niedziela, 11 października 2020

Karel Čapek - Povídky z jedné kapsy

Rozglądałam się po półkach, co by tu wybrać do czytania po czesku na ten miesiąc i najpierw zdecydowałam się na jednego Škvoreckiego, bo był cienki i jeszcze na dodatek sfilmowany, więc miałam nadzieję, że łatwo pójdzie, nawet go już obfotografowałam. A tu zabieram się do czytania i ciężko idzie. 
No nie będę się męczyć przecież! 
Przypomniałam sobie o tym Čapku.
O tym zbiorze opowiadań wspomniała nam na kursie nasza pani i że są dwa tomy: Opowiadania z jednej kieszeni i Opowiadania z drugiej kieszeni. Ja wtedy zajrzałam od razu do swojego Ulubionego Antykwariatu i znalazłam tylko drugi, za to w zwyczajowej i korzystnej cenie 19 koron 😄 
Dwa miesiące później, przy robieniu kolejnego zamówienia, przypomniałam sobie o brakującej pierwszej części - ale chciałam naturalnie w takim samym wydaniu - i to już mnie kosztowało z jakiegosiś powodu 66 koron. Prawdopodobnie z takiego, że ja go właśnie potrzebowałam 😎 

W tym nakladatelství František Borový Čapek wychodził do 1947 roku właśnie. Potem wydawnictwo znacjonalizowano, a Čapka w ogóle w Czechosłowacji nie wydawano. Dopiero od 1956 roku autor wrócił na półki czeskich księgarń. A od 2009 roku może go już wydawać, kto chce, bo wygasły prawa autorskie. 
No, ale ja mam w tym starym wydaniu, choć oczywiście nie pierwszym (to było z 1929 roku). 
Jak widać po lewej, kupiłam też dwie inne Čapkowe rzeczy. Wybierałam takie, które mi się wydały w miarę łatwe, z tytułu mniej więcej 😄
Ta edycja to były w ogóle dzieła obu braci Čapków.
Tomik zawiera 24 opowiadania o tematyce kryminalnej (więc czyta się ze wzmożonym zainteresowaniem, gdy ktoś tak jak ja lubi kryminały), ale nie chodzi tu o samą zagadkę. To doskonałe króciutkie studia psychologii człowieka. Głębokie, a jednocześnie pełne humoru i zamyślenia nad ludźmi. Doskonałe.
Na pewno do nich kiedyś jeszcze wrócę, a na razie już już chciałam się zabierać za drugi tom - ale z bibliotek przyszły zawiadomienia, że są do odbioru książki, po które stałam w kolejce, w dodatku za mną inni stoją, więc muszę się za nie chycić w pierwszej kolejności.
Dopiero gdy dotarłam do ostatniego opowiadania uświadomiłam sobie, że przecież oglądałam taki film Zbrodnia na poczcie.  Zaglądam teraz i cóż się okazuje - jest ich więcej. Jest 12-odcinkowy serial Čapkovy kapsy (2011), a oprócz tego jest film fabularny z 1947 roku Čapkovy povídky. 
No po prostu nie wiadomo, w co ręce włożyć. Wczoraj obejrzałam 72. odcinek pewnego serialu-sagi, z akcją toczącą się od lat 60-tych... a jest tych odcinków ponad 120. 
Całą pandemię poświęcam czeskiemu filmowi (jedynie od czasu do czasu jakiś radziecki film obejrzę, a' propos, podobała mi się ostatnio najnowsza produkcja Todorowskiego Odessa), a ciągle jestem dalej niż bliżej 😎
Początek:
Koniec:
Wyd. Nakladatelství František Borový, Praha 1947, 244 strony 
Z własnej półki (kupione 14 stycznia 2020 roku za 66 koron)
Przeczytałam 9 października 2020 roku 


Pochwaliłam się Psiapsióle z Daleka, że robiłam takie szpinakowe knedliki i posłałam jej link do bloga z przepisem. Ona się zapaliła do pomysłu, przetłumaczyła sobie translatorem tekst i przystąpiła do produkcji.
Ha ha ha - doniesienia po fakcie były katastrofalne. Knedliki jej się po wrzuceniu do wrzątku rozleciały 😐 Najwyraźniej za mało odparowała ten szpinak podczas duszenia czy co? Napisała, że w końcu zjadła jajecznicę czy omlet ze szpinakiem (ale nie dopytywałam, czy odłowiła ten szpinak z garnka czy jak). 
Żeby się przekonać, co jest grane, wczoraj zrobiłam knedliki ponownie - i znów było w porządku. 

Wspomniana Odessa.


Na pierwszych po wakacjach zajęciach z czeskiego opowiadaliśmy, co u nas nowego. Kolega z kursu wybrał się z żoną na jeden sobotni dzień do Zakopanego i zabrał do samochodu, w ramach bla bla car czy jak to się zwie, jeszcze dwie dziewczyny. A w poniedziałek czy wtorek dzwoni do niego policja i dopytuje się o ten przejazd. Okazuje się, że jedną z tych dziewczyn była ta zaginiona 40-latka z Warszawy, o której ciągle piszą. 
To już 3 tygodnie. Zastanawia mnie, że do tej pory nie znaleźli (ciała, bo już na nic innego nie można chyba liczyć). Szukali, chodzili, wypatrywali z helikoptera i dronem. Nic. A przecież dziewczyna nie poszła w góry - piszą, że w hotelu zostały ubrania i rzeczy, które zabierała na górskie wędrówki, wyszła w bluzie i z plecaczkiem, jak na spacer. I ani śladu 😥  

Wczoraj czekałam w nerwach na kolejną konferencję prasową premiera, przekonana (jak chyba pół kraju), że pozamykają, przynajmniej w części, szkoły (i że dzięki temu my na czeskim przejdziemy znów na online, czego bym sobie bardzo życzyła, aby sobie oszczędzić nerwów na buców w tramwaju z nochalem na wierzchu), a tymczasem cała strategia - zakupy dla emerytów do południa. Musimy dbać o nasze babcie, powiedział. Rozumiem, że chodzi o babcię posła Czarnka.
Z tych nerwów nie robię dziś prasówki 😡

A jednak. Dodaję, bo mną wstrząsnęło. Właśnie przeczytałam, jak Nowicki się ekskuzuje, że polecał wycieczkę do czerwonego Sopotu (choć wtedy nie był jeszcze czerwony), a następnie pisze:
Humory się polepszyły dopiero na ul. Kupa: tam stał namiot chasydzkiego wesela, bawiły się dzieci w różowych sukienkach, a panowie w kapeluszach śpiewali. Przyjemne to było.
Nosz jak boniadydy!
Ogólnie wiadomo, że największe skupiska korony w Izraelu są właśnie wśród ortodoksyjnych Żydów, którzy nie przestrzegają zaleceń (tu mamy najlepszy przykład ze śpiewaniem). I facet się zachwyca, że nam trochę do Krakowa przywieźli.

czwartek, 8 października 2020

Lucyna Legut - Już nigdy nie będę się kłócił z Piotrkiem

To dosyć głupie, żeby mieć poczucie winy w takiej sytuacji: pożyczyłam książkę z biblioteki, więc nie mogę oddać nieprzeczytanej 😡 
Niby dlaczego nie mogę? Ale ja tak mam w różnych sprawach - jakieś durne samoograniczenie. 
Więc przeczytałam i to. 
Tym razem, żeby wyrobić te sto stron, zastosowano myk w postaci większej czcionki, chyba pomysłów już brakowało.
Dobrze, przerobiłam cztery sztuki i choć coś tam jeszcze autorka opublikowała o Jaśku i Piotrku, więcej się nie skuszę. Natomiast kiedyś jeszcze te autobiograficzne pomidory pożyczę.
Początek:
Koniec:
Wyd. Akapit Press, Łódź 2001, 102 strony 
Z biblioteki 
Przeczytałam 6 października 2020 roku 


NAJNOWSZE NABYTKI 
Byłam odebrać książkę z kolejki, a tam na półce jeszcze leżał ten słownik, co to o nim pisałam... no wzięłam, choć taki wyśmondrany 😄
Dla kogoś znającego łacinę czy języki romańskie takie esperanto to musi być bułka z masłem, no - tylko pytanie: po co. Na co dziś jeszcze można mieć nadzieję? Ciekawe, ilu jeszcze esperantystów się ostało na świecie? Pewnie jest o tym info na Wiki 😎


A dzisiaj déjà vu , całkiem jak w marcu - konferencja prasowa w sprawie covida. Kłamią jak i wtedy, wiadomo, ale najlepsze było, gdy pochwalono mądrą decyzję ministra Szumowskiego (słynny zakup respiratorów), a następnie nie powiedziano, ile jest tych respiratorów w Agencji Rezerw, bo to tajemnica. Póki człowiek nie chory, to się z tego absurdu śmieje, ale... 
Rozmawiałam potem z praską przyjaciółką, dziś mieli 5 tys. pozytywnych testów (a przecież Czechów jest o wiele mniej), więc ona spodziewa się, że może znów nastąpić lockdown. Póki co, znów zamknęli kina i teatry.
I tak. Chyba niepotrzebnie kupiłam ten bilet na 2 linie w tym tygodniu, z myślą o dojeździe na kurs 😩 W sobotę będzie kolejna konferencja i być może rzecz będzie o szkołach.
Gdy na zajęciach jojczyłam, że wolałam online, nasza pani zadeklarowała się, że możemy zamienić. Ale nikt inny się nie odezwał. Trochę ich rozumiem - wszyscy pracują zdalnie i mają dość siedzenia przed kompem...

Tymczasem się cieszę, bo umyłam dziś jedno okno na zimę. Tego okna nie otwierałam od 2 miesięcy, bowiem zamieszkał za nim pająk. Ale taki spory pająk. Nie mam dobrego zdjęcia, niestety. Uplótł sobie piękną sieć i od czasu do czasu coś tam w nią złowił i pożarł. Wczoraj patrzę - nie ma go. Oho, poszedł na spacer albo co. Dziś patrzę - dalej go nie ma. Zgubił się czy co? Wreszcie mogłam okno umyć, a pajęczynę zlikwidować. I przestać się trząść ze strachu, że mi wlezie do domu oknem obok 😁
Pandemia ma swoje dobre strony... przez ten czas, gdy siedziałam w domu, nauczyłam się okna myć. Znaczy - zrozumiałam, że gdy się je często przeleci czyli nie zdążą się zabrudzić porządnie, to jest bardzo szybka i prosta sprawa. Chyba zaczęłam rozumieć te skandynawskie gospodynie, co to w poniedziałek myją okna. Tak, w każdy poniedziałek, ale zajmuje im to naprawdę mało czasu. A ja dawniej nie cierpiałam tego, mama mnie prześladowała pytaniami, czy już umyłam na święta 😣 Teraz się okazuje, że to 5-10 minut zabiera zaledwie... człek na starość musiał do tego dojść.

wtorek, 6 października 2020

Paweł Reszka - Czarni

Doczekałam się swojej kolejki w bibliotece. I nie dziwię się, że ta książka Reszki, podobnie zresztą jak inne jego reportaże, cieszy się taką popularnością.
Temat kleru jest w Polsce bardzo nośny, bo wiadomo: pedofilia, ostentacyjne bogactwo, seks.
Mój stosunek do wiary jest wyrównany (po prostu jej nie mam), ale do Kościoła ciągle nie. 
Nie miałam co prawda żadnych traumatycznych przeżyć - ot, najzwyczajniej w świecie byłam przez całe dzieciństwo zmuszana do uczestnictwa w praktykach religijnych, które niekoniecznie mają coś wspólnego z wiarą - klepanie zdrowasiek, klęczenie w kościele, ale także w domu podczas kolędy, całowanie relikwii (błeee), wpajany szacunek dla księdza jako istoty prawie boskiej, paciorek, nudne kazania, podczas których myśl błądziła zupełnie gdzie indziej, nie jeść śniadania, bo do komunii, w piątek ryba. No taki standard w katolickiej rodzinie, choć reprezentowany ten katolicyzm jedynie przez jedną stronę.
Więc właśnie kontakt z instytucją, a nie z wiarą.

I dopiero dzisiaj dla takich maluczkich jak ja wychodzi na jaw, jak bardzo ta instytucja szkodzi.
Nie mówię tu o tym, jak szkodzi polski KK krajowi, to odrębna sprawa.
Szkodzi wierze, bo wiele osób od Kościoła się odwraca, ale część z nich również traci wiarę. I samej sobie. 
Kościoły na Zachodzie pustoszeją, bo nawet ludzie głęboko wierzący wybierają inny sposób praktykowania (do czego w znacznym stopniu przyczynił się ten nasz święty). W Polsce katolickie tradycje, folklorystyczne bardziej niż duchowe, ciągle jeszcze trzymają się mocno, wspomagane deklaracjami idącymi z góry i prowincjonalnością typu co ludzie powiedzą, gdy dziecka nie poślę do komunii
Ale też powoli powoli zaczyna się ruszać. Co charakterystyczne, w książce pojawiają się kilkakrotnie wypowiedzi księży o tym, jak źle się czują wychodząc na miasto w sutannie. Że poza odczuciem bycia cały czas na cenzurowanym, spotykają się z negatywnymi reakcjami. 
Ale jak się to zaczyna? Skąd decyzja?
Właściwie wszyscy księża o seminarium mówią to samo. Nie chcę tu cytować drastycznych kawałków, wybieram takie bardziej stonowane. Więc może jedno zdanie podsumowujące ten temat formacji przyszłego księdza.
Ale jeśli przebrnąłeś przez 6-letni koszmar przycinania wszystkiego, co odstaje i przy tym nie straciłeś powołania (albo nie miałeś siły wrócić do punktu wyjścia mierząc się z reakcją rodziny), to zostajesz tym księdzem i - fakt, możesz się poczuć bogiem.
Okazuje się jednak, że ciągle pozostajesz smarkiem, którym można dowolnie dysponować.
No cóż, to korporacja, mocno zhierarchizowana. Walka jest beznadziejna. Ślubowałeś posłuszeństwo. Więc wóz albo przewóz. Godzenie się z tym, że nie będziesz mieć własnego miejsca. Że jeśli po drodze z kimś się zaprzyjaźnisz, to i tak ten kontakt prędzej czy później będzie zerwany.
Konsekwencją jest oczywiście samotność.
To było chyba dla mnie największym szokiem przy czytaniu.
Że nigdy nie zastanowiłam się, jak wygląda to życie księży po godzinach.
I skąd się biorą potajemne relacje z kobietami (nie tylko przecież z potrzeby seksu). Albo nałogi.
Książka Reszki odkryła przede mną drugi świat, ten niepodejrzewany. 
Pewnie, że zawsze można powiedzieć - sam chciał. Albo: wiedział, na co się pisze.
Ale czy 18-latek naprawdę wie, co go czeka, gdy pełen ideałów (zakładając te najlepsze intencje) idzie do seminarium?
Niektórzy chcą uzdrawiać instytucję. 
Bo spora część deficytów wynika z ograniczeń przez nią stawianych.
Nigdzie nie było powiedziane (kiedyś tam, za czasów Chrystusa), że księży musi obowiązywać celibat.
Że nie wolno im rozgrzeszać rozwodników żyjących w kolejnym związku.
Pamiętam, jak płakała moja przyszywana ciocia, która rozwiodła się z mężem-pijakiem i po jakimś czasie poznała porządnego człowieka. Wzięli ślub cywilny. Ona była wierząca i bardzo chciała sakramentów, i spowiedzi, i komunii. Nie, bo nie. Jeździła na Jasną Górę, licząc  że tam dostanie rozgrzeszenie. Naiwna, żądać opozycyjnego do przepisów myślenia od paulinów...
Czemu to ma służyć, pytają niektórzy księża. 
I co robić, żeby Kościół się zmienił.


Początek:
Koniec:
Wyd. Czerwone i Czarne Sp.k., Warszawa 2019, 375 stron 
Z biblioteki 
Przeczytałam 4 października 2020 roku

niedziela, 4 października 2020

Lucyna Legut - O tym, jak Jasiek został bezimiennym bohaterem albo awantura o sławę

Już mnie nudzą te Jaśki i Piotrki. Pierwszy był całkiem sympatyczny, ale następne jakieś takie na siłę pisane i ciągnięte za uszy.  
Mam jeszcze w domu czwartą część, więc przeczytam, skoro pożyczyłam, ale na tym będzie koniec.
Pani Legut chyba bardzo chciała uczcić i uhonorować kolegów z teatru, przeciwko czemu nic nie mam, oczywiście. Tyle że nudno i nieśmieszno.
Początek:
Koniec:
Wyd. Akapit Press, Łódź 1999, 79 stron 
Z biblioteki 
Przeczytałam 2 października 2020 roku 


Szanowni Państwo, z bólem oznajmiam, że złamałam się!
Wsiadłam do tramwaju!
W środowy poranek, który zaznaczył się piękną migreną (a tabletka nie pomogła), zamiast po rower udałam się na pętlę tramwajową i nabyłam bilet miesięczny. 
Ponieważ nigdzie nie jeżdżę, tylko na Fabrykę, wybrałam jedną linię. I dopiero w drodze przypomniałam sobie, że przecież we wtorek zacznie się czeski kurs i trzeba było wziąć dwie linie. No co, głowa mnie bolała, człowiek o wszystkim nie pomyśli. 
Wymienię, pomyślałam i w drodze powrotnej chciałam nawet wysiąść na Podwalu (bo żeby wymienić, to już trzeba do punktu, nie w automacie), ale gdy zobaczyłam tłum... nieszczęśliwie okolice pierwszego, a jeszcze studenci... 
Na drugi dzień usiłowałam się dodzwonić, żeby dopytać, w jakim czasie mogę dokonać takiej zmiany. Taka ciekawostka: na stronie MPK jest numer infolinii. Jak go wykręcisz, dowiesz się, że nie ma takiego numeru :) Jest jeszcze drugi, w sprawie Karty Krakowskiej. Tam z kolei nikt nie podnosi. No to napisałam na podanego maila. 
Myślicie, że dostałam odpowiedź? 
Myślcie dalej. 
W każdym razie - spodziewałam się większych emocji po tej pierwszej tramwajowej podróży po 203 dniach. A tak tylko się boję, żeby ktoś koło mnie nie usiadł, ot i całe emocje. 


Czas był najwyższy pozbyć się starego gramofonu. 
Ponieważ nie do końca wiem, czy on działa (poza tym, że po podłączeniu do prądu talerz się kręci), dałam cenę symboliczną - 20 zł. 
To był duży błąd. 
Ilość telefonów i wiadomości przykuła mnie do biurka.
Wyobraźcie sobie, że u ludzi istnieje tylko kasa, nic więcej. 
W chwilę po opublikowaniu ogłoszenia zadzwonił gość skądyś tam, że chce zarezerwować i że przyjedzie do Krakowa w weekend. OK. 
A potem na nic się zdawała moja gadka, że jest zarezerwowane
- Ale ja dam 50! 
- Proszę pani, daję sto i przyjeżdżam natychmiast. 
I nic to, że moje słowo droższe piniendzy :( 
Przykre to trochę. 
Najlepsza była jedna pani, która powoływała się na solidarność jajników oraz, że handlarze mają swoje sposoby na błyskawiczne odpowiadanie, a ona z mężem już od dawna takiego gramofonu szukają, więc powinnam im go dać. Na moje ale tłumaczę pani, że jest rezerwacja, usłyszałam, że nie powinnam mieć poczucia winy 😡 
Co za ludzie! 
No, ale że mogłam zarobić stówę, to insza inszość. 
Cholibka. Człowiek to zawsze głupi. 
Od innego pana z kolei usłyszałam pytanie, czy jestem pisarką. No, bo to ogłoszenie było takie trochę zabawne 😀 
Jasne, że jeśli jeszcze nie jestem pisarką, to niedługo nią zostanę. Na emeryturze, jak trzeba będzie zarobić na chleb z margaryną. Będę pisać romanse kryminalne z nutką humoru, oczywiście. 
Ale bardzo mi się nie chce. 

A' propos książek. Na półce w Jordanówce był do wzięcia słownik polsko-esperancki, który przejrzałam czekając w kolejce do biblioteki. Oczywiście nie wzięłam, no bo wiadomo, nie mam miejsca. 
A teraz sobie pluję w brodę, bo przecież dla jednej książki to by się miejsce znalazło, nie? A to taka ciekawostka! Zdaje się z lat 50-tych. 

W minionym tygodniu z powodu rozlicznych zajęć (błeeee) nie miałam okazji wykonać żadnego eksperymentu kulinarnego, nad czym ubolewam. A będzie jeszcze gorzej, bo podpisałam tę nową umowę na listopad-grudzień na normalny tydzień pracy i znów zostaną tylko weekendy. Uch, stanowczo było lepiej w pandemii (ale może jeszcze będzie?) 😎
Wobec tego, dzielę się starym przepisem, ale jednym z ulubionych.
Przepis szybkościowy, może występować w charakterze awaryjnego, jak nic w domu nie ma (ale słoik lub puszka z ciecierzycą jest). Jeszcze blender się przyda. 
Robi się błyskawicznie, zanim w garnku zagotuje się woda na kluski.
W przepisie jest z boczkiem, ale staram się unikać, więc daję po prostu jakąś wędlinę pokutującą w lodówce.


PRASÓWKA MAŁOPOLSKA 

- wieje halny, a ja się dziwię, że jeszcze mnie łeb nie pęka, pewnie tylko patrzeć. Oczywiście nie zabrakło mądrych inaczej, którzy wbrew prognozom musieli wyjść w góry, potem przez 12 godzin GOPR zapiernicza, zastanawiam się, czy takim jełopom każą płacić za akcje ratunkowe? 
- dwie małe dziewczynki wypadły z okna na 5. piętrze, są połamane w szpitalu (na dole były krzaki), ale żyją. Straszne nieszczęście oczywiście, ale jaki hejt na matkę (która w kuchni gotowała obiad)! 
Jak myśmy wszyscy przeżyli w czasach za komuny? Mój brat złamał nogę na cmentarzu, byliśmy tam razem z mamą, a on zaczął się siłować z płytą zamykającą grobowiec opodal i łup, spadła na niego. Nikomu nie przyszło do głowy stawiać mamie zarzutów o niedopilnowanie. 
- w krakowskim liceum odbyło się spotkanie z działaczem prolife, gdzie wyświetlano również drastyczny film o aborcji. Na takie spotkania z młodzieżą nie jest potrzebna zgoda rodziców, co innego, gdyby ktoś chciał uczniom opowiedzieć o antykoncepcji 
- otrąbiono sukces - we wrześniu po raz pierwszy od lat nie doszło do tradycyjnego zatrzymania tramwaju na Długiej (przez parkujący samochód). Cud, panie!
- spryciarze założyli spółkę i sprzedawali emerytom pakiety medyczne po kilka tysięcy zł, po czym zwinęli interes. Pisz pan na Berdyczów! 
- z ambon ogłaszają, żeby składać podpisy pod projektem ustawy STOP LGBT. Kilku metropolitów w Polsce nie wyraziło na to zgody, ale nie nasz krakowski ulubieniec. Ten głosu zabierać nie będzie. W Nowym Testamencie było o takim, co umywał ręce, Poncjusz Piłat się nazywał bodajże 
- gdybyś chciał, człowiecze, bezkarnie skatować żonę, wystarczy, że twój kolega z PIS pracuje w policji, już on tam odpowiednio wypełni papierki 
Jakoś tak mało śmiesznie w tym tygodniu 😕

czwartek, 1 października 2020

Josef Škvorecký - Gorzki świat

Było w nowościach bibliotecznych, zamówiłam - nawet jako pierwszy czytelnik. Ale potem się za to jakoś bałam zabrać. Że niby ciężkie będzie.
Skąd ja takie przeświadczenie wytrzasnęłam, nie wiem.
Dopiero na jednym blogu przeczytałam dość entuzjastyczną recenzję, a że to akurat blog poważny 😎 - uwierzyłam.
Po czym dosłownie łyknęłam 💗💗💗
Lekko, dowcipnie, wciągająco - choć o poważnych sprawach.
Świetny to był pisarz i mam nadzieję, że gdy wyplączę się z tej pajęczej sieci bibliotek, zabiorę się wreszcie za Przypadki inżyniera ludzkich dusz, które kupiłam 12 lat temu...
Ja to nawet mam po czesku, kupiłam w zeszłym roku z myślą o odległej na razie przyszłości, gdy po pierwsze primo będę na wyższym poziomie językowym, a po drugie primo trochę też zapełniam czeskie półki z myślą o gorszych czasach, które niewątpliwie nadejdą.
W połowie 2022 roku będę mogła przejść na emeryturę, oczywiście dalej pracując, bo z czegoś trzeba żyć (świadczenie z ZUS, jak to się ładnie nazywa, wystarczy na opłaty - przy czym na opłaty w DZISIEJSZEJ wysokości). Niemniej nadejdzie taka chwila, że albo pracy już dla mnie nie będzie, albo ja nie dam rady ciągnąć dłużej. I wtedy przydadzą mi się te wszystkie książki, które zgromadziłam, bo na żadne nowe zakupy nie będzie. Jasne, są biblioteki - ale nie z książkami po czesku przecież.
No, jeśli oczywiście wcześniej z tego czy innego powodu nie wykorkuję 💣
Nie są do końca tożsame te zbiory, moje czeskie wydanie jest tym pierwszym,  pochodzi z 1969 roku, a polskie obejmuje parę późniejszych opowiadań.
W pewnym momencie trafiłam na dziwne zdanie, nielogiczne, bo mowa była o tym, że chłopcy jadą na całodzienną wycieczkę i zabierają suchy prowiant na II śniadanie i obiad, a po kolacji będą z powrotem. Przecież powinni być z powrotem na kolację, bo inaczej też by zabierali jedzenie. Sięgnęłam po czeską wersję i znalazłam ten fragment - rzeczywiście mieli już być na kolacji w obozie, tłumacz coś pokręcił 😀 
Przy tej okazji jednak troszeczkę przejrzałam ten oryginał i doszłam do wniosku, że owszem, jeszcze mogłoby być trochę trudno (za dużo jednak zerkania do słownika), ale już niedługa droga przede mną 😍


Na półce widać jeszcze dwa inne Škvoreckie.
A na innej kryminały. Te podpisane Jan Zabrana to do spółki ze Škvoreckým były pisane.
Początek:
Koniec:
Wyd. Czarne, Wołowiec 2020, 333 strony 
Tytuł oryginalny: Hořkej svět 
Przełożyli: Andrzej S.Jagodziński i Jan Stachowski 
Z biblioteki 
Przeczytałam 1 października 2020 roku 



NAJNOWSZE NABYTKI 
Tę książkę zaoferowała mi przyjaciółka jeszcze w czasach bodaj przedpandemicznych, ale dopiero teraz się zobaczyłyśmy. 
Gdzie ja ją dam (jest grubaśna, ponad 900 stron), to nie mam pojęcia, ale zapowiada się świetnie, z tego, co pobieżnie przejrzałam.
Monika Julita, ten obiecany dla Ciebie egzemplarz też jest :) 



Pan z materacami dojechał. 
Przymierzyliśmy najpierw taki o długości 200 cm i wcisnął się, więc już został. 
Ale pierwszy raz śpię na takich wysokościach :) Mam wrażenie, że prawie pod sufitem jestem :) 
Przesuwam się nawet na środek, mimo że zawsze spałam z brzegu - bo gdybym tak spadła, to bym sobie stłukła gnat!