Pierwsze wydanie ukazało się w 1969 roku i pamiętam, że czytałam je z biblioteki. Miało tytuł Kronika rodzinna (bez Estreicherów). Jeszcze wtedy nie miałam fioła na punkcie tej rodziny :) aczkolwiek sentyment dla jej ostatniego przedstawiciela tak - wyniesiony z poprzedniej pracy. Zdarzyło się tak bowiem, że młodą mężatką będąc zostałam skierowana przez Ślubnego do Collegium Maius, coby ubiegać się o posadę. Był tam akurat wakat, mój poprzednik na stanowisku chcąc ukrywać się przed wojskiem (takie były czasy) musiał zrezygnować z oficjalnej pracy, Ślubny gdziesik to wywęszył, zostałam miło przyjęta przez ówczesnego dyrektora i tak to się zaczęło.
Dawni pracownicy, którzy jeszcze przez prof. Estreichera - twórcę Muzeum UJ - byli przyjmowani do pracy, wspominali Go z najwyższym szacunkiem i otaczali Jego pamięć wręcz kultem. Wszak odszedł zaledwie kilka lat wcześniej (w 1984 roku, a ja wspominam rok 1987), a w Collegium Maius rządził do 1976 roku.
Pięć lat spędzonych przy oknie wychodzącym na dziedziniec Collegium Maius to był prawdziwie beztroski czas (ta nasza młodość, ten szczęsny czas), chyba nie w pełni wówczas doceniałam przywilej, jaki mnie spotkał - pracy w tak malowniczym i nasyconym historią miejscu - ale muszę przyznać, że pod tym względem miałam w życiu szczęście :)
Prawdziwe zainteresowanie rodem Estreicherów przyszło jednak dopiero w kilkanaście lat później, a poniżej jego owoc:
Dziennik wypadków, niestety nie przeczytany jeszcze w całości, jedynie z doskoku, raz tu kawałek, raz tam... tak to już jest z książkami, które wreszcie mamy na własność - wiemy, że są nasze, że nigdzie nam nie przepadną, więc nie spieszymy się z lekturą, przecież zdążymy...
Któregoś dnia zbiorę wszystko, co się z Estreicherami wiąże w mojej domowej biblioteczce, w jedną notkę z cyklu (zaniedbanego ostatnio) CRACOVIANA NA MOJEJ PÓŁCE.
Dziś o dziele jednej z nich, Krystyny Grzybowskiej, siostry prof. Karola Estreichera mł., córki Stanisława.
Nie będę tu streszczać Wikipedii, zerknijmy jedynie na tylną okładkę:
Grzybowską znam z pięknej książki o dzieciństwie "I ja, i Franuś" - autorka pracowała jako przedszkolanka i sprawy wychowania były jej bardzo bliskie, pisze syn w posłowiu.
Pięknie się snuje ta opowieść o wybitnej rodzinie, pisana z sercem i bólem serca, bo to opowieść o przemijaniu, o odchodzeniu w niebyt i sama autorka też zresztą wkrótce odeszła, wiedziała, że odchodzi, gdy kończyła swą opowieść i spłacała dług rodzinnej tradycji. Kto czytał z przyjemnością "Nie od razu Kraków zbudowano" Karola Estreichera, ten niewątpliwie znajdzie te same rozkosze w "Estreicherach", bo wygrzebane w stosach dokumentów z rodzinnego archiwum informacje zostały przez Grzybowską pięknie ubrane w literacką formę. Cudowne wejście w dawny świat zapewnił wybór listów z epoki, a całość została okraszona licznymi zdjęciami. Nie zabrakło i drzewa genealogicznego oraz bardzo przydatnego indeksu nazwisk.
Początek:
i koniec:
Wyd. Wydawnictwo Literackie Kraków 2010, 487 stron
Z własnej półki (kupione 8 czerwca 2010 roku w Hurtowni Taniej Książki za 41,10 zł; cena okładkowa 54,90)
Przeczytałam 13 października 2013 - jednym tchem!
środa, 16 października 2013
poniedziałek, 14 października 2013
Giovanni Arpino - Cień wzgórz
Z pewną taką... rezerwą sięgnęłam po kolejną pozycję z serii NIKE. Jakoś się jej bałam. Że to nudziarstwo będzie. W gruncie rzeczy to wyrzuty sumienia tak mnie gryzły, bo Cień wzgórz to jedna z tych włoskich powieści, które tonami kupowałam w młodości, a tak nie wiele z nich przeczytałam.
O autorze i książce przeczytałam na skrzydełku co następuje:
Niewiele więcej można znaleźć w polskim internecie, Arpino nie ma nawet swojej stronki na Wikipedii, odsyłam więc ciekawych do strony włoskiej, a stamtąd już sobie można przejść na dowolny język :)
Czego nie napisano na obwolucie książki, a czego dowiedziałam się z podlinkowanej stronki - że Cień wzgórz został nagrodzony w 1964 roku Premio Strega, bardzo ważną włoską nagrodą literacką, przyznawaną od 1947 roku, która to nagroda wylansowała między innymi Imię róży i Lamparta.
I co, spytacie, z tą moją rezerwą? Obawy się sprawdziły? I tak i nie.
Początek mnie lekko zniechęcił, ale dzielnie parłam naprzód i dobrze, bo dalej było lepiej: fascynująca historia trudnych relacji młodego bohatera, ledwo wychodzącego z dzieciństwa, i jego ojca, nie zwanego inaczej jak Pułkownik, wprowadzającego w domu terror (no, jak to u wojskowych), wiecznie niezadowolonego z syna,. Mamy też zdominowaną przez męża matkę, która stała mi się natychmiast bliska, bo cierpiąca była na migreny :) Jest i oddana służąca i cały ten włoski entourage, łącznie z makaronem, na który Pułkownik zabiera syna w mieście.
A to wszystko na tle wojny i walk partyzantów z faszystami. Do partyzantki oczywiście pali się zarówno młody Stefano Illuminati jak i jego przyjaciel Francesco. Jednak to właśnie Stefano zabije ojcowskim pistoletem, trochę przypadkowo, Niemca ze stacjonującego w pobliżu garnizonu i ukryje jego zwłoki na terenie ogrodu. Ponieważ później autor-narrator- bohater wspomina o spuszczanym na noc psie, byłam święcie przekonana, że zwierzę wygrzebie trupa i w napięciu oczekiwałam dalszego ciągu... by ze zdumieniem stwierdzić, że dalszego ciągu zabrakło - czytaj: nikt nic nie odkrył, nic się nie wydarzyło.
Drugi wątek, ten współczesny, niestety nudził mnie potężnie. To powieść drogi - Stefano po dwudziestu latach żyje z dala od rodzinnego domu i pewnego dnia wyrusza w podróż, by spotkać się z ojcem, ciągle żyjącym w dużym domu, u boku wiernej służącej Cateriny. Towarzyszy mu Lu - z nią również stosunki nie są proste, jak niegdyś z ojcem. Podróż staje się oczywiście dla Stefano pretekstem do przewartościowania swego życia, może naprawienia relacji z Lu, o Pułkowniku nie wspominając. Odniosłam niestety wrażenie - może zbyt prymitywne - że bohater sam nie wie, czego chce, ma jakiś weltschmerz, jakich dziesiątki już widzieliśmy... słowem - za dobrze mu :) W końcu jednak wychodzi z opresji pogodzony z życiem:
Więc dobrze, żyjmy w spokoju... mówię sobie w duchu, lekko, bez wysiłku.
Może mu się uda.
Początek:
i koniec:
W 1966 roku NIKE proponowało:
Wyd. Czytelnik Warszawa 1966, 335 stron
Seria NIKE
Tytuł oryginalny: L'ombra delle colline
Tłumaczyła: Barbara Sieroszewska
Z własnej półki
Przeczytałam 11 października 2013
O autorze i książce przeczytałam na skrzydełku co następuje:
Niewiele więcej można znaleźć w polskim internecie, Arpino nie ma nawet swojej stronki na Wikipedii, odsyłam więc ciekawych do strony włoskiej, a stamtąd już sobie można przejść na dowolny język :)
Czego nie napisano na obwolucie książki, a czego dowiedziałam się z podlinkowanej stronki - że Cień wzgórz został nagrodzony w 1964 roku Premio Strega, bardzo ważną włoską nagrodą literacką, przyznawaną od 1947 roku, która to nagroda wylansowała między innymi Imię róży i Lamparta.
I co, spytacie, z tą moją rezerwą? Obawy się sprawdziły? I tak i nie.
Początek mnie lekko zniechęcił, ale dzielnie parłam naprzód i dobrze, bo dalej było lepiej: fascynująca historia trudnych relacji młodego bohatera, ledwo wychodzącego z dzieciństwa, i jego ojca, nie zwanego inaczej jak Pułkownik, wprowadzającego w domu terror (no, jak to u wojskowych), wiecznie niezadowolonego z syna,. Mamy też zdominowaną przez męża matkę, która stała mi się natychmiast bliska, bo cierpiąca była na migreny :) Jest i oddana służąca i cały ten włoski entourage, łącznie z makaronem, na który Pułkownik zabiera syna w mieście.
A to wszystko na tle wojny i walk partyzantów z faszystami. Do partyzantki oczywiście pali się zarówno młody Stefano Illuminati jak i jego przyjaciel Francesco. Jednak to właśnie Stefano zabije ojcowskim pistoletem, trochę przypadkowo, Niemca ze stacjonującego w pobliżu garnizonu i ukryje jego zwłoki na terenie ogrodu. Ponieważ później autor-narrator- bohater wspomina o spuszczanym na noc psie, byłam święcie przekonana, że zwierzę wygrzebie trupa i w napięciu oczekiwałam dalszego ciągu... by ze zdumieniem stwierdzić, że dalszego ciągu zabrakło - czytaj: nikt nic nie odkrył, nic się nie wydarzyło.
Drugi wątek, ten współczesny, niestety nudził mnie potężnie. To powieść drogi - Stefano po dwudziestu latach żyje z dala od rodzinnego domu i pewnego dnia wyrusza w podróż, by spotkać się z ojcem, ciągle żyjącym w dużym domu, u boku wiernej służącej Cateriny. Towarzyszy mu Lu - z nią również stosunki nie są proste, jak niegdyś z ojcem. Podróż staje się oczywiście dla Stefano pretekstem do przewartościowania swego życia, może naprawienia relacji z Lu, o Pułkowniku nie wspominając. Odniosłam niestety wrażenie - może zbyt prymitywne - że bohater sam nie wie, czego chce, ma jakiś weltschmerz, jakich dziesiątki już widzieliśmy... słowem - za dobrze mu :) W końcu jednak wychodzi z opresji pogodzony z życiem:
Więc dobrze, żyjmy w spokoju... mówię sobie w duchu, lekko, bez wysiłku.
Może mu się uda.
Początek:
i koniec:
W 1966 roku NIKE proponowało:
Wyd. Czytelnik Warszawa 1966, 335 stron
Seria NIKE
Tytuł oryginalny: L'ombra delle colline
Tłumaczyła: Barbara Sieroszewska
Z własnej półki
Przeczytałam 11 października 2013
Etykiety:
Literatura włoska,
Seria NIKE,
Z własnej półki
piątek, 11 października 2013
Jerzy Lovell - Bal się nie udał czyli Rétif krakowski
U mnie zastój, a tymczasem w literaturze się dzieje: jedni dostają Nobla (ha ha, a ja - w odróżnieniu od reszty czytającej Polski, Munro nie znam osobiście), inni umierają :( i to aż dwa egzemplarze w przeciągu kilku dni. Szkoda Chmielewskiej, szkoda Niziurskiego, to cała młodość, te piękne (co by nie mówić) czasy PRL-u. No dobra, zaraz dostanę po głowie, ale przecież tak to już jest, że dobrze wspominamy czasy młodości, niezależnie od tego, jak ciężkie one mogły być dla dorosłych...
Tymczasem sięgnęłam po krakowski drobiazg również z tamtych czasów, od niedawna stojący u mnie na półce,a wypatrzony oczywiście na allegro i kupiony na ślepo, ze względu na tytuł :) jak już coś jest krakowskie, to łykam bez zastanowienia :)
Kim był autor?
Internet podaje, że Jerzy Lovell (1925-1991) był znanym reportażystą i prozaikiem oraz redaktorem "Życia Literackiego". Ponoć nawet wielką postacią polskiego reportażu, godną miejsca obok Wańkowicza, Krall i Kapuścińskiego.
A kim był tytułowy Rétif? Bardzo płodnym francuskim pisarzem, którego obszerne dzieło jest nieocenionym źródłem informacji o obyczajach XVIII-wiecznej Francji, jak to można przeczytać na Wikipedii.
Tak też podchodzi do reportażu Lovell. Interesują go przemiany obyczajowe we współczesnym społeczeństwie.
Na ile można wnioskować z jednego dość cienkiego tomiku reportaży, ma Lovell kilka cech charakterystycznych. Po trosze jest to takie pogranicze między reportażem a literaturą piękną; dalej jest to reportaż społeczny; dalej - pisze o ludziach, szukając dla nich miejsca we współczesnym świecie. Jest moralistyczny, nie waha się określić swojego zdecydowanego stanowiska w danej sprawie.
Spis treści powyżej daje nam przegląd tematów, którymi zajął się Lovell w Krakowie, choć oczywiście niektóre są ogólnopolskie, jak choćby kwestia badań lekarskich, które zdaniem autora powinny obejmować wszystkich pragnących zawrzeć związek małżeński (Zanim urodzą się nieszczęsne potworki), wzrastająca liczba zawałów serca (Strzeżcie się śmierci o cichych stopach) czy oddawanie do adopcji dzieci przez samotne matki (Antymatki?)
Ale już Są takie dzielnice, Bal się nie udał czy Palę Kraków (o zagrożeniu krakowskich zabytków) są krakowskie do szpiku kości. Nawiasem mówiąc, my dzisiaj spacerując ulicami miasta i podziwiając odnowione fasady krakowskich kamienic nie zdajemy sobie chyba sprawy, że to ostatnie czasy są tak dla Krakowa przychylne, że kiedyś było inaczej, że publicyści bili na alarm, że Kraków się walił i to dosłownie.
Początek:
i koniec:
Książka ukazała się w serii REPORTAŻ PUBLICYSTYKA Wydawnictwa Literackiego:
Innych z tej serii nie posiadam.
Wyd. Wydawnictwo Literackie Kraków 1978, wyd.I, 158 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 6 października 2013
Wynik losowania albumu MUZEA KRAKOWA
W piątkowy poranek los uśmiechnął się do Agnes. Proszę o maila z adresem do wysyłki na malgorzataka(at)gazeta.pl!
Z poduszczenia Be-el (pozdrawiam i dziękuję za sugestię) obejrzałam film SZKOLNY WALC w reż. Pawła Liubimowa z 1977 roku.
Jak to zwykle bywa ze mną i radzieckimi filmami - zachwyciłam się. Film zasadniczo adresowany jest do młodzieżowej widowni i opowiada historię miłości dwojga uczniów dziesiątej (czyli ostatniej) klasy.
Uwaga, same spoilery czyli cała historia opowiedziana! No ale nieraz już to mówiłam, notuję tu obejrzane radzieckie filmy, by móc sobie szybko przypomnieć, o czym były :) z moją pamięcią to bardzo przydatne!
Oto główni bohaterowie: Zosia i Gosza. Kończą szkołę i wreszcie nic nie będzie przeszkadzać ich miłości. Ale oczywiście jest i ta trzecia - Dina, rozpieszczona córeczka wojskowego, z nadopiekuńczą matką, która zdobędzie jej w razie potrzeby nawet gwiazdkę z nieba. Dina zakochana jest w Goszy po uszy i staje na tychże (no dobrze, niech będzie, że na głowie), by odbić Goszę Zosi - a mamusia jej dzielnie sekunduje. Tymczasem Zosia nie am wsparcia w rodzinie: jest jedynaczką, wychowaną co prawda w inteligenckim domu, ale brak w nim ciepła i bliskości, za to mocno podkreśla się konieczność zapewnienia osobistej przestrzeni, niewłażenia wzajemnie z butami w życie... do tego stopnia, że ojciec nie ingeruje nawet, gdy widzi, że u córki chłopak spędził noc. Matka bezustannie wisi na telefonie rozmawiając z kochankiem, ojciec zagryza wargi i milczy...
Dina - ta trzecia.
Brak uwagi dla córki w rodzinie Zosi symbolizuje jej czarny fartuch w dniu ostatniego dzwonka (zamiast białego, odświętnego, jak u reszty dziewcząt) - matka nie zainteresowała się, w czym córka wychodzi do szkoły w tak ważnej chwili. Ja bym na to nie zwróciła specjalnej uwagi, bo nie znam tych radzieckich obyczajów, ale przeczytałam całą dyskusję na temat filmu i to mnie oświeciło :)
Konsekwencje spędzenia wspólnej nocy są wiadome z góry. Na szkolnym balu dochodzi do decydującej rozmowy między Zosią a Goszą - chłopak nie chce brać na siebie odpowiedzialności, chce zachować wolność, bo na niej mu najbardziej zależy. I daje się pociągnąć do tańca Dinie. Z czego szybko, zbyt szybko, rodzi się małżeństwo.
Zosia tymczasem wędruje do szpitala, gdzie matka załatwia jej skrobankę, tłumacząc, że teraz najważniejsze są studia, nie może sobie zawiązywać życia tak wcześnie. Dziewczyna jednak w ostatniej chwili podejmuje samodzielną decyzję i ze szpitala ucieka. Urodzi to dziecko na przekór wszelkim namowom i trudnościom.
Nie chce jednak być zależna od rodziców. Znajduje pracę na budowie (w biurze), dostaje pokój w hotelu robotniczym, wreszcie rodzi synka. W międzyczasie jej rodzina całkiem się rozpada: matka odchodzi do jednego z kochanków, ojciec też się szybko pociesza. Gdy oboje pojawiają się przed porodówką, Zosia posyła im karteczkę - "nieźle razem wyglądacie"... ale czy sklei się to, co raz pękło?
Koniec filmu jest niejednoznaczny: Zosia spotkała Goszę, który rozstał się z Diną i chciałby zobaczyć syna - jednak nie wychodzą razem ze szkoły, gdzie odbywał się zjazd wychowanków, może jeszcze się zejdą, a może to, że Zosia odchodzi zdecydowanym szybkim krokiem, nie oglądając się już na oświetlony budynek szkoły, oznacza, że zostawia za sobą przeszłość, że miłość do Goszy, który nie zdał egzaminu, przeminęła... Zosia dorosła, dojrzała, ale mimo gorzkich doświadczeń nie straciła wiary w ludzi i pewnie znajdzie jeszcze w życiu miłość.
Główne role zagrali Elena Cypłakowa, Siergiej Nasibow i Jewgienija Simonowa. Znałam do tej pory tylko tę ostatnią, a to głównie z serialu DZIECI ARBATU, gdzie była matką Saszy Pankratowa. Tu tymczasem mogłam ją zobaczyć taką młodziutką.
A teraz sobie przeglądam filmografię Cypłakowej i widzę, że też się dobrze znamy: grała córkę kapitana w jednej z nowel filmu SZAG NAWSTRIECZIU i jeszcze w filmie MY IZ DŻAZA.
Tymczasem sięgnęłam po krakowski drobiazg również z tamtych czasów, od niedawna stojący u mnie na półce,a wypatrzony oczywiście na allegro i kupiony na ślepo, ze względu na tytuł :) jak już coś jest krakowskie, to łykam bez zastanowienia :)
Kim był autor?
Internet podaje, że Jerzy Lovell (1925-1991) był znanym reportażystą i prozaikiem oraz redaktorem "Życia Literackiego". Ponoć nawet wielką postacią polskiego reportażu, godną miejsca obok Wańkowicza, Krall i Kapuścińskiego.
A kim był tytułowy Rétif? Bardzo płodnym francuskim pisarzem, którego obszerne dzieło jest nieocenionym źródłem informacji o obyczajach XVIII-wiecznej Francji, jak to można przeczytać na Wikipedii.
Tak też podchodzi do reportażu Lovell. Interesują go przemiany obyczajowe we współczesnym społeczeństwie.
Na ile można wnioskować z jednego dość cienkiego tomiku reportaży, ma Lovell kilka cech charakterystycznych. Po trosze jest to takie pogranicze między reportażem a literaturą piękną; dalej jest to reportaż społeczny; dalej - pisze o ludziach, szukając dla nich miejsca we współczesnym świecie. Jest moralistyczny, nie waha się określić swojego zdecydowanego stanowiska w danej sprawie.
Spis treści powyżej daje nam przegląd tematów, którymi zajął się Lovell w Krakowie, choć oczywiście niektóre są ogólnopolskie, jak choćby kwestia badań lekarskich, które zdaniem autora powinny obejmować wszystkich pragnących zawrzeć związek małżeński (Zanim urodzą się nieszczęsne potworki), wzrastająca liczba zawałów serca (Strzeżcie się śmierci o cichych stopach) czy oddawanie do adopcji dzieci przez samotne matki (Antymatki?)
Ale już Są takie dzielnice, Bal się nie udał czy Palę Kraków (o zagrożeniu krakowskich zabytków) są krakowskie do szpiku kości. Nawiasem mówiąc, my dzisiaj spacerując ulicami miasta i podziwiając odnowione fasady krakowskich kamienic nie zdajemy sobie chyba sprawy, że to ostatnie czasy są tak dla Krakowa przychylne, że kiedyś było inaczej, że publicyści bili na alarm, że Kraków się walił i to dosłownie.
Początek:
i koniec:
Książka ukazała się w serii REPORTAŻ PUBLICYSTYKA Wydawnictwa Literackiego:
Innych z tej serii nie posiadam.
Wyd. Wydawnictwo Literackie Kraków 1978, wyd.I, 158 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 6 października 2013
Wynik losowania albumu MUZEA KRAKOWA
W piątkowy poranek los uśmiechnął się do Agnes. Proszę o maila z adresem do wysyłki na malgorzataka(at)gazeta.pl!
Z poduszczenia Be-el (pozdrawiam i dziękuję za sugestię) obejrzałam film SZKOLNY WALC w reż. Pawła Liubimowa z 1977 roku.
Jak to zwykle bywa ze mną i radzieckimi filmami - zachwyciłam się. Film zasadniczo adresowany jest do młodzieżowej widowni i opowiada historię miłości dwojga uczniów dziesiątej (czyli ostatniej) klasy.
Uwaga, same spoilery czyli cała historia opowiedziana! No ale nieraz już to mówiłam, notuję tu obejrzane radzieckie filmy, by móc sobie szybko przypomnieć, o czym były :) z moją pamięcią to bardzo przydatne!
Oto główni bohaterowie: Zosia i Gosza. Kończą szkołę i wreszcie nic nie będzie przeszkadzać ich miłości. Ale oczywiście jest i ta trzecia - Dina, rozpieszczona córeczka wojskowego, z nadopiekuńczą matką, która zdobędzie jej w razie potrzeby nawet gwiazdkę z nieba. Dina zakochana jest w Goszy po uszy i staje na tychże (no dobrze, niech będzie, że na głowie), by odbić Goszę Zosi - a mamusia jej dzielnie sekunduje. Tymczasem Zosia nie am wsparcia w rodzinie: jest jedynaczką, wychowaną co prawda w inteligenckim domu, ale brak w nim ciepła i bliskości, za to mocno podkreśla się konieczność zapewnienia osobistej przestrzeni, niewłażenia wzajemnie z butami w życie... do tego stopnia, że ojciec nie ingeruje nawet, gdy widzi, że u córki chłopak spędził noc. Matka bezustannie wisi na telefonie rozmawiając z kochankiem, ojciec zagryza wargi i milczy...
Dina - ta trzecia.
Brak uwagi dla córki w rodzinie Zosi symbolizuje jej czarny fartuch w dniu ostatniego dzwonka (zamiast białego, odświętnego, jak u reszty dziewcząt) - matka nie zainteresowała się, w czym córka wychodzi do szkoły w tak ważnej chwili. Ja bym na to nie zwróciła specjalnej uwagi, bo nie znam tych radzieckich obyczajów, ale przeczytałam całą dyskusję na temat filmu i to mnie oświeciło :)
Konsekwencje spędzenia wspólnej nocy są wiadome z góry. Na szkolnym balu dochodzi do decydującej rozmowy między Zosią a Goszą - chłopak nie chce brać na siebie odpowiedzialności, chce zachować wolność, bo na niej mu najbardziej zależy. I daje się pociągnąć do tańca Dinie. Z czego szybko, zbyt szybko, rodzi się małżeństwo.
Zosia tymczasem wędruje do szpitala, gdzie matka załatwia jej skrobankę, tłumacząc, że teraz najważniejsze są studia, nie może sobie zawiązywać życia tak wcześnie. Dziewczyna jednak w ostatniej chwili podejmuje samodzielną decyzję i ze szpitala ucieka. Urodzi to dziecko na przekór wszelkim namowom i trudnościom.
Nie chce jednak być zależna od rodziców. Znajduje pracę na budowie (w biurze), dostaje pokój w hotelu robotniczym, wreszcie rodzi synka. W międzyczasie jej rodzina całkiem się rozpada: matka odchodzi do jednego z kochanków, ojciec też się szybko pociesza. Gdy oboje pojawiają się przed porodówką, Zosia posyła im karteczkę - "nieźle razem wyglądacie"... ale czy sklei się to, co raz pękło?
Koniec filmu jest niejednoznaczny: Zosia spotkała Goszę, który rozstał się z Diną i chciałby zobaczyć syna - jednak nie wychodzą razem ze szkoły, gdzie odbywał się zjazd wychowanków, może jeszcze się zejdą, a może to, że Zosia odchodzi zdecydowanym szybkim krokiem, nie oglądając się już na oświetlony budynek szkoły, oznacza, że zostawia za sobą przeszłość, że miłość do Goszy, który nie zdał egzaminu, przeminęła... Zosia dorosła, dojrzała, ale mimo gorzkich doświadczeń nie straciła wiary w ludzi i pewnie znajdzie jeszcze w życiu miłość.
Główne role zagrali Elena Cypłakowa, Siergiej Nasibow i Jewgienija Simonowa. Znałam do tej pory tylko tę ostatnią, a to głównie z serialu DZIECI ARBATU, gdzie była matką Saszy Pankratowa. Tu tymczasem mogłam ją zobaczyć taką młodziutką.
A teraz sobie przeglądam filmografię Cypłakowej i widzę, że też się dobrze znamy: grała córkę kapitana w jednej z nowel filmu SZAG NAWSTRIECZIU i jeszcze w filmie MY IZ DŻAZA.
piątek, 4 października 2013
Georges Simenon - Les scrupules de Maigret
Impulsem do sięgnięcia po kolejnego Simenona były dwa filmy: pierwszy to... Sokół maltański - czyli film amerykański... ale miałam go z francuskimi napisami :) A potem obejrzałam już w oryginale rodzimą produkcję francuską czyli świetny film Le Prénom. I tak oto zachciało mi się po francusku znów poczytać, po dwumiesięcznej przerwie. Pomysł, by wziąć ten akurat tomik, był podwójnie dobry - otóż otwieram go, a tu... pięć banknocików po 100 zł, które Bóg wie kiedy i po co schowałam :) Takie niespodzianki to ja poproszę częściej!
A więc, jak widzimy, cenna pozycja.
Maigret ma skrupuły. W jego biurze pojawił się któregoś styczniowego dnia, gdy nic się nie działo, sprzedawca zabawek z wielkiego magazynu - specjalista od kolejek elektrycznych. Xavier Marton podejrzewa, że jego żona jest niestabilna psychicznie i chce go otruć, znalazł nawet w schowku na szczotki flakon jakiejś trucizny. Maigret musi przerwać rozmowę i wyjść na chwilę do szefa - gdy wraca, w jego biurze nie ma już nikogo. Ale jeszcze tego samego dnia odwiedza go... żona Martona, też uważająca męża za chorego psychicznie. Żadne z nich nie złożyło doniesienia, Maigret ma więc związane ręce, ale obawia się, że sytuacja dojrzewa do tragicznego rozwiązania i każe śledzić dziwną parę. Okazuje się, że w domu jest ta trzecia - siostra Mme Marton, która niedawno owdowiała i zajmuje się prowadzeniem siostrze i szwagrowi gospodarstwa domowego. Jak się można było domyślić, wdówka ma romans ze szwagrem, a Mme Marton z właścicielem sklepu z luksusową bielizną, w którym pracuje. Mimo dyskretnego nadzoru dochodzi do tragedii: Xavier Marton umiera otruty, a sprawczynią mogła być tylko jedna z kobiet. Komisarz zaczyna przesłuchanie...
Początek:
i koniec:
Wyd. Presses de la Cité Paris 1958, 185 stron
Z własnej półki (kupione w antykwariacie 25 stycznia 1988 roku za 360 zł)
Przeczytałam 3 października 2013
NAJNOWSZE NABYTKI
Wyszedł kolejny przewodniczek z serii wydawnictwa Vis-à-vis/ Etiuda, poświęcony tym razem historycznej dzielnicy Garbary. Nie mogłam przejść obojętnie :) to miejsce, z którym się czuję mocno związana, tu mieszkałam przez jakiś czas w czasie studiów, tu uczęszczałam na zajęcia, tu mieści się ukochana biblioteka na Rajskiej, tędy wreszcie udaję się w domowe pielesze obecnie.
Mam tu tylko jeden sklep "obrażony" (małpa odłożyła mi buty do następnego dnia, bo terminal był nieczynny, po czym... je sprzedała, a potem twierdziła, że źle zrozumiała), a to już sukces!
I na koniec taka sprawa. Stuknęło mi sto tysięcy. Nie żeby na koncie (niestety), ale za to na liczniku blogasia. Z tej okazji postanowiłam obdarować losowo wybranego/ą czytelnika/czytelniczkę albumem (starym, ale jarym, naprawdę w dobrym stanie) na oczywisty temat czyli krakowski - no nie mogło być inaczej.
Muzea Krakowa, album wydany przez Arkady w 1981 roku.
A więc chętnych proszę o zgłaszanie się w komentarzach.
piątek, 27 września 2013
Michał Szołochow - Cichy Don
Ech, stęskniłam się. Za czytaniem i za blogiem, za dialogiem z Wami. Dziwny to był jakiś czas. Remont szczęśliwie dobiegł końca i nastąpił intensywny tydzień sprzątania - wręcz zbaraniałam, jak weszłam do domu i zobaczyłam tony kurzu dosłownie wszędzie. A trzeba tu zaznaczyć, że pookrywałam co się dało folią malarską. Guzik to dało, mało tego, poprzyklejałam ją do mebli i ścian szarą taśmą pakową... to nie był najlepszy pomysł, taśma wżarła się w ścianę i mam teraz w wielu miejscach apetyczne placki :) Pierwsza myśl była: trza tera malować... ale szybko ją wyparłam... co to to nie, dość tego burdelu, chcę pożyć normalnie. Ale łazieneczka i toaleta cacuś :) po miesiącu już się przyzwyczaiłam, ale przyznam Wam się (ćś, nikomu nie mówcie), że przez pierwsze dwa tygodnie bez ustanku chodziłam tam, zapalałam światło i napawałam się widokiem :) No i co najważniejsze, nagle zapałałam miłością do porządków. To ważne z tego względu, że już czasu (i energii) na czytanie nie wystarczyło.
Dosłownie przyrosłam do ściery. No bo wiecie, jak się ma coś w domu nowego, to chciałoby się i inne stare zmienić lub przynajmniej doprowadzić do względnego stanu nowości. Więc na przykład poświęciłam dużo czasu (do omdlenia ręki) na doszorowanie spodów garnków :) spędziłam trzy popołudnia jeżdżąc po supermarketach i centrach handlowych w poszukiwaniu nowego rusztu do kuchenki gazowej (nie ma! mogę sobie kupić nową kuchenkę, to będę miała nowy ruszt! w końcu znalazłam go w sklepiku z częściami zamiennymi do sprzętu AGD, o którym powiedział mi kolega); naprawiłam sprzęt RTV, a nawet nabyłam baterie do pilota od starego magnetowidu i wreszcie mogłam ustawić godzinę na wyświetlaczu, której nie było od ostatniego braku prądu; ba! zaczynam przemyśliwać o przywróceniu do życia starego gramofonu... a poza tym wszystkim chodzę ze ściereczką, przecieram tu i tam, latam polerować nowe baterie w łazience po każdej kapniętej kropelce - słowem, dostałam kota.
Nie wiem, jak to się skończy. No bo - albo albo. Albo sprzątamy albo czytamy. Tymczasem nagle okazało się, że można żyć bez czytania. Może nie całkiem, ale tak trochę. Można leżeć w łóżku i zamiast zagłębiać się w losy powieściowych bohaterów - błądzić wzrokiem po pokoju i zamyślać się o tym i owym. Można też być wieczorem tak zmęczonym, że żadna książka nie nęci. I tak oto czytałam cztery tomy Szołochowa przez bity miesiąc. Szło mi różnie: wkurzały mnie sceny batalistyczne, te dłużące się opisy bitew, te wiece - ale zachwycały opisy życia kozaków w chutorze, ich zwyczajów. Zafascynowała "nielegalna" miłość Grigorija i Aksinii, choć na początku to bym dupsko obiła obojgu :) Głęboko do serca trafił Pantelej Prokofiewicz, co za zwariowany starzec! Opisy przyrody, stepu, zmieniającego się wraz z rytmem pór roku Donu - to też cudne. I stało się tak, że gdy zaczęłam czwarty tom, okazało się, że jestem już w Cichym Donie zakochana i co teraz, gdy się wkrótce skończy? Oczywiście złośliwość losu spowodowała, że właśnie ten czwarty tom poszedł mi najszybciej :)
Ciągle tam, wiecie, jedli kapuśniak. Nie macie pojęcia, jak zatęskniłam za kapuśniakiem, takim domowym! A ja nie umiem gotować i jedyną zupą, jaką przyrządzam, jest jarzynowa na mrożonce... gdybym tak trafiła do kurenia Melechowów w porze obiadowej, to wtrząchnęłabym miskę kapuśniaku z taką grubą pajdą chleba - ja, co w tym roku kromeczki najmniejszej pieczywa w ręku nie miałam (dieta!). Odżałowałabym!
Oczywiście, istnieje teoria, że Szołochow podwędził powieść komu innemu, że znalazł ją w kuferku po jakimś poległym i podał za swoją. W gruncie rzeczy wszystko mi jedno, kto napisał, w końcu czy Szołochow czy Kriukow - to dla mnie puste nazwiska... ale jednak kołacze mi się myśl, że książka jest wyraźnie nierówna: te nudne sceny wojenne, pełne wyliczeń nazwisk i batalionów, godnych raczej historyka niż pisarza kontra świetne typy ludzkie i ich wciągające historie. Może rzeczywiście pisało ją dwóch ludzi?
Teraz przede mną odkrycie filmu i to w dwóch wersjach. Choć zdaje się, świat zgodnie stwierdził, że ta nowsza, Bondarczuka, jest do kitu. No i faktycznie: Ruppert Everett jako Grigorij, doński kozak? No weźcie!
Początek pierwszego tomu:
i koniec czwartego i ostatniego:
Wyd. Czytelnik Warszawa 1972-1973, wyd.XVI, stron 469 + 469 + 511 + 589
Tytuł oryginalny: Тихий Дон/ Tichin Don
Tłumaczyli: Andrzej Stawar i Wacław Rogowicz
Z własnej półki
Przeczytałam 24 września 2013
NAJNOWSZE NABYTKI
Odpuściłam ostatnio nie tylko czytanie, ale i kupowanie (książek, poświęciłam się bowiem polowaniom na miski i inne akcesoria łazienkowe). Przytrafiły mi się jedynie dwie pozycje. Jedną znalazłam w Taniej jatce i nie mogłam przejść obojętnie koło ceny 14 zł, macałam przecież kiedyś tę książkę w księgarni, ale kosztowała wówczas 40 zł...
Zbiór szkiców Kraków i Galicja wobec przemian cywilizacyjnych (1866-1914) wydał UNIVERSITAS w 70 rocznicę urodzin prof. Franciszka Ziejki.
Druga pozycja wynikła jeszcze większym przypadkiem. Mam w domu dwa pierwsze tomy z cyklu Kino, wehikuł magiczny. Kolejne dwa wyszły w ciężkich dla mnie finansowo czasach, gdy dziecko było małe. Tymczasem dziecko dorosło i gdy coś ostatnio gadałyśmy o filmach (a udziela się ono znacznie na Filmwebie) sięgnęłam po któryś tom, by jej coś pokazać. Zatęskniło mi się za następnymi. Zerknęłam na allegro, a tam ceny horrendalne za te tomy, których nie mam! Najniższa była za tom piąty, bo niecałe 90 zł, no ale jeszcze przecież trzeba doliczyć koszty przesyłki (a lekkie to nie jest). Jednakże przypomniało mi się, że chyba kiedyś widziałam ten piąty tom w Księgarni Akademickiej. Łaps za telefon - jest! I to w cenie 51 zł! Cóż było robić, jak nie łapać okazję; zaraz po robocie poleciałam i nabyłam :) i cały wieczór się cieszyłam i podczytywałam. Wielki szacun dla pana Garbicza, że tak uparcie i konsekwentnie produkuje kolejne tomy.
Upolowałam wrześniowy numer miesięcznika KRAKÓW:
A w nim sporo interesujących artykułów:
- o benedyktynkach w Staniątkach
- o Muzeum Lotnictwa
- jak zwykle świetny artykuł Jana Rogóża o ulicy Gołębiej
- o mauzoleum królowej Bony w Bari
- o ostatnim z rodu Pusłowskich
Wyszedł też nowy numer ALMA MATER, w całości poświęcony botanice krakowskiej:
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















































