Boczne drogi czytałam uprzednio w 2012 roku, to już można było wrócić 😃 Samiście chcieli, przypominając mi je w komentarzach pod Jacksonową.
Intrygi i tak już nie pamiętałam - jedyne, co zarejestrowałam na siecher, to oczywiście WYMIĄCZKO 😂 czyli sławetny poczęstunek dla miłośnika podrobów. Nawiasem mówiąc, wspominam nieraz stołówkowe jedzenie w rodzaju duszonych nereczek, gulaszu z żołądków drobiowych czy czegoś takiego, za komuny to było dość popularne z racji słabego zaopatrzenia w mięso - smaku nie pamiętam, ale miałabym ochotę wrócić i sobie przypomnieć - raz nawet nabyłam, chyba serca to były, niestety, gdy je wyciągnęłam z lodówki, żeby zrobić na obiad - śmierdziały jak cholera - nie wiedziałam, że to trzeba przyrządzać raz-dwa, a nie czekać dwa dni😕
Poza tymi kulinarnymi skojarzeniami i retrospekcjami znów mnie naszła myśl o tym, że niby to jestem przeciwko samochodom ze względów ekologicznych, ale gdy widzę, jaką one dają wolność, to mi trochę przykro, że sama nie mam. Chciałabym widzieć te wszystkie podróże z Bocznych dróg odbyte pociągiem albo pekaesem...
Początek:
Koniec: Ogólnie rzecz biorąc same szmatławe wydania tej Chmielewskiej, potem wychodziły porządniejsze. Najbardziej wymęczony Upiorny legat 😀
Wyd. Krajowa Agencja Wydawnicza, Katowice 1989, 284 strony
Z własnej półki (kupione w antykwariacie 22 stycznia 1990 roku za 2.000 zł jako czternasta pozycja nabyta w owym roku)
Przeczytałam 17 marca 2021 roku
Obudziłam się dziś, tradycyjnie - jak to w sobotę - o szóstej, z globusem. Szybciutko zrezygnowałam z jakichkolwiek planów (lista już była gotowa), nawet obiadu nie muszę robić (miały być racuchy z jabłkami), bo przypomniałam sobie, że dostałam przedwczoraj zupę pomidorową - może jeszcze będzie dobra, co? Tę zupę to muszę odpracować jeszcze: ojciec mojej córki przyniósł nam dwudaniowy obiad, ale my jemy na raz jedynie jedno 😏 i zapowiedział, że w poniedziałek wieszam u nich firanki (mam tam fuchę do końca życia chyba, a przynajmniej dopóki będę w stanie wejść na drabinę). Pytających, czy im rączki odjęło, uspokajam - rączki są, ale niesposobne porobić w miarę symetrycznie te zakładki, żeby się firanki i zasłony ładnie układały 😜
No, ale wstałam na śniadanie i tak jakby troszkę lepiej się zrobiło, więc piszę, choć powróciwszy do łóżka 😉 Obiadu tak czy siak nie robię! Za to wczoraj sobie wkleiłam do zeszytu dwa nowe przepisy (z bloga sio-smutki), do wypróbowania w lepszym czasie.
Również wczoraj u Babci bez mohera przeczytałam notkę nawiązującą do starego radzieckiego filmu WIOSNA NA ULICY ZARZECZNEJ (Весна на Заречной улице), 1956. Film znałam z niedawnych przecież czasów, gdy zapadłam na ruskie, podobnie jak teraz na czeskie. Ale natychmiast zapragnęłam obejrzeć znowu, co też i uczyniłam. Na You Tube jest durnowata cwietnaja wersja, ale ja na szczęście mam oryginalną, czarno-białą. Historia prościutka: młoda nauczycielka literatury przyjeżdża uczyć w szkole wieczorowej. Jeden z uczniów zakochuje się w niej, ale to prosty robotiaga, dzieli ich jakby wszystko...
BBM bardzo dziękuję za uroczy wieczór 💓💓💓
A moja córka po raz enty dostała potwierdzenie, że u ruskich to zawsze musi być dywan na ścianie, co uważa za szczyt bezguścia i twierdzi, że po tym właśnie się ruskich rozpoznaje, choćby i za granicą 😄 Dywan na ścianie w głowach łóżka wisiał u mojej babci ze strony mamy (u drugiej babci z kolei wisiała taka makata z bocianami, nie wiem, co się z nią stało) i mam do takiej dekoracji (i ocieplenia) duży sentyment. A ten dywan z dzieciństwa leży teraz u mnie na podłodze przed łazienką, jest już, niestety, dość sfatygowany.
Kto wie, czy kiedyś się nie szarpnę i nie poszukam jakiegoś do powieszenia za kanapą... córka mnie zabije 😎

























































