środa, 8 września 2021

Alina i Czesław Centkiewiczowie - Zaczarowana zagroda

Słuchajcie, słuchajcie! 

Pożyczyłam tych Centkiewiczów razem z Kasią, bo oni też wywaleni z listy lektur. A tu Monika pod poprzednim postem napisała tak:

Gorsza tylko wydaje mi się (też niedawno odświeżona) Zaczarowana zagroda.

To szybciutko wyciągnęłam i machnęłam.

I teraz nie wiem. 

Nie wiem, czy taka okropna? Owszem, dla mnie tematyka mało interesująca: jakaś Antarktyda, jakieś pingwinki, jakiś profesor ze stacji badawczej. Ale myślałam, że dzieci lubią książki o zwierzętach... A tu jest o tym, jak to profesor postanowił pingwini zaobrączkować i zagonili je do zagrody, a rano pingwinków nie było. Sytuacja powtórzyła się następnego dnia. Tajemnicę zniknięcia zwierzaków wyjaśnił dopiero pilot śmigłowca, który przyleciał do stacji. Chodziło o to, że pingwinki były bardzo zmyślne i wdrapywały się jeden po plecach drugiego, żeby dać dyla.

Jest to króciutka książeczka, może już dla pierwszej klasy, a może dla drugiej. Wyjaśnia dzieciom, po co to całe obrączkowanie. 

Moniko, więc czemu jeszcze gorsza? Jako osoba mająca zawodowo do czynienia i z małymi i z dużymi czytelnikami wyjaśnij mi 😁 Może staromodna jakaś? Że to już dzieci nie interesuje?

Ale wiesz, pytam serio, jak by co 😏 

Centkiewiczów się czytało w dzieciństwie Odarpi, syn Egigwy i aczkolwiek tytuł wrył się w pamięć, samej akcji nie pamiętam. A być może to mam? 


 Początek:

Koniec:

Wyd. Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1982, 19 stron

Z biblioteki

Przeczytałam 5 września 2021 roku


Dziś ubogo na blogasku, bowiem chcę opowiedzieć o swoim czeskim, ale ponieważ właśnie kończę książkę po czesku, to dam to tematycznie przy poście o niej. Podzielę się więc tylko refleksją z dzisiejszego dnia pracy. Otóż muszę sobie zapamiętać, że jak mam jakieś swoje prywaty do zrobienia/załatwienia, to nie powinnam odkładać tego na koniec dnia roboczego. Bowiem Derechcja ni z tego ni z owego potrafi powiedzieć o trzeciej, że już możemy iść. Tak jak dzisiaj. I wtedy co? Zostaję z ręką w nocniku.

Ale dziś akurat nie robiłam nic pilnego, ściągałam sobie tylko filmiki z YT, coby pooglądać w domowym zaciszu w wolnej chwili. Bowiem moja ulubienica z Korei właśnie się przeprowadzała.

Kto chce zobaczyć, jak wygląda przeprowadzka z jednego osiedla na drugie (większość wynajmujących takie przeprowadzki uskutecznia co dwa lata), voilà.

  

Ach, no bo wiecie - wczoraj skończyłam oglądanie tego koreańskiego serialu NAVILLERA, o emerycie pragnącym nauczyć się baletu, więc klimaty azjatyckie są mi bardzo bliskie. Przy czym koreańskiej rzeczywistości jest o wiele więcej w youtubowych filmikach, to chyba jasne 😁 Serial jednak, mimo poważnych tematów, był po trosze bajką. Nawiasem mówiąc, internety mówią coś o K-dramach, a ja, wstyd się przyznać, nie wiem, co to jest, więc idę szybciutko poszukać, a potem - MARSZ.  

To okropne, jak wcześnie robi się ciemno, prawda?

niedziela, 5 września 2021

Mira Jaworczakowa - Oto jest Kasia

 

Tak więc pożyczyłam z biblioteki świeżo wycofaną lekturę szkolną. Miałam, wiecie, taką potrzebę przekonania się, co z nią nie tak i dlaczego wyleciała ze spisu.

Cóż, moim zdaniem, NIC nie jest z nią nie tak - wręcz przeciwnie, jest idealnym punktem wyjścia dla rozmowy z dziećmi o tym, jak powinno wyglądać życie rodzinne - bo drugoklasistka Kasia ma wielki problem ze swoim statusem w domu: oto nagle mama gdzieś wyjechała, tata zapowiada, że wróci ze wspaniałą niespodzianką, Kasia liczy na niebieskie filiżanki dla lalki, a tu mama pojawia się z jakimś wrzeszczącym becikiem i biedna dziewczynka, która do tej pory była oczkiem w głowie, schodzi na dalszy plan. A więc bunt. Piątkowa do tej pory uczennica zaczyna łapać dwóje, bo przecież trzeba jakoś ściągnąć na siebie uwagę. A przy tym Kasia już wcześniej zdążyła nam objawić swój paskudny charakter księżniczki, niestety, rozpuszczone dziecko i ogromne błędy wychowawcze rodziców...

Może więc chodzi o to, że rodziców należy pokazywać jako chodzące ideały? 

E tam, pewnie chodziło tylko o to, żeby zrobić miejsce innej, prawilniejszej lekturze. Oto wkracza triumfalnie na listę lektur dla klas I-III takie coś: Piotr Kordyasz, Lolek. Opowiadania o dzieciństwie Karola Wojtyły. 

Pamiętam, że za moich czasów były takie opowieści o dzieciństwie Lenina. Jakże żałuję, że nie dotrwały - chętnie bym sobie uczyniła porównanie 😎

Początek:

Koniec:

Wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2005, 157 stron

Z biblioteki

Przeczytałam 3 września 2021 roku


Miałam wczoraj bardzo pozytywny dzień. Przyjechała kuzynka z Niemiec ze swoją wnuczką i mieliśmy rodzinne spotkanie u brata. Może i fajnie mieć dom z przyległościami, móc zjeść obiad na dworze przyglądając się tym, no, tam...

Ale gdy usłyszałam, jak to brat znalazł w pokoju dwa zaskrońce, odechciało mi się wszystkiego 😁

Wracając jednak do wizyty kuzynki. Trochę się obawiałam tego spotkania, bo to i bariera językowa i tak ogólnie, wiadomo, jak się lubi takie okazje 😏

Tymczasem było fantastycznie, ale myślę, że zawdzięczamy to również kuzynowi, który służył za tłumacza, a który okazał się bardzo zainteresowany wspólną historią rodziny. Namawia Ojczastego na jej spisywanie, czy mu się uda, zobaczymy (bo ja też kiedyś próbowałam).

Nawiasem mówiąc, Ojczasty (w przyszłym miesiącu 92 lata) raczej nie dopuszcza myśli, że miałby w tej dziesięciolatce umrzeć 😁 Wyraził się następująco:

- Hm, może to już ostatnie spotkanie, bo i bratanica już w latach...

Bratanica młodsza o lat dwadzieścia od niego, ale najwyraźniej uważa, że prędzej ona niż on 😂😂😂


Ojczasty opowiadał między innymi, jak to, przed wojną jeszcze, wraz z młodszym bratem postanowili ruszyć w świat. Szli wzdłuż torów i zainteresował się nimi jakiś kolejarz, w końcu dwaj kilkuletni chłopcy. Co wy tu robicie? No, w świat idziemy.

- A to idźcie, idźcie, tylko nie torami, ale obok.

Tyle go obszedł los dzieciaków 😜 


 

Poza tym minęły pierwsze trzy dni w pracy po wakacyjnej przerwie, podpisałam umowę na cztery miesiące (na starych warunkach), więc do końca roku mogę się nie martwić. Toteż nawet świadomość, że od teraz przez kolejnych jedenaście miesięcy życie znów będzie się toczyć w rytm budzika, dzień w dzień, niespecjalnie mi doskwiera 😎



piątek, 3 września 2021

Anna Mularczyk-Meyer - Minimalizm dla zaawansowanych

Ale wiecie, że pogardzanie poradnikami, tak wszystkimi en masse, wcale nie świadczy o tym, że pogardzający ma rację?

Zaczynam nabierać do nich przekonania. Pewnie, że są różne i po pozycje z gatunku Jak zarobić milion dolarów w dwa tygodnie nie planuję sięgać, ale wybrałam ich z katalogu bibliotecznego i umieściłam na wirtualnej półce sporo (głównie o tematyce minimalistycznej i zerowastowej, może potem jeszcze to rozszerzę?). Bo stwierdziłam, że te, które przeczytałam do tej pory, w czymś mi pomogły, coś mi dały. 
 

Nie jest tak, że robię sobie notatki i wypisuję punkty, zresztą nie wszystkie pomysły jestem w stanie zaakceptować (przynajmniej na dziś) i nie wszystkie problemy, z jakimi borykała się autorka, mnie dotyczą. Ale historie z życia wzięte zawsze bardziej przemawiają do wyobraźni niż sucha teoria. A w drugiej części poradnika oprócz własnych doświadczeń autorki są też historie innych osób, bardzo różnych - i ich świadectwa wydają mi się bardzo cenne. Widzę, jak można uporządkować swoje życie w momencie zagrożenia śmiercią, ale też widzę, jak bardzo można się zafiksować na minimaliźmie i jak wielki mieć problem z rzeczami nawet w sytuacji, gdy większości z nich się pozbyło.

 Początek:

Koniec:

Wyd. Black Publishing, Wołowiec 2015, 165 stron

Z biblioteki

Przeczytałam 2 września 2021 roku


A teraz co wyniosłam na początek (spisuję dla dokumentacji i ewentualnych późniejszych porównań):

-  część czasopism wnętrzarskich, z których opróżniłam półkę, tę przeczytaną część - i ona była łatwiejsza, bo te wypasione pisma są pełne luksusowych wnętrz (których nigdy nie zobaczę w realu) oraz jeszcze bardziej pełne luksusowych reklam, więc nie żal wydawać; te, które jeszcze zostały, są skromniejsze, pokazują mieszkania w blokach - i te będzie mi trudniej wydać

- radiomagnetofon (CD dawno już nie działało, kasety magnetofonowe też dawno wydane, a radio... nie ma czego słuchać) - na jego miejscu stanęła paprotka, dzięki czemu zrobiło mi się znów więcej miejsca na biurku

- wielkoformatowe zdjęcie podklejone na czarnym kartonie, wygrane raz w konkursie Podgórza - nigdy nie zdobyłam się na oprawienie go i powieszenie gdzieś

- wiklinowy niski taboret, przywleczony kilka miesięcy wcześniej spod innego bloku, że niby będzie pod kwiatka - nie był i w sumie zawadzał, przestawiany z miejsca na miejsce

- białe krzesło thonetowskie, również znalezione pod blokiem (tyle że dawno), nieco sfatygowane, poprzedni właściciel pomalował mu siedzenie na żółto, co było dość wesołe; okazało się z czasem, że jedyną jego funkcją było służenie jako miejsce do odkładania wszystkiego

- zepsuty aparat foto (chyba od trzech lat leżał w szufladzie, tak mi się ciężko z nim było rozstać) oraz równie zepsuta suszarka - ta padła ponoć na drugi dzień po moim wyjeździe do Pragi, więc świeżynka; czekałam na termin opróżniania Ekopudełka na osiedlu - pierwszy czwartek miesiąca - zakładając, że skoro w Ekopudełku się nie mieszczą, ten, kto przyjedzie, mimo wszystko zgarnie je z chodnika przed

- dziś wystawiłam bożonarodzeniową latarenkę (jeszcze jest, ale może ktoś się skusi)

To chyba tyle... Na razie ofkors 😁

Tymczasem wszedłszy za córką do sklepu kupiłam sobie golfik... taki to minimalizm i ograniczanie się w zakupach 😁 ale po pierwsze primo chciałam ten kolor, żeby się odmłodzić, a po drugie mam naszykowanych pięć sukienek do wywiezienia, więc no... 

Tu proponuję podziwiać moje umiejętności - bo jak by kto pytał, fotografowałam sweterek, a wyszły mi książki, jak zwykle 😂 Nawiasem mówiąc, ja nie potrafiłam nigdy odpowiednio ułożyć takiego golfa i pewnie się to nie zmieniło, ale na jesieni będę ćwiczyć!

I tutaj powinnam się mocno zastanowić nad sobą. Bo jedna z bohaterek mówi tak:

Jeśli mam miseczkę i zapragnę drugiej, niebieskiej, zastanawiam się, o co w tym naprawdę chodzi. Jeśli o kolor, to niewykluczone, że chodzi mi o morze. 

O co mi chodziło z tym golfem? O morze chyba nie, może o niebo? 😅


Z marszu

Maszeruję sobie Młynówką Królewską i mijam chłopaka z psem. Dogania go dziewczynka, może 11-12 lat. I cóż ona do niego?

- Jak ten czas leci.

Hm. Wcześnie zaczyna.

Ja w wyniku lektury i drobnych przemyśleń postanowiłam się czasowi nie dawać -  znaczy: będę go mieć na wszystko.

Oczywiście, żeby mieć czas na wszystko, należy zredukować ilość wszystkiego, to chyba jasne 😁 Działam w tym kierunku. To ciężkie zadanie, ale myślę, że wykonalne. Zwłaszcza w moim wieku. Akurat wczoraj podczas marszu widziałam taką scenkę: z małej uliczki wyjeżdżała Nauka Jazdy. Zatrzymała się na wyjeździe, chyba trochę bojąc się włączyć do ruchu. Za nią nadjechały dwa samochody i ten drugi natychmiast zaczął trąbić. Pomijam chamstwo, bo widział, że ktoś się uczy dopiero. Ale od razu pomyślałam o tej osobie jako o kimś, kto - biedny - żyje szybko. Żal mu było nawet paru sekund, tak się spieszył. Było piękne słoneczne popołudnie, aż się prosiło, by się zatrzymać i docenić jego urodę, urodę życia po prostu. Ten młody człowiek nie mógł, nie miał czasu. 

/oczywiście mogło być i tak, że wiózł żonę na porodówkę, prawda?/ 

Ja jednak postanowiłam ten czas mieć 😜

Ilekroć wychodzę teraz na to moje maszerowanie (czyli codziennie) absolutnie mi na nie nie żal czasu, nie robię planów, nie układam w myślach kolejności następnych działań. Tu i teraz.


poniedziałek, 30 sierpnia 2021

Anna Mularczyk-Meyer - Minimalizm po polsku

 Niewątpliwie coś musi być na rzeczy, że sięgnęłam po kolejny poradnik na temat minimalizmu. Nadmiar ubrań, książek, papierów musi mi doskwierać, prawda?

I faktycznie doskwiera. Przy czym gdyby podzielić ten nadmiar na dwa podstawowe działy (ubrania/książki) to okaże się, iż ubrań jest za dużo i jednocześnie za mało (czytaj nie mam się w co ubrać), z czego jasno wynika, że po prostu te, które są - nie spełniają moich oczekiwań. Książek z kolei jest za dużo w stosunku do powierzchni mieszkania, ale znowu żadnych pozbywać się nie chcę. 

Ale wolnego miejsca w domu chciałabym choć troszeczkę...

Przeczytałam pierwszą część poradnika, zachęcona również tym, że autorka mieszka w blokowym mieszkaniu, jak ja - i poradziła sobie z małą przestrzenią.

W jej wypadku porządkowanie i minimalizowanie nie ograniczyło się tylko do rzeczy, ale przeszło jakby na wyższy poziom. A to oznacza minimalizowanie potrzeb także kulturalnych i duchowych. Wszystko zaczyna się od najważniejszego pytania, które trzeba sobie zadać: czego potrzebuję w życiu, co czyni mnie szczęśliwą. Okazuje się, że najczęściej sami tego o sobie nie wiemy.

Autorka potrzebowała CZASU. Choćby na pielęgnowanie rodzinnych i towarzyskich relacji, odkładanego zawsze na później. Potrzebowała wolniejszego tempa życia. Wymagało to podjęcia bardzo trudnych decyzji - na przykład rezygnacji z etatowej pracy, co, trzeba przyznać, jest swego rodzaju heroizmem 😀 Bo nie chodziło o to, by zamienić 10 godzin pracy w firmie na 10 godzin pracy w domu - chodziło o to, by pracować mniej. A więc zarabiać mniej - ale za to mieć CZAS. Dla siebie i innych.

Niższe zarobki nie stały się problemem, gdy ogarnęła już wcześniej minimalizm w kwestii potrzeb i opanowała dawny zakupoholizm. 

Oczywiście to nie jest rozwiązanie dla każdego, nie każdy zresztą mógłby pracować na własny rachunek w swoim zawodzie. Autorka jest tłumaczką i przewodnikiem, więc miała pod tym względem łatwiej (choć i tak wszyscy naokoło się dziwili, że rezygnuje z etatu). Zresztą nie każdy potrzebuje aż takich rozwiązań. Ale generalnie autorka namawia do głębokiego przemyślenia, co chcielibyśmy robić w życiu - i nie odkładać na potem. Ani na weekend, ani na urlop, ani na emeryturę. I podaje jeden charakterystyczny przykład, który wstrząsnął nią osobiście. Był to przypadek jej dentysty, ewidentnie pracoholika. Mieszkał w zabytkowej willi w malowniczej dzielnicy Krakowa, ale do rana do wieczora widział świat tylko przez okno gabinetu w przyziemiu. Nie miał czasu nawet na wakacje. Aż tu nagle znalazł się w szpitalu w śpiączce, a potem zmarł po ciężkiej chorobie. Być może dlatego, że nie umiał zachować równowagi między życiem zawodowym a prywatnym.

Autorka pisze, że jesteśmy ciągle atakowani milionem bodźców również w sferze kulturalnej, duchowej i że również tutaj przydaje się minimalizm. Wszystkiego nie zobaczymy, nie przeczytamy, nie odsłuchamy. Co prawda Rosjanie twierdzą, że owszem, całej wódki świata nie wypijesz, ale starać się trzeba, jednak Mularczyk uważa, że tego rodzaju starania przynoszą kolejne stresy i rozczarowania (i nie mowa tu o alkoholu). Wygaszanie pragnień, taki jest tytuł jednego z rozdziałów. A z tym tez mam problem. Ciągle przecież powtarzam, że muszę przeczytać swoje książki, zanim umrę, obejrzeć filmy...

To mi się pięknie wstrzeliło w taką sytuację. Po powrocie z Pragi chciałam nadrobić zaległości w ściąganiu audycji z czeskiego radia. I oto ZONK - cóż się okazuje? Czeskie radio zlikwidowało możliwość ściągania ich programów - można już tylko odsłuchać online. Bardzo się wkurzyłam, bo przecież chcę ograniczać siedzenie przed laptopem w domu do minimum, podczas gdy takie ściągnięte nagranie mogę sobie odsłuchać o dowolnej porze. 

A potem pomyślałam, że nie ma tego złego... w końcu nagromadziłam już tych nagrań całą furę, to jedyna okazja, żeby wreszcie ich słuchać, a nie zładowywać ciągle nowe 😏

Początek:

Koniec:

Wyd. Black Publishing, Wołowiec 2014, 189 stron

Z biblioteki

Przeczytałam 29 sierpnia 2021 roku

 

Stosunek autorki do książek nie jest moim stosunkiem 😜 Mianowicie pozbyła się większości. Zaczęła od tych dla dzieci i młodzieży. No przecież w życiu bym nie wydała! Mnie do tego baaaardzo daleko! Ale tak na początek właśnie sobie myślę - czy te historie literatury i słowniki pisarzy jest sens trzymać? Skoro wszystko jest w internecie?


 

Byłam u Ojczastego i nie da się ukryć: albo sprzątasz albo się oszczędzasz. Nawet jak usiłujesz doszorować po miesiącu kuchenkę, to pochylasz się do przodu, a nie w pozycji na baczność, tak? Niestety, już wczoraj wieczorem odczułam skutki, a w nocy nie mogłam się ułożyć, żeby nie bolało. Żadnego pucowania w najbliższym czasie!

W Dżendżejowie przed dworcem PKP powstało Centrum Komunikacyjne, jak to szumnie nazwali. Jak widzimy, nie ma to nic wspólnego z minimalizmem. No cóż, pomyślałam, Unia daje - trzeba brać. A' propos, jak tam w Dżendżejowie z LGBT?

Cztery perony dla autobusów, ławki, kosze, zadaszenie, zamykana poczekalnia, WC. Obok parking, 48 miejsc dla rowerów również pod zadaszeniem, znów ławki, zegar słoneczny, kolumienka z płaskorzeźbami... No wypas.

Faktem jest, że kontrast z poprzednim przystankiem autobusowym jest spory 😁

No ale. 

Powstaje oczywiście pytanie, po co to i dla kogo w kilkunastotysięcznym miasteczku? Zajrzałam do internetów, które powiedziały, że będą stamtąd odjeżdżać autobusy miejskie (chyba 2 linie) oraz przewoźnicy prywatni, którzy gdzieś tam jeżdżą na wioski, pewnie tylko busami. Oczywiście nie mam pojęcia, jaki ruch może być w tym miejscu (nie było żadnego w niedzielne popołudnie około 17.00, ale to normalne, w tygodniu jest inaczej). I również oczywiście ciśnie się na usta przymiotnik przeskalowane.

Z drugiej strony baron Haussmann też miał wizję, która wówczas mogła się wydawać mocno przesadzona (o kosztach nie wspominając). A wyszło na jego. Co prawda córka się mało nie posikała ze śmiechu, że porównuję Dżendżejów do Paryża, ale przecież trzeba równać do najlepszych, n'est-ce pas? 

Być może władze miasta zakładają, że ludzie będą wracać do komunikacji publicznej, rezygnując z samochodów. Rzecz jak najbardziej chwalebna, tylko wymagająca czego? No właśnie regularnej komunikacji publicznej, i to nie dwa busy dziennie. Ale małymi kroczkami...

Teraz jeszcze tylko - byłoby dobrze, gdyby ta poczekalnia jednak miała otwarte drzwi, a nie była zakluczona na amen 😁 (no tak, co zrobić z bezdomnymi?) oraz gdyby na drzwiach toalety nie wisiała kartka Nieczynne do odwołania. Bo Centrum Komunikacyjne jest czynne już od miesiąca.

piątek, 27 sierpnia 2021

Maj Sjöwall, Per Wahlöö - Policie pomo pije

 

No to przeczytałam i realizuję plan (że dwie książki po czesku w każdym miesiącu przeczytam) 😀

Jedna z sześciu książek wyszperanych z pudeł po 10 koron w antykwariacie Spálená 53, odkrytym chyba już za pierwszego pobytu w Pradze.

Doprawdy trzeba być mocarnym siłaczem jak ten po lewej, żeby oprzeć się tamtejszym pokusom. Całość składa się z dwóch części: księgarskiej i antykwarycznej, ale obie są ze sobą połączone i płynnie przechodzą jedna w drugą. Tam, gdzie stoi pan w niebieskim, pudła z książkami po 10 koron leżą na podłodze wzdłuż całego korytarza, a w samym antykwariacie jest jeszcze wielki regał w takiej samej cenie, ale tam już nie mam siły przeglądać, to zbyt wiele na mnie 😁

Jeszcze w Pradze machnęłam połowę, co znaczy, że - dobrze się czytało, wziąwszy pod uwagę codzienne wieczorne zmęczenie 😏

Tej szwedzkiej spółki autorskiej czytałam tylko dwie powieści (Człowiek z Saffle i Śmiejący się policjant), coś tam jeszcze po drodze zyskałam, co czeka. A to jest kryminał w oryginale noszący tytuł Polis, polis, potatismos! czyli jakby Policja, policja, purée ziemniaczane, będący po prostu grą słów (chodziło o to, co wykrzyknął pewien malec na widok dwóch policjantów raczących się parówkami na ulicy). Powieść wyszła w Polsce w 2010 roku pod tytułem Morderstwo w Savoyu. Pierwsze szwedzkie wydanie - z 1970.

Maj Sjöwall, Per Wahlöö byli znani ze swych lewicowych poglądów, którym w twórczości dawali jak najbardziej wyraz, krytykując socjaldemokratyczny model państwa. Nie inaczej jest i tutaj. Bohaterem jest jak zwykle Martin Beck z wydziału zabójstw policji w Sztokholmie, a sprawa, którą się zajmuje, to zabójstwo pewnego bardzo bogatego i wpływowego biznesmena. Dużo przy tym gorzkich uwag zarówno na temat samej policji, jak i ogólnie szwedzkiego społeczeństwa, rozwarstwienia ekonomicznego i klasowego, stosunku do imigrantów... Wszystko kręci się wokół pieniądza. Jest to jednocześnie czas ruchu hippisowskiego, czas narkotyków, czas nadziei na coś innego. Ale ta nadzieja istnieje już tylko dla młodych.

Początek:

Koniec:

A teraz - ha ha - niespodzianka! Półka!

Albowiem dokonałam wielkiego, wielkiego wysiłku i WSZYSTKIE książki, które były na podłodze (w ilości 24 sztuk) dostały swoją lokalizację!

Wyd. Odeon, Praha 1987, 250 stron

Tytuł oryginalny: Polis, polis, potatismos!

Przełożył ze szwedzkiego na czeski: František Fröhlich, moim zdaniem bardzo dobrze, choć nie mnie to oceniać... ale gdy wrzuciłam jego nazwisko do googla, okazało się, że był bardzo cenionym tłumaczem z języków skandynawskich i angielskiego, uczył przekładu na uniwersytecie, tłumaczył dla teatru (Ibsena na przykład)

Z własnej półki (kupione 13 sierpnia 2021 roku za 10 koron)

Przeczytałam 26 sierpnia 2021 roku


Ciemno jak wiadomo gdzie, pochmurny dzień będzie widać, więc zdjęcie nieostre, ale musiałam to zdokumentować!

Otóż uwolniłam jedną półkę od kartonowego pudła z rozmaitymi wycinkami oraz część drugiej od stosu czasopism wnętrzarskich.

Żebyście nie myśleli, że ot tak, lekką rączką wyniosłam to do śmietnika... nie będę oszukiwać. Plan jest taki, że czasopisma sobie po jednym przeglądam i odkładam do wyniesienia (więc na razie one tylko zmieniły miejsce pobytu, oczywiście na podłogę, tylko gdzie indziej), a co do pudła... wiem, powtarzam sobie, że skoro do niego nie zaglądałam od nie wiem jak dawna, to mi niepotrzebne... ale jednak zanim wyniosę do papieru, to chcę też przejrzeć, czy nie ma tam czegoś ważnego.

Wszystko to ma związek z moją kolejną lekturą, pożyczyłam mianowicie dwie książki o minimaliźmie. Do grubszego działania przystąpię po przeczytaniu. Ale pierwsze wnioski już mam.

No nic, na razie książki uprzątnięte i do maja przyszłego roku nie powinnam mieć problemu (jeśli wytrzymam bez zakupów w Ulubionym Antykwariacie). Kosztowało to mnóstwo pracy, bo przenosiłam jedne na miejsce drugich - a to oznaczało wpisanie właściwej lokalizacji do katalogu dla każdej pozycji. Poświęciłam na to całe wczorajsze popołudnie i pod koniec już mi było niedobrze od tej roboty, ale zawzięłam się i skończyłam 💪💪💪

Właśnie odkrywam, że książka została sfilmowana, ale chyba nie będę szukać tej ekranizacji, wszystkiego i tak nie obejrzę (minimalizm!)...

Apdejt rwo-kulszowy

No jeszcze nigdy chyba nie byłam tak zaopiekowana u lekarza, jak wczoraj (może raz u endokrynologa). Ale żeby w przychodni?!

Zacznę od tego, że sytuacja już drugi rok jest następująca: odeszła moja rodzinna, coś tam się podziało i w rezultacie w całej przychodni obejmującej kilkunastotysięczne osiedle i przyległości jest jeden lekarz na etacie plus jacyś tam dochodzący. Etatowiec ma full pacjentów, więc nie można się dopisać jako do rodzinnego. Gdy w poniedziałek zapytałam o możliwość wizyty, powiedziano mi, że nie trzeba być do nikogo zapisanym i znaleziono mi wolny termin na piątek.

Pani doktor o wszystko dokładnie wypytała, tu mi się kazała pozginać, tu nachylić, tu nogę podnieść etc. i stwierdziła stan zapalny czegoś tam nerwowych (zapomniałam czego jeszcze przed wyjściem z gabinetu, pewnie z wrażenia) w odcinku kręgosłupa lędźwiowego.  

Czyli niekoniecznie dupalgia, jak mówiła przyjaciółka-stomatolożka, niegdyś pracująca w szpitalu (ponoć takich z rwą tak tam określano 😁).

Następnie omówiłyśmy, jak mam siedzieć w pracy (w domu też, jeśli przed komputerem przy biurku - o, właśnie sobie przypomniałam i znów rozkrzyżowałam nogi).

Następnie dostałam instrukcję, że mam w czasie 10-dniowej kuracji nie prowadzić pojazdów mechanicznych (na pewno nie będę) oraz ostrzeżenie, że mogę być otępiała (i tak jestem).

Żeby nic nie dźwigać i nie wykonywać gwałtownych ruchów.

Że gdyby się coś działo w przyszłym tygodniu, to mam przyjść. A jeśli nie, to potem, po jej urlopie, który ma we wrześniu, pojawić się porozmawiać o przyszłości.

Tak.

Słucham się pani doktor, więc poszłam pod wieczór na ten marsz. I wiecie co - od razu lepiej 😁 Znaczy - od razu lepiej człowiek się czuje, jak jest zdiagnozowany.

Jedyny cień padający na całą sytuację jest taki, że dziś jadę do Dżendżejowa, sprzątać. A tu pani doktor mocno się skrzywiła (było widać nawet pod maseczką) i mówi, żeby po kuracji. Hm.

Córka mówi, że ona taka miła, bo nie Polka. Może i dlatego 😀 Ale przecież funkcjonująca w rzeczywistości polskiej przychodni? Więc da się?

środa, 25 sierpnia 2021

Radosław Gajda, Natalia Szcześniak - Archistorie. Jak odkrywać przestrzeń miast?

Żem jest nieprzytomna z powodu, że musiałam się udać do miasta na pobranie krwi, co ze względu na konieczność niezjedzenia wcześniej śniadania jest koszmarne, tak? Zawsze przeżywam to okrutnie - a jeszcze do tego dodajmy, że herbaty nie mogłam pić ani rano ani przez całą noc! A to już tortura!

/tak, piję w nocy herbatę... stoi przy łóżku i jak tylko się budzę - a dzieje się to co najmniej pięć razy w ciągu nocy - biorę łyka i od razu lepiej/

/toteż nie lubię spać gdzieś w gościach, żeby nie sprawiać kłopotu, a jednocześnie nie pozbawiać się podstawowego komfortu/

Ale biblioteka dopomina się o książkę, więc szybciutko napiszę i oddam 😏

Tej pozycji nie wyczaiłam z katalogu, tylko zobaczyłam na półce wśród nowości. Tak, półka z nowościami dostępna! Ciekawe, jak długo to potrwa i czy znów na jesieni pierdyknie, znów pozamykają biblioteki...

Ja tych państwa autorów nie znałam, a tymczasem działają oni na wszystkich frontach, więc pozbierałam do kupy:

- videa na You Tube

- blog

- Insta

- Fb


Wszystko się zgadza z opisem na okładce: w prosty, przystępny i atrakcyjny sposób opowiadają o przestrzeni, która nas otacza. Pewnie, że znakomita większość opisywanych budynków jest znana komuś, kto choć troszeczkę się tą tematyką interesuje - ale autorzy zawsze potrafią dołożyć jakąś ciekawostkę.

Przy okazji: o tych przepisach poniżej nie wiedziałam i teraz się zastanawiam, co konkretnie oznaczają. Mam prawo do trzech godzin bezpośredniego oświetlenia słońcem co najmniej jednego pokoju. Dobrze. Ale całego pokoju? Czy słońca na parapecie i najwyżej metrze podłogi przy oknie?

Temat dla mnie bolesny, jako mieszkanki parteru. I choć odległości między blokami są na naszym osiedlu naprawdę spore, to jednak słońce nigdy mi nie sięgnie aż do łóżka 😒

Dach szedowy. Nigdy nie słyszałam tej nazwy, choć oczywiście ten rodzaj dachu nieraz widziałam. Teraz sprawdzam i widzę, że nazywany jest też pilastym lub zębatym. Widzę też, że gdybym kiedykolwiek spełniła swoje marzenie i przestudiowała dokładnie Słownik terminologiczny sztuk pięknych (którego przez długi czas nie miałam, ale potem znalazł się egzemplarz w pracy - nikomu niepotrzebny i do nikogo nienależący, więc go zacharapciłam 😁), to bym to wiedziała już dawno.


Podobnie nie znałam terminu gdanisko. Ale to sobie usprawiedliwiam tym, że w Krakowie nie ma zamków klasztornych 😜 Strona Kwidzynopedia podaje, że takie latryny powstawały głównie przy zamkach krzyżackich.

 Początek:

Koniec:
A jeszcze dodam spis treści:

Dobrze sobie przy okazji poszperać w internetach, bo o pewnych budynkach się tylko wspomina, a też okazują się fascynujące.

Wyd. Znak Kraków 2018, 305 stron

Z biblioteki

Przeczytałam 24 sierpnia 2021 roku


Skoro już o blogach mowa, to po raz kolejny się okazało, jaki ja jestem naiwniak. Bo wiecie, na tych blogach kulinarnych, niektórych, bo są i takie normalne, zwykłe, ale są bardzo bardzo dopracowane i fotograficznie perfekcyjne - więc na tych blogach przyrządzone potrawy blogerzy prezentują na przykład na pięknym starym drewnianym stole, takim złożonym z desek pełnych sęków. Albo na marmurowym blacie. Albo na Bóg wie jeszcze czym.

I ja tak zawsze podziwiałam, że mają takie stoły i blaty 😂 Małgośka Małgośka, oj głupia ty...

Otóż oglądam jeden z odcinków Violi z Korei, a tam, w 12:30, autorka wchodzi do pokoju, gdzie ostatnimi czasy przygotowywała swoją książkę kulinarną...

  

Oraz MUSZĘ dodać, że obejrzałam już drugi odcinek koreańskiego serialu Navillera, którym się zachwyciła Anka z bloga Anna pisze, i oczywiście to MOJA tematyka, bo stary człowiek 😁 Może nie tak kompletnie stary, bo bodajże 70-latek, emerytowany listonosz (sługą narodu się nazywał), który postanawia wreszcie spełnić marzenie z dzieciństwa czyli nauczyć się baletu. Można się z tego pośmiać, ale dyskutować z tym nie będziemy 😂 Przede mną jeszcze 10 odcinków, więc zobaczymy, jak mu to wyjdzie w praniu, ale wczoraj właśnie oglądałam, jak miał pierwszą lekcję i - jak następnego ranka zwlekał się z łóżka. No wypisz wymaluj jak ja z moją rwą, tylko w lepsze dni 😅

Z czwartkowego poranka

Ponieważ około godz. 2 w nocy, gdym się przebudziła, intensywnie myślałam o wieżowcu Cosmopolitan w Warszawie opisanym również w Archistoriach, uznaję to za znak (choć nie wiem czego) i dodaję wyszukane w internecie zdjęcie, ilustrujące to, co jest niesamowite w tym budynku. Otóż to nadwieszenie (czerwonego koloru na spodzie) ma ponad 11 metrów głębokości! To są te techniczne możliwości naszych czasów... Niestety, ostatni raz byłam w Warszawie chyba w latach dwutysięcznych, więc nie mogłam tego apartamentowca widzieć, a przyznam się, że chętnie stanęłabym na dole i zadarła głowę. Aczkolwiek mniej chętnie bym zamieszkała zaraz w tym zawieszeniu 😁


niedziela, 22 sierpnia 2021

Jan Patočka - Kim są Czesi?

 No i skończyła się ta tegoroczna praska anabaza. Zadziwiające, że gdy wracam do domu z Dżendżejowa, oddycham pełną piersią (a mam czym!) - że przestrzeń, że luz. A tymczasem w piątek, gdym już dotarła do chaty (bardzo dobra podróż tym wiązanym Regio Jetem), wrażenie odniosłam całkiem przeciwne - ciasnota, ciemno. To pewnie związane z tym, że w klasztorze wysokie sufity, białe PUSTE ściany, kafelki w łazience też białe i kabina prysznicowa na całą szerokość łazienki - u siebie bałam się, że się poobijam o ściany 😁

Ponieważ przez cały ten tydzień znów mam problemy, jak przed wyjazdem (boli mnie tam, gdzie plecy tracą swą szlachetną itd. oraz chodzę jak paralityk), tyle że w Pradze brałam tabletki przeciwbólowe, ale ileż można? więc w domu nie biorę - córka zakłada jednak, że to rwa kulszowa i wygania mnie w poniedziałek do lekarza. Oj. Na razie znów smaruję się maścią i widzę, że nawet trochę pomaga, bo dziś wstałam z łóżka bez specjalnych wygibasów. 

Dodatkowo i tradycyjnie oczywiście boli mnie prawa ręka od walizki (to łatwo powiedzieć, że ma kółka, ale Praga jest cała wybrukowana i to najróżniejszymi rodzajami bruku, niestety co chwilę trzeba tę walizkę podnosić), więc ledwo sobie dziś umyłam głowę. A' propos - przystępuję do rozczesywania swoich trzech włosów, a tam widzę w lustrze, że zostało mi trochę piany niespłukanej, chcę więc ją delikatnie zdjąć palcem... i co się okazuje? To nie piana, to siwy placek 😂

Jeszcze przed wyjazdem pożyczyłam z biblioteki esej Patočki. Nazwisko było mi znane, mianowicie szukałam jego grobu na cmentarzu (znalazłam, ale zdjęcia teraz nie odnajdę tak na cito) dawno temu, bo wyczytałam, że to był rzecznik Karty 77, który poddany wyczerpującym wielogodzinnym przesłuchaniom zasłabł i oczywiście nie udzielono mu natychmiastowej pomocy, co spowodowało wylew krwi do mózgu i w konsekwencji śmierć. Na dodatek StB zrobiła, co tylko było w jej mocy, żeby przeszkodzić w pogrzebie: na pobliskim stadionie urządzono zawody motocyklowe, a nad cmentarzem krążył  helikopter - żeby nie było słychać przemówień... To wszystko oraz to, że był wybitnym XX-wiecznym czeskim filozofem, wyczytałam w Praga miasto magiczne Marka Pernala, z którym to przewodnikiem pojechałam do Pragi chyba dwukrotnie.

A tu nagle w katalogu Biblioteki Kraków Patočka i jego esej pod tak intrygującym tytułem. Niestety nie było to to, czego się spodziewałam - po prostu spojrzenie filozofa i socjologa na czeskie dzieje w kontekście języka i narodowości. Momentami dość skomplikowane, zwłaszcza, gdy się tych dziejów dobrze nie zna 😀 a innymi momentami dość hermetycznym językiem napisane. Dopóki autor mówi o faktach, jest OK, mój umysł to ogarnia, ale gdy zaczyna bardziej filozofować, to już mam mgłę covidową chyba.

A' propos języka. Nie wiem, czy to Jacek Baluch miał pecha do korekty, ale kiedyś czytałam jego książkę na czeskie tematy i była dramatycznie koszmarna pod tym względem. Teraz ta - bo on ten esej przetłumaczył - i znowu sporo błędów. Już nie mówię o literówkach (choć fraza "chłopi podlegali sadownictwu państwowemu" brzmi dziwnie). Ale poprzekręcane imiona czy nazwiska albo taki passus: obraz czeskości w wigilię pierwszego kontaktu światowego...

Dobrze, to już ponarzekałam, a teraz dodam coś pozytywnego - rozjaśniło mi się w głowie pod kątem wielu nazwisk, które znałam jedynie z nazw ulic 😄 Taki Bernard Bolzano. Na ulicy Bolzanovej jest przystanek tramwaju przy Dworcu Głównym i ja zawsze myślałam, że ten Bolzano to pewnie był jakiś włoski barokowy artysta ha ha. Tymczasem był to uczony, matematyk, filozof, aczkolwiek owszem, włoskiego pochodzenia, ale urodzony już w Pradze.

Nawiasem mówiąc, zrobiłam kiedyś głupstwo, że kupiłam w antykwariacie drugi tom wydawnictwa Pražský uličník, gdzie szybciutko można sobie sprawdzić pochodzenie nazwy danej ulicy. Głupstwo, ponieważ od tamtej pory ani razu nie natrafiłam na pojedynczy pierwszy tom, zawsze występują w komplecie. Skazana więc jestem na ulice od O do Z. Kruca bomba!

Koniec:

Wyd. Międzynarodowe Centrum Kultury, Kraków 2010, 94 strony

Tytuł oryginalny: Was sind die Tschechen?

Przełożył: Jacek Baluch

Z biblioteki

Przeczytałam 22 sierpnia 2021 roku


NAJNOWSZE NABYTKI

Mówiłam, że czternaście? To dobrze mówiłam 😀 Te trzy z samego wierzchu to oczywiście mogłam sobie darować, skoro to kryminały szwedzkie, prawda? Ale właśnie przewrotnie się cieszę, że kupiłam (i to wszystkie po 10 koron czyli 1,80 zł), bo Policie pomo pije zdążyłam przeczytać połowę jeszcze w Pradze i bardzo sobie tę lekturę chwaliłam 😁

Dalej. Pražský chodec vypráví, tom I. Zajrzałam kontrolnie do Podziemnego Antykwariatu, a tam stały wszystkie trzy części, po 200 koron. Ważyłam w rękach ten ciężar, po czym zdecydowałam, że sprawdzę, czy nie mają tego w Ulubionym Antykwariacie. Mieli tylko pierwszy, za to za 88 koron, więc nabyłam u nich, a ze względu na wagę pozostałych dwóch zdecydowałam nie wracać do Podziemnego i nie brać. Tym razem 😂 

Oczywiście obiecuję sobie, że do następnego wyjazdu czyli maja 2022 już nic nie kupuję online. No bo teraz tak: trzeba znaleźć miejsce nie tylko na te 14 sztuk, ale jeszcze na 10 z zakupu księgarnianego bezpośrednio przed wyjazdem! Nie w kij dmuchał!

Jak boniadydy - coś ze starych trzeba będzie wynieść czy co?! 

A tak w ogóle, to poprzednim razem przywiozłam 23 książki. Więc mogę powiedzieć, że umiem się powstrzymać 😅

W tym roku cały koszt podróży zamknął się w 2680 zł (wszystko już sobie policzyłam), a poprzedni kosztował 2600. To jednak nie oznacza, że tak mało zdrożało wszystko - owszem, zdrożało, tyle że w tym roku nie chodziłam do kina, do teatru, byłam na ledwie dwóch wystawach, więc się to jakoś wyrównało. Niestety nie udało mi się dostać na wystawę Toyen, na której mi najbardziej zależało - bilety (dostępne wyłącznie online) były już dawno wyprzedane w czasie, gdy wiedziałam na pewno, że pojadę do Pragi. I tak to.

O. Znalazłam Patočkę.