poniedziałek, 27 czerwca 2022

Ludmiła Ulicka - Przypadek doktora Kukockiego

 

Tak trochę nic mi się nie chce. Czekam na piątek. Bo w czwartek idę ostatni dzień do pracy, a w piątek zaczynam nowe życie.

No dobrze, trochę chrzanię głupoty. Nowe życie zaczynają tylko w filmach. Ale pozwólcie mi w to wierzyć, choć przez pierwszy miesiąc.

Tak naprawdę jeszcze nie wiadomo, co będzie (po wakacjach), ale gdzieś tam w głębi zdaję sobie sprawę, że tym razem nie przejdzie, że nie podpiszę kolejnej umowy. Córka co prawda twierdzi, że najlepiej za dużo o tym nie myśleć, nadzieję po cichu mieć, a co będzie, to będzie. Wyliczyłam, że za te pieniądze, które teraz jeszcze wezmę oraz za emeryturę (decyzji wyglądam jak kania dżdżu, jutro miną dwa tygodnie od moich urodzin, chyba czas najwyższy) przeżyję cztery miesiące nie sięgając do skarpety - a cztery miesiące to sporo czasu, także na szukanie innej roboty.

Więc lipiec ma być wakacyjny, mam nie myśleć o niczym, poświęcać się swoim zainteresowaniom (i trochę kwestii schudnięcia, takie małe marzenie) oraz wyprawom do sklepów z meblami kuchennymi, fuj. No, ale kiedy, jak nie teraz? 

A teraz powiem coś, co napawa zgrozą. O czytaniu za dużo nie myślę w najbliższej przyszłości 😏 Teraz ściągnęłam z półki sławetną Pollyannę, żeby się nafaszerować pozytywnym myśleniem 😂 Czeka jeszcze w kolejce Kajś pożyczony z biblioteki. Co dalej? Jak wspomniałam na początku - nic mi się nie chce. Mimo całego założenia, żeby nie myśleć o sytuacji, myśli się. Źle się śpi. Dziś obudziłam się po trzeciej i szlus. W końcu po czwartej wstałam. A z kolei w poprzedni piątek nie mogłam zasnąć i poszłyśmy po pierwszej w nocy na spacer po osiedlu z córką. Drogę przebiegł nam wypasiony szczur, a w piekarni wrzała praca, mieli otwarte drzwi, bo gorąco. Jak by to było pracować na nocki? Kiedyś, w studenckich czasach, przez miesiąc czy dwa byłam portierką w akademiku i nocna zmiana była koszmarem, ale pewnie dlatego, że się głównie spało od którejś godziny i najgorsze było właśnie wyrwanie ze snu, gdy ktoś się dobijał do drzwi.


Więc fakt, że przeczytałam Ulicką, należy docenić 😁 I powiem tak: owszem, dobra to powieść (źle przetłumaczona, pomijając inne kwiatki - jak bez prawa korespondowania zamiast bez prawa do korespondencji) - tłumaczka pisze o Milesie Daviesie i Johnie Coltrainie, w dobie internetu! - i nie mówcie mi, że to jedynie zadanie korekty), więc dobra to powieść, szkoda tylko, że środkowa, dość długa część jest dla mnie niezjadliwa, bo tak trochę w stylu fantasy: żona głównego bohatera pogrąża się mianowicie w swoim świecie, odpływa z rzeczywistości i w tym swoim półśnie, półjawie wędruje przez jakieś pustynie w towarzystwie innych dziwnych osób; na to nie, nie mam cierpliwości ani wrażliwości, najwyraźniej jeśli coś tylko odbiega od normy, od tego, co codzienne i zwyczajne, to ja mówię pas.

No, chyba, że to Bułhakow 😏

Poza tym, cóż, Związek Radziecki w całej krasie. Ginekolog i położnik Kukocki walczy o prawo kobiet do aborcji, więc przy okazji mamy nawiązanie do tego, co dzisiaj u nas i nie tylko u nas. A zobaczcie tylko na drugiej stronie poniżej, do czego się kobiety uciekały!


Początek:


Koniec:

Półka:


Wyd. Philip Wilson 2006, 487 stron

Tytuł oryginalny: Казус Кукоцкого

Przełożyła: Barbara Reszko

Z własnej półki (kupiona 22 września 2010 roku za 9,50 zł - więc chyba w Taniej Jatce)

Przeczytałam 25 czerwca 2022 roku



Ja tu kiedyś, już za wojennych czasów, udostępniałam rozmowę z Ulicką, która po 24 lutego wyjechała z Rosji do Niemiec. Na You Tube są też inne wywiady, wcześniejsze. Też ich chcę posłuchać, więc je tu sobie zapisuję. No i oczywiście jest serial o doktorze Kukockim i jego rodzinie, tylko ciężko mi nawet pomyśleć o dwunastu odcinkach do obejrzenia...


 

 

A w pracy - w pracy mam całe szafki pełne książek, które niby to są moje, jakieś nagromadzone przez te wszystkie lata i przecież ani miejsca na nie w domu. Dziś przytargałam siatkę i doprawdy nie wiem, co robić z kolejnymi. A przecież kiedyś ten dzień musiał nadejść... gromadziłam, jak bym tam miała spędzić całe życie.


 

czwartek, 16 czerwca 2022

Petr Sojka - Pražské dvorky

 

Praskie podwórka kupiłam w zeszłym roku, ale nawet do nich nie zajrzałam, a teraz wyszła kolejna część (ponoć bardziej skupiona na ludziach z podwórek i ich historiach), przywiozłam ją w maju i poczytałabym, no ale najpierw część pierwsza przecież. Zresztą trochę mi znana, bo autor Petr Sojka jest dziennikarzem telewizji czeskiej, gdzie prowadzi cotygodniowy program poświęcony Pradze i te praskie podwórka to był taki serial w ramach programu, więc pewne miejsca nawet z tej telewizji pamiętałam. Innych nie, może ich w serialu nie było, a dopełnił nimi książkę.

Trochę momentami miałam wrażenie, że właśnie nadrabia, coby nadać publikacji odpowiednią objętość - nadrabia wyliczaniem kolejnych właścicieli danej nieruchomości w XVI wieku, to było zbędne, ale poza tym przeczytałam z ciekawością i jeszcze bardziej się cieszę na ten drugi tom. Na razie jednak czytam Ulicką. 


Ogólnie zamysł był taki, żeby dostać się z kamerą do różnych tzw. vnitrobloków czyli wewnętrznych podwórek, nieraz bardzo obszernych, bo składających się na zaplecze całego szeregu kamienic, a nieraz bardzo skromnych, ale zadbanych przez mieszkańców, zwłaszcza po tzw. transformacji, gdy domy wracały do dawnych właścicieli albo tworzyły się wspólnoty mieszkaniowe, które były skłonne włożyć pieniądze i pracę w stworzenie zielonej enklawy w środku hucznego miasta. Czasem może się tam dostać i człowiek z ulicy, więc zapisałam sobie jeden czy drugi adresik.

A zdjęcia tego domku już widziałam wcześniej tu i ówdzie, tym razem w sierpniu nie daruję i wybiorę się, żeby mieć własne. Właściciele tak go sobie wymalowali po wizycie w Wiedniu - inspiracja jest jasna 😀



Początek:

Koniec:


Wyd. GRADA, Praha 2020, 246 stron

Z własnej półki (kupione 27 lipca 2021 roku za 359 koron w Knihkupectvi Academia online)

Przeczytałam 16 czerwca 2022 roku


Okrągłe urodziny miałam, a ja właściwie nie obchodzę żadnych takich, jesteśmy z córką co do tego zgodne, żeby nie świętować, a jeśli to symbolicznie raczej, no nie kręci nas to. Tymczasem najpierw na Fabryce stresująca sytuacja, a potem w domu. 

Bo wyobraźcie sobie, że opowiadam rano Nowej Sekretarce, jak to zadzwonił kilka dni temu mój brat, dopytując się, w który dzień tygodnia pracuję do wieczora (od pandemii w żaden) i oznajmił, że przyjedzie we wtorek, a gdy ja z kolei proszę, żeby uchylił rąbka, o co chodzi, wyjaśnił, że przecież urodziny będę miała (nie pamiętałam). I nabrałam przekonania, że pojawi się, co nie daj Boże, z wielkim bukietem - patrz historia sprzed lat poniżej*

W rozmowie z Nową Sekretarką zaznaczam, że uważam takie prezenty za wysoce nieekologiczne i ogólnie bez sensu. Po czym wkracza Nowa Księgowa, wołają mnie do kuchni, a tam - no oczywiście, wielki bukiet (tyle, że nie róż, ino piwonii). 

Aż mnie gorąco oblało za takie faux pas, no po prostu słoń w składzie porcelany.

Mało tego, wręczają mi prezent. Sukienkę i szal. Jezuuuu, nie było takich zwyczajów za dawnych dobrych czasów u nas w robocie. Nie wiem, czy się cieszyć czy raczej martwić. No nie martwić, ale jestem bardzo skrępowana.

A pod wieczór przyjeżdża brat, widzę przez okno, że nadciąga z jedną różą, więc się cieszę. Do róży jest dodatek kopertowy, no tyż piknie, stówka czy dwie się zawsze przydadzą. Tylko ta koperta jakaś taka wypchana...

Nosz.

Dla przyspieszenia Nowej Kuchni, mówi.

Gdy już pojechał, przez godzinę chodziłam po osiedlu usiłując przeżuć to wszystko. I dalej źle się z tym czuję. Jak jakiś ubogi krewny albo co.

W całej tej sytuacji jest mi źle i najchętniej rzuciłabym wszystko i wyjechała (choć niekoniecznie w Bieszczady). Pojadę do Pragi i zatrudnię się na pół etatu w Lidlu. Zniknąć. A gdybym tak z końcem czerwca zamknęła działalność w pizdu? No bo na to się nakłada ta niepewność jutra. Żeby w moim wieku (okrągłym, jak już wiadomo) odchodzić na wakacje i nie mieć pojęcia, czy we wrześniu po mnie zadzwonią czy też mam se już szukać wózka z obwarzankami, no już mam dość. Kryzys.

 

*Też miałam okrągłe urodziny, wróciłam z Fabryki z globusem akuratnie i walnęłam się do łóżka. Córka wychodziła, więc mnie zamknęła (na zamek, którego nie da się otworzyć od środka - już go nie używamy po paru nieporozumieniach). Tymczasem ktoś dzwoni domofonem. Nawet nie ruszam się z łoża boleści, ale zaczyna też dzwonić telefon, więc w końcu wstaję i co słyszę - że Poczta Kwiatowa. No, a ja zamknięta. Ale przecież mieszkam na parterze, tak? Poczta Kwiatowa kto wie, czy nie po raz pierwszy dostarczała kosz 50 róż wspinając się z nim na palcach do kuchennego okna 😂 

 

Córunia nie zawiodła 😂




sobota, 11 czerwca 2022

Jaroslav Foglar - Přístav volá

 

Moja druga foglarovka. Smutna, depresyjna. Jirka tęskni za prawdziwą męską przyjaźnią, ale jego otoczenie jakoś nie może mu jej zapewnić. Zarówno w klasie jak i wśród sąsiadów nikt - jego zdaniem - nie zasługuje na to, by zostać jego przyjacielem. Jirka czuje się lepszy od swoich kolegów, więc chciałby, żeby ten jego wymarzony przyjaciel stał na wysokości zadania.

Pewnego dnia wybiera się do odległej dzielnicy portowej (tytuł powieści to Przystań wzywa) i tam spotyka grupkę chłopców, którzy znęcają się nad niejakim Vileminem. Vilemin wydał mu się właśnie trochę takim ideałem, dumny, odważny, wysportowany - ale chłopcy przekonują Jirkę, że to kawał drania.

 

Jednak Jirka coraz częściej myśli o Vileminie i coraz bardziej marzy o przyjaźni z nim. Cóż, nosi to wszelkie znamiona zakochania 😉 Foglar napisał Přístav volá jeszcze przed wojną na konkurs na powieść dla młodzieży, była to jego pierwsza wydana książka, ale nosząca już typowe cechy jego twórczości: męska (chłopięca) przyjaźń, dbanie o morale i o zdrowie, uczciwość, to wszystko, co składało się na ideał skauta, którym Foglar był przez całe życie. No, ale pojawiały się sugestie co do orientacji seksualnej pisarza, zwłaszcza, że nigdy się nie ożenił i mieszkał z mamusią (choć ponoć miewał jakieś miłości, ale mamusia zawsze zrobiła z tym porządek 😁), a cały swój wolny czas spędzał ze swoją drużyną skautów.  Fakt, że Jirka podejrzanie często podziwia opalone muskuły Vilemina, a dodajmy, że postacie dziewcząt praktycznie nie istnieją w foglarowskiej twórczości.

Początek:

Koniec:



Wyd. Melantrich, Praha 1969, 144 strony

Z własnej półki (kupione w Ulubionym Antykwariacie online 6 sierpnia 2020 roku czyli w pandemii, jako zadośćuczynienie za niedoszły wyjazd do Pragi, za 66 koron)

Przeczytałam 11 czerwca 2022 roku

 

Czytałam wcześniej powieść Záhada hlavolamu  (polska wersja na allegro nadal po dwie stówy, carramba!), a ponieważ w maju w Pradze kupiłam książkę, której jeden rozdział był poświęcony dzielnicy, gdzie według wielu wielbicieli foglarovek toczyła się jej akcja, miałam mały plan, że z tą książką w ręku pospaceruję. No, ale deszcze plan mi rozwaliły. Najpierw miałam przedreptać dzielnicę wzdłuż i wszerz, a potem iść na foglarowską wystawę, która akuratnie jest otwarta. Na szczęście do września, więc plany przekładam na sierpniową Pragę, tylko oczywiście już bez książki w ręku.

A taki Ježek v kleci - symbol tytułowej łamigłówki, jak na zdjęciu w książce powyżej - znalazłam w tym roku też na ścianie dominikańskiego kościoła, tam gdzie mieszkam 😁 Bractwo Vontów działa!



Dawno się już tak nie cieszyłam na weekend (z tej radości umyłam nawet dwa okna, choć wcale nie miałam takiego zamiaru), po tych wszystkich nerwowych dniach końcówki dyrektorowania Starego, po obowiązkowych kolacjach pożegnalnych (czego nie cierpię) i po... po spłakaniu się, gdy odjeżdżał. Tak, był szampan i truskawki na odjezdnym, a i tak wszyscyśmy płakali, a i on też (pierwszy raz go widziałam w tym stanie). No, to było prawie osiem lat, kawał życia...

 

Ściągałam z YT jeden ruski film (ciiiiiii) i włączyłam początek dla sprawdzenia, czy chodzi, a tam starsza kobieta mówi o kimś, że każdego tygodnia uczy się jednego wiersza, żeby ćwiczyć pamięć.

Dobry pomysł,  rzekłam do córki. Też tak będę robić. Popukała się w głowę, ale tym nie będziemy się przejmować.

Okazuje się jednak, że wybrać JEDEN wiersz na tydzień to wcale nie taka prosta sprawa. Osiołkowi w żłoby dano. W ostateczności sięgnęłam po Słówka Boya i patrzcie, gdzie mi się otwarły.

 


Ale jak macie jakieś pomysły, to rzucajcie.

I jeszcze się tu podzielę newsletterem z Ninateki. Ja nic nie oglądam, bo nie mam kiedy (zgroza), ale może ktoś coś:

Czerwcowym bohaterem cyklu Dziś są twoje urodziny jest Tadeusz Konwicki – pisarz, reporter, a od połowy lat 50. także scenarzysta i reżyser. Jego twórczość prozatorska i twórczość filmowa są niezwykle spójne pod względem tematyki i typu bohatera – zagubionego, niedopasowanego do zastanej rzeczywistości.

Jako scenarzysta Konwicki współpracował m.in. z Andrzejem Wajdą przy „Kronice wypadków miłosnych” i Jerzym Kawalerowiczem przy „Faraonie”. Sam wyreżyserował wyłącznie siedem filmów, jak bowiem twierdził: „film był dla mnie przygodą”.

Program:

„Ostatni dzień lata”, reż. Tadeusz Konwicki, Polska, 1958, 59 min
„Zaduszki”, reż. Tadeusz Konwicki, Polska, 1961, 97 min
„Salto”, reż. Tadeusz Konwicki, Polska, 1965, 100 min
„Jak daleko stąd, jak blisko”, reż. Tadeusz Konwicki, Polska, 1971, 93 min
„Lawa”, reż. Tadeusz Konwicki, Polska, 1989, 129 min
„Konwicki w Dolinie Issy”, reż. Adam Wyżyński/ Piotr Kulisiewicz, Polska, 2013, 9 min

Filmy dostępne między 1.06, godz. 20:00 a 30.06, godz. 20:00

Wschód nieznany #3

Podczas trzeciej i tym samym ostatniej przed wakacjami odsłony cyklu Wschód nieznany prezentujemy filmy z Polski, Ukrainy i Białorusi. W myśl hasła „razem mimo różnic” chcemy podkreślać wsparcie i solidarność z naszymi wschodnimi sąsiadami. W czterech wybranych produkcjach ukazane zostały indywidualne historie, które stały się alegorią społeczno-politycznych okoliczności lub przemian.

Program:

„Białoruski walc”, reż. Andrzej Fidyk, Polska/Norwegia, 2007, 65 min
„Epitafium”, reż. Wiktor Aśliuk, Białoruś, 2020, 28 min
„Moje myśli są ciche”, reż. Antonio Lukich, Ukraina, 2019, 104 min
„Krasnoludki jadą na Ukrainę”, reż. Miorsław Dembiński, Polska, 2005, 55 min

Filmy dostępne między 31.05, godz. 20:00 a 30.06, godz. 20:00


wtorek, 7 czerwca 2022

Lukáš Beran, Vladislava Valchářová - Industriál Prahy 3. Technické stavby a průmyslová architektura

 

To jedna z 23 książek przywiezionych z Pragi przed tygodniem - ta najcieńsza 😁 Bardzo chciałam choć jedną od razu przeczytać, więc sama się prosiła. Tym bardziej, że to Praga 3 czyli Żiżkow i Vinohrady.


A ja jestem przecież obywatelką Wolnej Republiki Żiżkow, mam paszport z kompletem wiz i domovský list, znaczy tak jakby prawa miejskie, w razie czego mogę się ubiegać o zapomogę dla biedaków 😂 co zresztą może się zdarzyć już niedługo*...


 Tylko muszę sobie ładnie wpisać swoje dane. A swoje zbiory o Pradze 3 wzbogaciłam o 100% podczas tego wyjazdu (nowe to te z prawej) i w sumie, w odniesieniu do tego, co na samym dole - może nawet zdołam wkrótce przeczytać.

Książeczka (czy raczej broszura) ma tytuł zrozumiały, myślę. To taki rodzaj zwięzłego przewodnika po przemysłowym Żiżkowie (i Winohradach). Znakomitą większość opisanych w niej budynków czy konstrukcji znam, ale kilka sobie wynotuję do zeszytu na sierpień. Rany rany, czas zakładać zeszyt na sierpień 😍

A wiadukt kolejowy z okładki pokażę Wam na własnych zdjęciach. Nie mogę się powstrzymać 😂

Ruch kolejowy na nim trwał od 1872 roku do... 2008. Cóż, niestety, ja pojechałam do Pragi po raz pierwszy w 2016, więc już nie mogłam tam widzieć pociągu. Za to widziałam ścieżkę rowerową, która obecnie została tam urządzona i biegnie dalej wzgórzem Vitkov. Oczywiście jako posiadaczka wysoce rozwiniętego lęku wysokości bałam się podejść do balustrady i tak, wiecie, środeczkiem, środeczkiem😁







Początek:

Koniec:

Wyd. České vysoké učení technické v Praze (ČVUT) 2009, 47 stron

Z własnej półki (kupione 24 maja 2022 roku w antykwariacie Antikvariát - levné knihy za 30 koron - zrobiłam, okazuje się, świetny interes, bo w księgarni Klubu Za starou Prahu sprzedają to za 150 koron)

Przeczytałam 4 czerwca 2022 roku  

 

* Otóż dziś cios w serce. Kobita ze Zwierzchności  w rozmowie telefonicznej z Nową Księgową oznajmiła kategorycznie, że żadnych kursów wakacyjnych nie będzie, bo ona nie ma już siły tego wszystkiego śledzić. Kiedy nasz Stary cokolwiek śledził, pytam się. Ale ona jest inna, faktycznie wszystko sama robi, obowiązkowa taka (albo cykor, różnie to oceniać). Stary odlatuje w siną dal jutro, ona przejmuje na razie nasze stery. Zdalnie. No, a te kursy to było moje być albo nie być na najbliższe miesiące.

Co oznacza, że na Nową Kuchnię nic nie odłożę, a jeszcze że do życia dołożę (z kupki), liczę oczywiście na emeryturę wkrótce, ale to będzie na rachunki, nie na życie. 

Oczywiście trzeba być Pollyanną i wmawiać sobie, że:

- po pierwsze primo dobrze się składa z tą emeryturą nadchodzącą, zawsze to połowę wydatków się opędzi

- po drugie primo będę mieć DWA MIESIĄCE WAKACJI!

Na razie planów brak, zbyt świeża sprawa (wiem tylko, że chcę znów jeździć na rowerze). Za to jest z tyłu głowy myśl, że na lipcu i sierpniu może się nie skończyć. Ale o tym pomyślę jutro, prawda?

Albo wcale. 

Aktualnie trochę smutno.

A teraz powiedzcie, że wszystko będzie dobrze i kichał Michał na Nową Kuchnię.



czwartek, 2 czerwca 2022

Jerzy Głowacki - Bryg Erotica


No i - ha ha ha - Bryg Erotica przejechał się do Pragi i wrócił 😅 Kto nie wierzy, oto dowód poniżej. Znaczy: na dworcu w Ostrawie Svinov 😅 No tak, zabrałam do czytania po drodze, ale marnie szło, więc włożyłam do torebki z kolei na podróż powrotną. W czasie której bardziej poświęcałam się krzyżówkom oraz dostępnej na pokładzie prasie bulwarowej 😂 dzięki czemu jestem na bieżąco ze sprawą aktorki porzuconej przez męża-ambasadora dla młodej stażystki w ambasadzie etc.   


No, ale w końcu zmęczyłam ten Bryg Erotica i powiem tak: nie jest to arcydzieło kryminału milicyjnego. Internety powiedziały, że Jerzy Głowacki był ojcem Głowy, ale on sam nie ma hasła na Wiki, na Lubimy czytać jest sześć jego tytułów (dwa kryminały i cztery jakieś historyczne dla młodzieży), czym się zajmował na co dzień, nie wiadomo.

Bohater Brygu Erotica to kapitan Wojnar, nigdy nie przedstawiany jako milicjant, tylko - oficer służb śledczych. Taki polski agent 007 😏 Zna języki i to perfekcyjnie, w trakcie rozmowy z zagranicznym handlarzem narkotyków, prowadzonej prawdopodobnie po angielsku (bo czytelnik dostaje oczywiście polską wersję), mówi na przykład:

- W przewidywaniu tego momentu już od dzieciństwa trenowałem na ześlizgu w jordanowskim ogródku. Zresztą zatroszczył się pan o miękkie lądowanie. 

Jestem bardzo ciekawa, jak to brzmiało w angielszczyźnie, te ogródki jordanowskie.

Poza tym Wojnar podoba się kobietom, znakomicie współpracuje z holenderską policją, zna chwyty judo i wszelkie inne, świetnie się czuje w towarzystwie zagranicznych milionerów, choć nie omieszka ich ośmieszyć w najbardziej stereotypowy sposób (o hipisach nie wspominając), nie ma najmniejszych problemów z walutą podczas pobytu w Holandii i ogólnie - boki zrywać z tej próby przeniesienia na milicyjny grunt wzorów z Zachodu. 

Ponieważ jednak kryminały milicyjne mają swoich fanatyków, pomyślałam, że opchnę ten egzemplarz na allegro. A tam co? Duży zawód: Bryg Erotica chodzi po 5-6 zł! Jeden jest za 24 zł, ale sprzedawca chyba nie sprawdził przed wystawieniem innych cen. Tak że nici z moich chytrych planów zrobienia majątku.  


Początek:


Koniec:

Wyd. Iskry, Warszawa 1975, 239 stron

Seria: Klub Srebrnego Klucza

Z własnej półki (ale już niedługo)

Przeczytałam 2 czerwca 2022 roku

 


Wytypowałam sześć pozycji do wyniesienia na półkę w Jordanówce, w zamian za książki przywiezione z Pragi. Sześć, a ma być 23! No, ale od czegoś trzeba zacząć 😁 Na wszelki wypadek pytam - chce ktoś coś? Monika, może te varsaviana by Cię interesowały?


 

 Jakoś tak nie weszłam jeszcze stuprocentnie w zwykły tryb, zakupy zrobiłam mizerne, a że dziś wolne mamy, to nie chciało mi się wychodzić, więc z tego, co w domu, obiad. No i szukałam po szafkach jakiegoś dodatku do drugiego dania i wygrzebałam marynowane papryczki. Diabli wiedzą, czy by się nadawały w tym charakterze, ale najpierw trzeba otworzyć słoik. Podważam - jak zwykle - nożem stołowym wieczko, a tu nagle PYK.


Znak! Znak, że należy w końcu przejść na świąteczne sztućce do codziennego użytku! Skoro te używane do tej pory na co dzień (prezent ślubny od przyszywanej cioci-wdowy-emerytki sprzed 35 lat) zaczynają odmawiać posłuszeństwa...

Kiedyś była dyskusja na fejsie, czy świątecznych sztućców i naczyń faktycznie używać tylko od wielkiej okazji czy też raczej na co dzień, bo dla kogo niby je tak oszczędzać.  A Wy jak uważacie?

Córka tych naszych lepszych nie lubi i postawiła od razu veto. Ale ona po prostu nienawidzi wszelkich zmian 😁 Choć gdy jej przypominam, jak wyglądała nasza łazienka bezpośrednio przed remontem i jak szybko się przyzwyczaiła do nowej, to no dobrze już, dobrze. Teraz jojczy, że z nową kuchnią będzie okropnie 😂

A, właśnie, nowa kuchnia. Co to ją planowałam na przyszły sierpień. Sytuacja chwilowo niepewna. Po powrocie z Pragi spotkała mnie na Fabryce ta miła niespodzianka, że szefowi góra zakazała podejmować decyzji finansowych na czas, gdy go już nie będzie (odchodzi w przyszłym tygodniu), w związku z czym w czerwcu kończy mi się umowa i diabli wiedzą, czy zostanie przedłużona i przez kogo. Tak że nowa kuchnia może się oddalić w podskokach. Dobrze przynajmniej, że ta emerytura już blisko, więc jak by co, jakoś się przeczeka, dokładając ze skarpety 😏