Oczywiście z knihobudki kiedyś. Leżało sobie, leżało wśród niespisanych, a miejsca na półkach z kulinariami już nie ma czyli jeśli zostawić, to coś innego wynieść... Więc najpierw przeczytać, czy warto mieć.
Otóż z pewną taką satysfakcją (że jednak POTRAFIĘ czegoś się pozbyć) wynoszę. Wyfociłam ewentualnie interesujące mnie przepisy i szlus. Ale co jest najlepsze - patrzę na tę okładkę i mówię do córki:
- Ten Knappe wygląda całkiem jak taki jeden aktor.
Córka turlała się ze śmiechu, jaka ja jestem głupia. Bo to serial był i faktycznie to Szyc, a Knappe to tylko nazwisko jego bohatera.
A skąd ja to niby miałam wiedzieć 🤣
Dobrze, więc tak. Przepisy są proste i tanie, według zapowiedzi. Ten poniżej akurat taki jest (czy makaron w innym przepisie, wymagający 12 żółtek też? no nie wiem). Tak prosty, że nawet już go mamy za sobą, bo akurat nic się nie chciało robić, a pomidorki i mozzarella były w lodówce 😁 Nie jest to może danie na przyjęcie gości, ale wchodzi na moją prywatną listę szybkich i awaryjnych.
Placuszki owsiane wypróbujemy.
Też by można (Smażone zielone pomidory się kojarzą)...
Makaron z okruchami chleba - już gdzieś to widziałam. Też z gatunku 'co zrobić, gdy nic w domu nie ma'.
Co to są knelki??? Pierwsze słyszę. Nie twierdzę, że wypróbuję, ale nigdy nie wiadomo.
Zalewajkę u mnie w domu gotowało się z kiełbasą, a nie z boczkiem i smażoną cebulą. I dwa kilo ziemniaków???
Nigdy nie zamrażałam zup czy innych płynów, nawet nie mam odpowiednich pojemników...
I na koniec tarta cebulowa, którą jadamy czasem, ale na cieście do tarty, a tu proponują na gotowym francuskim. To by było dużo roboty zaoszczędzone...
Reszta czyli smażone kalmary, kaczka w rozmarynie i konfitura z czerwonej cebuli mnie nie interesują, więc pomijam 😉
Wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013, 197 stron
Przeczytałam 10 maja 2026 roku
Znalazłam niedawno w knihobudce trzy powieści sensacyjne przedwojennego autora Antoniego Marczyńskiego, zadowolona przyniosłam do domu i zaraz zabrałam się za lekturę Perły Szanghaju.
No nie zmogłam tego. Wiecie, że jak już coś zaczęłam, to zazwyczaj staram się doczytać do końca... Nie tym razem. Chciałam, dotarłam nawet do 118 strony - po czym pizgnęłam tym dziełem i nie myślę do niego wracać. To taka awanturnicza sensacja: polski pisarz (niby niemajętny, ale sobie podróżuje po świecie) spotyka w pociągu piękną Niemkę Lottę, która wybiera się do Szanghaju, gdzie ją oczekuje bogaty stryj, najwyraźniej z zamiarem uczynienia ją spadkobierczynią majątku. Od początku jednak ktoś próbuje przeszkodzić tej podróży. A tu wybucha miłość...
Dziękuję uprzejmie, postoję.
U Teatralnej pisała Jotka o kryminalnym serialu duńskim. Nazywa się Kasztanowy ludzik, to serial Netflixa, ale kto Netflixa ma, tak jak ja, może obejrzeć na wiadomej stronce; są dwa sezony.
Ach, myślę sobie, duński... Gang Olsena 🤣 to dawajcie! I nawet w pierwszym odcinku któryś z aktorów mówił w taki sposób, który od zawsze z duńskim kojarzę. Ale to nie żadna komedia oczywiście. Tak się z Frankiem wkręciliśmy, że w sobotę obejrzeliśmy cały pierwszy sezon - raczej takich siupów nigdy nie wyprawiamy, no zdarzyło się. A w niedzielę skromniej, tylko cztery odcinki, tak że pozostałe dwa mamy na dzisiaj i już się cieszymy.
A na jutro mamy inny plan - przyjdzie pan Krzysztof przykręcić szyny. Bo tak, słusznie mnie zdopingowaliście, żeby jeszcze przed Pragą zrobić te dodatkowe półki na filmy. Zawsze to dwa stosy mniej w przedpokoju 😉 Tak więc poszłam znów do Castoramy (poszłam, a nie pojechałam, bo mi się karta MPK skończyła i nie ma sensu kupować przed wyjazdem; pół godzinki spaceru), z powrotem kupiłam te 6 wsporników plus dwie metrowe szyny i dawaj!













Uśmialam się, bo dokładniusieńko to samo pomyślałam "ale ten kucharz podobny do jakiegoś aktora, ale jakiego?" 😁
OdpowiedzUsuńO ludziku dopisałam się pod poprzednim postem, właśnie zastanawiam się czy oglądać kolejny odcinek. Niestety nie mam nic innego na oku, "u Niemców" (ARD i ZDF, tam przeważnie coś oglądam) wakacyjna posucha. Kasztanowego oglądam tam gdzie Ty, jest to dla mnie nowe miejsce, więc może pogrzebię i coś innego sobie znajdę. Mam ewidentnie przesyt odciętych dłoni, wypatroszonych brzuchów, genitaliów wciskanych do gardła i innych szwedzko-duńskich atrakcji. Które kiedyś uwielbiałam zresztą (widzę na Lubimy Czytać, że książce "Kasztanowy ludzik" dałam kilka lat temu 7/10, to jak na mnie łaskawa ocena 😉).
Marczynskiego był u mnie w domu "Zegar śmieci" i zdaje się, że mi się podobał, ale to było ze 35-40 lat temu. Wtedy człowiek był wyglodnialy sensacji, bo w PRL niewiele tego wydawano. Fabuły nie pamiętam, ale to był kryminał na wesoło.