Epickie. Epickie.
I to czytane zaraz po Jeźdźcu Miedzianym, tym dobitniej podkreśliło różnice między czytadłem a arcydziełem. Aż mi się wierzyć nie chce, że od szkolnych czasów Nocy i dni nie czytałam. A może dobrze, że tak się odleżało, że nie spowszedniało, że potrafiło mocno uderzyć do głowy?
Ech, ludzie, Barbara Niechcic to ja. Żałuję, że nie mam możliwości w tym momencie obejrzenia filmu (mam go jeszcze na kasecie VHS, a tymczasem magnetowid w domu wciąga taśmę, ale może to będzie doping do naprawienia go po powrocie), z tego, co - niewyraźnie - pamiętam, odnoszę wrażenie, iż w filmie Niechcicowa została przedstawiona jako większa histeryczka niż to jest w książce; niemniej jednak ja też żyję w nieustannej trwodze, drżąc o wszystko. Wieczne zmartwienie :)
Czując, jak wiele treści książkowych wypływa z życiorysu autorki, miałabym wielką ochotę zapoznać się z jej Dziennikami. Ale, bagatela, nie taka to prosta sprawa, okazuje się. W domu są, z tego, co pamiętam, w wersji 5-tomowej, ale teraz czytam w internecie, że to była mocno ocenzurowana wersja. Potem wyszła edycja 7-tomowa, a 4 lata temu wydano pełnych 13 tomów, ale w mikroskopijnym nakładzie 300 egz. i kompletnie nieopracowane, bez przypisów. Wygląda na to, że najprościej byłoby się zapoznać z jednotomowym wyborem...
A ja się dziwię samej sobie, że takie dziadowskie wydanie Nocy i dni kupiłam kiedyś. Obwoluty się sypią, papier już pożółkł przez 45 lat, gdy u kogoś te tomy stały na półce - choć ich nie czytał, bo trafiły się nierozcięte kartki i to akurat, gdy czytałam w tramwaju, co zmusiło mnie do posłużenia się... grzebieniem :)
Tramwajem bowiem urządzam długie wycieczki: z mego "miejsca wygnania" do prawdziwego domu jadę godzinę, a jeździć trzeba, bo raz doglądać, co tam się, panie dziejku, dzieje, a dwa, że co trochę coś, a to wymiana wodomierza, a to wezwać hydraulika ze spółdzielni do spuszczenia wody z pionu. Niemniej jednak triumfalnie donoszę, że w toalecie już wyflizowane, a w łazience zaczęte, więc kto wie, może za tydzień skończą. Niechcicowie też musieli czekać, aż się nowe mieszkanie w Krępie pomaluje i wyschnie :)
Początek pierwszego tomu:
i koniec tomu piątego:
Wyd. Czytelnik Warszawa 1968, wyd.XVI, stron: 267 + 259 + 339 + 301 + 433
Z własnej półki (kupione 30 czerwca 2011 w ś.p. antykwariacie przy ul. Szpitalnej za 21,20 zł)
Przeczytałam 16 sierpnia 2013
piątek, 16 sierpnia 2013
wtorek, 6 sierpnia 2013
Paullina Simons - Jeździec Miedziany
Ludzie kochani, mieszkanie w cudzym domu jest STRASZNE! W ogóle nie mogę się odnaleźć, w mieszkaniu cały czas coś skrzypi, stęka, słyszę głosy i podskakuję ze strachu, żeby za chwilę się przekonać, że to za oknem było, coś dzwoni, a ja biegam od domofonu do telefonu, smażę jajka sadzone w rondlu, bo nie znalazłam patelni, a zdejmuję je przy pomocy krajarki do sera, mam tylko jeden kubek do herbaty, więc co chwilę muszę go myć, prasowałam lnianą sukienkę na stole, bo nie wiem, czy jest tu gdzieś deska do prasowania, a nie chcę wszędzie grzebać (żelazko odkryłam przez przypadek w kuchennej szafce), mam 49 kwiatków do podlewania i modlę się, żeby jakiegoś antycznego mebla (a innych tu nie ma) nie zalać - wiecie, jak to jest z kwiatkami: jednym lejesz wodę i lejesz, a one nic, innym ledwo kapniesz, a już z podstawki wycieka; swoje się zna) i boję się wypoczywać na białej kanapie, bo na pewno zabrudzę. Najlepszy numer jest jednak taki, że - jak się okazało po przyjeździe - koleżanka podała mi zły kod do domofonu, za pierwszym razem wpuścił nas sąsiad, ale przecież nie możemy tak ludzi dręczyć, więc przyjęłyśmy taktykę nie opuszczania domu - znaczy równocześnie. Zawsze któraś z nas musi tu być, żeby otworzyć. Nici więc ze wspólnych spacerów i poznawania okolicy. Zresztą, upał nie sprzyja.
W domu zaś kompletna demolka (współczuję sąsiadom) i na razie nie wyobrażam sobie, że ja tam przecież znów wkrótce zamieszkam. Choć tęsknię niemożebnie. Tutaj nie potrafię się na niczym skupić: najlepszy dowód, że Jeźdźca Miedzianego czytałam tak długo, a to przecież właśnie CZYTADŁO i do tego romans, więc teoretycznie powinno lecieć piorunem.
Tymczasem szło mi jak po grudzie, przyłapywałam się na tym, że odrywam wzrok od książki i okazuje się, że nie mam pojęcia, co przed chwilą czytałam - tak tylko oczy przesuwały mi się po tekście. Wkurzała mnie niemożebnie cała ta historia z udawaniem, kryciem się, żeby nie zrobić przykrości siostrze - posuniętej do takiego absurdu, jak plan ożenku z tąże. No bo też wiecie, być na 250 stronie i ciągle wałkować to samo, to już przesada. Gdy już wreszcie doszło do SAMI-WIECIE-CZEGO, bardziej mnie wciągnęło. Spodziewałam się jednak - wbrew wszystkiemu - happy endu. Jednakże ze spisu dzieł Paulliny Simons wnioskuję, że ciąg dalszy nastąpił czyli Aleksander nie został skazany na śmierć czy to od razu czy w łagrze. Że się jeszcze spotkają. Choć... teraz mi przyszło do głowy, że tytuł następnej powieści Tatiana i Aleksander może dotyczyć równie dobrze syna, który przecież dostał imiona po ojcu. Tak że nie wiem. A Wy wiecie? Czytaliście ciąg dalszy?
Początek:
i koniec:
Wyd. Świat Książki Warszawa 2002, 716 stron
Tytuł oryginalny: The Bronze Horseman
Tłumaczył: Jan Kraśko
Z własnej półki (kupione na allegro 3 sierpnia 2009 roku za 22 zł)
Przeczytałam 5 sierpnia 2013
W domu zaś kompletna demolka (współczuję sąsiadom) i na razie nie wyobrażam sobie, że ja tam przecież znów wkrótce zamieszkam. Choć tęsknię niemożebnie. Tutaj nie potrafię się na niczym skupić: najlepszy dowód, że Jeźdźca Miedzianego czytałam tak długo, a to przecież właśnie CZYTADŁO i do tego romans, więc teoretycznie powinno lecieć piorunem.
Tymczasem szło mi jak po grudzie, przyłapywałam się na tym, że odrywam wzrok od książki i okazuje się, że nie mam pojęcia, co przed chwilą czytałam - tak tylko oczy przesuwały mi się po tekście. Wkurzała mnie niemożebnie cała ta historia z udawaniem, kryciem się, żeby nie zrobić przykrości siostrze - posuniętej do takiego absurdu, jak plan ożenku z tąże. No bo też wiecie, być na 250 stronie i ciągle wałkować to samo, to już przesada. Gdy już wreszcie doszło do SAMI-WIECIE-CZEGO, bardziej mnie wciągnęło. Spodziewałam się jednak - wbrew wszystkiemu - happy endu. Jednakże ze spisu dzieł Paulliny Simons wnioskuję, że ciąg dalszy nastąpił czyli Aleksander nie został skazany na śmierć czy to od razu czy w łagrze. Że się jeszcze spotkają. Choć... teraz mi przyszło do głowy, że tytuł następnej powieści Tatiana i Aleksander może dotyczyć równie dobrze syna, który przecież dostał imiona po ojcu. Tak że nie wiem. A Wy wiecie? Czytaliście ciąg dalszy?
Początek:
i koniec:
Wyd. Świat Książki Warszawa 2002, 716 stron
Tytuł oryginalny: The Bronze Horseman
Tłumaczył: Jan Kraśko
Z własnej półki (kupione na allegro 3 sierpnia 2009 roku za 22 zł)
Przeczytałam 5 sierpnia 2013
środa, 31 lipca 2013
Stanisław Broniewski - Zielone awantury
Sięgnęłam po kolejną książeczkę z kupki pod hasłem "Stanisław Broniewski, piewca Krakowa sprzed stu lat":
Po Igraszkach z czasem poprzeczka stała wysoko i pewnie dlatego ciut ciut się rozczarowałam. Owszem, nie było źle, nie mogę narzekać, ale dusza moja chciała więcej :) Tymczasem dostała jakby dwie różne powieści: jedną o pędrakach, którym jeszcze zabawa błotem w głowie, a drugą już o dużych chłopakach, którzy ruszają na pierwszą samodzielną wakacyjną wędrówkę. Ale też jest między dwiema częściami tych wspomnień z zielonych lat wyraźna, naturalna granica - to pierwsza wojna światowa, odciskająca coraz bardziej swe piętno na codziennym życiu w Krakowie - a i dusze gimnazjalistów rwą się do walki, do działania.
Pierwsza część to opowieść o tym, co też krakowskie dzieciaki, czasem, w złości, zwane andrami, na początku XX wieku potrafiły wyczyniać. Na pewno więcej niż dzieci nam współczesne, co to tylko przed komputerem siedzą i nie potrafią już użyć wyobraźni do dziesiątków zabaw, które i nas jeszcze zajmowały. Zabawa w piratów na stawie w parku Krakowskim z chytrym wykorzystaniem obcego pana czytającego sobie spokojnie gazetę na ławce i nawet nie przypuszczającego, że właśnie uchodzi za ojca jednego z łebków, dającego przyzwolenie na wypożyczenie łódki, pardon, brygu pirackiego; wyjazd na letnisko do ciotek, które miały "dobra" i kolejne wiejskie przygody i awantury, łącznie z obluzowaniem stalek w gorsecie panny Telimeny, które widowiskowo puściły przy obiedzie :) czy wystawienie sztuki teatralnej, z wykorzystaniem maminej garderoby i wzorzystego szlafroka w charakterze żupana, nie wspominając o eksperymentach chemicznych i fizycznych właściwych temu wiekowi i o próbie zarobienia gotówki przy pomocy przepowiedni z karafki, wypełnionej wodą z anilinowym ołówkiem. Jednakże publiczność nie waliła drzwiami i oknami :)
Nadchodzi jednak czas, gdy głowę zaczynają zaprzątać poważniejsze myśli, gdy chce się być użytecznym dla społeczeństwa, dla kraju i organizuje się kółka samokształceniowe, gdy w pocie czoła komponuje się pierwsze wiersze, gdy próbuje się pomóc w nauce i patriotycznym wychowaniu dzieciom z ochronki... aż nadchodzą długo wyczekiwane wakacje i bohater rusza na Wielką Wyprawę z kolegą Wackiem. Opis tej wyprawy spodobał mi się nawet bardziej od części "dziecinnej": ech, ta młodzieńcza brawura, nic sobie nie robiąca z faktu, że już po pierwszym dniu żeglugi słodkowodnej w Pieninach stracili zarówno środek lokomocji w postaci starej krypy jak i wszystkie pieniądze, które miały dać im utrzymanie przez cały okres wakacyjnej wędrówki. Chłopcy z niezmąconym spokojem ruszają na piechotę, nocując pod chmurką, pomagając w góralskim gospodarstwie za wyżywienie (ech, ten opis dojenia krowy przez mieszczucha) czy dalej szczepiąc róże w ogrodzie proboszcza lub pracując w tartaku. Nie ominęła ich pełna przygód praca przy kopaniu szybu naftowego w Jaśle czy wreszcie, niespodziewanie wynikły już w drodze powrotnej do Krakowa, wyjazd do Zakopanego w towarzystwie nowych znajomych z pociągu.
A' propos tych znajomych, którzy pochodzili z Biecza, dowiedziałam się, skąd wzięło się powiedzonko "rozpuścił się jak dziadowski bicz", więc się z Wami tą świeżą wiedzą podzielę. Otóż publiczne egzekucje na rynku w Bieczu (o tym, że istniała tam słynna szkoła katów, pewnie słyszeliście) przynosiły taki dochód ze ściągających zewsząd tłumów, że wzbogacone miasto założyło fundusz emerytalny dla ubogich mieszkańców, którzy po ukończeniu 60. roku życia przechodzili na utrzymanie gminy. Fundusz wystarczał na dostatnie życie każdego emeryta, który nic nie musiał robić. Stąd powstało porzekadło "rozpuścił się jak dziad biecki", z biegiem czasu przekręcone na "jak dziadowski bicz". Voilà.
Ilustracje Jerzego Karolaka:
Początek:
i koniec:
Wyd. Wydawnictwo Literackie Kraków 1978, wyd.II, 251 stron
Ilustrował: Jerzy Karolak
Z własnej półki (niezastąpione allegro)
Przeczytałam 30 lipca 2013
W sierpniu chcę przeczytać Cichy Don i Noce i dnie.
Martwię się tylko, czy przy łóżku jest odpowiednia do czytania lampka - albowiem już jutro wyprowadzam się na czas remontu łazienki do mieszkania koleżanki z pracy, która jedzie na urlop. Walizka spakowana, czuję się, jakbym też na wakacje wyjeżdżała, bo trafiam do kompletnie mi obcej dzielnicy :) Mam nadzieję, że potrafię się chociaż zmusić do paru spacerów po okolicy. Kurdwanowie, witaj!
Po Igraszkach z czasem poprzeczka stała wysoko i pewnie dlatego ciut ciut się rozczarowałam. Owszem, nie było źle, nie mogę narzekać, ale dusza moja chciała więcej :) Tymczasem dostała jakby dwie różne powieści: jedną o pędrakach, którym jeszcze zabawa błotem w głowie, a drugą już o dużych chłopakach, którzy ruszają na pierwszą samodzielną wakacyjną wędrówkę. Ale też jest między dwiema częściami tych wspomnień z zielonych lat wyraźna, naturalna granica - to pierwsza wojna światowa, odciskająca coraz bardziej swe piętno na codziennym życiu w Krakowie - a i dusze gimnazjalistów rwą się do walki, do działania.
Pierwsza część to opowieść o tym, co też krakowskie dzieciaki, czasem, w złości, zwane andrami, na początku XX wieku potrafiły wyczyniać. Na pewno więcej niż dzieci nam współczesne, co to tylko przed komputerem siedzą i nie potrafią już użyć wyobraźni do dziesiątków zabaw, które i nas jeszcze zajmowały. Zabawa w piratów na stawie w parku Krakowskim z chytrym wykorzystaniem obcego pana czytającego sobie spokojnie gazetę na ławce i nawet nie przypuszczającego, że właśnie uchodzi za ojca jednego z łebków, dającego przyzwolenie na wypożyczenie łódki, pardon, brygu pirackiego; wyjazd na letnisko do ciotek, które miały "dobra" i kolejne wiejskie przygody i awantury, łącznie z obluzowaniem stalek w gorsecie panny Telimeny, które widowiskowo puściły przy obiedzie :) czy wystawienie sztuki teatralnej, z wykorzystaniem maminej garderoby i wzorzystego szlafroka w charakterze żupana, nie wspominając o eksperymentach chemicznych i fizycznych właściwych temu wiekowi i o próbie zarobienia gotówki przy pomocy przepowiedni z karafki, wypełnionej wodą z anilinowym ołówkiem. Jednakże publiczność nie waliła drzwiami i oknami :)
Nadchodzi jednak czas, gdy głowę zaczynają zaprzątać poważniejsze myśli, gdy chce się być użytecznym dla społeczeństwa, dla kraju i organizuje się kółka samokształceniowe, gdy w pocie czoła komponuje się pierwsze wiersze, gdy próbuje się pomóc w nauce i patriotycznym wychowaniu dzieciom z ochronki... aż nadchodzą długo wyczekiwane wakacje i bohater rusza na Wielką Wyprawę z kolegą Wackiem. Opis tej wyprawy spodobał mi się nawet bardziej od części "dziecinnej": ech, ta młodzieńcza brawura, nic sobie nie robiąca z faktu, że już po pierwszym dniu żeglugi słodkowodnej w Pieninach stracili zarówno środek lokomocji w postaci starej krypy jak i wszystkie pieniądze, które miały dać im utrzymanie przez cały okres wakacyjnej wędrówki. Chłopcy z niezmąconym spokojem ruszają na piechotę, nocując pod chmurką, pomagając w góralskim gospodarstwie za wyżywienie (ech, ten opis dojenia krowy przez mieszczucha) czy dalej szczepiąc róże w ogrodzie proboszcza lub pracując w tartaku. Nie ominęła ich pełna przygód praca przy kopaniu szybu naftowego w Jaśle czy wreszcie, niespodziewanie wynikły już w drodze powrotnej do Krakowa, wyjazd do Zakopanego w towarzystwie nowych znajomych z pociągu.
A' propos tych znajomych, którzy pochodzili z Biecza, dowiedziałam się, skąd wzięło się powiedzonko "rozpuścił się jak dziadowski bicz", więc się z Wami tą świeżą wiedzą podzielę. Otóż publiczne egzekucje na rynku w Bieczu (o tym, że istniała tam słynna szkoła katów, pewnie słyszeliście) przynosiły taki dochód ze ściągających zewsząd tłumów, że wzbogacone miasto założyło fundusz emerytalny dla ubogich mieszkańców, którzy po ukończeniu 60. roku życia przechodzili na utrzymanie gminy. Fundusz wystarczał na dostatnie życie każdego emeryta, który nic nie musiał robić. Stąd powstało porzekadło "rozpuścił się jak dziad biecki", z biegiem czasu przekręcone na "jak dziadowski bicz". Voilà.
Ilustracje Jerzego Karolaka:
Początek:
i koniec:
Wyd. Wydawnictwo Literackie Kraków 1978, wyd.II, 251 stron
Ilustrował: Jerzy Karolak
Z własnej półki (niezastąpione allegro)
Przeczytałam 30 lipca 2013
W sierpniu chcę przeczytać Cichy Don i Noce i dnie.
Martwię się tylko, czy przy łóżku jest odpowiednia do czytania lampka - albowiem już jutro wyprowadzam się na czas remontu łazienki do mieszkania koleżanki z pracy, która jedzie na urlop. Walizka spakowana, czuję się, jakbym też na wakacje wyjeżdżała, bo trafiam do kompletnie mi obcej dzielnicy :) Mam nadzieję, że potrafię się chociaż zmusić do paru spacerów po okolicy. Kurdwanowie, witaj!
Etykiety:
Dla dzieci i młodzieży,
Z akcją w Krakowie,
Z własnej półki
wtorek, 30 lipca 2013
Janusz Domagalik - Koniec wakacji
W środku wakacji przypomniałam sobie powieść dla młodzieży Koniec wakacji. Piętnastoletni Jurek wrócił do rodzinnego Borzechowa na Śląsku już po 2 tygodniach spędzonych na wsi u wujka - zbyt się tam nudził, a tu, w rodzinnym miasteczku jest przynajmniej staw, w którym można się kąpać i ruiny zamku, dokąd można pojechać na rowerze. Sytuacja w domu jest napięta, matka szykuje się do wyjazdu do sanatorium w Otwocku, ale ten wyjazd jakiś taki nagły i niespodziewany. Jurek niewiele jednak zważa na atmosferę domową, bo właśnie poznał Elżbietę, kuzynkę jednego z kolegów, która przyjechała z Warszawy. Szybko zaprzyjaźniają się mimo początkowego nieporozumienia - Elżbieta wjechała na Jurka rowerem :) - i spędzają razem coraz więcej czasu a to na kąpielach w stawie a to na wyjadaniu porzeczek na działce czy wreszcie wyprawach rowerowych. Tymczasem jednak do Jurka zaczyna docierać, że wyjazd matki mógł mieć inne przyczyny niż zdrowotne, zwłaszcza gdy odkrywa, że adres w Otwocku pokrywa się z adresem siostry matki, a nie sanatorium. Nie może się jednak zdobyć na zapytanie wprost ojca, co się dzieje. Nic mu nie chcą wyjaśnić i dziadkowie, do których obaj mężczyźni, pozostawieni na kawalerskim gospodarstwie, chodzą na obiady...
Świat młodzieńczych rozterek i trudnych wyborów, jaki nagle staje się udziałem Jurka, na pewno pociągał młodzież przed laty - była to zresztą lektura szkolna w ósmej klasie - ale i dziś potrafi zafascynować. Wszak to problemy i tematy uniwersalne.
Autor dostał za tę powieść Austriacką Nagrodę Państwową!
Mam również pozostałe wspomniane tu książki:
Detektywa Konopki nigdy nie czytałam, a teraz zajrzałam i aż się zdziwiłam, jak bardzo to jest fajnie zrobione graficznie, muszę też po to sięgnąć.
Ilustrował bardzo delikatną kreską Juliusz Makowski:
To nie kurnik, tylko - jak to na Śląsku - gołębnik :)
Początek:
i koniec:
Wyd. Nasza Księgarnia Warszawa 1973, wyd.III, 197 stron
Trzecie wydanie i sto tysięcy egzemplarzy nakładu!
Ilustrował: Juliusz Makowski
Seria "cieniowana" (tak ją zawsze nazywałam, jakie nosi prawdziwe miano - nie wiem; ulubiona z młodości; mam z niej czternaście książek)
Z własnej półki
Przeczytałam 29 lipca 2013
Świat młodzieńczych rozterek i trudnych wyborów, jaki nagle staje się udziałem Jurka, na pewno pociągał młodzież przed laty - była to zresztą lektura szkolna w ósmej klasie - ale i dziś potrafi zafascynować. Wszak to problemy i tematy uniwersalne.
Autor dostał za tę powieść Austriacką Nagrodę Państwową!
Mam również pozostałe wspomniane tu książki:
Detektywa Konopki nigdy nie czytałam, a teraz zajrzałam i aż się zdziwiłam, jak bardzo to jest fajnie zrobione graficznie, muszę też po to sięgnąć.
Ilustrował bardzo delikatną kreską Juliusz Makowski:
To nie kurnik, tylko - jak to na Śląsku - gołębnik :)
Początek:
i koniec:
Wyd. Nasza Księgarnia Warszawa 1973, wyd.III, 197 stron
Trzecie wydanie i sto tysięcy egzemplarzy nakładu!
Ilustrował: Juliusz Makowski
Seria "cieniowana" (tak ją zawsze nazywałam, jakie nosi prawdziwe miano - nie wiem; ulubiona z młodości; mam z niej czternaście książek)
Z własnej półki
Przeczytałam 29 lipca 2013
Etykiety:
Dla dzieci i młodzieży,
Seria "CIENIOWANA",
Z własnej półki
poniedziałek, 29 lipca 2013
Stanisław Broniewski - Igraszki z czasem
W weekend zrobiłam sobie przyjemność i przeczytałam (nie pierwszy zresztą raz) cudowne bajania Stanisława Broniewskiego o rzeczach i sprawach minionych.
Wszystkie wymienione wyżej pozycje udało mi się zgromadzić i pewnikiem prędzej czy później się tu pojawią, już pojedynczo:
Jedynie Kopca wspomnień jako dzieła wielu autorów tu nie przedstawiam. Nawiasem mówiąc, szkoda, że on taki duży i gruby, bo bym go ze sobą zabrała na poniewierkę sierpniową i raz w życiu przeczytała od deski do deski, a nie wybiórczo.
Poszczególne rozdziały dedykowane są przedmiotom niezwykle ważnym w życiu ówczesnych dzieci. Wychodząc od fantów, scyzoryka, sznurka, zapałek, gwizdka, gwoździa, kasztanów i pierścionka autor snuje dywagacje dotyczące życia w Krakowie przełomu XIX i XX wieku: tego życia codziennego, domowego (z wielkim praniem, zaopatrzeniem spiżarni, zabawami w pokoju dziecinnym, wizytami towarzyskimi rodziców, sznurowaniem gorsetu młodych panien, uzupełnianiem domowej apteczki - choć i tak najskuteczniejsza na ból zębów była nowenna do św. Apolonii, zakupami czy to jabłek na szarlotkę czy garnituru mebli na całe życie) jak i życia miasta: kulturalnego, gospodarczego, towarzyskiego.
Przebogate źródło anegdot, ilustrowane niesamowitą ilością zdjęć i rycin czy dawnych anonsów prasowych.
A' propos powszechnie dziś uwielbianych kamienic Teodora Talowskiego, Broniewski cytuje pewien liścik, przesłany przez architekta do współpracującej z nim firmy szklarskiej:
Zasr... Panie Szklarz!
Do d... są te szkiełka, coś mi pan do kościoła Św. Elżbiety dostarczył. Usr... się na taką robotę!
Z poważaniem Teodor Talowski
Prosto, zwięźle, zrozumiale. Nie żadne dzisiejsze "Państwa wyrób nie spełnia parametrów" etc.
Zaś jeśli chodzi o urządzenia higieniczne, to kto zgadnie, do czego służył "fotel do wychodzenia na dwór w pokoju"?
Oto wizerunek tego wynalazku:
A dla wszystkich bibliofilów wierszyk Jachiewicza:
Zamiast kwiatów, zamiast wstążki
Kupowała Wandzia książki;
Ale żadnej nie czytała,
Ot, tak tylko, byle miała.
Na to mama jej powiada:
"Książka w szafie nic nie nada.
Pszczółka z kwiatków miodek chwyta,
Kto ma książki, niechaj czyta."
Początek:
i koniec:
Wyd. Wydawnictwo Literackie Kraków 1973, wyd.II, 381 stron
Z własnej półki (kupione w antykwariacie za 10 zł)
Cena okładkowa w 1973 roku wynosiła 55 zł, a na moim egzemplarzu jest przybita pieczątka o cenie zniżonej 5 zł. Zgroza! Takie wspaniałe krakauerskie wspomnienia za bezcen! Czyżby nie było wówczas na nie zapotrzebowania?
Przeczytałam 28 lipca 2013
Wszystkie wymienione wyżej pozycje udało mi się zgromadzić i pewnikiem prędzej czy później się tu pojawią, już pojedynczo:
Jedynie Kopca wspomnień jako dzieła wielu autorów tu nie przedstawiam. Nawiasem mówiąc, szkoda, że on taki duży i gruby, bo bym go ze sobą zabrała na poniewierkę sierpniową i raz w życiu przeczytała od deski do deski, a nie wybiórczo.
Poszczególne rozdziały dedykowane są przedmiotom niezwykle ważnym w życiu ówczesnych dzieci. Wychodząc od fantów, scyzoryka, sznurka, zapałek, gwizdka, gwoździa, kasztanów i pierścionka autor snuje dywagacje dotyczące życia w Krakowie przełomu XIX i XX wieku: tego życia codziennego, domowego (z wielkim praniem, zaopatrzeniem spiżarni, zabawami w pokoju dziecinnym, wizytami towarzyskimi rodziców, sznurowaniem gorsetu młodych panien, uzupełnianiem domowej apteczki - choć i tak najskuteczniejsza na ból zębów była nowenna do św. Apolonii, zakupami czy to jabłek na szarlotkę czy garnituru mebli na całe życie) jak i życia miasta: kulturalnego, gospodarczego, towarzyskiego.
Przebogate źródło anegdot, ilustrowane niesamowitą ilością zdjęć i rycin czy dawnych anonsów prasowych.
A' propos powszechnie dziś uwielbianych kamienic Teodora Talowskiego, Broniewski cytuje pewien liścik, przesłany przez architekta do współpracującej z nim firmy szklarskiej:
Zasr... Panie Szklarz!
Do d... są te szkiełka, coś mi pan do kościoła Św. Elżbiety dostarczył. Usr... się na taką robotę!
Z poważaniem Teodor Talowski
Prosto, zwięźle, zrozumiale. Nie żadne dzisiejsze "Państwa wyrób nie spełnia parametrów" etc.
Zaś jeśli chodzi o urządzenia higieniczne, to kto zgadnie, do czego służył "fotel do wychodzenia na dwór w pokoju"?
Oto wizerunek tego wynalazku:
A dla wszystkich bibliofilów wierszyk Jachiewicza:
Zamiast kwiatów, zamiast wstążki
Kupowała Wandzia książki;
Ale żadnej nie czytała,
Ot, tak tylko, byle miała.
Na to mama jej powiada:
"Książka w szafie nic nie nada.
Pszczółka z kwiatków miodek chwyta,
Kto ma książki, niechaj czyta."
Początek:
i koniec:
Wyd. Wydawnictwo Literackie Kraków 1973, wyd.II, 381 stron
Z własnej półki (kupione w antykwariacie za 10 zł)
Cena okładkowa w 1973 roku wynosiła 55 zł, a na moim egzemplarzu jest przybita pieczątka o cenie zniżonej 5 zł. Zgroza! Takie wspaniałe krakauerskie wspomnienia za bezcen! Czyżby nie było wówczas na nie zapotrzebowania?
Przeczytałam 28 lipca 2013
sobota, 27 lipca 2013
Iván Mándy - Czutak i szary koń
Przypadek z allegro. Coś tam kupiłam, przeglądałam pozostałe oferty sprzedawcy i wpadła mi w oko ta książeczka - bo węgierski autor, a wszak Polak Węgier dwa bratanki, a tymczasem tylko Nemeczka znamy. I proszę, jaki zbieg okoliczności: spoglądam ostatnio łaskawym wzrokiem w stronę powieści Jokaia, debatuję, czyby się wziąć za nią czy jeszcze zostawić, a tu co widzę w Czutaku:
:)
Ale po kolei. Okładka cała bardzo przyjemna:
W środku informacja o autorze, jak miło:
Zaraz zaczęłam szukać na allegro tych pozostałych Czutaków i jest tylko Czutak robi karierę, a pierwszej powieści z cyklu (o której w omawianej książce się wspomina, a dokładniej nie tyle o powieści, co o aktorskich zapędach Czutaka) nie ma i w końcu nie wiem, czy została w ogóle przetłumaczona. W internecie nie ma po niej śladu.
Iván Mándy był nawet proponowany do nagrody Nobla! No ale jego twórczości dla dorosłych to pewnie nigdy już nie poznamy. Za to Czutak dostępny dla każdego :) Bardzo to sympatyczna rzecz. Czutak jest budapesztańskim nastolatkiem, niezbyt cenionym przez kolegów (nazywają go czasem "kapuścianą głową"), który nad tym cierpi, ale też cierpliwie znosi ten brak poważania: gdy go przepędzają od wraku starego samochodu, kontentuje się spoglądaniem na niego z bramy podwórka; gdy wita na stacji kolegę wracającego znad Balatonu, zadowala się niesieniem jego walizki - co wygląda, jak by i on wracał z letniska. Niedostatki atencji ze strony ferajny rekompensuje sobie bogatą wyobraźnią. Pewnego dnia na ulicy jest świadkiem prowadzenia na rzeź starego, umęczonego, wychudzonego konia. Jego właścicielka zostawia go na noc w składzie złomu, więc Czutak, któremu żal się zrobiło szkapiny przeznaczonej na salami, namawia swą paczkę, by go stamtąd uprowadzić. Dzieciaki jak to dzieciaki, nie myślą przy tym za wiele, więc zaprowadzają konia najpierw do piwnicy domu jednego z nich :) Trzeba go jednak szybko stamtąd zabrać, bo matka poszła do piwnicy po drzewo i wróciła blada :)
Po różnych perypetiach szary koń, który do końca nie będzie miał imienia, trafi na "wyspę" odkrytą przez chłopców w okolicy stacji kolejowej - to ziemia niczyja, ze starym wagonem, którym chłopcy "podróżują" na kraj świata. To, wydawałoby się, idealne miejsce na kryjówkę... ale długi język Czutaka sprawia, że dowiaduje się o niej ekipa filmowa, poszukująca odpowiedniego miejsca na plener (dziś byśmy to nazwali, zdaje się, location). Reżyser angażuje również siwego konia. Czy uda się odzyskać wyspę i konia? Co warta jest przyjaźń i ile dla niej trzeba zrobić? Czy ważne jest, ile w zamian dostajemy?
Ilustracje wykonał Stanisław Rozwadowski:
Początek:
i koniec:
Ciekawa adnotacja. Czy do szkół przysposobienia rolniczego dlatego, że koń?
Wyd. Iskry Warszawa 1967, wyd.II, 166 stron
Tytuł oryginalny: Csuták és szűrke ló
Tłumaczyła: Ella Maria Sperlingowa
Z własnej półki (kupione na allegro za)
Przeczytałam 26 lipca 2013
Wyszedł wakacyjny, podwójny numer miesięcznika KRAKÓW.
W środku artykuł Rogóża o placu Matejki:
Kolejny artykuł traktuje o torach wyścigowych Krakowa:
Następny o wielkiej wodzie 1903 roku:
i wreszcie coś z kryminałków - zabójstwo Paluchowej:
:)
Ale po kolei. Okładka cała bardzo przyjemna:
W środku informacja o autorze, jak miło:
Zaraz zaczęłam szukać na allegro tych pozostałych Czutaków i jest tylko Czutak robi karierę, a pierwszej powieści z cyklu (o której w omawianej książce się wspomina, a dokładniej nie tyle o powieści, co o aktorskich zapędach Czutaka) nie ma i w końcu nie wiem, czy została w ogóle przetłumaczona. W internecie nie ma po niej śladu.
Iván Mándy był nawet proponowany do nagrody Nobla! No ale jego twórczości dla dorosłych to pewnie nigdy już nie poznamy. Za to Czutak dostępny dla każdego :) Bardzo to sympatyczna rzecz. Czutak jest budapesztańskim nastolatkiem, niezbyt cenionym przez kolegów (nazywają go czasem "kapuścianą głową"), który nad tym cierpi, ale też cierpliwie znosi ten brak poważania: gdy go przepędzają od wraku starego samochodu, kontentuje się spoglądaniem na niego z bramy podwórka; gdy wita na stacji kolegę wracającego znad Balatonu, zadowala się niesieniem jego walizki - co wygląda, jak by i on wracał z letniska. Niedostatki atencji ze strony ferajny rekompensuje sobie bogatą wyobraźnią. Pewnego dnia na ulicy jest świadkiem prowadzenia na rzeź starego, umęczonego, wychudzonego konia. Jego właścicielka zostawia go na noc w składzie złomu, więc Czutak, któremu żal się zrobiło szkapiny przeznaczonej na salami, namawia swą paczkę, by go stamtąd uprowadzić. Dzieciaki jak to dzieciaki, nie myślą przy tym za wiele, więc zaprowadzają konia najpierw do piwnicy domu jednego z nich :) Trzeba go jednak szybko stamtąd zabrać, bo matka poszła do piwnicy po drzewo i wróciła blada :)
Po różnych perypetiach szary koń, który do końca nie będzie miał imienia, trafi na "wyspę" odkrytą przez chłopców w okolicy stacji kolejowej - to ziemia niczyja, ze starym wagonem, którym chłopcy "podróżują" na kraj świata. To, wydawałoby się, idealne miejsce na kryjówkę... ale długi język Czutaka sprawia, że dowiaduje się o niej ekipa filmowa, poszukująca odpowiedniego miejsca na plener (dziś byśmy to nazwali, zdaje się, location). Reżyser angażuje również siwego konia. Czy uda się odzyskać wyspę i konia? Co warta jest przyjaźń i ile dla niej trzeba zrobić? Czy ważne jest, ile w zamian dostajemy?
Ilustracje wykonał Stanisław Rozwadowski:
Początek:
i koniec:
Ciekawa adnotacja. Czy do szkół przysposobienia rolniczego dlatego, że koń?
Wyd. Iskry Warszawa 1967, wyd.II, 166 stron
Tytuł oryginalny: Csuták és szűrke ló
Tłumaczyła: Ella Maria Sperlingowa
Z własnej półki (kupione na allegro za)
Przeczytałam 26 lipca 2013
Wyszedł wakacyjny, podwójny numer miesięcznika KRAKÓW.
W środku artykuł Rogóża o placu Matejki:
Kolejny artykuł traktuje o torach wyścigowych Krakowa:
Następny o wielkiej wodzie 1903 roku:
i wreszcie coś z kryminałków - zabójstwo Paluchowej:
Subskrybuj:
Posty (Atom)



























































