sobota, 13 lutego 2021

Vojtěch Steklač - Jak se vraždí v Česku

Więc było tak, że trafiłam na pana Vojtěcha Steklača (odmieniając jego nazwisko po polsku) w antykwariacie oczywiście przypadkiem, teraz już nie wiem, czy najpierw na jego twórczość dla dzieci czy dla dorosłych. Ale spodobały mi się obie. Mam za sobą pięć jego książek, a przed sobą o wiele więcej, bo trochę zgromadziłam 😋

Już po przeczytaniu pierwszej (Dvoreček w grudniu 2018) miałam ten pomysł, żeby do autora napisać. No ale wiadomo, jak to jest, pomysł to jedno, a realizacja to drugie.

I oto przed miesiącem dowiedziałam się, że zmarł. Poza smutkiem, że już nic nowego się nie doczekam, poza zdziwieniem, bo miał zaledwie 75 lat - odczułam przede wszystkim wielki wyrzut sumienia, że nie zdążyłam.

  

Przy okazji się zdumiałam, jak mało jest na temat Steklača w internecie (albo źle szukam). A przecież to autor kultowych w Czechach książek dla dzieci! Znalazłam jedną rozmowę z nim z 2006 roku w jakimś programie TV, którego prowadząca straszliwie mi się nie spodobała. Ani pomysłu na pytania ani uważnego słuchania odpowiedzi. I z tej rozmowy właśnie dowiedziałam się, że Steklač właśnie pracuje nad kryminałem Jak se vraždí v Česku (czyli Jak się morduje w Czechach). Znaczy wtedy w 2006 pracował. OK, to właśnie to sobie teraz przeczytam, bo przecież mam.

Początek:
Koniec:
Spis treści mówił, że są tam cztery rozdziały (lub opowiadania). Nie od razu skapowałam, w czym rzecz, choć ten pierwszy był jakiś znajomy...

Nosz kurczę!

Co się okazuje!

Ja te cztery opowiadania już znałam!

Tu niżej są dwie książki przeczytane przez mnie wcześniej i one je zawierają (między innymi). Jedna wydana w 1984, druga w 1992!

Jak ja nienawidzę takich numerów!

Dobra, dość tych wykrzykników. Ale naprawdę okropnie mnie to wkurza, gdy autor/wydawnictwo bierze coś starego i wydaje pod nowym tytułem.

Teraz zrozumiałam, że  Steklač w tym wywiadzie wyraził się precyzyjnie - nie PISZE Jak se vraždí v Česku, ale PRACUJE nad tym 😕 Pracował mianowicie nad wyborem napisanych wcześniej opowiadań. I rozumiem, że tak chciało wydawnictwo, które wypuszczało serię Najlepsze kryminały. Wszystko w tej serii było odgrzewanym kotletem.

No, trudno się mówi, przeczytałam znów. Czego nie żałuję, bo sposób pisania leży mi przecież.

Mam jednak nadzieję, że reszta książek Steklača już mi takich dublowanych rozrywek nie dostarczy. Choć kto wie... Lista dzieł jego autorstwa zawiera - uwaga - 147 sztuk. Ja mam 19. 

Nawiasem mówiąc, taki misz masz z dublowaniem opowiadań jest i u Hrabala. Ech. A niedawno - pisałam o tym - spotkało nas to samo z Mikołajkiem...


Wyd. Mladá Fronta. Praha 2008, 163 strony

Z własnej półki (kupione 14 stycznia 2020 roku w Ulubionym Antykwariacie za 29 koron)

Przeczytałam 12 lutego 2021 roku - moja 50-ta książka czeska w oryginale 😍😍😍

 


Odkurzanie idzie mi dobrze (odpukać), zrobiłam już 53 półki czyli czasem nawet dwie dziennie (a czasem żadnej, przy migrenie). W takich przypadkach jak poniżej na zdjęciu człowiek jednak się zastanawia, po co to trzyma. Te różne słowniki kupowałam jak jakaś wariatka - że niby dla dziecka będzie. W amoku, jakie to są różne wydawnictwa, których za moich szkolnych lat nie było (albo ja akurat nie miałam) i jakie to moje dziecko będzie mądre, jak wszystko wyczyta. Dziecko niekoniecznie czytało (podejrzewam, że do niektórych w życiu nie zajrzało), a tu jeszcze internety przyszły i dziś takie dzieła zajmują tylko miejsce. Z drugiej strony - zerknęłam do tego Miodka żółtego, a tam są całkiem interesujące rzeczy... No i jak wyrzucić?


Problem mam. Jak zwykle w zimie. Kwiatki padają jak muchy. 

Chciałabym tę jukkę uratować - nie wiem, czy podlewam za mało czy za dużo? Usychają jej liście na potęgę 😖 A żeby jej zapewnić dużo światła (jak na możliwości mojego parterowego mieszkania), wykwaterowałam stąd fikusa beniamina, któremu się nie spodobało w nowym miejscu i też masowo zrzuca liście, tak że dwa nieszczęścia naraz!


Moje przesłuchiwanie płyt sprzed lat idzie dość powoli, w zasadzie zostawiam je sobie na czas obiadu w weekendy. Tak naprawdę nic nie broni temu, by robić to również w tygodniu, ale zapominam. Wracam z pracy, zabieram się za ten obiad, szybko szybko, bo jemy teraz około 15.00 dopiero (Derechcja nas przetrzymuje na Fabryce zazwyczaj do 13.30 lub okolic) i płyty wylatują mi z głowy.

Właśnie dotarłam do kolejnych nagrań Poljazzu, które - bidoki - nie miały nawet okładek! To były czasy 😕 Pakowano płytę w tzw. okładkę zastępczą, co widać na poniższym filmiku. Albo w okładkę po innej płycie. Albo wręcz sprzedawano bez okładki!

 

A na koniec donoszę, iż skończył mi się miesięczny abonament na DAFilms. W połowie byłam zdecydowana odnowić, a pod koniec stwierdziłam, że czas sobie zrobić przerwę. Za dużo tego było 😎 Obejrzałam 31 dokumentów i rozpaczliwie zapragnęłam wrócić do "normalnych" filmów 😄 Żebym była dobrze zrozumiana: właściwie wszystkie chyba obejrzane produkcje mi się podobały... tylko nagle poczułam, że coś MUSZĘ, zamiast MOGĘ. Czyli normalnie, jak zawsze. Jak na studia poszłam, to też wybrany kierunek nagle przestał mnie interesować, już się przerzuciłam na coś innego. Ten typ tak ma.

Wśród ostatnich obejrzanych filmów było EATING ANIMALS z 2017 roku. Jest nawet w całości na YT, ale po niemiecku.

 

My już rzadziej jadamy mięso od jakiegoś czasu, ale nie jesteśmy wegetariankami sensu stricte. Gdy się jednak widzi i słyszy, jak wygląda ta masowa produkcja mięsa i jakie niewiarygodne cierpienie zwierząt temu towarzyszy, włosy dęba stają. Przy czym autorzy filmu nie nawołują do całkowitej rezygnacji z mięsa, przeciwnie, pokazują fermy, gdzie zwierzęta hoduje się w przyzwoitych warunkach... ale jednocześnie widzimy, jak te fermy przegrywają z wielkimi graczami na rynku.

Tak, to było okropne. 

Za to kilka filmów o starych ludziach (to już wiecie, że ulubiony temat) to czysta przyjemność. Na przykład libańska TETA, ALF MARRA (Grandma, a Thousand Times) z 2010 roku.

Jest i w całości, z angielskimi napisami. Polski tytuł to WSZYSTKO O MOJEJ BABCI.  Z opisu na Filmwebie: 

Kiedyś dom Tety Fatimy był gwarny i pełen muzyki. Dziś 83-letnia staruszka z Bejrutu żyje samotnie, nawiedzana przez wspomnienia i duchy zmarłych. A jednak to właśnie jej dom, pachnąca sziszą i libańską kuchnią ostoja matriarchatu, od wielu lat ogniskuje rozproszoną po świecie rodzinę Kaabourów, przypominając im skąd pochodzą.

Rosyjski dokument MAMA z 2013 roku (nie znajduję na YT) obejrzałam na czeskiej wersji platformy. Bo odkryłam, że niektóre filmy są na czeskiej, a na polskiej ich nie ma. W MAMIE reżyserka przygląda się swojej matce, która od dziesięcioleci opiekuje się własną matką, już nie pamiętającą, ile ma lat (96), że mąż już dawno nie żyje, a ona sama od 20 lat nie wychodzi z domu. Obie czekają na nadejście wiosny. Smutne, ale jednocześnie w jakiś sposób pozytywne.

Za to KOBIETA W NIEWOLI (Egy nő fogságban, 2017)

opowiada koszmarną historię współczesnego niewolnictwa. Gdzie? Na Węgrzech. Jak to się stało, że bohaterka haruje u pewnej rodziny po kilkanaście godzin na dobę, dodatkowo chodzi do fabryki (a całe wynagrodzenie jest jej zabierane), nie ma nawet własnego łóżka, jest nieustannie poniżana, zjada resztki z ich talerzy - i nie może liczyć na żadną ochronę? Ponoć u bratanków jest około 20 tys. osób w takiej sytuacji...

   

wtorek, 9 lutego 2021

Frédéric Martel - Sodoma

Uff!Wreszcie zmogłam! Dwanaście dni mi to zajęło!

A już się musiałam spieszyć, bo za mną 6 osób w kolejce i nie da się prolongować. Czemu aż 12 dni? Bo były takie, kiedy w ogóle do książki nie zajrzałam. Ona jest straszna. Człowiek niby tak plus minus coś tam wie, coś się orientuje, ale żeby sobie zdawać sprawę z rozmiarów tego wszystkiego, to przecież nie...

Oczywiście można powiedzieć, że się wiedzieć nie musi i po co to komu. Ale jeśli zamkniemy oczy, to sprawa nie zniknie. I nie mogę nawet twierdzić, że mnie to nie dotyczy, skoro do kościoła nie chodzę - ale właśnie, w tym naszym kraju pięknym nad Wisłą, dotyczy, niestety, skoro KK ma tak wielki wpływ na życie publiczne i ba! na prawodawstwo.

No to oczy mam teraz szerzej otwarte, ale zarazem pytanie jak cierń: czy można o kimkolwiek z kleru mówić/myśleć jako o dobrym człowieku - skoro jednak należy do tej instytucji? Przecież są wyjątki, prawda? I nie tak rzadkie. 

Ale, jak wiadomo, wyjątek jedynie potwierdza regułę 😕

Chciałyśmy z córką w zeszłym roku wypisać się z tego towarzystwa, ale odbiłyśmy się od proboszcza przez prosty fakt, żeśmy chrzczone gdzie indziej, a z powodu pandemii nie udamy się po metryki do kolejnych plebanów. Wszyscy mówią: a po co to komu, nie należy się poniżać, wystarczy nie chodzić, nie dawać, dzieci nie posyłać. Nie wiem, czy wystarczy. Dzięki takim niezdecydowanym KK w Polsce może śmiało twierdzić, że ma 102 % wyznawców. No, a za tym idą pieniądze...

Moja wina, że córka ochrzczona (i u komunii była). Klasyka - babci by było przykro. Zresztą nie o lekką przykrość chodzi, babcia by ani spać nie mogła, byłoby to dla niej nie do pomyślenia i wielka zgryzota. Ale sobie zawsze myślałam tak: to jeszcze ta generacja, ale  następna już tak myśleć nie będzie, moja córka nie będzie posyłać swoich dzieci na religię, żeby babci nie było przykro, bo babci (czyli mnie) przykro nie będzie. No tak myślałam. A teraz widzę, że żadna zmiana generacyjna nie nastąpiła i dalej jest takie samo myślenie... 

Mój brat jechał w pandemii (!!!) na chrzciny dziecka swojego chrześniaka gdzieś na Śląsk. Pytam, jak to, przecież ten chrześniak niewierzący, dlaczego to robi? A bo jego czy żony rodzice chcą. Czyli - nasza, moja generacja. Nic się nie zmienia. Jakże łatwo jest zapisać niemowlaka, jak trudno będzie wypisać dorosłego człowieka...

Marzy mi się, żeby było jak w Niemczech, żebym poszła do urzędu, wypełniła świstek, zapłaciła parę groszy - i była wolna. Żeby nikt mnie nie ujmował w swoich statystykach.

Jeśli chodzi o samą Sodomę, mam dużo zastrzeżeń. Wielkie nagromadzenie nazwisk, dziesiątki, setki, przechodzące w tysiące. Okropny styl pisania, polegający na używaniu mnóstwa wyrażeń anglojęzycznych (dziwne, z jednej strony niby znak czasu, ale z drugiej - to przecież Francuz, zawsze się mówiło, że Francuzi opierają się anglicyzacji języka), które - co gorsza - niewiele mi mówią. Widać mój brak obycia we współczesnej popkulturze (tak!). A już zwłaszcza w gejowskiej nomenklaturze 😉😕

Dalej - dużo błędów niestety. Przy cytatach z obcych języków na przykład. Głównie tu mówię o włoskim. A dlaczego cały czas używa się słowa monsinior? Po jakiemu to w sumie ma być?

Brak indeksu, karygodne.  

No i to najistotniejsze - dla mnie to była bardzo ciężka lektura, bo przez nagromadzenie faktów, nazwisk, historii, afer, skandali w pewnym momencie zaczęła - nużyć. A przecież autor chciał wyczerpująco omówić temat...

Gdy czytałam już pod koniec o Benedykcie XVI i o tym, jaką tragedią i zawaleniem całego jego świata stało się dla niego zrozumienie ogromu grzechu w Kościele, jak płakał i jak uciekał - mnie samej było przykro. A to nie mnie powinno. Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało.

Dodam jeszcze, skoro o Watykanie mowa, że planowałam wrócić do Brezy, ale to chyba musi poczekać i to długo - wizja tego świata pokazana w Sodomie zbyt głęboko teraz we mnie siedzi.
Początek:
Koniec:

Wyd. Agora, Warszawa 2019, 714 stron

Tytuł oryginalny: Sodoma. Enquête au cœur du Vatican 

Przełożyły: Anastazja Dwulit, Elżbieta Derelkowska, Jagna Wisz

Z biblioteki

Przeczytałam 8 lutego 2021 roku

 

NAJNOWSZE NABYTKI

W związku z tym, że mój brat skądś tam wracał przez Kraków w niedzielę, zapowiedział się na obiad. No, moja córka nie była zachwycona, bo ona od początku pandemii nikogo do domu nie wpuszcza, ale co było robić. Najpierw się co prawda odgrażała, że będzie jadła osobno, ale w końcu do stołu usiadła 😉A brat przywiózł geschenki spod choinki, cośmy się nie widzieli z powodu śmiesznej kwarantanny.  Lewy mój, prawy mojej córki (na życzenie obu oczywiście).

Nawiasem. Mikołajek został zamówiony, bo znaleziony w internecie, a takiegośmy nie miały. Jak się teraz okazało, zawierał pięć starych książeczek (z których nie mamy tylko pierwszej). No cóż.


Tymczasem na osiedlu (no bo gdzie w pandemii, albo na fabryce albo w domu przeca). Stojąc w hallu w kolejce do biblioteki i omiatając wzrokiem ściany zauważyłam... No nie uciekniesz! 

A przecież choćby taki argument: wśród nazwisk dzieci uczęszczających tu na zajęcia plastyczne, uwidocznionych na wystawionych pracach (ha ha, czekam, kiedy szaleństwo RODO spowoduje, że obrazy żyjących artystów nie będą podpisane), są arabskie i inne, z różnych kultur i różnych religii (przed multikulti nie uciekniesz). Tak na początek. Więc dlaczego ten krzyż tutaj? Krzyż niech sobie wisi w kościele, tam jego miejsce.

Szczęśliwa zlaicyzowana Francja!

Pozytywny za to fakt, że ustawiono nam ekopudełko i wreszcie wyrzuciłam te żarówki, które czekały od miesięcy 😀💙
Mniej pozytywny jest ten widok - znowu ktoś umarł.

W Pradze właśnie uruchomiono wielki magazyn - jeśli ktoś chce oddać meble czy inne rzeczy (oczywiście w dobrym stanie) to wystarczy do nich zadzwonić, przyjadą, odbiorą. Albo samemu zawieźć. Potrzebujący sobie potem coś wybiorą.

A u nas co? Jedynie ta Śmieciarka jedzie na fejsie. Czyli inicjatywa oddolna, poza tym ograniczona do kontaktu face to face. A jak się z fejsa (już) nie korzysta? To nic 😒 Ten magazyn w Pradze to sprawa miasta. Ktoś w końcu musi ponieść koszty.

Aha, jest jeszcze OLX, zapomniałam.

 

I na koniec mały kącik kulinarny. Jak się gusta zmieniają. Jako dorosła nie przepadałam za słodkimi daniami na obiad. Zresztą makaronu z truskawkami albo jagodami do dziś nie tknę. Ale jako już bardzo dorosła nagle zaczęłam wracać do smaków dzieciństwa i takiej klasycznej polskiej kuchni (oczywiście pod warunkiem, że jest proste i niemęczące w przygotowaniu).

Niedawno znalazłam przepis na placuszki twarogowe. Jest to oczywiście to, czego w sumie jeść nie powinnam, bo Pani Dochtór powiedziała, żeby unikać mącznych. Zresztą to samo powiedział mi płaszcz w ostatni piątek, rozpruwszy się na szwie 😁 No ale. To się tak błyskawicznie i prosto robi!

W dodatku mam pretekst, żeby córkę zawołać do kuchni - ma za zadanie ubić białka, podczas gdy ja mieszam twaróg z mąką i mlekiem (a' propos, w przepisie jest, żeby mikserem, ja tam widelcem mieszam i też jest dobrze). A to tak fajnie działać w kuchni razem 😍

Na innym blogu odkryłam, że można dodać do tego ciasta starte jabłko, ale jeszcze nie próbowałam.

Natomiast - mam już serdecznie dość pieczenia w sobotę chleba! Co sobota, ta sama robota! Uzgodniłyśmy, że w najbliższy weekend odpoczynek 😊

sobota, 30 stycznia 2021

Robert Makłowicz - CK kuchnia

Makłowicz najlepszy jest do oglądania 😀 ale poczytać też można. W CK kuchni dał wyraz swemu uwielbieniu dla Austro-Węgier i Franza Josefa. Historyjki z życia C.K. Austrii są tu jedynie pretekstem dla przedstawienia szeregu kulinarnych przepisów, mniej lub bardziej zręcznie powiązanych z bohaterami oraz dla szeregu uszczypliwych żarcików, porównań, metafor - kto oglądał programy Makłowicza, ten wie, o czym mowa.

Wazy były puste jak łeb carskiego ambasadora 😄 

Dla własnego użytku wybrałam dwa najprostsze chyba przepisy, reszta jest naprawdę dla pracowitych w kuchni oraz tych, którzy mają żelazne żołądki. Wiadomo, taka kuchnia węgierska potrafi doprowadzić do kilku oddziałów szpitalnych (jak czytałam Vargę, byłam momentami chora). Nie mam też dostępu do 3 kg przodku baraniego czy szpiku wołowego - i chyba nie chcę mieć. Oczywiście, gdyby mnie gotowcem poczęstowano, pewnie bym zjadła i oblizywała się (ale raz).
Sałatka Sachera:
Zupa ziemniaczana po wiedeńsku:

Początek:
Koniec:

 Książka nie stoi w kuchni razem z innymi z tej dziedziny, tylko wśród innych wydawnictw Prószyńskiego, kupowanych z Klubu Wysyłkowego w ciężkich czasach dzieciństwa mej córki 😀 Tę nabyłam 12 października 1996 roku za 30 tys. zł, ale najwyraźniej nie z klubu, skoro za tę cenę - może w Taniej Jatce?

Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 1995, 239 stron

Z własnej półki

Przeczytałam 27 stycznia 2021 roku


A teraz do spowiedzi. Wczoraj akuratnie oglądając dokument na temat gwarantowanego dochodu podstawowego (jestem od dawna za) poczułam, że to do mnie mowa. Tyle, że to niby wiek XXIV.

Ja w wieku XXI ciągle nie mogę się pozbyć tej obsesji. W moim przypadku chodzi o naprawdę kompulsywne gromadzenie książek i filmów (jak wiadomo). A tu jeszcze to czeskie radio. Oczywiście z usprawiedliwieniem, że do nauki potrzebne 😎 W tym tygodniu przybyło sześć płytek. No przecież tak się nie da!

Dlatego wczoraj prosto z Fabryki udałam się do Ulubionego Sklepu (czyli Megabitu) i nabyłam pendrive'a. Że od teraz już nie nagram ani jednej płytki DVD. Wszystko będzie szło na niego, a jak się zapełni, kupię drugi etc. Ponieważ największym problemem jest orientacja, gdzie co jest, stanęło na tym, że wydrukuję i wkleję do podręcznego kapownika spis treści. Howgh!

Czyli nie że JUŻ NIE GROMADZĘ, o nie 😕 Zmieniam tylko system.

Ale to rozwiązuje tylko problem filmów (dużych plików). Z czeskim radiem dalej nie wiem, co robić, ponieważ stojący przy łóżku odtwarzacz, którego używam do ich odsłuchiwania, toleruje podpięcie urządzenia z maksymalną liczbą 800 plików. Na płytce CD, takiej jak poniżej, mieści się ich 20-30 średnio. Czyli na pendrive'ie mogłabym mieć równowartość 26 płytek czyli wykorzystać zaledwie 18 GB pendrive'a. 

Hm, teraz, jak to obliczyłam, wychodzi na to, że tak też by można. Kupić jakiś nieduży, a gdy się zapełni, następny. Mimo wszystko będzie to zajmować mniej miejsca, niż te nieszczęsne płytki.

Znaczy tak - ja tu Was wynudziłam pierdołami, ale doszłam do budujących wniosków, hura hura 😄 W poniedziałek znów do Megabitu!

 

NAJNOWSZE NABYTKI 

Nie, nic czeskiego nie zamówiłam 😉 nic też nie kupiłam, ale co z tego, skoro na OLX w dziale ZA DARMO wyfasowałam skandynawski kryminał, na który się cieszę, bo już raz czytałam coś tej spółki i podobało mi się.

A te obok francuskie to taka sprawa, że w grudniu jeszcze znalazłam je na półce w Jordanówce, przywlokłam i leżały na kwarantannie, a teraz sobie o nich przypomniałam i myślę. Myślę mianowicie, którą sobie zostawić, a którą z powrotem wydać. Naprawdę już nie mam miejsca na wszystko.

Skoro już jesteśmy przy OLX, ciągle w dziale ZA DARMO znalazłam film koreański POETRY z francuskimi napisami, przejrzałam inne oferty tego użytkownika i zarezerwowałam jeszcze kilka innych. Pierwszy to rumuński, pamiętam, że byłam na nim Pod Baranami, chętnie do niego wrócę - zwłaszcza teraz, w wiadomej sytuacji jest bardzo na czasie (chodzi w nim o aborcję). Trzeci to horror koreański (ten ma tylko angielskie napisy), wzięłam go jedynie dla córki, bo ona lubi ten gatunek, ja nie oglądam. Z założeniem, że potem się jednak go wyda. W ramach odwdzięki coś tam posłałam na Łorkiestrę 😋

I tak to widzicie, jak się ograniczam w gromadzeniu...

W ramach hasztagu STAROŚĆ obejrzałam argentyński film dokumentalny 

FLORA'S LIFE IS NO PICNIC, reż. Iair Said, 2019

(tytuł oryginalny: Flora no es un canto a la vida)

Flora zbliża się do 90-tki, od dawna jest skłócona z rodziną, a męża czy dzieci nigdy nie miała. Czuje, że niedługo umrze, więc nawiązuje kontakt z krewnymi. W ten sposób młody człowiek (reżyser filmu) poznaje tę ciotkę, o której prawie nic nie wiedział. Odbywa z nią długie rozmowy telefoniczne, wychodzą razem do restauracji na obiad, odwiedza ją w domu. I właśnie ten dom - 4-pokojowe mieszkanie w luksusowej kamienicy - jest tym katalizatorem - Iair wynajmuje małe mieszkanko, więc zaczyna sobie w głowie układać plan. Ale ZONK - w pewnym momencie dowiaduje się, że ciotka już zapisała to mieszkanie instytutowi naukowemu w Izraelu. Wydzwania do tego instytutu łamaną angielszczyzną próbując się dowiedzieć, czy i jak można donację anulować... 

Brzmi dość okrutnie, ale wcale tak nie jest, bo między starą ciotką, która wie, co w życiu najważniejsze (money), a młodym człowiekiem, niby to pełnym ideałów (choć jak widzimy, tylko do pewnego stopnia) nawiązuje się nić porozumienia, powstaje jakaś relacja, coś, czego nie było, a co nagle okazuje się czymś ważnym, zwłaszcza, kiedy ciotka trafia do szpitala.

   

 

I jeszcze jest taka sprawa na koniec.

Zaczynam się powoli łamać co do komórki.

To straszne. Ja nie chcę!

Wczoraj na blogu pewnej Polki, która mieszka w Pradze, trafiłam na instrukcję, jak na stronie mapy.cz zmienić wygląd mapy na turystyczną i odnajdować rozmaite ciekawe dla mnie rzeczy, na przykład punkty widokowe, drobne rzeźby, no takie tam. To jest rzecz nie do osiągnięcia z mapą papierową.

No i w kontekście Pragi myślę, że bardzo by się przydało mieć taką komórkę z internetem, żeby sobie idąc sprawdzać, czy w pobliżu nie ma jeszcze czegoś ciekawego do zobaczenia - to chyba właściwie smartfon ma być czy co, ja nie wiem, ja się nie znam (tak, osoby ode mnie starsze o 20 lat to ogarniają, wiem). 

Czasu na myślenie mam dość, w tym roku się przecież na pewno jeszcze nie pojedzie... ale już mnie to niepokoi.

W tym miejscu chociażby byłam, ale obeszłam z lewej strony i o tym punkcie widokowym nie wiedziałam...

czwartek, 28 stycznia 2021

Zdeněk Svěrák - Podwójne widzenie

Pożyczyłam z biblioteki, znalazłszy w katalogu - a podczas czytania okazało się, że... że halo, skądś to znam 😃 Otóż czytałam w sierpniu zeszłego roku Povídky Svěráka, a to się okazało tłumaczeniem obu zbiorków (bo wyszły jeszcze Nové povídky, które też mam i zostawiłam sobie na później). Czyli połowę książki znałam. Wcale się tym jednak nie zmartwiłam, wręcz przeciwnie - to czysta przyjemność do niej wrócić.

Tak więc wszystko, co miałam do powiedzenia na temat tych opowiadań, znajdziecie pod linkiem. Mogę tylko dodać, że coraz bardziej lubię opowiadania jako gatunek - jak to się ludziom gusty zmieniają z wiekiem 😜 I że pan Svěrák generalnie jest BARDZO do polecenia, i jako aktor plus scenarzysta i jako pisarz - autor małych form.



Początek:
Koniec:

Wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2015, 368 stron

Tytuł oryginalny: Povídky. Nové povídky 

Przełożyli: Dorota Dobrew, Jan Węglowski

Z biblioteki 

Przeczytałam 24 stycznia 2021 roku

 

Więc z panem Svěrákiem mam stosunek już od dawna 😎 W końcu czeskie filmy oglądałam jeszcze wtedy, gdy mi się o Pradze i czeskim nie śniło. A teraz obejrzałam też półtoragodzinny dokument o nim z 2004 roku, nakręcony przez syna Jana. Nazywa się Tatínek (czyli Tatuś, Czesi w ogóle o wiele częściej od nas używają określeń mamusia, tatuś - w sferze publicznej; ach, to takie moje małe spostrzeżenie, dać mi za to Nobla) i pokazuje Svěráka również w prywatnym zaciszu, dając wgląd w życie tej artystycznej rodziny.

Oglądałam oczywiście na DAFilms (nic innego teraz dla mnie nie istnieje), jest też chyba na Netflixie, jak ktoś ma i jest zainteresowany. Na YT natomiast jedynie trailer i jakieś fragmenty.

     

A tę rozmowę wstawiam sobie ku pamięci, żeby tego też wysłuchać w bliżej nieokreślonej przyszłości.

 

Też znalazłam przy okazji. Wejście na You Tube skutkuje totalnym przepadnięciem, wiadoma sprawa. Po tym, co się wczoraj stało, stanowczo lepiej zanurzyć się w odleglejszy świat, bo inaczej odechce się żyć. Choć i Czesi mają swoje problemy z władzą, jak wiadomo.

 

Pan Svěrák ma na czeskiej Wikipedii piękne długie hasło - też je sobie przestudiuję. Właściwie to chodzi mi po głowie, żeby mu wyrazić jakoś swój podziw, takim prawdziwym listem - tylko się za to zabrać nie mogę (całkiem jak do wypracowań z kursu)...

 

A to już stary dobry Kraków - trochę się przestraszyłam, widząc to z daleka 😉


wtorek, 26 stycznia 2021

Jacek Roy - Fałszerz w złotych ramach

O, a to jest książeczka, którą wpisałam ostatnio przy odkurzaniu na listę własne do przeczytania, bo mam ją nie-wiem-odkąd, a nie tknięta. Seria ZDARZENIA, SENSACJE, ZAGADKI - nie posiadam nic innego tak wydanego i może to dobrze, przejrzałam tytuły i nic nie nęci 😉

Okazało się, że jest to fabularyzowana biografia pewnego wielkiego fałszerza obrazów - gość nazywał się Elmyr de Hory, był węgierskim Żydem, rzekomo pochodzącym z arystokracji, co okazało się oczywiście nieprawdą, ale... Ale o tym Jacek Roy (ewidentnie pseudonim, nic o nim nie można znaleźć) chyba nie wiedział.

Mianowicie moje krótkie amatorskie śledztwo wykazało, że biografię Elmyra (zawierającą nieprawdziwe informacje, takie jak ta o korzeniach Węgra) wydał w 1969 roku niejaki Irving Clifford, znany również z tego, że napisał fałszywą autobiografię Howarda Hughesa - i nawet za to siedział, ha ha, fałszerz napisał o fałszerzu. W każdym razie moja koncepcja jest taka, że Jacek Roy posiadał egzemplarz Fake: the story of Elmyr de Hory: the greatest art forger of our time Clifforda, przestudiował go sobie i napisał swoją polską wersję. Na ile tożsamą z dziełem Clifforda, to już nie wiadomo. Powtarza zawarte tam informacje i, uwaga, wydając swoją książkę w 1976 pisze, że siedem lat wcześniej po jej bohaterze zaginął ślad. Niewątpliwie, skoro opierał się na biografii wydanej właśnie siedem lat wcześniej, nie mógł znać dalszych losów de Hory'ego 😕  Który w 1976 właśnie, zagrożony deportacją do Francji, gdzie czekało na niego więzienie, popełnił samobójstwo.

Elmyr de Hory był świetnym fałszerzem, ale być może również świetnym malarzem, któremu okoliczności nigdy nie pozwoliły ujawnić swego talentu i skuszony łatwym zarobkiem poświęcił się kopiowaniu mistrzów. Tragiczna w gruncie rzeczy postać (nigdy wcześniej o nim nie słyszałam, ale nie interesowałam się specjalnie tematyką). Warte uwagi jest też tło, lata 20-te i 30-te w Paryżu wśród bohemy czy kulisy handlu obrazami po wojnie w Europie i Ameryce.

Tutaj podsumowanie działalności fałszerza, dokonane na podstawie tej książki.

Początek:

Koniec:
Półka zawiera cały szereg pozycji, których nigdy nie przeczytałam, czasem tylko zaglądałam do tej czy owej, szukając konkretnej informacji. Ale oczywiście nie tracę nadziei, że pewnego dnia... 😎

Wyd. Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1976, 163 strony

Seria: Zdarzenia, sensacje, zagadki 

Z własnej półki 

Przeczytałam 21 stycznia 2021 roku 

 

Drodzy Czytelnicy, to post numer 1350 na tym blogu, czyli 1350-ta przeczytana książka. Jeżeli będę to ciągnąć dalej, za jakiś rok z hakiem (pewnie niemałym) będzie okrągły jubileusz 😍

Wybrałam się wczoraj do ZUS, aby mi obliczono składkę na ten rok - ja nie wiem, wszyscy zawsze narzekają na panie urzędniczki, a ja ZAWSZE trafiam na bardzo miłe i pomocne kobiety. Również tym razem, choć, jak się okazało, przyszłam o tydzień za wcześnie. 

Skoro już tam byłam, pobrałam także numerek do pokoju EMERYTURY I RENTY. To już tylko półtora roku, chciałam więc zapytać, kiedy się mam zgłosić - myśląc, że może trzy miesiące wcześniej albo co. Tymczasem nie. Ponieważ jestem z czerwca, a jak wiadomo, w czerwcu nie należy przechodzić na emeryturę, bo się dostaje mniej, mam przyjść z wnioskiem na początku lipca 2022. Już mam zapisane w kajeciku, byle tylko dożyć 😜

Przyszła mi do głowy jedna głupota, więc zasięgnęłam porady: czy może byłoby lepiej na razie nie brać tej emerytury, skoro i tak dalej będę pracować, to później ona będzie wyższa. Pani spojrzała na mnie litościwie, widząc w systemie, jakiego rzędu to będzie kwota, i rzekła: 

- Nie powinnam tego mówić, ale nie będę ukrywać: NIE. Nie ma sensu. Będzie pani płacić wysokie składki, a emerytura pójdzie w górę o grosze. Przechodzić. 

No, to mam jasność. Będąc na emeryturze w dodatku będę płacić już tylko składkę zdrowotną (obecnie ok. 380 zł), a społeczne odpadają, będę więc gość! Zakładam, że te pieniądze w całości odłożę na gorsze czasy, a nie wydam na czeskie książki 😏

A tymczasem osiedlowa tablica ogłoszeniowa zawsze przyniesie coś ciekawego.