Najpierw usłyszałam o filmie. To jest miałam go i pamiętałam tytuł, ale jeszcze nie widziałam, gdy natknęłam się na allegro na tytuł Straszydło i skojarzyłam.
Władimir Żeleznikow (ur. w 1925 roku) ciągle działa jako autor scenariuszy do filmów i jest dyrektorem artystycznym studia filmowego GLOBUS, które realizuje filmy dla dzieci. Zaś jako pisarz jest autorem wielu książek poświęconych tematyce stosunków międzyludzkich, dorastania, dzieciństwa. Stały się one w Rosji klasyką literatury dziecięcej i wchodzą w zakres lektur szkolnych. Kilka z nich wydano i w Polsce. m.in. Dziwaka z szóstej B, który też został sfilmowany i nawet go mam, więc trzeba będzie obejrzeć idąc za ciosem :) Spis książek i filmów tutaj.
Sprawdziłam sobie właśnie w katalogu filmów (jedyny, jaki prowadzę w miarę skrupulatnie, bo tu już bym się kompletnie pogubiła) i okazuje się, że mam więcej filmów według scenariusza Żeleznikowa, bo i Putieszestwiennik s bagażom i Moj drug Sokratik i Russkij bunt. Tak że daleka droga przede mną :)
Wracając do Straszydła - to przejmująca opowieść o tym, czy warto być innym. Czy próbować się na siłę dostosować do większości, pragnąc ich akceptacji. Czy rezygnować z własnych zasad i wartości, które się do tej pory wyznawało. Czy można walczyć z tchórzostwem. Co jest odwagą, a co oportunizmem. Rozegranie tej historii w środowisku dzieci pozwoliło na ukazanie tym większego okrucieństwa grupy, większości.
Lena jest inna, bo jest obca. Przyjechała zamieszkać u dziadka Mikołaja Bessolcewa, który też jest taki - obcy, bo wrócił do miasteczka nad brzegiem Oki po wielu latach, inny, bo poświęcił się zbieraniu obrazów, namalowanych przez jednego z przodków, i tej pasji podporządkował całe swe życie, ba! nawet palił w piecach dwa razy dziennie, żeby obrazom nie zaszkodziła wilgoć, widział to ktoś podobną rozrzutność! A sam chodził w wytartym paletku z naszytymi łatami i byle jakich spodniach, choć miał emerytury 180 rubli i jako były wojskowy powinien trzymać fason.
Dla Leny jednak nie jest obojętne, że miejscowe dzieciaki przezywają dziadka Łaciarzem, że ona sama nie ma sukienek szytych na miarę. Przeszkadza jej też własny uśmiech, szeroki od ucha do ucha - bo jej nowa szósta klasa wyśmiewa się, że trudno znaleźć koniec tych ust. Przezwisko Straszydło, na jakie sobie natychmiast zarobiła, stara się brać za dobrą monetę, podobnie jak kpiny nowych koleżanek i kolegów. Znajduje sprzymierzeńca w Dimie Somowie, z pozoru najodważniejszym chłopaku. Tym większe nastąpi rozczarowanie, gdy okaże się, że Dimka nie potrafi przyznać się do popełnienia "zdrady", jaką miało być wypaplanie nauczycielce, że klasa poszła na wagary. Konsekwencją skręcenia "za szkołę" była odmowa tak wyczekiwanego wyjazdu podczas ferii do Moskwy, więc rozżalona klasa postanowiła ukarać "winowajcę" bojkotem. Lena widzi, jak trudno Dimce przyznać się, więc oczywiście, powodowana jak najlepszymi intencjami, sama zgłasza się jako winna. Wtedy zaczyna się jej samotny dramat oskarżonej o zdradę...
Początek:
i koniec:
Wyd. Nasza Księgarnia Warszawa 1989, 174 strony
Tytuł oryginalny: Czuczeło /Чучело
Tłumaczyła: Anna Walenko
Z własnej półki (kupiłam całkiem niedawno, ale nie zapisałam ołóweczkiem kiedy i za ile i teraz nie mogę odnaleźć danych, tak to jest, jak się nie jest systematycznym)
Przeczytałam 11 listopada 2013
Obejrzałam też oczywiście film Чучело, z którego pochodzi zdjęcie na okładce.
Powieść została zekranizowana w 1983 roku przez Rolana Bykowa, a w głównych rolach wystąpili Kristina Orbakajte i Jurij Nikulin.
Ponoć film był w sowieckiej Rosji prawdziwym szokiem, gdy okazało się, że dzielni pionierzy są prawdziwymi antybohaterami.
Na You Tube jest pokawałkowana wersja, za to z angielskimi napisami:
NAJNOWSZE NABYTKI
Posypało się :)
Najpierw allegro dało mi znać, że jest książka Wigdorowej, której od jakiegoś czasu szukałam (w przystępnej cenie). Przy okazji kupiłam trzy inne, no bo przecież trzeba jakoś rozłożyć koszty przesyłki, nie?
Tego samego dnia przyjaciółka z mężem na odpowiednim stanowisku (który z racji tego stanowiska dostaje mnóstwo rozmaitych publikacji i odkłada dla mnie te związane z Rosją) przyniosła mi kolejny nabytek:
To było w środę.
A w piątek po robocie wstąpiłam zwyczajowo do Księgarni Akademickiej zapytać o serię monografii budynków uniwersyteckich (wyszły do tej pory dwie, a szumne zapowiedzi jakiś czas temu głosiły, że do 2014 roku czyli wielkiego jubileuszu Uniwersytetu Jagiellońskiego ukaże się ich bodajże czternaście) - nowych jeszcze nie było, choć podobno są już dwie kolejne wydrukowane... Ale za to, żebym nie wyszła z pustymi rękami, czekała na mnie:
Mniamuśna! Jutro jest jakieś spotkanie promocyjne w Międzynarodowym Centrum Kultury w Rynku, może się wybiorę.
Gorsza sprawa, że jest też kolejna pozycja na ten temat, nazywa się Modernizmy. Architektura nowoczesności w II Rzeczypospolitej T 1. Kraków i województwo krakowskie, ale kosztuje 95 zł, carramba!
Wracając w niedzielne południe z małej robótki wstąpiłam do Matrasu. Wypatrzyłam tam na półce z cracovianami książkę Jerzego Jankowskiego Zakrzówek - moja dzielnica. W cenie oczywiście ponad 40 zł, więc chytrze pomyślałam, że pójdę po niedzieli do Akademickiej, gdzie dają mi rabat i tam nabędę. Aliści poszukiwania na ich stronie przekonały mnie, że nie ma co czekać, nie mają i trzeba dziś lecieć do Matrasu i brać. Książka być może prywatnie wydana, nie ma śladu w internecie, ani autora (owszem ktoś o tym nazwisku się pojawia, co gorsza jakiś działacz i poseł, ale to nie ten) ani tytułu.
Żeby jednak nie wyjść wczoraj bez niczego (no jakże tak!), wzięłam drugi Spacerownik. Gazeta Wyborcza organizowała takie spacery-zwiedzania różnych tras krakowskich, a wcześniej publikowała zeszyciki z tymi trasami. Korzystanie z zeszycików jest zawsze trudniejsze niż z książki, więc się złakomiłam. Spis treści zapodam po przeczytaniu :)
A wracając jeszcze do Akademickiej - puszczą mnie z torbami, bo zobaczyłam na ich stronie, że mają Pamiętniki 1939-1945 Adama Ronikiera, który w czasie wojny stał na czele Rady Głównej Opiekuńczej. No przecież też to muszę mieć!
I to jeszcze nie wszystko, bo znów zajrzałam na allegro, złakomiłam się na Teatra w Polsce Karola Estreichera i przy okazji kupiłam parę innych, a gdy przyszło do płacenia, okazało się, że sprzedawca nie wystawia rachunków, nawet kosztów sobie człowiek nie zrobi :( Tak już jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że na allegro handlują sklepy, antykwariaty, że zwykły człowiek, nie prowadzący żadnego interesu tylko wyprzedający swoje własne czy odziedziczone książki, jest fenomenem :)
poniedziałek, 18 listopada 2013
czwartek, 14 listopada 2013
Tiziano Terzani - Powiedział mi wróżbita
Podtytuł: Lądowe podróże po Dalekim Wschodzie
Zamilkłam na trochę... choroba i śmierć w rodzinie... nawet nie mojej, ale czułam się w obowiązku codziennie meldować się na OIOM-ie i potrzymać trochę za rękę czy pogłaskać po głowie Dziadka mojej córki - zwłaszcza, że własna żona takiego obowiązku nie odczuwała i nie pojawiła się ani razu. Wyobrażacie to sobie? I to osoba, poza którą Dziadek świata nie widział. Moja córka znienawidziła ją i teraz chyba dużo pracy będzie mnie kosztowało utemperowanie ich relacji.
Ciężko mi było w tych dniach znaleźć odpowiednią do nastroju lekturę, zresztą czarne myśli i tak nie pozwalały się skupić. Jak to zwykle w takich przypadkach bywa - pogrzeb pozwolił zamknąć pewien dział, choć i tak nie chce mi się wierzyć, że nigdy już Dziadka nie zobaczę, jedynej sympatycznej osoby w tej rodzinie. Lubiliśmy się. Nigdy się nie dowiem, czy gdy przestano Mu podawać środki nasenne, cokolwiek jeszcze słyszał i czuł...
Lektura Terzianiego właściwie dobrze się wpisała w okoliczności, bo Powiedział mi wróżbita opisuje też pewien koniec, koniec dawnego świata, tego, który jako reporter zdążył jeszcze poznać, a po latach widzi, że wszystko odchodzi w niebyt, że Wschód w coraz bardziej szaleńczym tempie goni za Zachodem, tracąc przy tym bezcenne wartości, a przede wszystkim tożsamość.
Dużo tych peanów z okładki, powstaje pytanie, czy Terzani wart tego. Spotkałam się z negatywnymi ocenami jego książek. A jednak mnie podoba się ten człowiek i jego sposób myślenia. Jego podziw dla przeszłości i dezaprobata dla gonienia za nowoczesnością. Jego szacunek dla tego, czym kiedyś był Wschód, dla obcych religii i zwyczajów. Czy fakt, że czasem szczerze wypowie swoje niezbyt pozytywne zdanie na jakiś temat, deprecjonuje go jako płytkiego i pogardzającego innymi człowieka? Czy musiał się zachwycać każdym z kolejnych wróżbitów, których odwiedzał? To tylko rodzaj profesji - jedni wykonują ją lepiej, inni gorzej. Czy jeśli powiem o kucharzu w odwiedzonej przeze mnie restauracji, że kiepsko gotuje, to już od razu oznacza, że gardzę nim? Czy też tylko wyrażam swoje zdanie na temat jego umiejętności zawodowych? Do czego mam zresztą prawo jako klient?
Początek:
i koniec:
Wyd. ZYSK i S-ka Poznań 2008, 375 stron
Seria NAOKOŁO ŚWIATA
Tytuł oryginalny: Un indovino mi disse
Tłumaczył: Jerzy Łoziński
Z biblioteki na Studenckiej
Przeczytałam 3 listopada 2013
NAJNOWSZE NABYTKI
No musiałam polecieć do ulubionej Księgarni Akademickiej i kupić, skoro już dowiedziałam się z blogów, że wyszło. A nawet zaraz przeczytać ;) o czym w następnym tygodniu.
Przy tej samej bytności na ul. Św. Anny zauważyłam nowy zbiór artykułów na krakowskie tematy Andrzeja Nazara:
Książki Nazara układają się w całą serię, te poprzednie dostępne w Taniej Jatce.
To takie miłe czytadełka, pierwotnie publikowane w Dzienniku Polskim.
Zamilkłam na trochę... choroba i śmierć w rodzinie... nawet nie mojej, ale czułam się w obowiązku codziennie meldować się na OIOM-ie i potrzymać trochę za rękę czy pogłaskać po głowie Dziadka mojej córki - zwłaszcza, że własna żona takiego obowiązku nie odczuwała i nie pojawiła się ani razu. Wyobrażacie to sobie? I to osoba, poza którą Dziadek świata nie widział. Moja córka znienawidziła ją i teraz chyba dużo pracy będzie mnie kosztowało utemperowanie ich relacji.
Ciężko mi było w tych dniach znaleźć odpowiednią do nastroju lekturę, zresztą czarne myśli i tak nie pozwalały się skupić. Jak to zwykle w takich przypadkach bywa - pogrzeb pozwolił zamknąć pewien dział, choć i tak nie chce mi się wierzyć, że nigdy już Dziadka nie zobaczę, jedynej sympatycznej osoby w tej rodzinie. Lubiliśmy się. Nigdy się nie dowiem, czy gdy przestano Mu podawać środki nasenne, cokolwiek jeszcze słyszał i czuł...
Lektura Terzianiego właściwie dobrze się wpisała w okoliczności, bo Powiedział mi wróżbita opisuje też pewien koniec, koniec dawnego świata, tego, który jako reporter zdążył jeszcze poznać, a po latach widzi, że wszystko odchodzi w niebyt, że Wschód w coraz bardziej szaleńczym tempie goni za Zachodem, tracąc przy tym bezcenne wartości, a przede wszystkim tożsamość.
Dużo tych peanów z okładki, powstaje pytanie, czy Terzani wart tego. Spotkałam się z negatywnymi ocenami jego książek. A jednak mnie podoba się ten człowiek i jego sposób myślenia. Jego podziw dla przeszłości i dezaprobata dla gonienia za nowoczesnością. Jego szacunek dla tego, czym kiedyś był Wschód, dla obcych religii i zwyczajów. Czy fakt, że czasem szczerze wypowie swoje niezbyt pozytywne zdanie na jakiś temat, deprecjonuje go jako płytkiego i pogardzającego innymi człowieka? Czy musiał się zachwycać każdym z kolejnych wróżbitów, których odwiedzał? To tylko rodzaj profesji - jedni wykonują ją lepiej, inni gorzej. Czy jeśli powiem o kucharzu w odwiedzonej przeze mnie restauracji, że kiepsko gotuje, to już od razu oznacza, że gardzę nim? Czy też tylko wyrażam swoje zdanie na temat jego umiejętności zawodowych? Do czego mam zresztą prawo jako klient?
Początek:
i koniec:
Wyd. ZYSK i S-ka Poznań 2008, 375 stron
Seria NAOKOŁO ŚWIATA
Tytuł oryginalny: Un indovino mi disse
Tłumaczył: Jerzy Łoziński
Z biblioteki na Studenckiej
Przeczytałam 3 listopada 2013
NAJNOWSZE NABYTKI
No musiałam polecieć do ulubionej Księgarni Akademickiej i kupić, skoro już dowiedziałam się z blogów, że wyszło. A nawet zaraz przeczytać ;) o czym w następnym tygodniu.
Przy tej samej bytności na ul. Św. Anny zauważyłam nowy zbiór artykułów na krakowskie tematy Andrzeja Nazara:
Książki Nazara układają się w całą serię, te poprzednie dostępne w Taniej Jatce.
To takie miłe czytadełka, pierwotnie publikowane w Dzienniku Polskim.
czwartek, 31 października 2013
Carson McCullers - Ballada o smutnej knajpie
Panna Amelia Evans miała głowę do interesów. Prowadziła sklep, pędziła najlepszy samogon w okolicy, pożyczała pieniądze pod zastaw zbiorów, woziła do najbliższego miasta kiełbasy i kruszkę (jakisiś wyrób z wieprzowiny, o którym milczy internet), ba, nawet leczyła wszystkich w okolicy, z tym, że to już bezpłatnie, pasja sporządzania syropów i maści była jedyną, która nie musiała się opłacać. A więc wiodło się pannie Amelii całkiem przyzwoicie, może tylko życie osobiste pozostawiało cokolwiek do życzenia. Ojciec zmarł zostawiając jej na pociechę dom, którego nie dzieliła z nikim, pomijając tajemniczy epizod z 10-dniowym małżeństwem. Panna Amelia jeszcze długo spędzałaby długie godziny w kantorku, ubrana w nieodłączne gumowe buciory i kombinezon, gdyby pewnego dnia w miasteczku nie pojawił się cherlawy garbus, kuzyn Lymon. Zamieszkał u panny Amelii i odmienił jej życie: będąc bardzo towarzyskim potrzebował publiczności do chełpienia się swoimi łgarstwami, toteż panna Amelia zaczęła podawać samogon w swoim sklepie, ustawiła kilka stolików i tak powstała knajpa, jedyny zresztą lokal rozrywkowy w okolicy. Panna Amelia rozkwitła, zaczęła nawet udzielać się towarzysko i rzadziej niż dawniej procesowała się z ludźmi. Tak, to była miłość, choć garbus sięgał jej zaledwie do pasa.
Miłość jest to wspólne doświadczenie dwojga ludzi - ale fakt, że jest to doświadczenie wspólne, nie oznacza, że jest ono całkiem takie samo dla obu osób, których dotyczy. Zawsze jest ten, kto kocha, i ten, kto jest kochany, ale te dwie osoby pochodzą z zupełnie innych światów. Częstokroć osoba kochana roznieca tylko całą nagromadzoną miłość, która zbierała się od dawna w duszy kochającego. I w jakiś niezrozumiały sposób każdy, kto kocha, wie o tym. Czuje w głębi duszy, że jego miłość to uczucie samotne. Uświadamia sobie stopniowo tę nową, dziwną samotność i ta samotność sprawia, że cierpi. Nie pozostaje mu więc nic innego, jak tylko starać się pomieścić tę miłość w sobie, jak zdoła najlepiej; musi stworzyć sobie cały wewnętrzny świat, świat namiętny i obcy, stanowiący całość samą w sobie.
Upływały lata jednostajnego życia, ale Los postanowił nie omijać panny Amelii i któregoś dnia do miasteczka wrócił Marvin Macy, ten nieszczęsny 10-dniowy mąż sprzed lat. Garbus od tej chwili nie dostrzegał już panny Amelii, całym światem stał się dla niego ten eks-więzień, o którego względy zabiegał gwałtownie i uniżenie... to się nie mogło dobrze skończyć - panna Amelia będzie musiała stoczyć walkę o swoją miłość.
Archetypy z greckiej mitologii, samotność i izolacja, miłość i małżeństwo, niemożność miłości odwzajemnionej - tak wiele na tak niewielu stronach. Piękne.
Początek:
i koniec:
Ta krótka powieść wyszła w serii z jednorożcem, publikowanej przez Państwowy Instytut Wydawniczy. Zeskanowałam spis tych publikacji w stanie na rok 1970.
Zaznaczyłam sobie ołóweczkiem po zakupie, które książki mam (kropka), a które chciałabym mieć (wicek). Dziś to już inaczej by się układało :)
Wyd. PIW Warszawa 1970, wyd.I, 103 strony
Seria z jednorożcem
Tytuł oryginalny: The Ballad of a Sad Café
Tłumaczyła: Krystyna Jurasz-Dąmbska
Z własnej półki (kupione w antykwariacie 7 października 1981 roku za 10 zł - cenę okładkową)
Przeczytałam 27 października 2013
NAJNOWSZE NABYTKI
Zapomniałam się pochwalić łupem z zeszłego tygodnia. Otóż widziałam kiedyś w Taniej Jatce kolejną książką Stanisława Dziedzica i tak stwierdziłam, że pewnie odgrzewa stare kotlety i darowałam sobie. A potem przeczytałam u Magdaleny Biograff, że wielką rzecz nabyć warto :) i szybciutko podrałowałam do księgarni. Tymczasem okazało się, że Dziedzica już nie ma. Buuu.
Tymczasem w zeszłą środę udając się do pracy na popołudnie poczułam nagle ZEW. Coś mi mówiło, że musze do Taniej Jatki wstąpić. Wstępuję więc i zaraz przy kasie, gdzie leżą cracoviana, widzę starszą parę. Ona trzyma w ręku... Kraków to jest wielka rzecz! Na stole - brak innych egzemplarzy! Rany boskie! Stanęłam więc za jej plecami i zaczęłam mantrę: odłóż to, odłóż. Zadziałało :) pani niezdecydowanym ruchem opuściła rękę z książką w dół... położyła ją na stosie innych... i sięgnęła po drugą. Wtedy ja hyc! i już ją miałam :)
Z cennym łupem w ręku udałam się jeszcze do ostatniej sali skontrolować kryminały i wróciłam do kasy. Pani ciągle tam stała i zapytała mnie, GDZIE ZNALAZŁAM TĘ KSIĄŻKĘ :)
- A tu leżała.
:)
Mam nadzieję, że lektura okaże się warta tych emocji!
Miłość jest to wspólne doświadczenie dwojga ludzi - ale fakt, że jest to doświadczenie wspólne, nie oznacza, że jest ono całkiem takie samo dla obu osób, których dotyczy. Zawsze jest ten, kto kocha, i ten, kto jest kochany, ale te dwie osoby pochodzą z zupełnie innych światów. Częstokroć osoba kochana roznieca tylko całą nagromadzoną miłość, która zbierała się od dawna w duszy kochającego. I w jakiś niezrozumiały sposób każdy, kto kocha, wie o tym. Czuje w głębi duszy, że jego miłość to uczucie samotne. Uświadamia sobie stopniowo tę nową, dziwną samotność i ta samotność sprawia, że cierpi. Nie pozostaje mu więc nic innego, jak tylko starać się pomieścić tę miłość w sobie, jak zdoła najlepiej; musi stworzyć sobie cały wewnętrzny świat, świat namiętny i obcy, stanowiący całość samą w sobie.
Upływały lata jednostajnego życia, ale Los postanowił nie omijać panny Amelii i któregoś dnia do miasteczka wrócił Marvin Macy, ten nieszczęsny 10-dniowy mąż sprzed lat. Garbus od tej chwili nie dostrzegał już panny Amelii, całym światem stał się dla niego ten eks-więzień, o którego względy zabiegał gwałtownie i uniżenie... to się nie mogło dobrze skończyć - panna Amelia będzie musiała stoczyć walkę o swoją miłość.
Archetypy z greckiej mitologii, samotność i izolacja, miłość i małżeństwo, niemożność miłości odwzajemnionej - tak wiele na tak niewielu stronach. Piękne.
Początek:
i koniec:
Ta krótka powieść wyszła w serii z jednorożcem, publikowanej przez Państwowy Instytut Wydawniczy. Zeskanowałam spis tych publikacji w stanie na rok 1970.
Zaznaczyłam sobie ołóweczkiem po zakupie, które książki mam (kropka), a które chciałabym mieć (wicek). Dziś to już inaczej by się układało :)
Wyd. PIW Warszawa 1970, wyd.I, 103 strony
Seria z jednorożcem
Tytuł oryginalny: The Ballad of a Sad Café
Tłumaczyła: Krystyna Jurasz-Dąmbska
Z własnej półki (kupione w antykwariacie 7 października 1981 roku za 10 zł - cenę okładkową)
Przeczytałam 27 października 2013
NAJNOWSZE NABYTKI
Zapomniałam się pochwalić łupem z zeszłego tygodnia. Otóż widziałam kiedyś w Taniej Jatce kolejną książką Stanisława Dziedzica i tak stwierdziłam, że pewnie odgrzewa stare kotlety i darowałam sobie. A potem przeczytałam u Magdaleny Biograff, że wielką rzecz nabyć warto :) i szybciutko podrałowałam do księgarni. Tymczasem okazało się, że Dziedzica już nie ma. Buuu.
Tymczasem w zeszłą środę udając się do pracy na popołudnie poczułam nagle ZEW. Coś mi mówiło, że musze do Taniej Jatki wstąpić. Wstępuję więc i zaraz przy kasie, gdzie leżą cracoviana, widzę starszą parę. Ona trzyma w ręku... Kraków to jest wielka rzecz! Na stole - brak innych egzemplarzy! Rany boskie! Stanęłam więc za jej plecami i zaczęłam mantrę: odłóż to, odłóż. Zadziałało :) pani niezdecydowanym ruchem opuściła rękę z książką w dół... położyła ją na stosie innych... i sięgnęła po drugą. Wtedy ja hyc! i już ją miałam :)
Z cennym łupem w ręku udałam się jeszcze do ostatniej sali skontrolować kryminały i wróciłam do kasy. Pani ciągle tam stała i zapytała mnie, GDZIE ZNALAZŁAM TĘ KSIĄŻKĘ :)
- A tu leżała.
:)
Mam nadzieję, że lektura okaże się warta tych emocji!
wtorek, 29 października 2013
Francesco M. Cataluccio - Jadę zobaczyć, czy tam jest lepiej
Podtytuł: Niemalże brewiarz środkowoeuropejski
Francesco M.Cataluccio to jeden z polskich Włochów, tych cudzoziemców, którzy zauroczyli się naszą ziemią i naszymi ludźmi i dają temu wyraz swoim życiem i swoimi publikacjami. Urodzony we Florencji, po studiach filozoficznych w rodzinnym mieście i filologicznych w Warszawie, włóczył się tędy i owędy, pomieszkiwał długo w Polsce, aż wreszcie po upadku Muru Berlińskiego został przyjęty jako redaktor w wydawnictwie Feltrinelli. Jako że cierpiał (cierpi?) na bezsenność, miał czas, by napisać mnóstwo esejów na tematy historyczne i kulturalne związane z Polską i Europą Środkową. Niniejszy tom to właśnie owoc bezsennych nocy i podejrzenia, że niedużo mu już czasu zostało.
Co tam w środku mamy? No mnóstwo:
Cataluccio wszędzie był i wszystkich znał. Podróż w czasie, jaką stało się pisanie tej książki, to jednocześnie podróż w poszukiwaniu tych Sprawiedliwych, o których wspomina opis z okładki. Jedynym dla mnie zgrzytem było to, że autor właściwie ogranicza się prawie wyłącznie do tematyki żydowskiej, wszędzie szuka judaistycznych tematów i odniesień, a dodatkowo - referując zdarzenia i postaci wygrzebane z niepamięci - zbyt encyklopedycznie je traktuje.
Ale czyta się bardzo przyjemnie, odkrywa ze zdumieniem mnóstwo ciekawostek (dotyczy to osób słabo wykształconych, jak ja) i znajduje punkty wyjścia i impulsy do kolejnych poszukiwań lekturowych.
Ot, choćby takich jak to w rozdziale o Herbercie:
Przecież ta Berberowa (Podkreślenia moje) stoi i czeka od paru lat na przeczytanie, byłaby się dawno przewróciła, gdyby jej inne nie podpierały...
Początek:
i koniec:
Wyd. ZNAK Kraków 2012, 348 stron
Tytuł oryginalny: Vado a vedere se di là è meglio
Tłumaczył: Stanisław Kasprzysiak
Z własnej półki
Przeczytałam 24 października 2013
NAJNOWSZE NABYTKI
Przyjaciółka, która bez przerwy jeździ do Włoch, a zwłaszcza do Toskanii, przywiozła mi tym razem przewodnik po Florencji:
oraz, znając moje rosyjskie fascynacje, publikację wydaną z okazji rosyjskiej wystawy AWANGARDA ROSYJSKA, SYBERIA I ORIENT w Palazzo Strozzi:
ALMA MATER n.159
Kolejny numer specjalny - wydanie angielskojęzyczne
Wywiad z rektorem Nowakiem:
Artykuł o budynkach uniwersyteckich:
Rozmowa z prorektorem Kistrynem na temat badań naukowych:
O jubileuszach Uniwersytetu:
O uniwersyteckim Muzeum:
O skarbach Biblioteki Jagiellońskiej:
O wymianie erasmusowej:
O studentach zagranicznych:
Francesco M.Cataluccio to jeden z polskich Włochów, tych cudzoziemców, którzy zauroczyli się naszą ziemią i naszymi ludźmi i dają temu wyraz swoim życiem i swoimi publikacjami. Urodzony we Florencji, po studiach filozoficznych w rodzinnym mieście i filologicznych w Warszawie, włóczył się tędy i owędy, pomieszkiwał długo w Polsce, aż wreszcie po upadku Muru Berlińskiego został przyjęty jako redaktor w wydawnictwie Feltrinelli. Jako że cierpiał (cierpi?) na bezsenność, miał czas, by napisać mnóstwo esejów na tematy historyczne i kulturalne związane z Polską i Europą Środkową. Niniejszy tom to właśnie owoc bezsennych nocy i podejrzenia, że niedużo mu już czasu zostało.
Co tam w środku mamy? No mnóstwo:
Cataluccio wszędzie był i wszystkich znał. Podróż w czasie, jaką stało się pisanie tej książki, to jednocześnie podróż w poszukiwaniu tych Sprawiedliwych, o których wspomina opis z okładki. Jedynym dla mnie zgrzytem było to, że autor właściwie ogranicza się prawie wyłącznie do tematyki żydowskiej, wszędzie szuka judaistycznych tematów i odniesień, a dodatkowo - referując zdarzenia i postaci wygrzebane z niepamięci - zbyt encyklopedycznie je traktuje.
Ale czyta się bardzo przyjemnie, odkrywa ze zdumieniem mnóstwo ciekawostek (dotyczy to osób słabo wykształconych, jak ja) i znajduje punkty wyjścia i impulsy do kolejnych poszukiwań lekturowych.
Ot, choćby takich jak to w rozdziale o Herbercie:
Przecież ta Berberowa (Podkreślenia moje) stoi i czeka od paru lat na przeczytanie, byłaby się dawno przewróciła, gdyby jej inne nie podpierały...
Początek:
i koniec:
Wyd. ZNAK Kraków 2012, 348 stron
Tytuł oryginalny: Vado a vedere se di là è meglio
Tłumaczył: Stanisław Kasprzysiak
Z własnej półki
Przeczytałam 24 października 2013
NAJNOWSZE NABYTKI
Przyjaciółka, która bez przerwy jeździ do Włoch, a zwłaszcza do Toskanii, przywiozła mi tym razem przewodnik po Florencji:
oraz, znając moje rosyjskie fascynacje, publikację wydaną z okazji rosyjskiej wystawy AWANGARDA ROSYJSKA, SYBERIA I ORIENT w Palazzo Strozzi:
ALMA MATER n.159
Kolejny numer specjalny - wydanie angielskojęzyczne
Wywiad z rektorem Nowakiem:
Artykuł o budynkach uniwersyteckich:
Rozmowa z prorektorem Kistrynem na temat badań naukowych:
O jubileuszach Uniwersytetu:
O uniwersyteckim Muzeum:
O skarbach Biblioteki Jagiellońskiej:
O wymianie erasmusowej:
O studentach zagranicznych:
Etykiety:
ALMA MATER,
Eseistyka,
Najnowsze nabytki,
Wspomnienia i memuary,
Z własnej półki
piątek, 25 października 2013
Carson McCullers - W zwierciadle złotego oka
Obłędne!
Do tej pory czytałam tej autorki tylko Balladę o smutnej knajpie, no i oczywiście wiem o powieści Serce to samotny myśliwy, a nawet pamiętam, że w dzieciństwie oglądałam film w telewizji. Po Zwierciadle wyciągnęłam z półek wszystko, co miałam i obiecałam sobie przeczytać (Balladę ponownie).
W serii NIKE ukazał się jeszcze Zegar bez wskazówek, ale nigdy tego na oczy nie widziałam...
Carson McCullers jest chyba dzisiaj już zapomnianą pisarką, jakoś nie spotykam jej często na blogach, a szkoda.
W 1967 roku pisano o niej:
Zachwycona byłam lekturą od pierwszej strony. A nawet już od przedmowy pióra Tennessee Williamsa. Który bardzo ładnie wytłumaczył, dlaczego niegdyś ta druga powieść autorki, opublikowana po bestsellerowym Sercu, nie spodobała się - i dlaczego jednak powinna się podobać :)
McCullers ma cudowny dar opowieści - wciągającej za pomocą jednego małego zdanka rzuconego niby mimochodem.
Jak w tym fragmencie charakterystyki szeregowego Williamsa, który cztery razy w ciągu dwudziestu pięciu lat swego żywota działał na własną rękę. Tu następuje opis pierwszego razu, drugiego razu... po czym znajdujemy zdanie:
Trzecim czynem była zbrodnia, którą popełnił i zataił z powodzeniem.
I koniec. Żadnego rozwinięcia historii. Przejście do czwartego razu. No sami przyznacie, że można zwariować z emocji :) Wyjaśnienie co prawda przychodzi, ale później, gdy już myślimy, że w ogóle go nie będzie.
Szeregowy Williams to samotnik. Lubi wysiadywać na ławce przed koszarami w oczekiwaniu na kolację.
Ten szelest rozwijanego papierka na trzeciej stronie, tak en passant wyjawiona słabość tajemniczego dla innych mężczyzny, dosłownie mnie zaczarował. Od tej chwili byłam gotowa na wszystko. A dzieje się tu, oj dzieje, choć nie jest to powieść akcji :)
Bo i sam szeregowy, który dowiedział się od ojca, że kobiety noszą w sobie:
i już wiemy, że coś tu będzie na rzeczy.
I kapitan Penderton, zwany przez stajennych Kapitanem Pac-Pacanem z powodu rozłożystych pośladków, które plaskały w siodle podczas konnej jazdy. Rozmiłowujący się w kochankach swej żony.
I pani Penderton, piękna, aczkolwiek nieco słaba na umyśle, co powodowało, że jej ojciec sporo się namartwił, zanim córka bezpiecznie wyszła za mąż.
I major Langdon, któremu stan umysłowości kochanki raczej dogadza niż przeszkadza.
I chora na serce majorowa, która zapłaci najwyższą cenę za całą sytuację.
I wielbiący majorową Filipińczyk Anacleto, doprawdy pyszna postać służącego zakochanego bez reszty (i bez wymagań) w swojej pani.
Oto mamy dramatis personae.
A co się wydarzyło, przeczytajcie sami.
Początek:
i koniec:
Wyd. Czytelnik Warszawa 1967, 158 stron
Seria: NIKE
Tytuł oryginalny: Reflections in a Golden Eye
Tłumaczyła: Maria Skroczyńska
Z własnej półki (kupione niegdyś w antykwariacie za 9 zł)
Przeczytałam 20 października 2013
Ze zdumieniem przeczytałam na filmwebie, że powieść została sfilmowana i to z gwiazdorską obsadą: Marlon Brando i Elizabeth Taylor. Ale jakoś wolę poprzestać na książce, nie zepsuć jej sobie :)
Do tej pory czytałam tej autorki tylko Balladę o smutnej knajpie, no i oczywiście wiem o powieści Serce to samotny myśliwy, a nawet pamiętam, że w dzieciństwie oglądałam film w telewizji. Po Zwierciadle wyciągnęłam z półek wszystko, co miałam i obiecałam sobie przeczytać (Balladę ponownie).
W serii NIKE ukazał się jeszcze Zegar bez wskazówek, ale nigdy tego na oczy nie widziałam...
Carson McCullers jest chyba dzisiaj już zapomnianą pisarką, jakoś nie spotykam jej często na blogach, a szkoda.
W 1967 roku pisano o niej:
Zachwycona byłam lekturą od pierwszej strony. A nawet już od przedmowy pióra Tennessee Williamsa. Który bardzo ładnie wytłumaczył, dlaczego niegdyś ta druga powieść autorki, opublikowana po bestsellerowym Sercu, nie spodobała się - i dlaczego jednak powinna się podobać :)
McCullers ma cudowny dar opowieści - wciągającej za pomocą jednego małego zdanka rzuconego niby mimochodem.
Jak w tym fragmencie charakterystyki szeregowego Williamsa, który cztery razy w ciągu dwudziestu pięciu lat swego żywota działał na własną rękę. Tu następuje opis pierwszego razu, drugiego razu... po czym znajdujemy zdanie:
Trzecim czynem była zbrodnia, którą popełnił i zataił z powodzeniem.
I koniec. Żadnego rozwinięcia historii. Przejście do czwartego razu. No sami przyznacie, że można zwariować z emocji :) Wyjaśnienie co prawda przychodzi, ale później, gdy już myślimy, że w ogóle go nie będzie.
Szeregowy Williams to samotnik. Lubi wysiadywać na ławce przed koszarami w oczekiwaniu na kolację.
Ten szelest rozwijanego papierka na trzeciej stronie, tak en passant wyjawiona słabość tajemniczego dla innych mężczyzny, dosłownie mnie zaczarował. Od tej chwili byłam gotowa na wszystko. A dzieje się tu, oj dzieje, choć nie jest to powieść akcji :)
Bo i sam szeregowy, który dowiedział się od ojca, że kobiety noszą w sobie:
i już wiemy, że coś tu będzie na rzeczy.
I kapitan Penderton, zwany przez stajennych Kapitanem Pac-Pacanem z powodu rozłożystych pośladków, które plaskały w siodle podczas konnej jazdy. Rozmiłowujący się w kochankach swej żony.
I pani Penderton, piękna, aczkolwiek nieco słaba na umyśle, co powodowało, że jej ojciec sporo się namartwił, zanim córka bezpiecznie wyszła za mąż.
I major Langdon, któremu stan umysłowości kochanki raczej dogadza niż przeszkadza.
I chora na serce majorowa, która zapłaci najwyższą cenę za całą sytuację.
I wielbiący majorową Filipińczyk Anacleto, doprawdy pyszna postać służącego zakochanego bez reszty (i bez wymagań) w swojej pani.
Oto mamy dramatis personae.
A co się wydarzyło, przeczytajcie sami.
Początek:
i koniec:
Wyd. Czytelnik Warszawa 1967, 158 stron
Seria: NIKE
Tytuł oryginalny: Reflections in a Golden Eye
Tłumaczyła: Maria Skroczyńska
Z własnej półki (kupione niegdyś w antykwariacie za 9 zł)
Przeczytałam 20 października 2013
Ze zdumieniem przeczytałam na filmwebie, że powieść została sfilmowana i to z gwiazdorską obsadą: Marlon Brando i Elizabeth Taylor. Ale jakoś wolę poprzestać na książce, nie zepsuć jej sobie :)
Etykiety:
Literatura amerykańska,
Seria NIKE,
Z własnej półki
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























































