poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Jiří Plachý, Ivo Pejčoch - Velké kriminální případy


Wielkie przypadki kryminalne. W Czechosłowacji oczywiście i w okresie międzywojennym. 

Autorzy skupili się na karze śmierci (wykonywanej powieszeniem). Takich wyroków wydano 443, ale jako że prezydent Masaryk był co do zasady przeciwny tej karze, zazwyczaj odwołujący się do niego o prawo łaski skazaniec miał karę zamienianą na więzienie, przeważnie na dożywocie, czasem mniej. Co ciekawe, był wtedy jeszcze zwyczaj, że w rocznicę przestępstwa więzień spędzał dzień o chlebie i wodzie w ciemnicy.


Gdy najpierw spojrzałam na fotografie, pomyślałam, że ci panowie to może wysocy urzędnicy, sędziowie czy kto tam. Nie, to - kaci. Ten z lewej trudnił się owym rzemiosłem jeszcze w XIX wieku, za Austro-Węgier.  



Tabelka pokazuje, ile było wydanych aktów łaski w konkretnych latach, a ile wyroków zostało wykonanych.


 

Książka opisuje 20 mniej lub bardziej znanych kryminalnych spraw z okresu Pierwszej Republiki. Autorzy we wstępie zastanawiają się, co jest powodem szerokiego zainteresowania społeczeństwa takimi sprawami, tak dziś, przy wydatnej pomocy mediów, jak i wtedy. Co mi kazało trochę na ten temat pomyśleć - i wyszło mi na to, że ja osobiście lubię czytać kryminały nie dla makabrycznych opisów zbrodni, ale raczej dla przyglądania się śledztwu, możliwościom, jakie były niegdyś i jakie są dzisiaj.  



Najbardziej znana nierozwiązana zagadka kryminalna z międzywojennej Czechosłowacji to sprawa zabójstwa słowackiej prostytutki. Jej poćwiartowane ciało zostało odkryte w dwóch walizkach w dwóch różnych pociągach odjeżdżających z Pragi. O tej zbrodni już czytałam gdzie indziej. Stało się to w 1933 roku, a wyobraźcie sobie, że na policję przychodziły listy z rozmaitymi wskazówkami i radami i sugestiami co do osoby mordercy aż do 1966 roku! Było ich ponad 5 tysięcy, a każdy trzeba było sprawdzić, zweryfikować, co znacznie spowalniało śledztwo. Tak czy siak, zbrodnia pozostała niewyjaśniona (i nieukarana).   



Wyd. Academia, Praha 2016, 231 stron

Z własnej półki

Przeczytałam 10 kwietnia 2026 roku



 

Nastał Wielki Dzień. 

Skończyłam katalogowanie książek 🦾🦾🦾


Nie chcecie wiedzieć, ile tego jest. ALE! Przy niektórych tytułach dopisałam ??? - że niby może wydać w przyszłości. I takich tytułów jest 85 - więc za półtora miesiąca, jak wrócę z Pragi, będzie pierwsze czyszczenie, tak na 20-30 pozycji 🤣 

Jeżeli ktoś zadaje sobie pytanie co ona teraz będzie robić - to nie bądźcie naiwni. Katalog filmów czeka 🤣🤣😃

Ale to już całkiem inna kategoria. Albowiem z książkami było konieczne do funkcjonowania na co dzień - typu, że chcę właśnie tę książkę przeczytać, a nie wiem, gdzie ona jest. Filmy mniej więcej wiadomo, gdzie są. I w ogóle. Nie pali się. Może raczej powinnam się zabrać za zeszyty praskie? Bo mam część nieopisanych. 

Cokolwiek to będzie, teraz REMONCIK. Dziś o 15.00 przychodzi Pan Malarz, należy więc wszystko powynosić z pokoju i ciągle jeszcze nie wiem, gdzie się to zmieści, ale co tam. Bywało gorzej. Mam nadzieję, że za tydzień o tej porze kanapa będzie już na swoim miejscu, po trzyletnim wygnaniu. Telewizor również.  

W święta skończyła się kawa, a w szafce nagle objawiła się jakaś zapomniana puszka ziarnistej. Cóż było robić, wyciągnęłam stary młynek, co to jeszcze Ślubny go kupił i namiętnie używał. I wiecie co? To fajny taki rytuał jest, mielenie porcji tak na jeden raz 😁 Jeśli dzisiaj zadzwoni listonosz, dostanie młynek do ręki, niech sobie kurde zmieli 😉

A prawie się kiedyś zastanawiałam, czy młynka nie wydać, no bo po co mi on. Bardzo lubię, jak coś starego się nagle przyda 😍 Katalogując kulinarne książki wytypowałam do wyniesienia "Potrawy z szybkowaru", bo szybkowar wydałam przy okazji remontu kuchni. To był taki ruski sprzęt i 30 lat temu używałam go, ale potem nagle nabrałam obaw, że wybuchnie albo co i przestałam, to i książka mi niepotrzebna...

Sąsiadka przywiozła z Egiptu kwiaty hibiskusa i co prawda nie jestem wielką fanką herbat owocowych etc., ale ta tutaj ma tak piękny kolor, że piję 😁

Planuję zrobić rewolucję kuchenną - bo bardzo chcę mieć osobną szufladę na herbaty. Już jedną wytypowałam, tylko nie ustaliłam, gdzie dam manele, które teraz w niej są. I przez kolejne trzy lata będę do niej sięgać po to, co tam było... siła przyzwyczajenia jest straszna.

Co jeszcze? Nic, bo już przebieram nogami, żeby sprzątać ten pokój do malowania. Więc tylko migawka z miasta - przy kapliczce.

  

7 komentarzy:

  1. Gratulacje z okazji ukończenia katalogu książek!
    Miałam w Polsce młynek do kawy i bardzo lubiłam cały ten rutyał mielenia i parzenia kawy, tylko zawsze szybko mi się ręka męczyła od kręcenia korbką.
    Ta książka to jak podręcznik do kryminalistyki. No nie da się już odzobaczyć tej poćwiartowanej pani w walizce ;-)
    Mało stresującego remontu Ci życzę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Śliczną masz tą szafę z książkami!!!! (zazdrość)

    Marek

    OdpowiedzUsuń
  3. Eee.. a już cię chciałem zapraszać na Mazury, byś mogła skatalogować książki u mnie :D Wrzuć listę tych 85 skazanych na wygnanie na blog, przed wyniesieniem z domu. Może jest na niej coś fajnego.

    U mnie taki ręczny młynek już dawno temu został zdegradowany do roli młynka do pieprzu.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie znam wspomnianej przez Ciebie książki, ale wiele lat temu czytałem „The Amazing Autobiography of the World’s Most Famous Executioner” („Kat Pierrepoint. Niesamowita autobiografia najsłynniejszego kata świata”) autorstwa Alberta Pierrepointa. Był on słynnym brytyjskim katem, który w trakcie swojej około 25-letniej kariery powiesił – według różnych źródeł – od 435 do nawet 600 osób. Co ciekawe, jego ojciec i wuj również pełnili tę funkcję, więc w pewnym sensie kontynuował rodzinną tradycję. Paradoksalnie, był przeciwnikiem kary śmierci, choć przez wiele lat zachowywał swoje poglądy dla siebie i ujawnił je dopiero w autobiografii.

    Około 30 lat temu czytałem także bardzo interesującą książkę „May God Have Mercy on Your Soul: The Story of the Rope and the Thunderbolt” („Niech Bóg zmiłuje się nad twoją duszą: historia liny i pioruna”) autorstwa Edwarda Baumanna. W tym przypadku „thunderbolt” oznacza krzesło elektryczne. Autor skupia się na jednym konkretnym miejscu – hrabstwie Cook w stanie Illinois (gdzie znajduje się m.in. Chicago) – i opisuje losy 171 skazanych morderców oraz ich ostatnie chwile. To była książka nie tylko wciągająca, ale i skłaniająca do refleksji; do dziś pamiętam niektóre z opisanych historii.

    Dwa lata temu, po przeczytaniu powieści „Every Man Dies Alone” („Każdy umiera w samotności”) Hansa Fallady, spędziłem trochę czasu, szukając w Internecie informacji o losach katów w nazistowskich Niemczech. O ile dobrze pamiętam, przynajmniej jeden z nich, pojmany przez zachodnich aliantów, został… ponownie zatrudniony w tej samej roli. Inny natomiast, który trafił do niewoli sowieckiej, został skazany na śmierć i stracony – właśnie za to, że „z urzędu” wykonywał egzekucje komunistów.

    W 1985 roku, jeszcze na uniwersytecie, uczęszczałem na kurs poświęcony prawom człowieka. Przeglądając różne publikacje – także dotyczące kary śmierci – natknąłem się na anegdotę, rzekomo autentyczną:
    W Wielkiej Brytanii oficjalny kat zwykł pojawiać się bardzo wcześnie w lokalnym pubie. Pewnego dnia jeden z bywalców, wchodząc do środka i widząc go jak zwykle siedzącego przy barze, powiedział:

    — Za każdym razem, gdy tu przychodzę, jesteś pierwszą osobą, jaką widzę!
    Na co kat odparł:
    — Uważaj, żebym nie był ostatnią.

    A na zupełnie inny temat — posiadam podobny młynek z korbką, ale do pieprzu. Odziedziczyłem go prawie 30 lat temu po zmarłym znajomym; niewykluczone, że on sam kupił go jeszcze 10–20 lat wcześniej. Nadal działa i wciąż go używam, choć do ideału mu daleko — grubo zmielony pieprz najlepiej nadaje się do zup.

    Zdarzało mi się też kiedyś kupować nawet do 10 kg kawy ziarnistej rocznie (dla klientów w biurze) i samodzielnie ją mielić, używając małego elektrycznego młynka. Zajmowało to trochę czasu, ale dawałem radę — a kawa zawsze zbierała bardzo dobre opinie. Młynek nadal działa!

    O szybkowarach chyba pisałaś już kilka lat temu. Tutaj również są popularne tzw. „pressure cookers” i podobno dzisiaj są bardzo bezpieczne. Być może tak jest — ale kilkadziesiąt lat temu mój znajomy poważnie się poparzył podczas otwierania takiego urządzenia. Skończyło się telefonem na pogotowie i pobytem w szpitalu. Od tamtej pory wolę jednak trzymać się od nich z daleka.

    OdpowiedzUsuń
  5. Szewc bez butów chodzi, książek mam sporo, ale nie katalogowałam i ciągle szukam...sporo tez wydaję, dziś znowu zamówiłam cztery.
    Taki młynek, to dobra gimnastyka dla dłoni.
    Ja mam herbat pełna szafkę, bo mój mąż lubi kupować!

    OdpowiedzUsuń
  6. U mojej mamy jeszcze jest szybkowar. Uwielbiałam go używać za panieńskich czasów. Tato też.
    Podejmujesz listonosza kawą?!

    OdpowiedzUsuń