Wielkie przypadki kryminalne. W Czechosłowacji oczywiście i w okresie międzywojennym.
Autorzy skupili się na karze śmierci (wykonywanej powieszeniem). Takich wyroków wydano 443, ale jako że prezydent Masaryk był co do zasady przeciwny tej karze, zazwyczaj odwołujący się do niego o prawo łaski skazaniec miał karę zamienianą na więzienie, przeważnie na dożywocie, czasem mniej. Co ciekawe, był wtedy jeszcze zwyczaj, że w rocznicę przestępstwa więzień spędzał dzień o chlebie i wodzie w ciemnicy.
Gdy najpierw spojrzałam na fotografie, pomyślałam, że ci panowie to może wysocy urzędnicy, sędziowie czy kto tam. Nie, to - kaci. Ten z lewej trudnił się owym rzemiosłem jeszcze w XIX wieku, za Austro-Węgier.
Tabelka pokazuje, ile było wydanych aktów łaski w konkretnych latach, a ile wyroków zostało wykonanych.
Książka opisuje 20 mniej lub bardziej znanych kryminalnych spraw z okresu Pierwszej Republiki. Autorzy we wstępie zastanawiają się, co jest powodem szerokiego zainteresowania społeczeństwa takimi sprawami, tak dziś, przy wydatnej pomocy mediów, jak i wtedy. Co mi kazało trochę na ten temat pomyśleć - i wyszło mi na to, że ja osobiście lubię czytać kryminały nie dla makabrycznych opisów zbrodni, ale raczej dla przyglądania się śledztwu, możliwościom, jakie były niegdyś i jakie są dzisiaj.
Najbardziej znana nierozwiązana zagadka kryminalna z międzywojennej Czechosłowacji to sprawa zabójstwa słowackiej prostytutki. Jej poćwiartowane ciało zostało odkryte w dwóch walizkach w dwóch różnych pociągach odjeżdżających z Pragi. O tej zbrodni już czytałam gdzie indziej. Stało się to w 1933 roku, a wyobraźcie sobie, że na policję przychodziły listy z rozmaitymi wskazówkami i radami i sugestiami co do osoby mordercy aż do 1966 roku! Było ich ponad 5 tysięcy, a każdy trzeba było sprawdzić, zweryfikować, co znacznie spowalniało śledztwo. Tak czy siak, zbrodnia pozostała niewyjaśniona (i nieukarana).
Wyd. Academia, Praha 2016, 231 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 10 kwietnia 2026 roku
Nastał Wielki Dzień.
Skończyłam katalogowanie książek 🦾🦾🦾
Nie chcecie wiedzieć, ile tego jest. ALE! Przy niektórych tytułach dopisałam ??? - że niby może wydać w przyszłości. I takich tytułów jest 85 - więc za półtora miesiąca, jak wrócę z Pragi, będzie pierwsze czyszczenie, tak na 20-30 pozycji 🤣
Jeżeli ktoś zadaje sobie pytanie co ona teraz będzie robić - to nie bądźcie naiwni. Katalog filmów czeka 🤣🤣😃
Ale to już całkiem inna kategoria. Albowiem z książkami było konieczne do funkcjonowania na co dzień - typu, że chcę właśnie tę książkę przeczytać, a nie wiem, gdzie ona jest. Filmy mniej więcej wiadomo, gdzie są. I w ogóle. Nie pali się. Może raczej powinnam się zabrać za zeszyty praskie? Bo mam część nieopisanych.
Cokolwiek to będzie, teraz REMONCIK. Dziś o 15.00 przychodzi Pan Malarz, należy więc wszystko powynosić z pokoju i ciągle jeszcze nie wiem, gdzie się to zmieści, ale co tam. Bywało gorzej. Mam nadzieję, że za tydzień o tej porze kanapa będzie już na swoim miejscu, po trzyletnim wygnaniu. Telewizor również.
W święta skończyła się kawa, a w szafce nagle objawiła się jakaś zapomniana puszka ziarnistej. Cóż było robić, wyciągnęłam stary młynek, co to jeszcze Ślubny go kupił i namiętnie używał. I wiecie co? To fajny taki rytuał jest, mielenie porcji tak na jeden raz 😁 Jeśli dzisiaj zadzwoni listonosz, dostanie młynek do ręki, niech sobie kurde zmieli 😉
A prawie się kiedyś zastanawiałam, czy młynka nie wydać, no bo po co mi on. Bardzo lubię, jak coś starego się nagle przyda 😍 Katalogując kulinarne książki wytypowałam do wyniesienia "Potrawy z szybkowaru", bo szybkowar wydałam przy okazji remontu kuchni. To był taki ruski sprzęt i 30 lat temu używałam go, ale potem nagle nabrałam obaw, że wybuchnie albo co i przestałam, to i książka mi niepotrzebna...
Sąsiadka
przywiozła z Egiptu kwiaty hibiskusa i co prawda nie jestem wielką
fanką herbat owocowych etc., ale ta tutaj ma tak piękny kolor, że piję
😁
Planuję zrobić rewolucję kuchenną - bo bardzo chcę mieć osobną szufladę na herbaty. Już jedną wytypowałam, tylko nie ustaliłam, gdzie dam manele, które teraz w niej są. I przez kolejne trzy lata będę do niej sięgać po to, co tam było... siła przyzwyczajenia jest straszna.
Co jeszcze? Nic, bo już przebieram nogami, żeby sprzątać ten pokój do malowania. Więc tylko migawka z miasta - przy kapliczce.










Gratulacje z okazji ukończenia katalogu książek!
OdpowiedzUsuńMiałam w Polsce młynek do kawy i bardzo lubiłam cały ten rutyał mielenia i parzenia kawy, tylko zawsze szybko mi się ręka męczyła od kręcenia korbką.
Ta książka to jak podręcznik do kryminalistyki. No nie da się już odzobaczyć tej poćwiartowanej pani w walizce ;-)
Mało stresującego remontu Ci życzę :)
Z ręką też tak mam 😁 Dlatego listonosz sam sobie będzie mielił!
UsuńPoćwiartowana pani w walizce, no tak... Doczytałam się, że morderca poderżnął jej też nogi pod kolanami, żeby móc je zgiąć i zmieścić... Ciekawe, czy to był jednorazowy "wybryk" jakiegoś psychopatycznego panicza - bo zdarzały się przypadki innych morderstw prostytutek na przestrzeni lat, tyle że nie doszukano się podobnych cech. Piszę panicza, bo założono, że był to bogaty człowiek z własnym automobilem - inaczej jak by przewiózł te ciężkie walizy (razem ok. 70 kg) na dworzec - gdyby taksówką, to na pewno by się zgłosił na policję kierowca.
Śliczną masz tą szafę z książkami!!!! (zazdrość)
OdpowiedzUsuńMarek
Prawda? też podziwiam!
UsuńMam dwie, ta jest kuchenna, a druga (taka sama) jest w pokoju aktualnie remontowanym. I nawet przez chwilę rozważałam, czyby nie sięgnąć jeszcze do skarpety (a co, raz się żyje) i nie zamówić do sypialni trzeciej, ale chyba nie. Bo owszem, książki się nie kurzą (czy tam mniej kurzą), ale korzystanie już nie jest takie proste, jak w przypadku otwartych półek, gdzie wystarczy wyciągnąć rękę. I jeszcze książka może wystawać, gdy ma większy format.
UsuńEee.. a już cię chciałem zapraszać na Mazury, byś mogła skatalogować książki u mnie :D Wrzuć listę tych 85 skazanych na wygnanie na blog, przed wyniesieniem z domu. Może jest na niej coś fajnego.
OdpowiedzUsuńU mnie taki ręczny młynek już dawno temu został zdegradowany do roli młynka do pieprzu.
Listę pewnie mogłabym wrzucić 😁
UsuńMłynek do pieprzu (też drewniany) przyniosłam raz z knihobudki 😉 Postał, postał, aż w końcu go wyniosłam z powrotem. A potem czytałam w jakimś przepisie - posypać świeżo zmielonym pieprzem. No cóż 😂
Nie znam wspomnianej przez Ciebie książki, ale wiele lat temu czytałem „The Amazing Autobiography of the World’s Most Famous Executioner” („Kat Pierrepoint. Niesamowita autobiografia najsłynniejszego kata świata”) autorstwa Alberta Pierrepointa. Był on słynnym brytyjskim katem, który w trakcie swojej około 25-letniej kariery powiesił – według różnych źródeł – od 435 do nawet 600 osób. Co ciekawe, jego ojciec i wuj również pełnili tę funkcję, więc w pewnym sensie kontynuował rodzinną tradycję. Paradoksalnie, był przeciwnikiem kary śmierci, choć przez wiele lat zachowywał swoje poglądy dla siebie i ujawnił je dopiero w autobiografii.
OdpowiedzUsuńOkoło 30 lat temu czytałem także bardzo interesującą książkę „May God Have Mercy on Your Soul: The Story of the Rope and the Thunderbolt” („Niech Bóg zmiłuje się nad twoją duszą: historia liny i pioruna”) autorstwa Edwarda Baumanna. W tym przypadku „thunderbolt” oznacza krzesło elektryczne. Autor skupia się na jednym konkretnym miejscu – hrabstwie Cook w stanie Illinois (gdzie znajduje się m.in. Chicago) – i opisuje losy 171 skazanych morderców oraz ich ostatnie chwile. To była książka nie tylko wciągająca, ale i skłaniająca do refleksji; do dziś pamiętam niektóre z opisanych historii.
Dwa lata temu, po przeczytaniu powieści „Every Man Dies Alone” („Każdy umiera w samotności”) Hansa Fallady, spędziłem trochę czasu, szukając w Internecie informacji o losach katów w nazistowskich Niemczech. O ile dobrze pamiętam, przynajmniej jeden z nich, pojmany przez zachodnich aliantów, został… ponownie zatrudniony w tej samej roli. Inny natomiast, który trafił do niewoli sowieckiej, został skazany na śmierć i stracony – właśnie za to, że „z urzędu” wykonywał egzekucje komunistów.
W 1985 roku, jeszcze na uniwersytecie, uczęszczałem na kurs poświęcony prawom człowieka. Przeglądając różne publikacje – także dotyczące kary śmierci – natknąłem się na anegdotę, rzekomo autentyczną:
W Wielkiej Brytanii oficjalny kat zwykł pojawiać się bardzo wcześnie w lokalnym pubie. Pewnego dnia jeden z bywalców, wchodząc do środka i widząc go jak zwykle siedzącego przy barze, powiedział:
— Za każdym razem, gdy tu przychodzę, jesteś pierwszą osobą, jaką widzę!
Na co kat odparł:
— Uważaj, żebym nie był ostatnią.
A na zupełnie inny temat — posiadam podobny młynek z korbką, ale do pieprzu. Odziedziczyłem go prawie 30 lat temu po zmarłym znajomym; niewykluczone, że on sam kupił go jeszcze 10–20 lat wcześniej. Nadal działa i wciąż go używam, choć do ideału mu daleko — grubo zmielony pieprz najlepiej nadaje się do zup.
Zdarzało mi się też kiedyś kupować nawet do 10 kg kawy ziarnistej rocznie (dla klientów w biurze) i samodzielnie ją mielić, używając małego elektrycznego młynka. Zajmowało to trochę czasu, ale dawałem radę — a kawa zawsze zbierała bardzo dobre opinie. Młynek nadal działa!
O szybkowarach chyba pisałaś już kilka lat temu. Tutaj również są popularne tzw. „pressure cookers” i podobno dzisiaj są bardzo bezpieczne. Być może tak jest — ale kilkadziesiąt lat temu mój znajomy poważnie się poparzył podczas otwierania takiego urządzenia. Skończyło się telefonem na pogotowie i pobytem w szpitalu. Od tamtej pory wolę jednak trzymać się od nich z daleka.
Nie pierwszy raz czytam, że katostwo (???) często przechodziło z ojca na syna. Mieli dobre zarobki kiedyś, bo sprzedawali na przykład kawałki sznura, na którym wieszali skazańców. Cóż, różnie ludzie na życie zarabiali... W Pradze też był taki słynny kat Jan Mydlář, który założył katowską dynastię. Dopiero, gdy miał już sześćdziesiątkę na karku, zdarzyło mu się po raz pierwszy "minąć" (ja to tak rozumiem, że miał ściąć kogoś toporem i ręka mu się omsknęła) i wtedy przekazał rzemiosło synowi.
UsuńPo raz kolejny pada tytuł powieści Hansa Fallady. Kiedyś może ją sobie pożyczę. Na razie nie planuję wizyt w bibliotece, czytam swoje 😁
Młynek elektryczny był u nas w domu i pamiętam, że dość się rozgrzewał, gdy się więcej kawy mieliło. A za komuny - niejasno to pamiętam - były w sklepach takie młynki duże i ekspedientki mieliły na życzenie (oczywiście kawę właśnie u nich zakupioną).
Wielokrotnie czytałem, że bycie dobrym katem było prawdziwą sztuką. Mała dygresja: napiwek zazwyczaj daje się po wykonaniu usługi, natomiast skazańcy — z oczywistych względów — robili to przed, wkładając katowi monetę do ręki, by ten wykonał swoje zadanie możliwie sprawnie i „fachowo”.
UsuńWiele powojennych egzekucji Niemców i innych zbrodniarzy przeprowadzano bardzo nieudolnie, często przez amatorów, przez co skazańcy długo się męczyli (choć i tak za krótko — to już moja osobista, dość gorzka uwaga). Przykładem może być egzekucja Arthura Greisera, namiestnika Rzeszy (Reichsstatthalter) w Kraju Warty, przeprowadzona w 1946 roku w Poznaniu, na stokach Cytadeli. Katem nie był zawodowiec, lecz… kelner restauracji — wybrany ponoć dlatego, że posiadał elegancki frak i białe rękawiczki. Z tego, co wiem, brakowało mu jednak odpowiednich umiejętności. Być może dlatego była to ostatnia publiczna egzekucja w Polsce. A może Greiser po prostu nie dał napiwku?
Również czytałem, że kaci mieli szczególny status społeczny: osobne miejsca w kościele, a nawet prawo ułaskawienia skazanej kobiety (najczęściej prostytutki) pod warunkiem, że zgodziła się zostać ich żoną. Można sobie wyobrazić, jak dramatyczne emocje musiały towarzyszyć takim sytuacjom — zwłaszcza gdy kat był kawalerem i mógł zdecydować o czyimś losie.
Książkę Fallady czyta się znakomicie — wciąga od pierwszych stron. Czytałem ją po angielsku i z czystym sumieniem mogę polecić osobom na poziomie średniozaawansowanym.
A jeśli chodzi o młynki do kawy — tutaj również można trafić na bardzo różną jakość. Zdarzyło mi się w sklepie ustawić mielenie na „extra fine”, a efekt był wyraźnie „coarse”. Innym razem — nie przesadzam — kilogram kawy mielił się tak wolno, że po 15 minutach odszedłem od ryczącej maszynki i po prostu wziąłem z półki następną paczkę kawy. Mój mały młynek domowy także szybko się nagrzewał, więc musiałem mielić partiami, robiąc przerwy na ostygnięcie — często wówczas kładłem go do… zamrażalnika!
Kojarzę, że czytałam kiedyś o takiej nieudolnej średniowiecznej egzekucji, gdy kat dosłownie dorzynał skazańca. W każdym zawodzie, okazuje się, trzeba UMIEĆ.
UsuńSzewc bez butów chodzi, książek mam sporo, ale nie katalogowałam i ciągle szukam...sporo tez wydaję, dziś znowu zamówiłam cztery.
OdpowiedzUsuńTaki młynek, to dobra gimnastyka dla dłoni.
Ja mam herbat pełna szafkę, bo mój mąż lubi kupować!
Z tym katalogowaniem to zależy - od ilości książek oczywiście, ale i od pamięci. Jako że moja jest ŻADNA, to wolę katalog mieć 🤣
UsuńPełną szafkę, no no. Ja zobaczę, czy się nazbiera pełna szuflada. Jak dołożę córki mięty (bo ona tylko miętę pije i robi sobie zawsze zapasy), to pewnie tak.
U mojej mamy jeszcze jest szybkowar. Uwielbiałam go używać za panieńskich czasów. Tato też.
OdpowiedzUsuńPodejmujesz listonosza kawą?!
No, podejmuję... Sama nie wiem, jak to się porobiło 😁 Kiedyś zapukał (coś tam przynosząc), czyby nie mógł dostać kawy, bo zaraz padnie. Ja żegnając go powiedziałam KURTUAZYJNIE, że zapraszam w przyszłości no i teraz mam...
UsuńToś sobie bidy napytała... ale właściwie jakim cudem? Przecież listonosze nie przychodzą już do mieszkań.
UsuńOtóż Ojczastemu przynosił emeryturę. On nie miał konta w banku, a przecież ZUS na cudze nie przeleje, więc szła gotówka pocztą 😉
UsuńWięc chodzą jeszcze listonosze do mieszkań, chodzą. Choć im się emeryty wykruszają, a teraz ci nowi to już obowiązkowo muszą mieć konto.
O rety, nie spodziewałam się, że takie zdjęcia umieszczono w książce!
OdpowiedzUsuńBiblioteka - przepiękna! Ale skatalogować ją to tytaniczna praca.
U mamy był podobny młynek do pieprzu, aż chyba go przytaszczę... A kiedyś, kiedyś miałyśmy mikromłynek do kawy - taki na dwie filiżanki z jednego zasypu. Minusem było to, że podczas kręcenia obudowa się rozgrzewała i zamiast kawy czuć było głównie metaliczny zapach.
Te zdjęcia już widziałam wcześniej w innej książce, są chyba u nich powszechnie znane. W sumie to zastanawiające, z jednej strony w stosunku do zmarłych nie obowiązuje sławetne RODO, ale co na to potomkowie z rodziny?
UsuńPraca nad katalogiem trwała bardzo długo, bo to męczące jest, robiłam po jednej półce. Tak że jestem teraz SZCZĘŚLIWA, że mam to z głowy. Za parę lat przyjedzie znowu kolej na odkurzanie, ale to już idzie szybciej.
Ten młynek do pieprzu pewnie, weź. Może się przydać, poza tym taki drewniany fajnie wygląda (jeśli masz go gdzie wyeksponować).
Tak, trochę go odświeżę i ustawię pod ręką, coby świeży pieprz do tych dań po baskijsku mieć :)
UsuńOch, jakaż piękna biblioteka!
OdpowiedzUsuńAż strach sięgnąć po książkę bo zrobi się bałagan.
😂😂😂
UsuńŻeby tak strach, to nie, ale faktem jest, że całe życie marzyłam o takiej ilości miejsca na książki, żeby nie leżały w poprzek etc. Teraz nie leżą i nowe marzenie byłoby, żeby nie stały w dwóch rzędach, ale to już nieziszczalne.
Chyba, że się sporej części jednak pozbędę.
Szybkowar kupili rodzice kiedy pojechaliśmy na wycieczkę do NRD będąc na wakacjach w Międzyzdrojach, miałam z 6 lat. Nie pamiętam, żeby choć raz był użyty, a wyrzuciłam go z 6 lat temu haha. Może ktoś ich postraszył wybuchaniem?
OdpowiedzUsuńKsiążki kataloguję w aplikacji, niestety nie zapisuję gdzie leżą, co powoduje od czasu do czasu gorączkowe przerzucanie i wściekłość, bo nie zawsze udaje mi się jw znaleźć wtedy, kiedy są mi potrzebne.
Kawę mielę takim właśnie młynkiem tyle że w nowoczesnym wydaniu i lubię ten rytuał. Elektryczny przegrzewa kawę niszcząc aromat, dkatego mój (R.I.P.) byl zdegradowany do mielenia siemienia czy orzechów, co zapewne skrócilo jego żywot. Herbata z hibiskusa kojarzy mi się z okresem studiów i przyjaciółką mieszkającą w akademiku, która kupowała takie wynalazki (wówczas najnowszy krzyk mody) - ku mojej rozpaczy, bo bardzo mi nie smakowaly.
Złodziej śrubek z gwintem mam nadzieję, że zaniecha procederu po takim zawstydzeniu.
Życzę bezbolesnego malowanka!
To ja jednak używałam kiedyś i nawet z tej książki z przepisami wyjęłam karteczkę, gdzie miałam spisaną listę przepisów do wypróbowania. Kurczę po baskijsku, kurczę w ryżu z pieczarkami, zrazy wołowe po cieszyńsku, pęczak z wieprzowiną, kabaczki duszone z mięsem, kartofle po węgiersku (do jaj sadzonych)... Swoją drogą 'kartofle' brzmią mi bardzo oficjalnie i nigdy nie używam tego słowa.
UsuńSam spis tytułów i autorów też się przydaje (żeby nie kupić drugiego egzemplarza), ale lokalizacja to podstawa 😂
Jakie jest nowoczesne wydanie takiego ręcznego młynka?
Mnie też ten hibiskus kojarzy się z dawnymi czasami.
Nie wiem, jak złodziej śrubek, ale wczoraj przechodziłam ponownie koło tej kapliczki (jest niedaleko knihobudek "na Orlenie") i karteczki już nie było. Może sam ze wstydu ją ściągnął?
/łup z Orlenu - kryminał z PRL-u pod tytułem "Skazałeś ją na śmierć"/
A to wówczas tak można było skoczyć do NRD na dowód?
UsuńChyba można było, bo pamiętam też skok na Hradec Kralove zimą z Kudowy.
UsuńMłynek z innego sklepu i tańszy, ale chyba ten sam model, w każdym razie ta firma https://swiezopalona.pl/produkt/264/hario-mm-2-drewniany-reczny-mlynek-ceramiczny.
Hm, ja chyba po częściej mówię kartofle, może to zależy od regionu (są jeszcze pyry i grule 😁).
Cacaniutki młynek!
UsuńU mnie zawsze były ziemniaki, a pyry jedynie żartobliwie.
"są jeszcze pyry i grule "
UsuńJako 6-8 letnie dziecko pojechałem w góry. Przy ognisku siedziała grupa miejscowych chłopaków i zapytała się, czy chcę grula. Odmówiłem, bo pojęcia nie miałem, co to takiego.
" i karteczki już nie było"
UsuńA może ukradł tę karteczkę? Do czego to już dochodzi!
Nieznajomość (nie tylko prawa) szkodzi, nie dostałeś fajnego pieczonego grula 😂
UsuńWłaśnie się zastanawiałam, czy to złodziej ze wstydu zabrał czy też ktoś z opiekujących się kapliczką uznał, że nie wypada?
UsuńA ja kiedyś zaproponowałam kuzynce w Poznaniu, żebyśmy poszły pobawić się na pole. Oczywiście odmówiła bardzo zdziwiona 😁
Usuń🤣🤣🤣
UsuńDobrze, że przez patrzałki do chodzenia spojrzałam na panią w kawałkach i nic nie widziałam na szczęście. Rany, gdybym w tych do czytania widziała to koniec świata!
OdpowiedzUsuńPięknie się prezentują książki, pozazdrościć tylko wypada :) Moje katalogowanie skończyło się na włożeniu w książkę na półce karteczki z numerem (wg klasyfikacji dziesiętnej), żebym mniej więcej wiedziała gdzie szukać. Póki co nie mam czasu ani głowy na więcej.
Szybkowar miałam, używałam na okrągło dopóki z wielkim hukiem cała zupa nie wylądowała mi na suficie! Po tym zdarzeniu już się pozbyłam :)
Nie mów, żeś nie widziała zdjęć po katastrofie z 10 kwietnia...
UsuńAle jak to zorganizowałaś? Masz poustawiane książki jak w bibliotece?
O o o. Widzisz. Tego się właśnie obawiałam.
zdjęcia z walizkami mnie rozwalily.
OdpowiedzUsuńa my nadal oglądamy Pod jednym dachem i płaczemy ze śmiechu.
biblioteka imponująca. jak u Czechów.
UsuńNie denerwuj mnie, bo Pod jednym dachem na razie jeszcze ciągle gdzieś w Ikeowskiej torbie 😂
UsuńLucy z bloga http://welniscie.blogspot.com/ poszukuje autora i tytułu książki, którą czytała jako dziecko na początku lat osiemdziesiątych, być może pod koniec siedemdziesiątych. Wyraziła zgodę na umieszczenie informacji o poszukiwaniach na Twoim blogu. Napisałam, że jesteś Krakowianką, która dużo czyta, ma dużo książek a Twój blog odwiedza sporo "czytaczy".
OdpowiedzUsuńZamieszczam fragment posta:
Szukam książki,
tytułu, autora. Wielkie nadzieje pokładam tutaj wśród czytających bloga, bo wiem, że jest wielu miłośników literatury. Książkę czytałam jako dziecko, nie jestem teraz pewną, czy była to literatura dziecięca, czy raczej młodzieżowa.
Jak wspomnialam, nie znam tytułu, autora/ autorki?- nie pamiętam imienia protagonistki. Dziewczynka, być może akurat nastoletnia, mała. Akcja była dziwna, odbywała się w Krakowie, prawdopodobnie okres międzywojenny, nieco biedy, w rodzinie tej dziewczynki z bardzo surowym ojcem raczej nie, ale już w sąsiedztwie tak. Powiązania do dzielnicy żydowskiej w Kazimierzu, bywali tam czasami, w całej tamtejszej niekrasie.
Ktoś, coś?
Pozdrawiam Majka
A to nie "Dwie ulice" Chrobrej? Małgosia o niej pisała, ja znalazłam w bibliotece
UsuńTak! Na blogu Lucy też już ktoś znalazł. Dzięki. Pozdrawiam Majka
UsuńCieszę się!
UsuńA czy jest jeszcze podobna książka? Bo coś mi się kojarzy - dziewczynka, Kraków, Krowodrza - ale to nie były "Dwie ulice". Bogata dziewczynka uciekała do biednej dzielnicy swojej babci, raz był tam pożar.
UsuńDziewczyny, tak, to "Dwie ulice", po prostu blogerka-poszukiwaczka pomyliła Kazimierz z Krowodrzą.
UsuńA Józefino to na pewno w tej książce dziewczynka uciekała do biedniejszej rodziny i był tam pożar.
Też tak myślę, tylko dlaczego ani nie mam tej książki w domu, ani w przeczytanych na lubimy czytać, ani na blogach? To musiało być dawno temu w takim razie.
UsuńDzięki!
Józefina