sobota, 20 marca 2021

Joanna Chmielewska - Boczne drogi

Boczne drogi czytałam uprzednio w 2012 roku, to już można było wrócić 😃 Samiście chcieli, przypominając mi je w komentarzach pod Jacksonową.

Intrygi i tak już nie pamiętałam - jedyne, co zarejestrowałam na siecher, to oczywiście WYMIĄCZKO 😂 czyli sławetny poczęstunek dla miłośnika podrobów. Nawiasem mówiąc, wspominam nieraz stołówkowe jedzenie w rodzaju duszonych nereczek, gulaszu z żołądków drobiowych czy czegoś takiego, za komuny to było dość popularne z racji słabego zaopatrzenia w mięso - smaku nie pamiętam, ale miałabym ochotę wrócić i sobie przypomnieć - raz nawet nabyłam, chyba serca to były, niestety, gdy je wyciągnęłam z lodówki, żeby zrobić na obiad - śmierdziały jak cholera - nie wiedziałam, że to trzeba przyrządzać raz-dwa, a nie czekać dwa dni😕

Poza tymi kulinarnymi skojarzeniami i retrospekcjami znów mnie naszła myśl o tym, że niby to jestem przeciwko samochodom ze względów ekologicznych, ale gdy widzę, jaką one dają wolność, to mi trochę przykro, że sama nie mam. Chciałabym widzieć te wszystkie podróże z Bocznych dróg odbyte pociągiem albo pekaesem... 

Początek:

Koniec:
Ogólnie rzecz biorąc same szmatławe wydania tej Chmielewskiej, potem wychodziły porządniejsze. Najbardziej wymęczony Upiorny legat 😀

Wyd. Krajowa Agencja Wydawnicza, Katowice 1989, 284 strony

Z własnej półki (kupione w antykwariacie 22 stycznia 1990 roku za 2.000 zł jako czternasta pozycja nabyta w owym roku)

Przeczytałam 17 marca 2021 roku

 

Obudziłam się dziś, tradycyjnie - jak to w sobotę - o szóstej, z globusem. Szybciutko zrezygnowałam z jakichkolwiek planów (lista już była gotowa), nawet obiadu nie muszę robić (miały być racuchy z jabłkami), bo przypomniałam sobie, że dostałam przedwczoraj zupę pomidorową - może jeszcze będzie dobra, co? Tę zupę to muszę odpracować jeszcze: ojciec mojej córki przyniósł nam dwudaniowy obiad, ale my jemy na raz jedynie jedno 😏 i zapowiedział, że w poniedziałek wieszam u nich firanki (mam tam fuchę do końca życia chyba, a przynajmniej dopóki będę w stanie wejść na drabinę). Pytających, czy im rączki odjęło, uspokajam - rączki są, ale niesposobne porobić w miarę symetrycznie te zakładki, żeby się firanki i zasłony ładnie układały 😜

No, ale wstałam na śniadanie i tak jakby troszkę lepiej się zrobiło, więc piszę, choć powróciwszy do łóżka 😉 Obiadu tak czy siak nie robię! Za to wczoraj sobie wkleiłam do zeszytu dwa nowe przepisy (z bloga sio-smutki), do wypróbowania w lepszym czasie.

 

Również wczoraj u Babci bez mohera przeczytałam notkę nawiązującą do starego radzieckiego filmu WIOSNA NA ULICY ZARZECZNEJ (Весна на Заречной улице), 1956. Film znałam z niedawnych przecież czasów, gdy zapadłam na ruskie, podobnie jak teraz na czeskie. Ale natychmiast zapragnęłam obejrzeć znowu, co też i uczyniłam. Na You Tube jest durnowata cwietnaja wersja, ale ja na szczęście mam oryginalną, czarno-białą. Historia prościutka: młoda nauczycielka literatury przyjeżdża uczyć w szkole wieczorowej. Jeden z uczniów zakochuje się w niej, ale to prosty robotiaga, dzieli ich jakby wszystko...

BBM bardzo dziękuję za uroczy wieczór 💓💓💓

  

A moja córka po raz enty dostała potwierdzenie, że u ruskich to zawsze musi być dywan na ścianie, co uważa za szczyt bezguścia i twierdzi, że po tym właśnie się ruskich rozpoznaje, choćby i za granicą 😄 Dywan na ścianie w głowach łóżka wisiał u mojej babci ze strony mamy (u drugiej babci z kolei wisiała taka makata z bocianami, nie wiem, co się z nią stało) i mam do takiej dekoracji (i ocieplenia) duży sentyment. A ten dywan z dzieciństwa leży teraz u mnie na podłodze przed łazienką, jest już, niestety, dość sfatygowany. 

Kto wie, czy kiedyś się nie szarpnę i nie poszukam jakiegoś do powieszenia za kanapą... córka mnie zabije 😎


czwartek, 18 marca 2021

Amélie Nothomb - Z pokorą i uniżeniem

Tej francuskiej autorki nie znam (poza nazwiskiem). Belgijskiej właściwie, jak się dowiaduję z Wikipedii. I odkrywam, że ta króciutka powieść została nawet sfilmowana (ale nie rzucam się na poszukiwania... chociaż... skoro to w Japonii... no sama nie wiem). Autorka jest bardzo płodna i obficie na polski tłumaczona. Już pierwsza powieść, Higiena mordercy, była wielkim sukcesem i od tej pory Amélie Nothomb utrzymuje się z pisania.

Aczkolwiek jej nazwisko widywałam bardzo często, czy to w bibliotekach czy na blogach, nigdy mnie to nie zaciekawiło na tyle, żeby coś pożyczyć. Jakoś nie mam ciekawości właśnie do nieznanych mi pisarzy, by the way. Trzeba by pomyśleć, dlaczego i skąd się to bierze. Lubimy tylko te piosenki, które znamy?

A tu kolega z pracy ni stąd ni zowąd mówi, że jest taka powieść z akcją w Japonii, spojrzenie Europejki na azjatyckie zwyczaje i mentalność, bardzo zabawne. I że mi pożyczy. No dobrze.

Ponieważ to taki drobiazg, czyta się bardzo szybko. Każdy z  nas był kiedyś w sytuacji bohaterki - zostaje przyjęty do nowej pracy, rozgląda się wokół siebie, próbuje rozpracować nowych kolegów i przełożonych... Ale nie każdy znalazł się w kompletnie obcych dla swej kultury warunkach, tak jak tu, gdy co chwilę Amélie-san jest zaskakiwana dziwnymi posunięciami, choć przecież ma jakieś pojęcie o kraju, w którym się znalazła, zna jego język itd. Owszem, ale po raz pierwszy widzi japońskie przedsiębiorstwo od wewnątrz i musi się dostosować do wymagań, choćby były najbardziej absurdalne z europejskiego punktu widzenia. Cóż, jest tam możliwe ze stanowiska tłumaczki przejść do... strażniczki damskiego i męskiego WC. Nie decydują twoje kwalifikacje, tylko zdanie bezpośredniego przełożonego. 

Obraz kobiet japońskich, jaki rysuje Nothomb, nie napawa optymizmem - i to jest takie wyrażenie, które tak naprawdę nie mówi NIC. Gdybym chciała uwierzyć autorce bez zastrzeżeń, chyba bym się popłakała nad ich losem. Ale nad moim losem nikt nie płacze (z tego, co wiem), więc sobie daruję. Za to będę się jeszcze uważniej przyglądać japońskim filmom.

Początek:
Koniec:

Wyd. MUZA SA, Warszawa 2000, 107 stron

Tytuł oryginalny: Stupeur et tremblements

Przełożyła: Barbara Grzegorzewska 

Pożyczone od kolegi O. 

Przeczytałam 13 marca 2021 roku 

 

Kulinarnie ten tydzień nie zapowiadał się zbyt ciekawie, nie było nawet czasu, by coś na ten temat pomyśleć przed zakupami. Więc same stare numery 😏 Ale dawno nie było makaronu z brokułem, a ponieważ córka się domagała wielkich ilości, musiałam użyć patelni od paelli, która już parę lat leżała bezczynnie 😄

 

Zastanawiam się nad reaktywacją blogu o czeskim filmie. Raptem cztery posty tam kiedyś zdołałam opublikować i umarł śmiercią wymuszoną, bowiem jego formuła była taka, że oglądałam te filmy w autobusie, a im dłużej trwał remont trakcji tramwajowej (to był autobus zastępczy), tym trudniej było znaleźć miejsce siedzące 😎

Ponieważ jednak filmy czeskie mi się mnożą niesłychanie, potrzebowałabym dla nich więcej przestrzeni, niż tutaj, więc może do tego projektu wrócę (tylko nazwa już będzie od czapy). Najwidoczniej uważam, że mam za dużo czasu - wbrew temu, co napisałam wyżej. No nic, na razie tylko myślę. 

Tymczasem obejrzałam kolejny film telewizyjny - coraz bardziej lubię ten gatunek, pewnie dlatego, że zazwyczaj te filmy są krótsze, łatwiej na nie wygospodarować czas wieczorem 😀

Film nazywa się Povodeň i powstał w 2005 roku. 

Reż: Jiří Strach 

Punktem wyjścia jest wielka powódź w Pradze w 2002 roku. Starsza pani, wdowa po rzeźbiarzu, postanawia pomóc i oferuje możność zamieszkania u siebie innej starszej kobiecie, poszkodowanej w powodzi. Każda z nich pochodzi z innego środowiska, ma inną przeszłość, zarówno zawodową, jak i rodzinną, bardzo się różnią kulturowo, nawet mówią innym językiem. Nie będzie łatwo się dotrzeć, zwłaszcza, że nie wszystko okazuje się być tym, czym się wydaje... To prawdziwy koncert dwóch wielkich osobowości aktorskich (Jiřina Bohdalová, Jiřina Jirásková). 

   

Jedna z bohaterek (nietrudno zgadnąć, która) wygłasza następującą maksymę o życiu:

ŽIVOT JE JAKO ŽEBŘÍK DO KURNÍKU. KRÁTKEJ A PĚKNĚ POSRANEJ.

 (przy czym žebřík to drabina, schodki)

Trudno się z tym nie zgodzić...

poniedziałek, 15 marca 2021

Shirley Jackson - Poskramianie demonów

Ta druga część ma już całkiem sensowną okładkę. A w ogóle było tak, że pożyczyłam ją raz sąsiadce z góry, która się skarżyła, że ma półpaśca i że to bolesne świństwo. No to niech się rozerwie.

Potem nie oddawała, nie oddawała, aż się w końcu upomniałam. Wtedy się okazało, że ona sobie nie przypomina, a w domu na pewno nic takiego nie ma.

Cóż było robić, odkupiłam sobie za 5,50 zł na allegro, ale od tej pory żadne półpaśce mnie nie interesują, nie mam litości.

Córka mi właśnie mówi, że oglądała film o Shirley Jackson. Ja na to wytrzeszczam oczy, a ona, że tak, że była tam ona i jej mąż i jakaś para, która się do nich wprowadza. Wcale nie wiem, czy chcę to widzieć, doprawdy. Niech już pisarka zostanie dla mnie na zawsze bohaterką dylogii o dużym domu v stanie Vermont 💗
Początek:
Koniec:

Te dwie Jacksonowe nie mogą stać koło siebie, bo są różnej wysokości, no i co począć. Jak już będę bogata i kupię sobie duże mieszkanie, to tam pięknie poustawiam wszystkie książki w należytym porządku, tak?

A skąd nagle będę bogata? No jak to? Przecież mój Ojczasty całe życie gra w totolotka! To może nawet zdąży wygrać? Opowiadał, że już mu się ostatnio trochę znudziło chodzenie ciągle "do miasta" w tej sprawie (ściemnia!), ale we wtorek miał trójkę, więc go to ponownie zmotywowało. 

Zadałam oczywiście pytanie, czy wygrana (szóstki) coś zmieni w jego życiu. Raczej nie, twierdzi.

W moim by jeszcze zmieniła 😎 Oprócz tego większego mieszkania na jeszcze większą ilość książek i płyt i filmów dałaby mi  możliwość częstszych wyjazdów do Pragi 😍 Natychmiast po przejściu na emeryturę rzuciłabym robotę w pierony i poświęciła się swej namiętności.

A Wy? Co byście zrobili/zmienili?

Wyd. Czytelnik, Warszawa 1980, 271 stron

Tytuł oryginalny: Raising Demons

Przełożyła: Mira Michałowska 

Z własnej półki (kupione 5 maja 2010 roku)

Przeczytałam 13 marca 2021 roku 

 

Zabrałam do Dżendżejowa toboły, a w rezultacie przeczytałam jedynie dwie książki, nie obejrzałam ani jednego filmu, nie wysłuchałam żadnej audycji po czesku, no nic. Trochę było co sprzątać (uwaga! kibel raz zapuszczony pozostaje już taki na zawsze), było co prać i potem prasować, trochę się odkułam w lekturze zaległych Polityk - ale, co ważne, odpoczęłam od internetu, czyt. od bieżących wiadomości. To było w gruncie rzeczy bardzo miłe. I okazuje się, że DA SIĘ.

Fakt, że raptem dwa dni...

W styczniu zmarł sąsiad z trzeciego bloku, potem jego sąsiadka przez ścianę, to wszystko była generacja moich rodziców, odchodzą, odchodzą, coraz mniej ich w tych blokach. Mój brat był we wtorek na dwóch pogrzebach - zmarł jednak Andrzej Kukuczka, jakoś mi umknęła ta informacja, ostatni raz czytałam o nim w zeszłym roku, gdy Radio Kraków zbierało środki na jego leczenie. 

Również w tym tygodniu zmarł znajomy kolegi z pracy - na to samo czyli glejaka. Z powodu glejaka odszedł dwadzieścia kilka lat temu nasz przyjaciel, najukochańszy przyszywany wujek mojej córki. Nawet jeszcze nie zdążył skończyć studiów. To jest naprawdę okropne, że tyle wynalazków, takie postępy w samej medycynie - a z tym ciągle nic 😓

Ojczasty podarował mi zeszyt, gdzie w kawalerskich czasach wpisywał teksty arii operowych 😉 Do kolekcji, mam już swoje z piosenkami z chóru.

Zadziwił mnie opowiadając coś o czytanej ostatnio książce, autorstwa Mario Vargasa Llosy. Mianowicie powiedział ljosy. Skąd wiedział, że tak się wymawia? Pozostaje to dla mnie tajemnicą, naprawdę.

Poza tym uszczęśliwił mnie egzemplarzem biografii Cervantesa sprzed kilkudziesięciu lat, absolutnie tego nie zamierzam czytać i nie mam miejsca, no ale co miałam zrobić 😋

A na powitanie w domowych pieleszach dostałam maila ODBIERZ BEZPŁATNY TERMOFOREK! Nie wiem za bardzo, co o tym myśleć.

czwartek, 11 marca 2021

Shirley Jackson - Życie wśród dzikusów

Ponieważ Życie wśród dzikusów i Poskramianie demonów to są moje żelazne pozycje na chandrę, oszczędzam je 😉 Sprawdziłam - ostatni raz je czytałam w 2010 roku. A w międzyczasie miałam ci ja poważną depresję, i nie sięgnęłam, okazuje się. Teraz nie mam ani chandry ani tym bardziej depresji, ale wyciągnęłam obie, bo Kraina Chichów mnie tak nakierowała na amerykańskie małomiasteczkowe klimaty.

Lubię to dokładnie tak samo jak przed laty 😍

Zuzanka kiedyś pastwiła się nad wizerunkiem kobiety-matki-pani domu w obu tych książkach, ale ja to widzę inaczej. To znaczy oczywiście ten obraz jest... bardzo tradycyjny, ale takie to były przecież czasy, więc mnie to nie denerwuje. Autorka pokrywa wszystko dyskretną ironią, ale przede wszystkim ogromnym poczuciem humoru również na swój temat, a ja mogę się tylko cieszyć, że żyłam dwa pokolenia później.

A' propos humoru, możliwe, że dołożyła swą sporą porcyjkę sama tłumaczka, pani Mira Michałowska. Dwie super kobiety w jednym 😎

W każdym razie - chciałabym mieć wielki dom w Vermoncie z białymi kolumnami przed wejściem i z tysiącami książek w środku oraz pięcioma strychami (w tym z jednym, w którym zamieszkały nietoperze), tylko nie wiem, czy za cenę zajmowania się czwórką dzieci hi hi. Ale poczytać i pośmiać się nad ich przygodami - to mogę zawsze!

Początek:
Koniec:

Z lewej strony Życie wśród dzikusów ma dobre towarzystwo, z prawej - hm. Sama nie wiem, czemu tego kota (w worku) kupowałam. Kupowałam i nigdy nie przeczytałam.

Wyd. Wydawnictwo ALFA, Warszawa 1994, 232 strony 

Tytuł oryginalny: Life Among the Savages 

Przełożyła: Mira Michałowska 

Z własnej półki 

Przeczytałam 10 marca 2021 roku 

 

Film obejrzałam, a jakże, czeski 😉 naturalnie przypadkiem, bo mi się wyświetlił na YT.

Sama v čase normálnosti, 2010 

Reż: Viktor Polesný 

Lata tzw. normalizacji w Czechosłowacji. Marta jest przełożoną pielęgniarek w szpitalu, sama wychowuje dorastającego syna po śmierci męża przed pół rokiem, zmaga się z apodyktyczną i zaborczą matką, a w pracy udziela się w lokalnej organizacji partyjnej i przyjaźni z sekretarką dyrektora. Chciałaby już zdjąć żałobę po mężu, zwłaszcza że prześladują ją nie najweselsze wspomnienia z ich wspólnego życia - ale co ludzie powiedzą? Wszystko się w jej życiu zmieni, gdy podniesie leżący na chodniku przemoczony list - jak się okaże, zawiera on przepisany na maszynie tekst Karty 77...  

Skończyłam też serial Sanitka 2 i teraz się głowię nad następnym. Nie, że nie mam co, tylko nie wiem, który wybrać najpierw 👀 

A w ogóle tak się odzwyczaiłam od jakichkolwiek wyjazdów, że denerwuje się na myśl o jutrzejszym. Już nawet wyciągnęłam z szafy torbę i pakuję książki i majtki i dres i wafle ryżowe i sama nie wiem, co 🙈 O, krzyżówki może jeszcze. Pendrivy z filmami i czeskim radiem. Zeszyt do czeskiego, że może się pouczę. Jakbym ruszała z domu na miesiąc! Gotowa na wszystko.

wtorek, 9 marca 2021

Edgar Allan Poe - Zagłada Domu Usherów

O jeju jeju. W Krainie Chichów bohater jest mocno zniechęcony pracą nauczyciela literatury amerykańskiej, zwłaszcza, gdy po raz kolejny przerabia z uczniami Zagładę Domu Usherów. Która tam nazywa się Upadek Domu Usherów, nawiasem mówiąc. Ponieważ to TYLKO nowela, postanowiłam ją machnąć.

Mam ci ja na półce dwa tomy Opowiadań Edgara Allana Poe, wykradzione w stosownym czasie z domu 😀 I dziwna sprawa, bo żyłam ileś tam lat w przekonaniu, że tego autora znam, że czytałam - a po zapoznaniu się z owym dziełem mam wrażenie, że ni hu hu. Znałam chyba tylko tytuły...

Trzy konkretnie: ten (no bo każdy zna), Zabójstwo przy rue Morgue i Złoty żuk. Na razie wygląda na to, że przy tym pozostanę. Że te dwa wymienione może jeszcze przeczytam, ale czy się kiedykolwiek skuszę na inne, to już nie wiem...

Zagłada Domu Usherów mnie osłabiła! Gdyby ta nowela była dłuższa, to chyba bym nią cisnęła o podłogę. To jest gatunek powieści gotyckiej (choć nowela), ja czytałam swego czasu, gdy byłam młodsza i miałam większe ambicje literackie... znaczy czytelnicze, Zamczysko w Otranto, ale na tym się chyba kończy moja znajomość gatunku, który kompletnie mnie nie interesuje. To raz. A dwa - że język był dla mnie koszmarnie męczący. Pod ciężką posową obłoków, kurna! Tłumacz, wiecie, ten Wyrzykowski, to był gość związany z Młodą Polską, Chimera i te sprawy, jemu to wyraźnie dobrze leżało, ale na Boga - dla dzisiejszego czytelnika to niestrawne, no chyba że jest amatorem takich klimatów. Horror wymieszany z makabreską, podlany literackimi aluzjami.

Niech sobie będzie, że to w literaturze amerykańskiej jest uznawane za arcydzieło. Ja jednak czytam już tylko dla przyjemności, a nie dla odhaczania pozycji z ambitnej listy noblistów i podręcznikowych autorów. Apage!

Koniec:

Poe ma lepsze towarzystwo na półce, moim zdaniem. Stanowczo wolę czytać Prusa (i dlaczego tak rzadko to robię?). 

No, ale na te dwa wspomniane wyżej opowiadania kiedyś jeszcze się skuszę, zwłaszcza, że to detektywistyczne, może bardziej strawne 😉

Wyd. Czytelnik Warszawa 1956, strony od 132 do 151

Tytuł oryginalny: The Fall of the House of Usher 

Przełożył: Stanisław Wyrzykowski 

Z własnej półki 

Przeczytałam 7 marca 2021 roku 

 

W pracy spotkała mnie wczoraj taka niespodzianka (mnie i dwie stażystki, bo mamy teraz dwie dziewczyny na stanie przez kilka miesięcy, są moim utrapieniem w sensie covidowym, wiadomo, że spotykają się z innymi młodymi ludźmi, a nie siedzą w wynajętym mieszkaniu na dupie, jak ja, więc cały czas myślę o nich w kategoriach wiszącego mi nad głową miecza Damoklesa) - zastałyśmy rano na swoich biurkach tulipany. Piszę o tym, bo się to zdarzyło PO RAZ PIERWSZY! W sensie od tego kolegi. Zastanawiam się teraz, co powoduje, że ostatnio jest jakiś bardziej do życia - czyżby perspektywa rychłego zakończenia kariery? Bowiem do końca roku musi on podjąć decyzję, czy nie przejść na wcześniejszą emeryturę - grubo wcześniejszą i z grubo niekorzystnymi konsekwencjami (musi w praktyce zapłacić 20 tys. euro, żeby tę emeryturę teraz już dostać, no i liczyć się z jej niską wysokością, że tak się wyrażę). Ale twierdzi, że już dłużej nie wytrzyma. Nie cierpi tej roboty, a myśli sobie dorabiać tłumaczeniami.

Film japoński obejrzałam. Od dawna chciałam, ale miałam z nim jakieś problemy techniczne, które udało się przezwyciężyć dzięki słynnemu kablowi HDMI. Niestety miał on napisy jedynie angielskie, co - jak już wspominałam po wielekroć - jest dla mnie kolejnym problemem. Na szczęście dużo nie gadali 😁 Jeden z bohaterów zarabiał (nędznie) na życie (nędzne) jako ragpicker i co prawda widziałam, że ciągnie za sobą wózek ze starzyzną, ale dopiero dziś sprawdziłam w słowniku: jest to szmaciarz, gałganiarz wedle Stanisławskiego. W haśle na angielskiej Wiki jest zdjęcie i wózek bardzo podobny do tego w filmie.

Zapomniałabym - film nosi polski tytuł Ona i on, angielski She and He, a japoński Kanojo to kare. I choćbym szukała trzy dni, nie znajdę go na You Tube, niesamowite! To, co poniżej, zawiera jedynie fragment piosenki z napisów, ale wprowadza już w klimat.

Rok 1963, reż. Susumu Hani

Młode małżeństwo mieszka w sterylnym nowym bloku, który sąsiaduje ze slumsami. Żona, osoba pełna empatii, na próżno próbuje nawiązać kontakty z sąsiadkami, gdy ich mężowie są w pracy w pobliskim Tokio. Gdy spotyka dawnego kolegę męża ze studiów, próbuje pomóc zarówno jemu, jak i ociemniałej dziewczynce, którą ten się opiekuje. Mąż jednak (i całe sąsiedztwo) patrzy na tę przyjaźń krzywym okiem, bariery społeczne są zbyt mocne.

  

Film najwyraźniej mało znany, na Filmwebie ma zaledwie 30 ocen, ale uwaga - trzy z nich (wysokie) pochodzą od moich tamtejszych znajomych - czyli mam tam dobre towarzystwo 😍

 

No, a na koniec taki kwiatek. Rano napisał mi brat, że ojciec już nie może żyć. Tyle mi się wyświetliło na podglądzie... Na szczęście dalej było, że w takim chlewie 😁 No bo wiecie, braciszek ma dwie lewe rączki. Więc przyjedzie po mnie w piątek wieczorem, a w niedzielę mnie odwiezie. Żebym posprzątała.

Byłam tam w sierpniu, posprzątać. 

W sierpniu.

Siedem miesięcy temu prawie.

W międzyczasie znaleźliśmy panią, która miała przyjść ogarnąć od czasu do czasu, ale Ojczasty się postawił, że NIE, BO NIE.

Ja do pociągu jeszcze długo nie wsiądę. No, ale skoro brat woli zapierniczać w te i we wte, niż samemu sprzątnąć, to proszę bardzo, z przyjemnością się z tatą zobaczę (już zaszczepionym dwukrotnie). 

Trochę się jednak boję, co tam zastanę.

Zaczęłam już układać plan frontu robót, więc pytam, czy zmieniał mu w międzyczasie pościel. I dostaję taką odpowiedź: 

- Yyyy, jakoś nie pomyślałem.

Od sierpnia! Mam tylko nadzieję, że nic się tam nie zalęgło!

niedziela, 7 marca 2021

Jonathan Carroll - Kraina Chichów

No i patrzcie się państwo, ja tutaj się zarzekam, że żadne fantastyki, a co zaraz robię? Czytam Krainę Chichów z gatunku fantasy! Już się tłumaczę: wpadła mi w ręce w czasie odkurzania (oczywiście) i dodałam ją do listy. Kupiłam u Prószyńskiego w nędznych latach 90-tych, pewnie w ramach Klubu Wysyłkowego. W dodatku w serii DUŻE LITERY - nie żebym wtedy takowych potrzebowała, ale widać takie wydanie było do dyspozycji (tanio). I ja to wtedy przeczytałam i podobało mi się. Zapamiętałam jednak tylko mówiącego psa 😀

Nie wiem, jaką ma opinię Jonathan Carroll, nie pamiętam, czy jeszcze cokolwiek innego czytałam - ale Kraina Chichów podoba mi się dalej. Jest to takie idealne czytadło na weekend. Miałam wczoraj migrenowy dzień, wykręciłam się nawet z tego powodu od robienia obiadu (złej baletnicy...), ale nie było tak strasznie, żebym nie mogła poczytać, więc machnęłam 😉

A teraz zajrzałam na Wiki, a tam - że Carroll zawdzięczał wydanie tej książki Lemowi! Bo uczył angielskiego jego syna Tomasza (mieszka w Wiedniu) i stąd znajomość, Lem przeczytał i zarekomendował wydawcy. I że pisarz jest w Polsce głównie popularny i bardzo często tu bywa. Tak to, widzicie, jest, gdy się pozostaje poza mainstreamem, człowiek nic nie wie i Ameryki odkrywa 👀

No nic, utwierdziłam się w przekonaniu, że powieść nadal mi się podoba, ale czy w związku z tym polecę do biblioteki szukać innych - to nie wiem, na razie na pewno nie. Bowiem przy czytaniu przypomniało mi się parę innych, które mam w domu i które też sobie chcę odświeżyć.

Jo, mam tak samo! Też nie cierpię, gdy ludzie na mnie patrzą i nienawidzę awantur, w ogóle podniesionego głosu, ja się takich sytuacji boję!
A przywołany Norman Rockwell to kolejne wspomnienia... Pracowałam w muzeum i zajmowałam się muzealnym księgozbiorem. Jednym z wielkich, pięknych albumów, które tam były, był właśnie album z rysunkami Rockwella. W Ameryce zna go każde dziecko, ale u nas raczej nie 😏 Ja bym pewnie też go nie znała, gdyby nie ta muzealna okoliczność.
Tu z kolei ta matka metodystka. Okazało się, że ja właściwie nic o metodystach nie wiem - jedyne, z czym mi się kojarzą, to kursy angielskiego w Warszawie za PRL-u, to się pojawiało w literaturze młodzieżowej. Nie wiem, dlaczego przeżegnanie się syna przed kościołem tak wzburzyło matkę. Tylko dlatego, że to był kościół katolicki?
A ta tutaj poniżej atmosfera małomiasteczkowej Ameryki mi natychmiast kazała odszukać na półkach dwie powieści Shirley Jackson, już czekają koło łóżka 😀
A to właściwie temat książki - lepiej wiedzieć czy nie, ile potrwa nasze życie i kiedy się skończy.
Tu znowu książka, którą sobie postanowiłam przypomnieć 😉Wiecie, jaka?
Początek:
Koniec:
Półka:

Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 1994, 366 stron

Tytuł oryginalny: The Land of Laughs

Przełożyła: Jolanta Kozak 

Z własnej półki 

Przeczytałam 6 marca 2021 roku 

 

Piękne dziś słońce za oknem 😍 Monstera, którą kupiłam w zeszłym roku z gładkimi liśćmi, wypuściła pierwszy liść z dziurą. Czyli będzie, jak się patrzy!

 

Z zaplanowanego na wczorajszy wieczór oglądania ceremonii Czeskich Lwów online wyszły nici, być może było zbyt dużo chętnych - ładowało się i ładowało bez końca. Dziś rano sprawdziłam - można obejrzeć, więc z opóźnieniem, ale niech będzie na niedzielny wieczór... Tylko, że już bez niespodzianek, bo nie chciałam, a i tak się dowiedziałam, kto wygrał.

A przy nastawianiu obiadu dotarłam do płyty, która mi przywróciła młodość 💗 To płyta Bałkantonu (czyli bułgarska) z jazzowymi śpiewaczkami. Tam pierwszy raz usłyszałam piosenkę The Boy from Ipanema i zakochałam się w niej. Płyta chodziła na okrągło 😍 Jakież było moje zdziwienie po latach, gdy dowiedziałam się, że tak naprawdę ta bossa nova nazywa się The Girl from Ipanema, tylko czasem, gdy ją śpiewają kobiety, przerabiają dziewczynę na chłopca, żeby było logiczniejsze 😀

Ech, te czasy bez internetu...

piątek, 5 marca 2021

Zdeněk Drozda - Kosí hnízdo

Na dobry początek marca zabrałam się za jedną z tych czeskich książek kupionych pod koniec lutego - tę najcieńszą 😁 A serio to było tak, że na stronie Ulubionego Antykwariatu znalazła się w dziale Pragensie, nigdy inaczej bym na nią nie trafiła. A to dlatego tam się znalazła, że autor opisuje swoje dzieciństwo w praskiej dzielnicy Vršovice. A ja tę dzielnicę troszeczkę znam i lubię, bo to obok Nusli, gdzie mieszkałam w czasie pierwszych pobytów w Pradze i gdzie chętnie mieszkałabym dalej, zwłaszcza, że to było chyba najtańsze możliwe mieszkanie w Pradze z kącikiem kuchennym (ale zrobili tam pokoje na dłuższy wynajem). 

Więc pomyślałam, że dowiem się jeszcze więcej i dawaj, kupiłam, mimo, że nie była z tych po 19 koron - no ale nic dziwnego, to dość nowa książka. Czytaj: wykosztowałam się w ciemno na całe 88 (minus 11% rabatu, co czyni w sumie 13 i pół złotego). I nie żałuję ani grosza 😍

Gdyby nie to, że pan Zdeněk Drozda z niewiadomych mi przyczyn tak młodo zmarł (w wieku 52 lat) pisałabym do niego z podziękowaniami w te pędy! Bo napisał książkę, która bardzo, ale to bardzo mi się spodobała i miałam ogromną przyjemność z lektury. Bardzo też żałowałam, że się kończy - ba! nawet odkładałam na później czytanie - żeby się tylko nie skończyła.

Autor opisał swe ubogie dzieciństwo w latach 40-tych i 50-tych w sposób niebywale sugestywny - opowiada to ten urodzony w czasie wojny chłopiec, chodzący do przedszkola i lubiący, gdy jest alarm lotniczy i trzeba zejść do schronu, chłopiec rezolutny i nie dający sobie w kaszę dmuchać, chłopiec, który w innych warunkach zaszedłby daleko, ale bieda powoduje, że z czasem musi wybrać rzemiosło i szybką pracę, żeby pomóc finansowo matce, choremu starszemu bratu i dwóm młodszym siostrzyczkom. 

A przy tym jest na tyle dowcipny w swoich opowieściach, że nie płaczemy nad losem tej rodziny, czytelnik raczej kibicuje jej poczynaniom, trzyma kciuki, ale wie, że cokolwiek się stanie - zawsze znajdzie się ktoś, kto poda pomocną dłoń. I to jest główny walor tej książki - zyskujemy pewność, że ludzie są dobrzy, chociaż na ulicy tego nie widać.


Początek:
Koniec:
Te wspomnienia ożyły na scenie vršovickiego teatru Mana (o którym wcześniej nie słyszałam), dołączono kilka zdjęć ze spektaklu. Weszłam na ich stronę, żeby się zorientować, czy ciągle to mają w repertuarze (pomijając aktualny stan wyjątkowy w Czechach), ale kompletnie się w tej stronie nie mogę wyznać. Zresztą... i tak przecież w tym roku nie pojadę... Myślę natomiast, że do Gniazda kosa jeszcze wrócę i to nie raz. Choćby ze względów językowych.

Wyd. Nakladatelství Torst, Praha 2016, 156 stron

Z własnej półki (kupione w Ulubionym Antykwariacie 25 lutego 2021 roku za 88 koron)

Przeczytałam 5 marca 2021 roku

 

 

Donoszę, iż palec się wygoił i choć miałam ciągle strach przed tym zafajdanym nożem szefa, jednak go użyłam przy krojeniu mięsa na gulasz! Luuuudzie! To jak niebo a ziemia w porównaniu z czasami sprzed (noża szefa) 😎 Rach ciach ciach i po krzyku! Z kolei nowy nóż do chleba pokroił mi drewnianą deskę 😄

Z wyczynów kuchennych odnotuję tylko jeden w tym tygodniu. Najpierw wstęp: kaszę (jęczmienną) gotowałam do tej pory na tzw. dużej wodzie, ale postanowiłam spróbować inaczej, lepiej; podane proporcje były - szklanka kaszy na dwie i pół szklanki wody. A szklanka kaszy to po ugotowaniu na nas dwie za dużo, więc szukałam, co by z tą pozostałą zrobić. 

I wymyśliłam, żeby do niej dodać ugotowane jajko i dwie duże pieczarki starte na dużej tarce, przyprawy i zlepić to surowym jajkiem. I tak wczoraj powstały kotlety, które jeszcze nie mają nazwy (bo kotoplacki są zarezerwowane dla tofu). I - uwaga - na zdjęciu są kotlety powstałe z podanej ilości składników! Wyszło jedenaście sztuk! A jeśli ktoś ma pomysł na nazwę, to proszbardzo, bez krępacji!

A dalej już mi się nie chce nic kombinować, w ogóle spać mi się strasznie chce popołudniami, a nie mogę - bo dla mnie taka drzemka oznacza późniejszą migrenę. Bieda, panie 😕

Ale zdobyłam się na obejrzenie kolejnego czeskiego filmu. W sobotę czyli jutro będzie rozdanie Czeskich Lwów, nawet chcę to oglądać online, ale nie wiem, czy będzie można, nieraz już ucieszyłam się, że znalazłam coś na stronie czeskiej TV, a potem się okazało, że z powodu praw autorskich ja sobie w Polsce nie obejrzę. Mam gdzieś co prawda link do instrukcji, jak sobie ustawić niekoniecznie polskie IP czy jak to się tam nazywa, ale nie mam do tego głowy... Tymczasem jednak czytając jakiś artykuł na temat tych Lwów trafiłam na tytuł sprzed 7 lat, o którym nigdy nie słyszałam. I skusiłam się.

Nazywa się to Díra u Hanušovic (2014) 

Reż: Miroslav Krobot z Dejvickiego divadla, jest tam cały zestaw aktorów z tego teatru. Znam ich z innych filmów, ale w samym przybytku Melpomeny w Dejvicach nie byłam, nie ma szans na to, on słynie z nocnych kolejek po bilety, ustawiających się w przeddzień rozpoczęcia sprzedaży na dany miesiąc!

Film smutny, bo ukazujący rzeczywistość takich dziur jak ta tytułowa, gdzie ludzie żyją jakby poza czasem, a to ich życie jest kompletnie puste, czasem to oczekiwanie na coś, co nigdy nie przyjdzie, a częściej nawet się nie czeka na nic. Przy czym myślę, że taką dziurą może być i metropolia...