii, Dzieje guwernantki Jane Eyre. Czy w Polsce w 1971 roku, kiedy Priska wyszła, nie było jeszcze tłumaczenia tej powieści? Bo znany mi od zawsze tytuł brzmi Dziwne losy Jane Eyre. To chyba niemożliwe?
Początek:
Koniec:
Wyd. Iskry, Warszawa 1971, 174 strony
Tytuł oryginalny: Priska
Przełożyła: Cecylia Lewandowska
Z własnej półki (z knihobudki 29 kwietnia 2025 roku)
Przeczytałam 3 maja 2025 roku
Tak aktualnie wygląda moja półka z serią z kogutem. Większość wymęczona przez życie, wszystkie z drugiej ręki. Oczywiście szykuję się na następne - przynoście, ludzie, do biblioteczek plenerowych, a ja, zamiast je przeczytać i odnieść z powrotem, zatrzymam je dla siebie 🤣 Ale nic to, po mojej śmierci znów tam trafią (chyba, że córka uzna je za godne przeczytania).
Złośliwce w Pradze w tym samym czasie, co będzie Open House, organizują oczywiście różne swoje dni otwarte. I tak na przykład Dni Otwarte Budowy Metra D. Tego nie chciałam przegapić (i mam nadzieję, że jeszcze będę w stanie jeździć tą linią, gdy powstanie - w teorii tylko 4 lata czekania, może dożyję). Na Dniach Otwartych można będzie skorzystać z trasy podziemnej i powierzchniowej. Oczywistym jest, że chciałam zobaczyć to, co w głębi. Ale jak się wczytałam, jak to będzie i co to będzie i że nie polecają osobom z lękiem wysokości czy klaustrofobią i że się będzie schodzić w praktyce po drabinach - no to jednak nie, wykazałam się rozsądkiem i zarejestrowałam tylko na powierzchnię. Ale mi szkoda. W dodatku stracę przez to jakiś jeden czy dwa obiekty na Open House, no ale trudno.
A potem przyszedł newsletter, że w związku z ogromnym zainteresowaniem wydłużają rejestrację jeszcze na trzeci dzień, na poniedziałek - to ja hyc! Ale okazało się, że to dotyczy tylko trasy podziemnej (widać zainteresowanie tym, co na wierzchu, nie było tak ogromne).
Z pobieżnego planu wynika, że prawie każdy dzień zajęty 😉 Ledwo przyjadę w środę i zatacham walizę do hotelu, jadę na jakieś oprowadzanie. W czwartek to samo, w piątek to samo, w sobotę i w niedzielę Open House, w poniedziałek przeprowadzka buuuu, we wtorek coś tam w teatrze, zostaje środa i czwartek (w piątek wracam). Kiedy ja do kina pójdę, pytam się??? Kiedy obskoczę knihobudki? Sierpnie są luźniejsze, bo nie ma Open House i wszystkiego, co naokoło.
A jeszcze taka ciekawostka. Przeczytałam w jednej mądrej książce o znanych budowlach w którejś dzielnicy, że jest tam hotel Praha z ciekawą historią, bo budowany przez partię po kryjomu (nie wolno było o tym pisać), a wielki jak cholera i z daleka widoczny, z takimi tarasami. Luksusy dla swoich to miały być. Zapisałam do zeszyciku. Dzień później wyświetlił mi się na YT filmik, wcale nie najnowszy, gdzie gość pokazuje miniatury różnych praskich budowli umieszczone w parku i nagle słyszę:
- Niektórych z tych budowli już nie ma, na przykład hotel Praha został zburzony.
No czy to nie cud, że akurat na ten filmik trafiłam? Zmarnowałabym kupę czasu na dojazd (bo to nie w centrum) i szukanie czegoś, czego już nie ma 😂 Książka z 2009 roku, więc cóż, mogło się wydarzyć... ileż to już budynków od tej pory wyburzono...
Również przypadkiem znalazłam karteczkę z instrukcją sprzed lat dla córki, jak ma zrobić pranie podczas mojej Pragi. Ciekawe, czy dziś końcówka byłaby aktualna 🤣
Gdy zaczynałam czytać jakoś mnie nudziło. Ach, znowu ta angielska prowincja, ta miejscowa śmietanka towarzyska etc. A potem tak się wciągnęłam, że nie mogłam się oderwać i Ojczasty wczoraj jadł śniadanie po 11.00, bo ja leżałam i czytałam 😂
W moim Ulubionym Antykwariacie - przeglądam już na wypadek, gdybym coś miała zamówić przed wyjazdem - widziałam zestaw 15 tomów w twardej oprawie z obwolutami, że niby dzieła wszystkie, za 666 koron, diabelska cena jakaś (115 zł); dopiero po chwili zwróciłam uwagę, że oferta jest opisana jako Oeuvres complètes czyli jest to Christie po francusku. Jest też Simenon w oryginale, 49 tomów, tu już cena jest ho ho 5999 koron (1037 zł). Ale pięknie oprawione.
Tak tylko wspominam 😂 Na razie mam w koszyku osiem sztuk, same kryminały ofkors i modlę się, żeby mi nikt nie podkupił zwłaszcza dwóch: jest tam Mika Waltari z tej trylogii i jeden Per Wahlöö.
Początek:
Wyd. Wydawnictwo Dolnośląskie 2018, 303 strony
Tytuł oryginalny: A Murder is Announced
Przełożył: Tadeusz Jan Dehnel
Z własnej półki
Przeczytałam 1 maja 2025 roku
JAK SIĘ ODBYWA POSIEDZENIE SKŁADU ORZEKAJĄCEGO O NIEPEŁNOSPRAWNOŚCI
Więc tak. Jak rozumiecie to sformułowanie obecność nie jest obowiązkowa?
Bo siedziałam w poczekalni DWIE GODZINY i nikogo nie było
nawet jak zapytać, urzędowała tam jedynie w gabinecie lekarskim pani od dzieci (dzieci było mnóstwo) i zainterpelowana przez starszą panią (która też nie w swojej sprawie, tylko męża), czy ktoś się tu pojawi, odrzekła, żeby czekać, że na pewno przyjdzie, tylko korki są... Starsza pani po godzinie musiała wracać do męża, ja siedziałam dalej.
A za zamkniętymi drzwiami prowadzącymi do jakiegoś
korytarza jednak jacyś ludzie byli, albowiem... po 2 godzinach, gdy już składałam książkę z myślą, że w poniedziałek zrobię tu rozpierduchę (brat pisał, żeby podać adres, to wpadnie z kałachem, co w świetle ostatnich wydarzeń nie było najlepszym dowcipem), wyszła jedna pani urzędniczka, więc ją zapytałam, co z posiedzeniem komisji, a ona najpierw oczywiście, czy Ojczasty jest ubezwłasnowolniony, potem zażądała okazania zawiadomienia, poszła się konsultować z tą od dzieci, wróciła i lekko spłoszona rzuciła, że komisja się odbyła ZAOCZNIE, przecież jest napisane, że obecność nie jest obowiązkowa. Cóż, ja myślę, że nie oznacza to jednak, że jest NIEPOŻĄDANA! Tym bardziej, że podaje się, w których pokojach się ma odbyć. Mało mnie tam szlag nie trafił.
Mogę zadzwonić w poniedziałek, tyle że przez telefon i tak nie udzielają żadnych informacji, bo przecież nie wiadomo, kto dzwoni. Po 14 dniach od komisji sporządzają i wysyłają zawiadomienie. Ale jak się upieram, żeby wiedzieć wcześniej, to mogę przyjechać znów w poniedziałek z dowodem Ojczastego (może mi powiedzą o wyniku, a może nie). Tak, ja przecież jestem wolny człowiek i mogę sobie jeździć i wysiadywać w kolejkach, kiedy chcę i ile chcę. W ogóle to zaczęłam podejrzewać, że żadna komisja 30 kwietnia po południu przed samą majówką nie urzędowała... Co to była za gadka o tych korkach???
Istotne było dla mnie, żeby udzielić dodatkowych informacji, może pokazać nagrania z telefonu (dokumentacja medyczna Ojczastego jest prawie żadna, bo przecież nie chodzi po lekarzach) - a rzecz w tym, że jeśli dostanie orzeczenie o znacznej niepełnosprawności, będzie się można ubiegać o opiekę wytchnieniową, zanim nadejdzie jego kolej w ZOL-u. Po to poświęciłam cztery godziny (łącznie z dojazdem w obie strony) i po to cały czas drżałam, czy nic się w tym czasie w domu nie dzieje.
****!!!
A przechodząc do spraw lżejszego kalibru - udałam się też któregoś dnia do pobliskiego serwisu srajfonów, coby dopytać o wymianę baterii. Bo mi bardzo słabo trzyma i w Pradze mogę mieć duży, jeśli nie wielki problem, że pojadę gdzieś, a tu ZONK wyładował się i nie zrobię zdjęć. O wracaniu do hotelu po obiedzie i czekaniu, aż się naładuje nie wspominając, bo to już standard. Przyjaciółka mówiła, że ona też wymieniła w swoim telefonie baterię, ale nie widzi dużej różnicy 😢 No to pytam pana, co on na to. Pan potwierdza, że tak mogło być, jak telefon stary to i tak nowa bateria nie uniesie wszystkiego (cokolwiek to oznacza). I teraz nie wiem, co robić, bo to wydatek 300 zł. Jeśli pomoże, to i tak warto, a co, jeśli nie? Czasu na decyzję nie zostało wiele z tymi wszystkimi świętami...
Przygotowując się na Pragę wpadłam na pomysł wejścia na Bramę Prochową. Córka od razu mi przypomniała wydarzenie sprzed 3 lat, gdym wylazła na strych kościoła, ale zejść już nie umiałam (bałam się):
- Nie radzę, bo niekoniecznie znów tam będzie Javier Bardem, żeby Cię ściągnąć na dół.
Faktem jest, że mam ciągle masę wież do odwiedzenia. Drugim faktem i to niezbitym jest mój lęk wysokości. No, ale przynajmniej sobie poczytam o wieżach, więc wyciągnęłam to tomiszcze, duże i bardzo ciężkie, bo na kredowym papierze. Nie przywiezione osobiście, ale kupione online.
To jest książka napisana na podstawie serialu dokumentalnego, który zrealizował autor - również reżyser, a nawet kompozytor; to on napisał i śpiewa piosenkę otwierającą i zamykającą każdy odcinek. Odcinków jest 17, więc szybciej przeczytałam książkę niż je obejrzałam, jestem po dziewięciu dopiero.
Książkę kupiłam już w 2017 roku, logiczne jest, że jej wtedy nie czytałam, byłaby dla mnie za trudna (pierwszy raz pojechałam do Pragi w 2016, potem sobie sprawiłam jakieś fiszki ze zdaniami i na tym się kończyła moja nauka przez pewien czas).
O, na żiżkowskiej wieży telewizyjnej też jeszcze nie byłam, tam co prawda jedzie się windą, a nie wyłazi po trzeszczących drewnianych schodach, ale z kolei mogę tam iść kiedykolwiek, bo normalnie sprzedają bilety - więc nie idę póki co wcale 🤣
Książka jest fajna (serial też), szkoda tylko, że zdjęcia w niej są takiej bardziej ORWOwskiej jakości. Jeszcze większa szkoda, że w czasie, gdy kręcono ten serial, nie było dronów (może były, ale jeszcze jako nowinka?) - byłyby cudne widoki na wieże czy to z góry czy z boku okrążające. A tak, to parę razy ekipa wspomogła się balonem (czyli mocno kiwającą się kamerą) albo jakąś zwyżką, podnośnikiem - ale te przeważnie nie sięgały do szczytu wieży.
Ile jest wież w Pradze? Chyba nikt nie wie. W różnych czasach je różnie liczono: w latach 70-tych i 80-tych wychodziła w praskiej wieczornej gazecie seria artykułów na ten temat i opisano wówczas ponad 350 wież; w książce 1000 czechosłowackich naj z 1976 roku pisze się, że Praga ma 473 wieże. A przecież nowe wieże przybywają! Autor mówi, że z jego doświadczenia wynika, że Praga ma ich tysiąc. No, kto wie... Oczywiście na większość z nich zwykły człowiek się nie dostanie, ba! nawet telewizji odmówiono tu i ówdzie (z różnych względów, czy to bezpieczeństwa czy też... zażądano wynagrodzenia). Tak, że w serialu, który ma swoje ograniczenia, także budżetowe, oglądamy i słuchamy o stu wieżach.
Na wieże wchodzi i opowiada o nich (słowami pana Ludvíka, który napisał scenariusz) aktor Viktor Preiss, który dodatkowo ozdobił książkę swoimi rysunkami. Pana Preissa ja niezmiernie podziwiam za nie tylko brak lęku wysokości, ale w ogóle za odwagę, bo mnie słabo się robi w nogach, gdy tylko widzę, gdzie się wyspindrał po jakichś drabinach.
Na wieżę u góry po lewej akurat raz wlazłam, szkoda, że nie pamiętam, kiedy, żeby odszukać zdjęcia i Wam pokazać widok stamtąd. Jednak w wielu przypadkach oglądając serial musiałam po prostu odwracać wzrok. Co za upośledzenie, ten lęk wysokości!
Natomiast trzy wieże na najbliższą Pragę zapisałam do zeszyciku, bo na żadną nie będę wychodzić, tylko chcę je odszukać. Ta poniżej jest w miejscu, gdzie wielokrotnie byłam i jakoś jej nie zauważyłam, ale też nie jest od strony ulicy. Zakładam, że będzie widoczna z drugiej strony, z Ogrodu Botanicznego i tam się wybieram. Zwłaszcza, że w OB mają knihobudkę, pamiętam 😂
Ten budynek widziałam bodajże w zeszłym roku, pisałam o tym: przejeżdżałam autobusem, zobaczyłam to dziwactwo, wysiadłam na następnym przystanku i wróciłam, żeby obejrzeć 😂 Teraz wrócę jeszcze raz, dokładnie to obfotografować.
A trzeci impuls na wycieczkę to będzie ta wieża wodna, a jednocześnie latarnia morska, a dokładniej lotnicza. Nazywa się to Kbely, jest tam lotnisko wojskowe i muzeum lotnictwa nawet. To będzie dłuższa wycieczka na całe popołudnie, planuję tam zajechać pociągiem i o ile dobrze zrozumiałam jest tam linia jednotorowa, co będzie dodatkową atrakcją 😁
Do książki jest dołączona mapa z zaznaczeniem lokalizacji wszystkich omówionych stu wież, to sobie odhaczę te trzy plus wszystkie stare, które już widziałam.
Wyd. Česká televize (Edice ČT), Praha 2009, 349 stron
Z własnej półki (kupiona 15 września 2017 roku za 77 koron w Ulubionym Antykwariacie)
Przeczytałam 29 kwietnia 2025 roku
Dziś po południu komisja do spraw orzekania o stopniu niepełnosprawności, jak wspominałam wybieram się, choć z pewną taką nieśmiałością, bo mnie pewnie nie wpuszczą. Zastanawiam się tylko, czy ewentualnie powiedzą potem od razu, jaki wynik posiedzenia czy też będę musiała czekać na list w tej sprawie 😉
Jestem po dzisiejszej nocy wykończona, oprócz zwyczajowego sikania co godzinę (gdzie trzeba iść od razu wylać zawartość kaczki, bo istnieje ryzyko, że Ojczasty sam pójdzie, ja go nie zdążę złapać i... no wiadomo - wyleje raczej obok ubikacji, skoro niewiele widzi) o piątej dodatkowo obudziło mnie jakieś szu-szu-szu. Widziałam, że siedzi na łóżku. Znaczy z nogami na podłodze, mam na myśli. Wstałam, zapaliłam światło. Zwija rolkę papieru toaletowego, który upuścił na podłogę i się rozwinął. Wściekła wyrwałam mu to, zwinęłam w trymiga, ale usłyszałam:
- Trochę szacunku dla starego ojca, to jest chamstwo!
Oczywiście pełnym głosem, tak że sąsiadka z góry niewątpliwie też miała okazję się obudzić. Co prawda pokazałam mu zegarek (a' propos szacunku dla innych), ale w ogóle nie spojrzał na niego; inna sprawa, że nie mam pojęcia, czy jest jeszcze w stanie odczytać godziny - jednak konsultuje go nieustannie. Czy sobie zdaje sprawę, czy jest noc czy dzień - diabli wiedzą. Jeśli tak, to chciałabym trochę szacunku dla siebie, k...
Wiadoma sprawa, że on zasnął natychmiast, ja niekoniecznie. Matko, jaka jestem tym wszystkim zmęczona. I łeb mi oczywiście daje znać o sobie (a to już jakiś czas był spokój)...
Ten łeb osłabiony całokształtem to Wam powiem, jak funkcjonuje. Pisałam niedawno, że zabieram się za swojego PIT-a. Online. Z wielkim trudem powpisywałam, trzeba było odnaleźć wszystkie wpłaty, wyszło cholera jasna 1182 zł do dopłaty, no ale mówi się trudno, to już ostatni raz (kwestia zeszłorocznej działalności gospodarczej). Wysłałam, zapisałam PDF.
Chowam papiery do szuflady, a tam list z ZUS-u, z PIT-em za emeryturę. Ki czort, przecież leżał na stole, z niego spisywałam dane.
Taaaa.
Wpisałam do rocznego rozliczenia podatku dane za emeryturę Ojczastego (która przecież jest wyższa od mojej). Moje leżały w szufladzie. Jasny gwint!
Ale wiem, dlaczego tak się stało - oni przysyłają papiery dotyczące Ojczastego na moje nazwisko, no i nie zwróciłam uwagi na to, co poniżej.
Matkobosko, myślę se, co teraz. Korektę chyba trzeba zrobić. Zrobiłam, wpisałam swoje dane emerytalne i tym razem wyszło 421 zł do dopłaty. Wydaje mi się ta różnica coś zbyt duża, ale mam to już gdzieś, najwyżej będą dzwonić albo co. Wysłałam ponownie i szybko zapłaciłam 😁
Tak że w sumie nie wiem, czy jest dobrze czy niedobrze, się okaże.
Ach, znowu mnie pociągnęło w kierunku starego szwedzkiego kryminału. Z 1968 roku pochodzi, a w USA dostał nagrodę Edgar Allan Poe za najlepszy kryminał roku - był to wówczas pierwszy kryminał nie napisany po angielsku, który został tak doceniony.
Zastanawiało mnie, że nie widziałam takiego tytułu po polsku - Nocny autobus. Aż doszłam (na stronie 149) do prezentu, który komisarz Martin Beck dostał pod choinkę od córki. Była to stara płyta z piosenką Śmiejący się policjant. Nooo, to już byłam w domu, bo taki tytuł znam; okazało się, że tak brzmi również w oryginale, Czesi sobie zrobili inny. Książka została też w Stanach sfilmowana, z tym, że akcję przeniesiono do San Francisco.
Akcja jest taka, że w pewien listopadowy zalany deszczem wieczór ktoś otwiera ogień i morduje ośmiu pasażerów autobusu linii 47, łącznie z kierowcą. Jest to pierwsze masowe zabójstwo w Szwecji, więc nic dziwnego, że wywołuje szok. W dodatku okazuje się, że jeden z zabitych to policjant, współpracownik Becka. Czy to dzieło szaleńca czy też chodziło o pozbycie się tylko jednej osoby, a resztę zastrzelono niejako przy okazji? Czym zajmował się ten zabity policjant, jakim śledztwem - nie sposób do tego dojść. Bo to może być nitka wiodąca do kłębka.
Nie ma tu wiele akcji, ale rzecz trzyma w napięciu, śledzimy codzienną żmudną pracę policji, pogardzanej zresztą przez społeczeństwo. Podobało mi się, oczywiście - jak zawsze powieści tej spółki, no a już zwłaszcza po czesku 😁 Mam chyba jeszcze dwie po czesku nieprzeczytane, muszę je oszczędzać, żeby mi coś zostało na gorsze chwile, bo to naprawdę duża przyjemność!
No, a teraz zajrzałam do katalogu i... mam to po polsku 🤣 stąd znałam tytuł 😂 Jaciekręcę, ale skleroza! Za jakieś dwa-trzy lata sobie przeczytam.
Początek:
Koniec:
Wyd. Mladá fronta, Praha 1978, II wydanie, 175 stron
Seria: Smaragd - ponoć w niej wyszło 137 kryminałów (głównie), ja ich mam siedem; pamiętam, że w zeszłym roku sporo ich było w pudłach po 10 koron, ale już nie miałam miejsca...
Tytuł oryginalny: Den skrattande polisen
Przełożył na czeski: Miloslav Žilina
Z własnej półki (chyba z pudła po 10 koron)
Przeczytałam 22 kwietnia 2025 roku
Wstąpiłam wczoraj do Pepco na kontrolę. Płaczę bowiem, że klapki, które kupiłam w zeszłym roku i do których się po dekadach chodzenia jedynie w pełnym obuwiu wreszcie przekonałam, że te klapki się zużyły i nie mam na to lato. Córka mi cały czas powtarza, że trzeba sprawdzać, bo oni nieraz rzucają zeszłoroczne modele (albo niesprzedane zapasy?). No i wchodzę, a tu SĄ! SĄ! Dzwonię do domu, żeby mi dziołcha sprawdziła, jaki to był numer. Numer się starł, ale poczekałam na wolną przymierzalnię i wyszło na to, że lepiej 38 niż 37. Dziołcha powtarza weź dwie pary od razu, żebyś znowu we wrześniu nie jojczyła. No to tak zrobiłam.
A dopiero w domu porównałam i zobaczyłam, że to nie są takie same klapki. Stare miały z tego płótna szachownicę, a nowe mają taki węzeł, który nie wiem, czy nie będzie obcierał (mimo że to tylko płótno) 🤔 No cóż, postanowiłam chodzić w jednych na razie po domu i sprawdzić, gdyby obcierało, to te drugie oddam, nie odrywam metki. Mam na to 30 dni.
A' propos dziołchy domowej. Siedzi sobie na ławce na osiedlu i opala się. Przechodzi sąsiadka, ta która doglądała Ojczastego, gdy byłyśmy w szpitalu. Pyta, jak tam ręka, po czym w bonusie chce się dowiedzieć, jak ze szkołą, czy uczęszcza w tej sytuacji.
- Yyy, z jaką szkołą?
- No nie wiem, liceum?
- Ja mam 32 lata...
Mina sąsiadki ponoć nie do zapomnienia 🤣 To już enty raz, gdy córkę o szkołę pytają. Może powinna zacząć do jakiejś chodzić?
Właśnie, ręka. Przyszła powiastka z Urzędu Pracy, że 15 maja minie 90 dni, gdy jest na zwolnieniu (zwolnienie opiewa do 21 maja). Patrzymy na siebie z pytaniem w oczach no i co z tego. A tu małymi literkami na dole:
[...] traci status bezrobotny, który pozostaje niezdolny do pracy wskutek choroby [...] przez nieprzerwany okres 90 dni.
Kuźwa, myślę sobie, gdybym wiedziała, prosiłabym lekarza, żeby zrobił dzień przerwy między kolejnymi zwolnieniami. Ale nie!
[...] za okres nieprzerwany uważa się również [...] w sytuacji, gdy każda kolejna przerwa między okresami niezdolności do pracy wynosi mniej niż 30 dni.
Tak że - albo zgłasza się 14 maja z gotowością albo ją znowu wyrzucają i nie ma już prawa do korzystania z opieki zdrowotnej. Tak. Neverending story. Oczywiście ręce daleko do sprawności, choć to się poprawia, ale kudy tam jeszcze.
Czyli bezrobotny nie ma prawa chorować. Ja się pytam, co gdy na ten przykład ktoś zachoruje na raka. Zostaje potem bez ubezpieczenia?
14 maja ja jadę do tej Pragi, tak więc ruszymy rano jednym tramwajem, a ja potem będę czekać na wiadomość, co powiedzieli i czy tylko odfajkowali czy też dostała jakieś skierowanie do roboty albo co. Brakowało mi właśnie tego nerwu na wyjazd 😠
Znalazłam w jednej z trzech budek na Grottgera, zajrzałam - reportaż jakiś, to biorę. W czytaniu okazało się, że owszem, reportaż, ale o konkretnej tematyce: dziecięcej i to z punktu widzenia akt sądowych. Strasznie to smutne, jak wiele zależy od tego, gdzie i w jakiej rodzinie się urodziliśmy, jak może być zmarnowane życie już od najmłodszych lat. Rodzice chleją albo biorą albo matka prostytutka (z sześciorgiem dzieci) albo po prostu są niewydolni - i już mamy przechlapane. I schemat się powtarza. I ratunku żadnego nie widać. Obraz resocjalizacji dla młodocianych przestępców jest jeszcze smutniejszy od ich wcześniejszego życia...
Początek:
Koniec:
Wyd. Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1978, 141 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 20 kwietnia 2025 roku
Brat wczoraj przybył, pilnował Ojczastego, a ja pojechałam z duszą na ramieniu do ZOL-u, tymczasem wszystko poszło gładko: pani papiery przyjęła i oznajmiła, że jutro wprowadzi do systemu i już będziemy w kolejce. Z pierwszej wizyty zapamiętałam, że mówiła o jakiejś kwalifikacji 2-tygodniowej najpierw, ale może coś pomieszałam. Tym lepiej! Od dziś czekamy na telefon. No rok, ale wiadomo, że może być różnie.
- A to się nie dodzwonię, a to ktoś już umarł, a to zrezygnował albo poszedł gdzie indziej.
Tak więc może za rok, może za pół roku 😲
Brat podał mi terminy swoich wyjazdów (czterech kolejnych), wyszło na to, że drugi wytchnieniowy pobyt Ojczastego u niego, który miałby mi zafundować po tym marcowym (który i tak przechorowałam), byłby możliwy we wrześniu. Ale nie wiem, czy będzie chciał 😉 w końcu zabiera go też na moją majową i sierpniową Pragę. Nie wymagajmy zbyt wiele.
Natomiast będąc tam w ZOL-u zauważyłam kartkę na drzwiach sąsiedniego budynku opieka wytchnieniowa i poszłam dopytać. Tak, zabierają pacjentów na 2-tygodniowe turnusy, ale podstawowy warunek to orzeczenie o znacznej niepełnosprawności.
Właśnie przyszedł list, że komisja w Ojczastego sprawie orzeczenia zbierze się 30 kwietnia i ja się tam wybieram - aczkolwiek nie wiem, czy mnie wpuszczą. Bo to wiecie - Ojczasty nie jest ubezwłasnowolniony, więc sam może się stawić, jeśli chce, ale ja to sądzę, że wątpię, nie jestem jakby stroną. Rozumiecie? Spada na mnie WSZYSTKO, cała opieka, ale nie jestem stroną. No, ale pojadę i spróbuję.
Przygotowania do Pragi trwają, acz dość niemrawo. Ciągle jednak niewiele mi się chce robić. Gdzieś trafiłam na zamek w Záběhlicich, nie byłam jeszcze w tej okolicy, więc wpisałam do praskiego zeszytu i wyciągnęłam knigi, żeby sprawdzić, co tam jeszcze jest w pobliżu. Trzy dni już leżą, przekładam je z łóżka na stół i ze stołu na łóżko, a ciągle nie zerknęłam. Może dziś? Pada, w sklepie byłam rano i właściwie już nie muszę wychodzić, wypadałoby coś pożytecznego w domu zrobić (nie, nie mam na myśli mycia okien).
Ale ale, a' propos praskich wycieczek. Mędziłam ostatnio, że coś pod tyłek muszę zabrać, jak ze zmęczenia zapragnę usiąść gdzieś na ziemi czy na chodniku i że moja córka wymyśliła starą ścierkę kuchenną. Rozmawiam o tym z koleżanką z Fabryki, która jakieś tam trekkingi i inne dziwne rzeczy uprawia, a ona na to:
- W Decathlonie są takie podkładki z pianki za parę złotych.
Że też człowiek nigdy nie pomyśli logicznie - skoro ja czegoś potrzebuję, to inni pewnie też, więc rynek na to na pewno odpowiedział, wymyślając odpowiedni sprzęt.
Do Decathlonu to ode mnie jest za daleka wycieczka (z kim niby Ojczasty zostanie?), ale zaglądam ci ja rano na allegro, znajduję dupochron, o 8:17 nabywam, a o 20:35 przychodzi SMS, że jest już w paczkomacie. To chyba pierwszy raz mi się zdarzyło, żeby towar przyszedł w tym samym dniu! Z Rzeszowa!
Składa się toto na cztery części, więc zmieści się czy to w plecaku czy to w torebce i waży wszystkiego 3,5 deka, prąpaństwa. Pisali, że 2,5 dag, ale nie będę się o to już kłócić. Zakładam, że posłuży.
Z rozpędu kupiłam też bilety na sierpień. Zmienili godziny odjazdu, za to jest więcej możliwości. W maju jadę jeszcze o 8.00, ale w sierpniu już miałam do wyboru 7.00 lub 9.00. I jeszcze jakieś późniejsze. Wiadomo, którą wybrałam 😂 Natomiast nie wiadomo, z jakiego powodu pierwsza podróż czyli autobusem do Ostrawy wydłużyła się o 40 minut. Coś podejrzewam, że będziemy zajeżdżać do Katowic po ewentualnych tamtejszych pasażerów... I w sumie cała podróż z 6 godzin zrobiła się 7-godzinna, matko jedyna jak to znieść w obliczu, że żadnych ciastek, rogalików, drożdżówek, KANAPEK - no niczego przecież nie mogę jeść. Suche bułki (chyba że z dżemem) i banany. A wiadomo, że jak się tak jedzie i nic nie robi, to myśli się głównie o jedzeniu.