środa, 20 maja 2026

Anita Głowińska - Kicia Kocia w aptece + PRAGA środa



Taaa. Może też powinnam iść do apteki, jak Kicia Kocia. Ale tam farmaceuta doradza, jakie są najlepsze herbatki na przeziębienie. Idźcie mi do de z herbatkami.

Kicia Kocia znana mi była do tej pory jedynie z nazwy, to się w końcu zapoznałam z postacią. Ma przyjaciela Packa (też kota) oraz dwoje ludzkich przyjaciół - dzieci Adelkę i Julianka. I to by było ma tyle.

Początek:

Koniec:


Wyd. Media Rodzina Sp. z o.o., Poznań 2022

Ilustracje: autorka

Przeczytałam 20 maja 2026 roku 

 

Praga, dzień drugi 

Nie jest dobrze. Choram. Bo mam horom curke. Kupiła sobie w piątek gatki krótkie i dawaj w nich na pole (znaczy dwór). Na drugi dzień już była przeziębiona. A na trzeci mnie zaczęło drapać w gardle. I teraz leje mi się z kinola, w gardle drapie dalej, kaszlę i kicham i oczywiście łeb boli. Nie mogłam zasnąć, pamiętam, że o 2:30 patrzyłam na zegarek... 

No, ale umówiona byłam z Věrą na oglądanie kota, więc cóż było robić. Spotkanie pod żółtą wieżą. 

Byłam pierwsza, więc czekając wlazłam na nią. Im dalej w las, tym większy mam lęk wysokości, a sami widzicie, że żadna to wysokość. Widok z góry też taki sobie, bo to po prostu osiedle. Dobrze, że cała osiatkowana była, i tak kurczowo trzymałam się poręczy.


Wszystko to pójdzie do ziemi jeszcze w tym roku (wieża stoi obok centrum handlowego z czasów słusznie minionych - znaczy z lat 80-tych, postawią coś nowoczesnego i pięknego 😟). 

Kota chyba będą musieli przenieść na drugą stronę placu.

Kot Mikeš był miejscowym celebrytą. Mieszkał w pobliżu, ale nikt by go w domu nie utrzymał, wychodził rano na obchód placu (na żebry w sumie), zaczynał od sklepu z kwiatami, a potem już krążył cały dzień. Rada Dzielnicy zorganizowała zbiórkę funduszy na pomniczek i w rok po śmierci Mikeš wrócił na swoje ulubione náměstí. Ładnie to wyglądało po odsłonięciu, ale teraz ludzie przynoszą te śmieci (z dobrego serca oczywiście, ale i z braku dobrego gustu) i jest już tandetnie. 

Na schodach przed budynkiem w kilku miejscach zrobione drewniane ławeczki i wyryto złote myśli, to wszystko zniknie za chwilę.

Myśmy też stamtąd zniknęły - w poszukiwaniu drugiego kota. Mapa mówiła, że była to para kot i pies, ale pies się stracił jakoś ćwierć wieku temu. Miejscowi co i rusz przemalowują kota, aktualnie jest czarny, ale widziałam zdjęcia białego i niebieskiego.

Kot i dziewczyna z gałęzią poniżej to typowe przykłady charakterystycznej dla Czechosłowacji powojennej - sztuki czteroprocentowej. I nie, nie chodzi o słabe piwo. Każda państwowa budowa (szkoła, szpital, osiedle) obowiązkowo przeznaczała 4% ze swego kosztu na sztukę: rzeźby, fontanny, reliefy, mozaiki. Państwo wspierało w ten sposób artystów. Tak było zresztą i w USA, we Francji, w Niemczech, po 1 procencie.
 

Również fontanna-jabłko na osiedlu pochodzi z tamtych czasów.


W planie miałam jeszcze parę porcelanowych rzeźb Pan i Dama na terenie przedszkola. Oczywiście na taki teren nie wejdziesz. Ale obłaziłyśmy naokoło, że może choć przez siatkę zobaczymy. Nic nie widać. Krzaczory wszędzie. A było klikać w linki na mapie! - teraz dopiero czytam, że już ich tam nie ma (losy nieznane) 🤔

Ktoś coś?


 

Dosyć tej sztuki na dziś. Po obiedzie zajrzałam do Urzędu Praha 1, bom się niedawno dowiedziała, że jest tam pasaż prowadzący do równoległej ulicy. I ogólnie dostępne WC, co zawsze warto wiedzieć i takie miejsca znać 🤣🤣 WC, no cóż, okazało się out of order... Czyli jest, ale nie ma. Ale widzicie, jak luksusowo!

 

Za to odkryłam, że jest tam paternoster 😍 

Przejażdżka była obowiązkowa! O, właśnie się wynurzam z parteru. Odźwierny bardzo uważnie mi się przyglądał, nie spuszczał ze mnie oka, aż się bałam, że może to jest tylko dla pracowników (ale drzwi do tej klatki chodowej były otwarte, tom wlazła, no co).

 

Jak się zastanowić, to istnieje jednak coś w kuchni czeskiej, co lubię - chlebíčky- właściwie uwielbiam.

 

Pan listonosz też się stracił. 


Dzień bez książki 😂 Nie że się nie starałam, na osiedlu obleciałam trzy knihobudki, a koło domu wstąpiłam do antykwariusza-gaduły. No ale udało się - nic nie kupiłam.

Podwórko, a co.


 Domofon na dziś. Żadnych Polaków.


 

Po południu miałam pierwszą z czterech wycieczek (oby nie ostatnią). Była prowadzona przez jakiegoś eksperta do spraw kolejnictwa i gadało się o kolejowych sprawach: stacje, tory, takie tam. Ponieważ czułam się już fatalnie ledwo zmusiłam się do wyjścia z domu, z myślą, że pewnie się urwę po pół godzinie. Ale pan obiecał, że na końcu wycieczki pokaże nam salonik prezydencki, więc to mnie trzymało na nogach (i pod parasolką, bo momentami kropiło).


Salonik na dworcu kolejowym powstał, gdy Franz Josef przyjechał pociągiem w podróży poślubnej i zwrócił uwagę, że przydałoby się jakieś pomieszczenie, gdzie mógłby odpocząć, przebrać się. Pan ekspert opowiedział anegdotkę o tym, że cysorz bardzo lubił się przebierać i nieraz robił to kilkanaście razy dziennie, ale - i tu pan mówił odwrócony w drugą stronę, więc nie było słychać - chyba chodziło o to, że bielizny pod spodem zbyt często nie zmieniał, bo mówił, że jej przecież nie widać.

Na tymże dworcu zobaczyłam coś, na widok czego serce mi zadrżało - zrozumie mnie każdy miłośnik Amelii 😎


Wróciłam do domu metrem, choć w metrze wieje, ale za to szybciej. Nie mam już siły na nic, piastuję  jedynie nadzieję, że dziś będę spać.

Jutro ta wycieczka pod górę... ciekawe, czy w ogóle się wybiorę. No, umrzeć przecież nie umrę, prawda? Ale wiadomo, jak się człowiek czuje zdechły w takich okolicznościach przyrody.  


Dziś praski standard: 16.720 kroków = 11,7 km 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz