Bardzo specyficzny styl, który mi nie przypasował, a nawet trochę zmęczył. I teraz się boję, że tom Klapsy i ścinki, który gdzieś tam w drugim rzędzie czeka, a który jest znacznie obszerniejszy, też może być ciężkostrawny, ale z drugiej strony tam są znacznie krótsze formy, bo to Kutza alfabet filmowy, więc może brak miejsca na rozpasane rozpędzanie się 😂
Postacie, którym Kutz poświęcił wspomnienia, znamy, choć zdarzyli się i tacy jak Janusz Sidło, gdzie wie się jedynie, że owszem, był taki, oszczepem rzucał. Z racji niedawnego serialu o lekarce na Śląsku ciekawe było poczytać o generale Ziętku, tak pięknie tam zagranym przez Mariana Dziędziela. Z zainteresowaniem też przeczytałam o Gierku i jego smutnym końcu. Esej o mocowaniu się z Łomnickim - nie nie nie. Generalnie Kutz lubi dać do zrozumienia, że coś wie, ale nie powie.
Bez żalu odnoszę do knihobudki.
Początek:
Koniec:
Wyd. ZNAK, Kraków 2004, 160 stron
Z knihobudki
Przeczytałam 24 września 2026 roku
Na FB wątek Książka, którą krytycy uważają za arcydzieło, a ty ledwo przez nią przebrnąłeś - od razu wiedziałam, że będzie tam Mistrz i Małgorzata i jest, nie zawiedli 🤣 Najlepszy jest komentarz, gdzie czytelniczka dojechała do sceny tańców w Klubie Literatów i oburza się, że jak o tym pisać można, w tym samym czasie miliony ludzi konają w łagrach. Ja prdl. Dalej Tokarczuk, Joyce, Mann, Lalka, Pan Tadeusz, Imię róży, Gombrowicz, Faulkner... Niektórzy albo nie zrozumieli tematu wątku albo twierdzą, że Alchemik jest uważany przez krytyków za arcydzieło 😂 Albo Jeździec miedziany. Dwór cierni i róż - aż poszukałam, czyje to arcydzieło, bo w życiu nie słyszałam tytułu 😂 A to wszystko na profilu Książkowzięci... Znaczy - każdemu podoba się co innego, oczywiście, i ja na przykład póki co przez Faulknera też nie przebrnęłam i nawet jestem w stanie zrozumieć, że komuś się MiM nie podobał (mimo własnego uwielbienia), ale po co w to mieszać Coelho i Kinga 😁
[Najlepszy komentarz: Wolę nie czytać komentarzy, bo dostanę raka mózgu]
A Wy? Przez co nie przebrnęliście do tej pory? Ale wiecie - chodzi o arcydzieło.
A' propos Bułhakowa. Wczoraj przychodzę na Orlen - tam są trzy budki - koło jednej z nich siedzi pan na ławce i studiuje książkę, a obok ma ułożony stos chyba dziesięciu innych. O, myślę z rozpaczą, ubiegł mnie. Ale w budce jest jeszcze sporo innych, dużo z serii Biblioteka Klasyki Polskiej i Obcej i to ładnie zachowanych. Żem wzięła Gałczyńskiego, z myślą, że robiąc kroki będę się uczyć któregoś wiersza na pamięć 😎 Bo to ponoć dobre na ćwiczenie mózgu i pamięci.
[Cztery linijki opanowałam, wybrane na chybił trafił. I to jeszcze mamrotałam w kółko pod nosem, jak jakaś stuknięta 😂
Na dole przed Akademią,
w małe zebrane kupki,
płakały nad biedną Ziemią,
rajcowały miejskie przekupki.]
Ale nie o tym, nie o tym, tylko o Bułhakowa książce również wziętej z tej budki, pod tytułem Uova fatali. Otóż pomyślałam, że fajnie będzie poczytać, jak po włosku wygląda radziecka nomenklatura etc. A tu w domu okazuje się, że ja nawet po polskuFatalnych jaj nie mam - a przecież były - chyba Ślubny zabrał czy co. Tak że całe szczęście, że wzięłam z budki z ciekawości lingwistycznej 😁 Choć nadal oznacza to, że na polskie tłumaczenie trzeba polować.
Niby taka fanka ze mnie, a proszę. I ze wszystkim tak powierzchownie 🙄 Nawet i z tą Pragą. O, a Czeszka wczoraj pisze, żeby jej przysłać listę tych, co je po czesku mam, bo ona już ma dla mnie następne. A niech ją ręka boska broni!!!
A z niedzielnego spaceru jeszcze takie odkrycie w czyimś ogrodzie. Taki jakby Mitoraj 😀
I głowy wawelskie (bo na murze klubu sportowego Wawel) 😂
Oraz zdjęcie sprzed chwili. Słusznie prawią, że nasze osiedle pełne zieleni. Sałatkę by można zrobić 😁
Ludzie kochani, prawie koniec miesiąca, a tu nie ma książki kucharskiej! Więc raz-dwa się z tym załatwimy! Akurat miałam na podorędziu wrześniową edycję Kuchni polskiej na każdy dzień roku. Z knihobudki oczywiście i nawet zapamiętałam z której (na Półwsiu Zwierzynieckim). Tomów jest, jak widać poniżej, dwanaście, ale innych nie posiadam.
Rzeczywiście autorka komponuje jadłospisy głównie z sezonowych warzyw czy owoców, dlatego królują śliwki, jabłka, papryka, grzyby (na szczęście mogą być pieczarki, bo skąd ja bym grzyby z lasu wzięła), kapusta. Zauważcie jajcarskie nazwy potraw 😂 Surówki to często AA lub KK, na przykład Intrygująca Irena, Elokwentna Ela czy Konkretny Kazik 🤣
Dania obiadowe i kolacyjne również zyskały nomen omen intrygujące nazwy. Co dziś na obiad? Azorki. Eee, wolałabym picusia. Albo kolanka sołtysowej. A na deser? Wypasiona foczka. A może zezowate szczęście? Ciasto pokusa proboszcza (oczywiście ze śliwkami, jest ich tu milion, śliwkowych deserów) byłoby i dla mnie pokusą, ale zbyt skomplikowane.
Porady dla wegetarian? Zastąpcie mięso kostką sojową, uprzednio ugotowaną w rosole (z kostki), a po napęcznieniu dobrze odciśniętą. Czasem się coś lapsnie, jak poniżej - rezygnujemy z szynki, która miała być składnikiem rolady z piersi kurczaka (z kurczaka nie rezygnujemy, no bo nie będzie dania). Ale to wypadek przy pracy 😂
Co z tego wszystkiego będzie dla mnie? Śmietnik ryżowo-brukselkowy (jestem fanką brukselki):
Kawalerska pychota też może być, wszystko co proste i tanie jest dobre 😉
Figo-fago jak najbardziej można 😁
I ten śmietnik Baby Jagi też:
Natomiast ta wodzianka śląska na zdjęciu mnie przeraża, już się kiedyś z innej książki na nią szykowałam - ale czy to aby jest na pewno zjadliwe? Wiem, danie na koniec miesiąca dla tych co żyją od pierwszego do pierwszego (a właściwie skąd mam wziąć skwarki), a tu właśnie mi bank zabrał ostatnie wrześniowe sto złotych jako opłatę za kartę, cholery jedne! więc może powinnam uskutecznić taką wodziankę 😂
Toruńska zupa jarzynowa niczym się nie różni od innych jarzynowych - tyle że ma być zmiksowana, więc jestem za, bo mam wielką fazę na zupy-kremy.
Właśnieśmy zjadły resztkę zupy-krem z marchwi, zdaje się, że już kiedyś o niej pisałam, jak robiłam na przyjście gości, serdecznie polecam, bo bardzo smaczna, no i prosta... jadłyśmy trzeci dzień, bo co się będę męczyć w kuchni codziennie 😂 No, ale to z innej książki.
Wyd. KDC Klub Dla Ciebie, Bauer-Weltbild Media Sp. z o.o., Warszawa 2005, 116 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 23 września 2026 roku
Na Arte można jeszcze oglądać (do końca września) francuski film Birgit Haas Must Be Killed z 1981 roku. Bóg raczy wiedzieć, dlaczego dają to pod angielskim tytułem (oryginalnie Il faut tuer Birgit Haas).
Bezrobotny i załamany po odejściu żony Charles-Philippe Bauman (Jean Rochefort) zostaje bezwiednie wciągnięty w międzynarodową akcję służb specjalnych. Kierujący nią Athanase (Philippe Noiret) zamierza go wykorzystać do likwidacji lewicowej ekstremistki Birgitt Haas (Lisa Kreuzer). Plany się jednak komplikują, kiedy do głosu dochodzą uczucia.
Terrorystka w RFN, która wyznawała zasadę "na przemoc odpowiadać przemocą", ale straciła wiarę w sens tego, co robiła (bohaterowie są zmęczeni). Służby chcą ją zlikwidować, rzecz jednak w tym, żeby nie można było im przypisać odpowiedzialności za jej śmierć. Układy, układziki - to francuskie służby mają ją załatwić w zamian za pewne informacje. I przygotowaniom do likwidacji i samej akcji (spartolonej) właśnie się przyglądamy. Ludziom, którzy bez mrugnięcia okiem decydują o czyimś życiu lub śmierci. Którzy gdzieś tam pod koniec kariery może zaczynają się zastanawiać nad moralnością i etyką. A ci na początku? Żadnego wahania, ba, nawet załatwianie prywatnych rozrachunków pod płaszczykiem działań służbowych. Jak daleko można się posunąć? I czy są jeszcze romantycy na tym świecie?
A wczoraj Prichoditie zawtra, który pod nazwą Come Tomorrow objawił się na wiadomej stronce i napaliłam się jak szczerbaty na suchary, bo z 1962 roku, czarno-biały i w ogóle. Tymczasem rozczarował mnie, zrobiony bez polotu, sceny komediowe rozegrane kompletnie bez szwungu, a aktorka beznadziejna, pewnie ją wzięli, bo śpiewać umiała. Rzecz bowiem o tym, że młoda adeptka 'występów śpiewaczych' z głębin Syberii zjawia się w Moskwie, aby wstąpić do konserwatorium.
Można to było pięknie rozegrać na kontrastach głubinka - stolica, ale wszystko jest takie niemrawe, a ta Frosia jedyne co potrafi poza wydzieraniem się (tak, ma mocny głos 😂) to wytrzeszczanie oczu w charakterze gry aktorskiej. Dziwiłam się, że tak staro wygląda jak na studentkę, a tu okazuje się, że blisko jej było do czterdziestki, gdy grała w tym filmie. Przeglądam jej filmografię i widzę, że znam dwa filmy z jej udziałem - w jednym grała sprzedawczynię lodów, a w drugim też sprzedawczynię, tylko że brzoskwiń czy czego tam 😂
Gdyby jednak ktoś się nie zniechęcił moimi utyskiwaniami, to film jest również na YT:
Tyle że na LM są angielskie napisy.
Koreański Oldboy z 2003 roku - nadrobiłam, od dawna się tego filmu bałam, a niedawno nawet wrócił do kin i ciągle o nim myślałam. Jest to film wybitny, ale poraża ilością przemocy, klasycznie azjatycki pod tym względem. Ma artystyczny sznyt, ale przyznam się, że w kategorii 'filmy o zemście' wolę popowego Tarantino, tam też trup ściele się gęsto, ale w bajkowej konwencji; tutaj flaki naprawdę na wierzchu. Bohater po kilkunastu latach uwięzienia nie wiadomo gdzie i przez kogo zostaje wypuszczony na wolność (a przynajmniej tak się może wydawać) i jego jedynym celem staje się odnalezienie prześladowcy i uzyskanie odpowiedzi na pytanie dlaczego. Są polskie napisy, ale ostrzegam - na własną odpowiedzialność.
Wczoraj byłam na wyjątkowo długim spacerze i tak.
Hm. Wyjaśnienie czekało w parku.
Park powstał przecież tak niedawno i już go chcą niszczyć? Fort, niegdyś teren wojska, został zakupiony przez UKEN, co już źle wróży, ta uczelnia nie ma dobrej renomy, żeby to tak subtelnie określić. Okazuje się, że chce na tym terenie wybudować kompleks strzelnic "dla studentów kierunków związanych z obronnością i bezpieczeństwem państwa". Pod piły pójdzie 270 drzew. Co z samym fortem, który miał zostać zrewitalizowany? Nie wiadomo. Czyli UKEN kupił te tereny od razu z myślą postawienia nowych budynków. Rewitalizacja samych zabudowań fortecznych to ogromne pieniądze, kto wie, czy kiedykolwiek z tym ruszą.
Nawet pomyślałam, żeby się tam dziś wybrać na ten protest, ale gdzie tam, obudziłam się z globusem. Zażyłam co prawda solidną tabletkę i nawet pomogła, ale już było za późno.
Tymczasem na osiedlu...
A, i jeszcze to - zadzwoniłam w sprawie wieszania mapy Pragi na ścianie i pan mi powiedział, że jest na urlopie, wróci 8-go 😢 Nie ma to, jak sobie coś zaplanować...
Apdejt w sprawie brukselki
Józefina w komentarzu napisała o brukselce po angielsku i przypomniałam sobie o jednej książce, nabytej w 1988 roku (za 6 tys. zł; czy to było dużo czy bardzo dużo, nie pamiętam). Prawdopodobnie pojawiła się u nas w księgarni z tego powodu, że była drukowana w Czechosłowacji, ale jest to książka angielska (compiled by Bridget Jones) i przez długi czas była ozdobą mojego księgozbioru 😁 bo chyba u nas jeszcze takich cudnie wydanych książek kucharskich w tym czasie nie było - na kredowym papierze, dużego formatu, każdy przepis z kolorowym zdjęciem... ech! I nic to, że po angielsku! Oglądałam i śliniłam się!
I właśnie w tej książce jest przepis na brukselkę z boczkiem, który miałam w oczach, gdy Józefina pisała o brukselce swojego męża. Więc odszukałam. Ale to nie ta 😉
Gdy tak zaglądam na stolik z gratisami w bibliotece (a nuż coś ciekawego będzie), czasem podejdę też do półek z nowościami. Oczywiście staram się opanować żądze, ale różnie to bywa. Tym razem się nie udało, bo Klarka Mrozek rzuciła mi się w oczy, a przecież czytuję ją od dawna. Znaczy blog jej.
Nie jestem wielką fanką transponowania blogów na książki, to jednak różne środki wyrazu i już się parę razy nacięłam, ale tym razem dobrze wyszło 😍 Książka objęła 13 lat blogowania, są tam relacje ze zwykłych codziennych domowych spraw, są wspomnienia z dzieciństwa (niewiele pozytywów z biednego domu z sześciorgiem dzieci), opisy pracy tej czy innej, sprawy trudne, dużo cierpienia, dużo radości. Anegdoty, historie mniej lub bardziej zmyślone, lekkie pióro, przemycony morał. Autorka jest świetną obserwatorką, a przy tym bardzo wrażliwą i empatyczną osobą. Powstała książka, którą można czytać jak powieść. Która każe nam po wielekroć zamyślić się - na przykładzie innych - nad sobą.
Bardzo mnie zainteresowały strony, na których opowiada o pracy (bardzo ciężkiej) w mleczarni - bo to koło mojego osiedla. Głównie dlatego, że wielu sąsiadów tam pracowało. Wspomniałam o tym jednemu znajomemu małżeństwu (właśnie tam się poznali). Ona (zainteresowana głównie tym, jak się nazywa autorka, ale pamiętałam jedynie ten pseudonim blogowy):
- Straszne to było, dziś nikt by tak już nie pracował.
On (na moje, że autorka pisze, iż z kobietami było różnie, ale wszyscy mężczyźni tam byli chujcami borsuczymi):
- Yyy.
No cóż 🤣🤣🤣
Jedna z anegdot potwierdziła, że słuchy o tym, jakoby narożny domek przy sąsiedniej ulicy miał być agencją towarzyską, były prawdziwe 😉 To jest tego rodzaju książka, że gdziekolwiek otworzycie, znajdziecie coś ciekawego. Może być dramatycznie, może być zabawnie. Otwieram więc na chybił trafił i...
Ze skrzydełka:
Z okładki:
Początek:
Koniec:
Wyd. Convivo, Warszawa 2025, 340 stron
Z biblioteki
Przeczytałam 21 września 2026 roku
Emerytka sobie sprytnie wymyśliła, jak nie jeździć co tydzień do galerii handlowej. Do tej pory wybierała się tam raz na kwartał czy coś koło tego. Ale odkryła tę nieszczęsną knihobudkę (która jest, jak wiadomo, wielkim zagrożeniem dla podłogi w blokowym mieszkaniu), a jednocześnie zapadła na chorobę polegającą na palącej potrzebie spożywania mieszanki emeryckiej*. Mieszankę studencką czyli Studentenfutter znacie. A mieszanka emerycka powstaje w ten sposób, że nabywa się rozmaite bakalie na wagę i samemu miesza i (tym bardziej samemu) zeżera. Żeby je nabyć na wagę, należy udać się gdzie? No do galerii przecież. I tak co tydzień emerytka jeździła po kolejną porcję, przy okazji przywożąc kolejne książki, aż w końcu miała nápad, że należy kupić takie kilogramowe opakowania poszczególnych składników i w ten prosty sposób ograniczyć bywanie w galerii do... no, to zależy, na ile to wystarczy. Ale już nie co tydzień 😂 Jak postanowiła, tak zrobiła. Ale cóż, przerosło ją to finansowo, bo o ile jakieś tam rodzynki czy orzeszki czy chipsy bananowe można nabyć w rozsądnej cenie, o tyle takie na przykład orzechy włoskie kosztują prawie 5 dych a nerkowiec 35 zeta. A więc tak: część została nabyta z dużym zapasem, a po te orzechy będzie się jeździć po mniejsze porcje - no, powiedzmy, co 2 tygodnie. Albo co 3, jak emerytka nie zje za dużo.
* Córka mi co prawda od razu wyszukała, jakie to niezdrowe i kaloryczne - ale za to ile energii!
W ten oto chytry sposób emerytka zmniejsza ryzyko przytargania do domu następnych książek, których nie ma gdzie upchnąć. Ostatnim razem przywiozła wspomnienia reżysera Kutza o zmarłych przyjaciołach, ale te zaraz zaczęła czytać, żeby się ich szybko pozbyć z powrotem 😁 Kutzowi towarzyszyła Papusza Czarnego, ta jednak została godnie umieszczona pomiędzy innymi Czarnymi. Oraz Karolcia, bo emerytka miała - nie wiadomo dlaczego - tylko Witaj, Karolciu! Tylko że ta Karolcia to nie jest takie wydanie, jakie by się chciało - jak Doktor Doolittle na przykład, więc jeszcze do zdecydowania.
Aaa, gdybyście pytali o tę białą porcynelę w tle, to emerytka dokonała pewnych ruchów zarówno w kuchni jak i w szafie: filiżanki, pojedyncze kieliszki etc. do budki (tak, tak... no ale zniknęły natychmiast) (o, a te stare kubki, co to ich nie można było doszorować w środku, pamiętacie akcję, poszły do śmieci, wreszcie!) (znowu naoglądałam się filmików o oczyszczaniu domu czyli dekluteryzacji, jak się domyślacie); ciuchy na gabaryty, a te najlepsze (wiadomo, nie dopinam się w cyckach) dziś wywędrują do kościoła, z nadzieją, że je przyjmą. W szafie z kurtkami wreszcie zrobiło się luźno, bo i córka przetrzebiła swoje! Ach, jak cudownie!
/i żeby się tak dało z książkami.../
Właśnie. W bibliotece byłam, tylko żeby oddać Polityki i Newsweeki przeczytane, ale zerknęłam nieszczęśliwie na półki z nowościami i skończyło się przytarganiem do domu trzech sztuk, więc znowu będę czytać nie swoje 🙄
A co my tu mamy z filmami
Naszło mnie na radzieckie i rosyjskie. A to przypomniałam sobie film z 1977 roku Po siemiejnym obstajatielstwam (ma polski tytuł Wojny domowe, ale gdzie to niby po polsku zobaczyć?). Trzeci raz, wyobraźcie sobie 😁 Lubimy przecież te piosenki, które znamy! Jacy tam aktorzy! Galina Polskich, Jewgienij Stiebłow, Jewstigniejew, Durow, Bykow, Chanajewa... Kocham ich wszystkich. A w komentarzach można zobaczyć, jak wielka jest nostalgia za ZSRR tych, którzy w tym czasie żyli.
Następnie wyświetlił mi się film Miełoczi żizni z 1980. Okruchy życia? Szukałam na Filmwebie pod nazwiskiem reżysera, ale co? Ale nie ma. Po raz kolejny stwierdzam, że Filmweb to dziadostwo. Za to AI mi powiedziało (tłumacząc z IMDb), że to kameralny dramat wyprodukowany przez studio filmowe im. Dowżenki, opowiadający o kryzysie małżeńskim i próbie ponownego poukładania relacji po latach spędzonych razem. No tak właśnie.
Na koniec pośmiałam się trochę oglądając współczesną produkcję Babki, ale to tylko dlatego, że krótkie.
Wczoraj obejrzałam brytyjski biograficzny film One Life z 2023 roku, opowiadający o Nicholasie Wintonie, który przed wybuchem II wojny światowej wywiózł z Pragi ponad 600 dzieci (żydowskich głównie), które następnie umieścił w rodzinach angielskich. Historię oczywiście znałam, nawet kiedyś pokazywałam Wam pomnik na peronie nr 1 na Hlavní nádražíw Pradze. Film jest tutaj, gdyby ktoś chciał, są i polskie napisy (PL2), a Wintona gra Anthony Hopkins (ponoć na życzenie córki bohatera). Może sobie jeszcze przypomnę czeski film na ten temat, nazywa się Wszyscy moi bliscy.
Oraz co jeszcze. A to.
Czyli Gorky Park, koprodukcja amerykańsko-radziecka z 1983 roku, z jednej strony obejrzana ze względu na Pacułę (drewniana ta Pacuła, ale ładna), z drugiej na Moskwę. Są napisy polskie (jak widać). Kiedyś przyniosłam z budki książkę i ciągle trzymam, choć sama nie wiem, czy przeczytam kiedykolwiek - 400 stron thrillera, którego akcję już znam - ale niektórzy twierdzą, że dobra w opisach sowieckiej rzeczywistości.
I jeszcze jeden brytyjski - How to Make a Killing, z tego roku, bo jest też jakiś wcześniejszy o tym samym tytule. Czyli Przepis na morderstwo, napisy PL1. Bohater pochodzi z bogatej rodziny, ale jest na ostatnim miejscu do dziedziczenia - znaczy trzeba się pozbyć poprzedników 😎
A ja już od dawna postuluję, żeby w tramwajach były toalety!
Wspominałam ostatnio o tym zbiegu okoliczności: najpierw na tablicy koło kościoła nekrolog twórcy naszego osiedla, architekta Krzysztofa Bienia, a potem w knihobudce kilka egzemplarzy Ekspresu reporterów, z których wybrałam sobie cztery i dosłownie po otwarciu pierwszego z nich zobaczyłam Krzywy uśmiech Bienia. Tak nazywano nasze osiedle 😁 Dlaczego krzywy? Bo było zaprojektowane amfiteatralnie. I od północnej strony miał je zamykać blok 23-kondygnacyjny czyli autentyczny wieżowiec (choć z wielkiej płyty).
Ale o tym za chwilę, najpierw ten Ekspres reporterów, bo pojawia się u mnie po raz pierwszy, mimo że w katalogu mam ich już 27 sztuk, a teraz przybyły kolejne.
AI mówi (niestety nie ma hasła na Wiki), że ta seria wydawnicza zaczęła wychodzić w 1976. I tu się może mylić, bo mam zapisany tomik z 1974 roku (chyba że źle wpisałam przy katalogowaniu, ale ponieważ jest to gdzieś tam w drugim rzędzie, to nie każcie mi teraz się do tego dostawać - czyli zdejmować pierwszy rząd 😂). W każdym razie były to lata 70-te i 80-te, a książeczki ukazywały się co miesiąc i osiągały ogromne nakłady.
Mam plan, żeby co miesiąc przeczytać jeden z reportaży - nie całe wydanie, bo wtedy nie byłoby jak wpisać w tytule posta wszystkich autorów i tytułów reportaży... na taki sposób się wzięłam.
Co jest irytujące, to że na okładce podają tytuły reportaży, a te w środku są inne 🙄 co sami możecie zobaczyć na dzisiejszym przykładzie.
Czyli dzisiejszy reportaż to Proces jakiego nie było alias Krzywy uśmiech Bienia. Proces, bo architekt podał do sądu instytucje odpowiedzialne za realizację naszego osiedla. Dlaczego? Bo naruszono jego prawa autorskie. Czytaj: on zaprojektował osiedle w danym kształcie, a budowano je z dużymi zmianami, zlecając przeprojektowanie innemu architektowi. Osiedle, choć ograniczone wówczas (w latach 70-tych) normami i możliwościami budowlanymi, miało być czymś do tej pory niespotykanym, pomyślanym jako miejsce zamieszkania nie tylko przyjazne, ale i odpowiadające na potrzeby estetyczne mieszkańców, którzy mieli z okien swych mieszkań podziwiać rozległe krajobrazy z dwoma krakowskimi kopcami włącznie. Duże odległości między blokami, zaprojektowana cała infrastruktura dla 10 tysięcy mieszkańców, zieleń, amfiteatr, biblioteka, dom kultury, przychodnia, przedszkole, szkoły, sklepy... Miało być pięknie, a wyszło jak zawsze? Nie do końca, bo pewne rozwiązania zostały zachowane, ale wieżowce nie powstały, osiedle nie zostało w ten sposób domknięte, a jakość wykonania - cóż, powszechna fuszerka nie oszczędziła i Widoku. Jest tam passus z notatki służbowej z wizji lokalnej:
- w niektórych mieszkaniach skrócono łazienki o 11 cm, co uniemożliwiło prawidłowe ustawienie wanien i umywalek na jednej ścianie
- w tych samych łazienkach na przeciwległej ścianie przesunięto rury c.o. blokując tym samym miejsce przewidziane na pralkę
- w 11 mieszkaniach przesunięto o 20 cm ścianki działowe, zwężając wnęki na szafy ścienne w przedpokojach
- w 22 mieszkaniach w pomieszczeniach wc wystąpiła kolizja między drzwiami a muszlą klozetową
- w pracowni Bienia (na dachu tzw. falowca czyli łamańca powstały pracownie dla artystów; jedną z nich zajął sam architekt) rura odprowadzająca wodę z wanny biegnie przez środek pomieszczenia, gdyż krany zamocowano po jednej, a kratkę ściekową po drugiej stronie łazienki
Z czego wynikały takie fuszerki niczym z Alternatyw? Między innymi i z tego, że najpierw budowy się ślimaczyły, potem nagle ruszyły z kopyta - przy jednym budynku pracowało 400-600 osób i NIKT nie miał nad tym kontroli, nie respektowano niczego. Moce przerobowe, wiecie, raz są, raz ich nie ma...
Ale proces nie dotyczył niedoróbek budowlanych, tylko zmian w projekcie, wprowadzonych czy to z oszczędności czy z potrzeby unifikacji (lepiej, żeby było tak jak wszędzie, lepiej się nie wyróżniać). A generalnie założenie było takie, że wobec armii ludzi czekających na mieszkania nie stać nas na robienie dobrej architektury.
Z wieżowcem dyskusja trwała długi czas, raz przychodziła z Warszawy zgoda, raz ją cofano. Zakładam, że w reportażu wówczas nie można było wszystkiego napisać, więc tak do końca nie jest to wyjaśnione. Bienia a to wyrzucano z biura projektowego, a to przyjmowano, ale nie dawano mu konkretnej pracy. Proces z miastem ponoć wygrał* (o tym w reportażu nie ma, bo wówczas jeszcze się toczył), ale co mu to mogło dać poza satysfakcją? Już za nowych czasów domagał się cofnięcia zgody na budowę nowego bloku obok wiaduktu, jako naruszającego kompozycję osiedla. Oczywiście bez skutku.
* znalazłam w sieci rozmowę z autorką książki Betonia:
To był jedyny w Polsce proces architekta przeciwko miastu. Bień był jednym z tych architektów, którzy po odwilży zaczęli wyjeżdżać. W Paryżu spał w samochodzie obok osiedla La Défense, w Szwajcarii odwiedzał rodzinę i oglądał, co się tam buduje. Wymyślił osiedle z panoramą na krakowskie kopce i Salwator, złożone z bloków różnej wielkości, z zielenią i pawilonami handlowymi. No, ale projekt był własnością biura i ono mogło zrobić z nim, co chciało - zastosować inne technologie, zmienić proporcje. Zaczął się stawiać, więc wyleciał z pracy. Wtedy pozwał miasto. Proces toczył się bardzo długo, odbił się szerokim echem na świecie i skończył wyrokiem salomonowym. Czyli uznano wprawdzie, że naruszono prawa architekta, ale projektu nie naprawiono, bo niechciane bloki już stały.
Blok zbudowany jako tarasowy ma też ciekawą historię. Miał powstać dla naukowców, przyjeżdżających z Francji do Instytutu Fizyki i gdy Bień zaproponował tę formę tarasową, z każdym kolejnym piętrem ustępującym kaskadowo, o dziwo Komitet Wojewódzki zaakceptował go od razu. Jakim cudem? Bo mieszkań dla naukowców miało być zaledwie kilka, a reszta dla sekretarzy, którzy zwietrzyli okazję...
Dodajmy, że całe osiedle było zbudowane tak, żeby było przewietrzane - Bień projektował bloki "z różą wiatrów leżącą na mapie", uwzględniając warunki klimatyczne i kierunki przewietrzania. Tego w późniejszych czasach nie naruszono - ale obok osiedla obecnie powstają apartamentowce, które właśnie zagradzają drogę tym wiatrom, bo zaplanowano je w układzie odwróconym o 90 stopni. Czyli i tak poszło się ... wiecie co.
Proces był sensacją, pisano wówczas na ten temat bardzo wiele, a na YT znalazłam krótki materiał na ten temat:
Jako mieszkanki osiedla nie od początku, bo od 1988 chyba roku, ciekawostką dla mnie był opis drogi reporterów do pracowni Bienia w 1977 roku, według wskazówek samego architekta:
Od pętli tramwajowej w Bronowicach krzywym chodniczkiem w dół, obok pawilonu Argedu. Arged tu mają zamiast targowiska [...] Pawilon jest duży, import z NRD. Parę lat temu Kraków dostał ich kilka [...] w czwartym, właśnie na Widoku sprzedaje się garnki, wiadra, syfony [...]. Mijamy pawilon, bloki Chodorowskiego, skręcamy w lewo i wreszcie jest falowiec - złamany w dwóch miejscach , najdłuższy budynek osiedla. Pracownie są na dachu. Bień zaprojektował ich kilka czy nawet kilkanaście, wykorzystując w tym celu puste przestrzenie pomiędzy wystającymi ponad budynek pomieszczeniami maszynowni wind. Ryzykował, bo nie było zgody inwestora. - Będzie to pana drogo kosztować. Jak nie przyjdzie pozwolenie, zapłaci pan za projekty z własnej kieszeni - krakał nad Bieniowym uchem dyrektor. Ale pozwolenie przyszło.
W ramach rozglądania się za mieszkaniem oglądaliśmy takie właśnie w łamańcu, do którego przynależała pracownia na dachu... Ale było dla nas za drogie. Mój Boże, jaka szkoda, ileż tam książek by się zmieściło 😁 A do Argedu przyjeżdżali ludzie z całego Krakowa, bo był świetnie zaopatrzony (jak na tamte czasy).
Początek:
Koniec:
Wyd. Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979, strony od 7 do 65
Z własnej półki (z "mojej" knihobudki)
Przeczytałam 16 września 2026 roku
Taka niespodzianka w niedzielny poranek 😍
I ja teraz nie wiem, która to z czytelniczek 😁 Czy w komentarzach się podpisuje inaczej czy też raczej nie komentuje 😉 Swoją drogą ta grupa leży odłogiem z mojej strony ostatnio... scrolluję FB w poszukiwaniu praskich ciekawostek, a resztę pomijam - tak, bo jako emerytka (bez działki) nie mam czasu 🤣🤣🤣 I co ja niby robię przez cały boży dzień? Ludzie kochani, w tym wieku wszystko robi się wolniej, weźcie to pod uwagę!
Przekroczyliście dzisiaj dwa i pół miliona wyświetleń, a ja raźnym krokiem zbliżam się do dwóch tysięcy postów 😎 Tyle donosów ze statystyk, a co mówią donosy z życia emerytki?
Że umyśliła sobie jakoś w sierpniu w Pradze, że musi zawiesić w domu mapę tejże. Że ładnie pięknie z mapą w telefonie, ale wolałaby mieć pod ręką taką większą całość, bo czasem zapomina, gdzie jakaś peryferyjna dawna wioseczka, a obecnie część Pragi, leży. No i w ogóle. Porozkładała wszystkie posiadane plany, co to je kiedyś kupowała za każdym pobytem w Pradze nowe i wytypowała dwa. Żeby jak najmniej obcinały właśnie te peryferie. Pierwszy okazał się za szeroki na ten kawałek ściany, który jest jeszcze do dyspozycji (117 cm), drugi się zmieści, bo ma wymiary 97 x 67 cm.
Zaczęła obdzwaniać pobliskie oprawy obrazów. W pierwszej powiedzieli, że jednak lepiej pod szkło niż pod pleksi, bo to ostatnio się brzydko starzeje, i chcieli za to coś jak 430 czy 470 zł (emerytka zapomniała, ile konkretnie). W drugiej ładnie poopowiadali, że dadzą mapę na piankę, przykryją laminatem i z "podstawową" ramką to będzie 570 zł. Emerytka była nawet gotowa wyszarpnąć tę kwotę ze skarpety (czego się nie robi dla hobby), ale przyszedł listonosz (he he) i powiedział, żeby nie była głupia, że znajdzie się taką gotową ramę w internecie za stówkę, dopłaci coś tam za przesyłkę i gitara. Zaraz nawet zaczął szukać i przesłał mi jakiś link esemesem. Znaczy tak powiedział, a emerytka się nawet dziwiła, że nic nie słyszy z leżącego w pobliżu telefonu, ale nie dociekała. A jak listonosz już poszedł, zadzwonił telefon stacjonarny i coś tam mumlał - a mianowicie przekazywał treść esemesa w postaci adresu tej strony internetowej - bowiem pan listonosz ma zapisane oba telefony moje i nie zwrócił uwagi, na który śle 🤣
Swoją drogą chyba mi już ten stacjonarny niepotrzebny? Tylko nie chce mi się zabrać za kasowanie go, zwłaszcza że mam go od dostawcy internetu i opłata jest połączona, trochę się boję w tym grzebać...
W każdym razie póki co emerytka nie szukała w internecie, zajęta innymi pierdołami ważnymi i nie cierpiącymi zwłoki sprawami, aż tu pojechała do Ikei po karnisz (to osobny pomysł, ale mniejsza) i mówi do córki obejrzyjmy też ramy. A tam gotowiec w postaci 100 x 70 cm, "imitacja dębu", za 129 zł - bieremy!
No i teraz tak: dziś wsadzę do niej mapę, a jutro dzwonię do pana Krzysztofa, żeby się umówić na wieszanie. Taki jest gryplan. Żeby pan Krzysztof nie przychodził jedynie do jednego wieszania (i nie wiedział, ile skasować za taki drobiazg), dorzucimy mu jeszcze ten karnisz i może coś więcej się znajdzie 😂 Oj napoci się chłop.
Rozglądam się, co by tu wziąć po czesku do czytania (a jak już wspominałam - wybór mam ogromny 😁) - pada na Gardnera, w ten sposób ubiję dwie muchy (po fińsku Lyödä kaksi kärpästä yhdellä iskulla*). Dochodzę przy tym do wniosku, że jednak książki wydane porządniej, nie broszurowo, lepiej się czyta 😉 i że zbytnio się niegdyś spieszyłam łapiąc co w rękę wpadło. Jak brzydko wyglądają na półkach takie obszarpane miękkie tomiki... Ale ten Gardner ma twardą okładkę i jest jak nowy, więc OK. * a czego odpowiednikiem jest Olla pulla uunissa czyli dosłownie 'mieć bułeczkę w piekarniku'?
Polski tytuł to Sprawa przedziwnej mężatki. Do adwokata Perry Masona zgłasza się młoda kobieta, twierdząc, że przyszła po poradę dla koleżanki, po czym ucieka nie chcąc podać żadnych konkretnych informacji. Ale że wcześniej zostawiła u sekretarki zaliczkę 50$ Mason przystępuje do pracy - śledczej. Im dalej w las, tym więcej tajemnic wychodzi na jaw. Rhoda niegdyś wyszła za mąż za oszusta, który wkrótce zniknął z jej pieniędzmi i po 7 latach podała sprawę o uznanie go za zmarłego, po czym wyszła ponownie za mąż. Ale wtedy ten pierwszy mąż znów pojawił się na horyzoncie i zaczął ją szantażować. Gdy zostaje zabity (pogrzebaczem), wszystko wskazuje na Rhodę...
Zajrzałam do swojego katalogu i okazuje się, że mam tę książkę również w oryginale - jako jedną z nielicznych powieści (a nie lekturek) po angielsku. Tak mi się kiedyś wydało, że może któregoś pięknego dnia zdołam ją przeczytać. Ha ha ha. Mam też po angielsku Love Story - z tym może będzie łatwiej, tym bardziej, że o połowę prawie cieńsza?
Z własnej półki (kupione online 15 października 2025 roku w Ulubionym Antykwariacie "11" za 22 korony minus 20%)
Przeczytałam 16 września 2026 roku
Najnowsze nabytki
Skoro Gardner, to proszę oto - z "mojej" knihobudki przyniosłam takie trzy sztuki:
Wakacje w Borkach są na liście lektur wakacyjnych, więc fajnie, będą na przyszłość. W cztery oczy chapnęłam, bo cieniowana seria, w domu przeglądam i co się okazuje, to poradnik dla dziewcząt, a nie żadna powieść (możliwe, że miałam z nim do czynienia w nastoletnich latach), więc nie ma powodu go trzymać; już wyniesiony z powrotem. Zostaje Sprawa ostrożnej kokietki. Zaglądam na Wiki, a tam dowiaduję się, że wyszła u nas również pod tytułem Zalotna rozwódka - i w moim katalogu takie właśnie wydanie figuruje. Jak tak można, pytam się?! Teraz muszę wyciągnąć tę Zalotną gdzieś tam z drugiego rzędu i zdecydować, które wydanie zostanie. Właściwie to bym chciała zachować oba, ale czy w mojej sytuacji metrażowo-lokalowej mogę sobie pozwolić na takie luksusy?
Ktoś podrzucił potem kolejnego Gardnera, a i z Chińskiej papugi się cieszę, choć w marnym jest stanie. A co tam.
W "mojej" knihobudce pojawiła się też Ania, którą zabrałam na podmiankę, bo miałam albo w pojedynczych egzemplarzach (co samo w sobie nie jest złe, ale były bez obwolut) albo nieco gorszych 😉 Te moje, które zaniosłam, też zresztą natychmiast zniknęły. Czyli Ania ciągle na topie. Albo też ktoś w moim wieku zabrał z sentymentu...
I dalej z budki. Znów pojawiły się Ekspresy reporterów. Albowiem ja ich już nazbierałam wcześniej 27... Tym razem wzięłam tylko cztery sztuki, ale wyobraźcie sobie, że w pierwszym, który otwarłam, jest reportaż Krzywy uśmiech Bienia - tego Bienia architekta, którego nekrolog pokazywałam. A krzywym uśmiechem Bienia nazywano nasze osiedle 😁 Tak że idzie w pierwszej kolejności do czytania!
Ekspresom reporterów towarzyszyły jeszcze inne drobiazgi reporterskie oraz czeska dla dzieci (czytałam kiedyś z biblioteki, tylko tamta miała twardą oprawę) 😍
No i ostatnie to kolejne cztery pozycje z serii z koniczynką:
Będzie tego dobrego... Przybywa i przybywa. Teoretycznie, jak się nad tym zastanawiam, to uznaję, że BIERE książki w kilku zaledwie rodzajach: czeskie oczywiście, kryminały (zwłaszcza z PRL) i reportaże. Ale to tylko teoria, a w praktyce tu się trafi coś z serii, która jest obecna u mnie, tam jakieś dziecinne, co zawsze chciałam mieć, tu jakaś kucharska, tam podręcznik językowy czy słownik... i tak coraz więcej. Bieda. Że też ja się nie zgodziłam wtedy, gdy brat proponował, że kupi nam większe mieszkanie 🤣
Tymczasem usiłowałam rozkminić termin przyszłorocznego Dnia Architektury w Pradze, żeby zrobić szybciutko rezerwację u sióstr. W tym celu wyszukałam terminy z poprzednich kilku lat oraz jakie to były dni tygodnia - no takie mają zajęcia emerytki 😂
Wyszło mi, co wyszło i napisałam do hotelu o pokój 29 IX - 6 X 2027, zobaczymy, co z tego wyjdzie finalnie*, bo hotel to jedno, ale załapać się na wybrany obiekt to już inna bajka, miejsca znikają w trybie mocno przyspieszonym. Oczywiście chodzi mi NAJBARDZIEJ o tę słynną kartotekę:
W niedzielę wieczorem spuścili zapisy na tegoroczne zwiedzanie i zapomniałam zajrzeć, żeby zobaczyć, jak to idzie, w poniedziałek rano o 7.00 oczywiście śladu nie było...
* na razie wyszło tak, że mają dla mnie pokój od 29 września do 4 października; za miesiąc się wyjaśni, czy nie da rady do 6 X, jak chciałam. Jeśli nie, wyjdzie na to, że pojadę jedynie na 4 pełne dni, ale może to i dobrze, zwłaszcza, gdy będzie padać 🤣 Przyjmę, co będzie. Kartoteka pewnie i tam będzie w weekend.
W domu córka bez przerwy rozprawia o kocie... Teraz jest przerwa w wyjazdach do 30 października bodajże, zażyjemy rodzinnego życia 😁