piątek, 19 maja 2017

Suki Kim - Pozdrowienia z Korei


Ta Korea to tak ciągnie (nie jako taka, tylko żeby się czegoś dowiedzieć, choć przecież ludzie z mojego pokolenia wszystko to znają, może jedynie w mniejszej skali) i odstrasza jednocześnie. No bo dlaczego się dołować? Z drugiej strony zawsze łatwiej znieść cudze cierpienie, prawda :)
Lektura bardzo przygnębiająca.


A przecież autorka nie wśliznęła się w żadne tajne miejsca, nie zawarła dysydenckich znajomości (są tam jacyś dysydenci?), ona po prostu pojechała uczyć angielskiego, tyle że zamknięta w ściśle strzeżonym ośrodku (powiedzmy, że campusie) i nie mając możliwości zrobić kroku w bok. Ba, nawet nie mogąc wypytać studentów o interesujące ją rzeczy. Ze względu na bezpieczeństwo swoje, ale przede wszystkim ich, bo ona przecież wyjedzie, a oni zostaną.
Strzeżona podwójnie, bo wszyscy zagraniczni nauczyciele w tej uczelni byli kimś w rodzaju misjonarzy, więc jakeś wszedł między wrony...
Więc poczucie nie bycia sobą, ciągłe udawanie, a przy tym jakaś wspólnota, choćby językowa, bo Suki Kim z pochodzenia jest Koreanką, tyle że z Południa i emigrantką do USA. No, ale po koreańsku nie wolno jej było ze studentami rozmawiać.
Mam taki film dokumentalny "W promieniach Słońca" i obiecuję go sobie obejrzeć... ale trochę się boję. To będzie boleśniejsze od książki, bo o rodzinie.

A teraz u Vargi czytam o Danilo Kišu, którego, o zgrozo, nigdy nic, a przecież nazwisko jest mi znane - to jest właśnie ćwierćinteligencja, co to gdzieś jej tam dzwoni, w którymś kościele, gdzieś się o uszy obiło - i o łagrach... i znów chęć zanurzyć się w te tematy - ale i strach. Czy nie lepiej w ciepłym kokonie, nie wystawiać nosa, nic nie widzieć, nic nie słyszeć, moja chata z kraja?

Początek:

Koniec:


Wyd. Znak Kraków 2015, 331 stron
Tytuł oryginalny: Without You, There Is No Us. My time with the sons of North Korea's elite
Tłumaczyła: Agnieszka Sobolewska
Z własnej półki
Przeczytałam 6 maja 2017 roku

5 komentarzy:

  1. To i tak jakiś postęp w tej Korei Północnej, że normalnie zatrudnili nauczycielkę angielskiego i pozwolili jej wrócić do domu. Podobno wcześniej porywali obcokrajowców i ci potem musieli do końca życia uczyć języków u nich, a potem ich likwidowali. Czytałam o tym jakiś sensacyjniak, ale nie pomnę ani tytułu ani autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie oni zatrudnili, tylko ta misja stworzyła taką uczelnię dla wybranych, dzieci elity. Misja finansowała, więc dla nich czysty zysk :) a o swoim strachu, tak czy siak, autorka dużo opowiada.

      Usuń
  2. Warta uwagi.....oglądałam chwilę temu film o kimś kto urodził się w ichnim obozie a komu udało się jako dorosłemu uciec przez Chiny do Korei Południowej. To był wstrząsający film.

    OdpowiedzUsuń