Więc było tak, że trafiłam na pana Vojtěcha Steklača (odmieniając jego nazwisko po polsku) w antykwariacie oczywiście przypadkiem, teraz już nie wiem, czy najpierw na jego twórczość dla dzieci czy dla dorosłych. Ale spodobały mi się obie. Mam za sobą pięć jego książek, a przed sobą o wiele więcej, bo trochę zgromadziłam 😋
Już po przeczytaniu pierwszej (Dvoreček w grudniu 2018) miałam ten pomysł, żeby do autora napisać. No ale wiadomo, jak to jest, pomysł to jedno, a realizacja to drugie.
I oto przed miesiącem dowiedziałam się, że zmarł. Poza smutkiem, że już nic nowego się nie doczekam, poza zdziwieniem, bo miał zaledwie 75 lat - odczułam przede wszystkim wielki wyrzut sumienia, że nie zdążyłam.
Przy okazji się zdumiałam, jak mało jest na temat Steklača w internecie (albo źle szukam). A przecież to autor kultowych w Czechach książek dla dzieci! Znalazłam jedną rozmowę z nim z 2006 roku w jakimś programie TV, którego prowadząca straszliwie mi się nie spodobała. Ani pomysłu na pytania ani uważnego słuchania odpowiedzi. I z tej rozmowy właśnie dowiedziałam się, że Steklač właśnie pracuje nad kryminałem Jak se vraždí v Česku (czyli Jak się morduje w Czechach). Znaczy wtedy w 2006 pracował. OK, to właśnie to sobie teraz przeczytam, bo przecież mam.
Koniec:
Spis treści mówił, że są tam cztery rozdziały (lub opowiadania). Nie od razu skapowałam, w czym rzecz, choć ten pierwszy był jakiś znajomy...
Nosz kurczę!
Co się okazuje!
Ja te cztery opowiadania już znałam!
Tu niżej są dwie książki przeczytane przez mnie wcześniej i one je zawierają (między innymi). Jedna wydana w 1984, druga w 1992!
Jak ja nienawidzę takich numerów!
Dobra, dość tych wykrzykników. Ale naprawdę okropnie mnie to wkurza, gdy autor/wydawnictwo bierze coś starego i wydaje pod nowym tytułem.
Teraz zrozumiałam, że Steklač w tym wywiadzie wyraził się precyzyjnie - nie PISZE Jak se vraždí v Česku, ale PRACUJE nad tym 😕 Pracował mianowicie nad wyborem napisanych wcześniej opowiadań. I rozumiem, że tak chciało wydawnictwo, które wypuszczało serię Najlepsze kryminały. Wszystko w tej serii było odgrzewanym kotletem.
No, trudno się mówi, przeczytałam znów. Czego nie żałuję, bo sposób pisania leży mi przecież.
Mam jednak nadzieję, że reszta książek Steklača już mi takich dublowanych rozrywek nie dostarczy. Choć kto wie... Lista dzieł jego autorstwa zawiera - uwaga - 147 sztuk. Ja mam 19.
Nawiasem mówiąc, taki misz masz z dublowaniem opowiadań jest i u Hrabala. Ech. A niedawno - pisałam o tym - spotkało nas to samo z Mikołajkiem...
Wyd. Mladá Fronta. Praha 2008, 163 strony
Z własnej półki (kupione 14 stycznia 2020 roku w Ulubionym Antykwariacie za 29 koron)
Przeczytałam 12 lutego 2021 roku - moja 50-ta książka czeska w oryginale 😍😍😍
Odkurzanie idzie mi dobrze (odpukać), zrobiłam już 53 półki czyli czasem nawet dwie dziennie (a czasem żadnej, przy migrenie). W takich przypadkach jak poniżej na zdjęciu człowiek jednak się zastanawia, po co to trzyma. Te różne słowniki kupowałam jak jakaś wariatka - że niby dla dziecka będzie. W amoku, jakie to są różne wydawnictwa, których za moich szkolnych lat nie było (albo ja akurat nie miałam) i jakie to moje dziecko będzie mądre, jak wszystko wyczyta. Dziecko niekoniecznie czytało (podejrzewam, że do niektórych w życiu nie zajrzało), a tu jeszcze internety przyszły i dziś takie dzieła zajmują tylko miejsce. Z drugiej strony - zerknęłam do tego Miodka żółtego, a tam są całkiem interesujące rzeczy... No i jak wyrzucić?
Problem mam. Jak zwykle w zimie. Kwiatki padają jak muchy.
Chciałabym tę jukkę uratować - nie wiem, czy podlewam za mało czy za dużo? Usychają jej liście na potęgę 😖 A żeby jej zapewnić dużo światła (jak na możliwości mojego parterowego mieszkania), wykwaterowałam stąd fikusa beniamina, któremu się nie spodobało w nowym miejscu i też masowo zrzuca liście, tak że dwa nieszczęścia naraz!
Moje przesłuchiwanie płyt sprzed lat idzie dość powoli, w zasadzie zostawiam je sobie na czas obiadu w weekendy. Tak naprawdę nic nie broni temu, by robić to również w tygodniu, ale zapominam. Wracam z pracy, zabieram się za ten obiad, szybko szybko, bo jemy teraz około 15.00 dopiero (Derechcja nas przetrzymuje na Fabryce zazwyczaj do 13.30 lub okolic) i płyty wylatują mi z głowy.
Właśnie dotarłam do kolejnych nagrań Poljazzu, które - bidoki - nie miały nawet okładek! To były czasy 😕 Pakowano płytę w tzw. okładkę zastępczą, co widać na poniższym filmiku. Albo w okładkę po innej płycie. Albo wręcz sprzedawano bez okładki!
A na koniec donoszę, iż skończył mi się miesięczny abonament na DAFilms. W połowie byłam zdecydowana odnowić, a pod koniec stwierdziłam, że czas sobie zrobić przerwę. Za dużo tego było 😎 Obejrzałam 31 dokumentów i rozpaczliwie zapragnęłam wrócić do "normalnych" filmów 😄 Żebym była dobrze zrozumiana: właściwie wszystkie chyba obejrzane produkcje mi się podobały... tylko nagle poczułam, że coś MUSZĘ, zamiast MOGĘ. Czyli normalnie, jak zawsze. Jak na studia poszłam, to też wybrany kierunek nagle przestał mnie interesować, już się przerzuciłam na coś innego. Ten typ tak ma.
Wśród ostatnich obejrzanych filmów było EATING ANIMALS z 2017 roku. Jest nawet w całości na YT, ale po niemiecku.
My już rzadziej jadamy mięso od jakiegoś czasu, ale nie jesteśmy wegetariankami sensu stricte. Gdy się jednak widzi i słyszy, jak wygląda ta masowa produkcja mięsa i jakie niewiarygodne cierpienie zwierząt temu towarzyszy, włosy dęba stają. Przy czym autorzy filmu nie nawołują do całkowitej rezygnacji z mięsa, przeciwnie, pokazują fermy, gdzie zwierzęta hoduje się w przyzwoitych warunkach... ale jednocześnie widzimy, jak te fermy przegrywają z wielkimi graczami na rynku.
Tak, to było okropne.
Za to kilka filmów o starych ludziach (to już wiecie, że ulubiony temat) to czysta przyjemność. Na przykład libańska TETA, ALF MARRA (Grandma, a Thousand Times) z 2010 roku.
Jest i w całości, z angielskimi napisami. Polski tytuł to WSZYSTKO O MOJEJ BABCI. Z opisu na Filmwebie:
Kiedyś dom Tety Fatimy był gwarny i pełen muzyki. Dziś 83-letnia staruszka z Bejrutu żyje samotnie, nawiedzana przez wspomnienia i duchy zmarłych. A jednak to właśnie jej dom, pachnąca sziszą i libańską kuchnią ostoja matriarchatu, od wielu lat ogniskuje rozproszoną po świecie rodzinę Kaabourów, przypominając im skąd pochodzą.
Rosyjski dokument MAMA z 2013 roku (nie znajduję na YT) obejrzałam na czeskiej wersji platformy. Bo odkryłam, że niektóre filmy są na czeskiej, a na polskiej ich nie ma. W MAMIE reżyserka przygląda się swojej matce, która od dziesięcioleci opiekuje się własną matką, już nie pamiętającą, ile ma lat (96), że mąż już dawno nie żyje, a ona sama od 20 lat nie wychodzi z domu. Obie czekają na nadejście wiosny. Smutne, ale jednocześnie w jakiś sposób pozytywne.
Za to KOBIETA W NIEWOLI (Egy nő fogságban, 2017)
opowiada koszmarną historię współczesnego niewolnictwa. Gdzie? Na Węgrzech. Jak to się stało, że bohaterka haruje u pewnej rodziny po kilkanaście godzin na dobę, dodatkowo chodzi do fabryki (a całe wynagrodzenie jest jej zabierane), nie ma nawet własnego łóżka, jest nieustannie poniżana, zjada resztki z ich talerzy - i nie może liczyć na żadną ochronę? Ponoć u bratanków jest około 20 tys. osób w takiej sytuacji...

















































