poniedziałek, 12 października 2026

100 pomysłów na małe mieszkanie. Koncepcja i tekst: Maria Tyniec

Tag Z knihobudki oznacza, że coś stamtąd przyniosłam i to coś z powrotem odnoszę 😂 Wiem, jest to mylące, bo mam już setki książek przytarganych z takich miejsc i nawet je od czasu do czasu czytam, ale zostają u mnie (póki co), więc tego tagu tam nie daję. Trzeba było na samym początku inaczej to wymyślić, teraz za późno. 

Tę (po)pierdółkę jak z budki brałam od razu wiedziałam, że nie ma co się szykować na fajerwerki pomysłów. Ani na ciekawe ROZWIZANIA 🤣

Pomysł nr 3 na przykład to zestaw tych dwóch zdjęć, z informacją, że i małe mieszkanie można urządzić jak się chce 😂


W pomyśle nr 4 autorka radzi, żeby rzeczy rzadko używane schować, żeby nie zawadzały. Toż to genialne! Jest tam więcej takich przemyśleń: w MAŁYM mieszkaniu przydadzą się zapasowe krzesła albo drabinka, wszystko to przecież bez problemu schowacie.


Czytelnik może sobie nie zdawać sprawy z tego, że drzwi szafy potrzebują miejsca na otwarcie, więc całe szczęście, że w książce znajdą tę informację! Przy okazji - często widujecie w małych mieszkaniach szezlongi?


A tu taka ciekawostka wymiarowa - chodzi o to, ile miejsca potrzebujecie w przedpokoju na poszczególne czynności: wkładanie butów, wkładanie płaszcza samemu i z pomocą drugiej osoby - jak widać poniżej tyle samo. 

A wśród ilustracji takie oto urokliwe małe mieszkanko. Mogłoby być - wyczerpana przy garach osuwam się na kanapę bez zbędnych kroków. Że słup? Jaki słup?!


Pomysł nr 100 - wybierz lampy, które pełnią więcej niż jedną funkcję.

Szczerze gdybym miała powiedzieć, że jest tu jakaś dobra rada, to tak, jedną znalazłam - żeby wybrać uchwyty wpuszczane w drzwi szafek (to głównie w kuchni). Komuś to faktycznie może nie przyjść do głowy, a w ciasnej kuchni wystające uchwyty też zabierają miejsce. Nie zgodzę się natomiast z twierdzeniem, że przed szafą należy zostawić 120 cm wolnego miejsca - mówię to z doświadczenia, mam w sypialni odstęp między szafą a łóżkiem 60 cm - i wystarcza. Co innego, gdyby tam były szuflady, oczywiście. Tak samo nie musicie mieć w małej łazience minimalnie 110 cm na wytarcie się po kąpieli - mamy 80 cm i jakoś obywa się bez wygibasów...

Taka to publikacja. 

Przeczytałam 7 października 2026 roku 


W piątkowy wieczór córka wpada do domu z wiadomością, że jakiś facet ładuje pełno książek do naszej budki. Rzucam wszystko i lecę, wiadomo 😁 


Wszędzie podwójne rzędy! Ciężko było przejrzeć nawet, no bo jak. Ale jakoś to poukładałam. Połowę z tych książek znałam z domu... nie żeby od razu przeczytane, ale same okładki towarzyszyły mi przez tyle lat... Ktoś likwidował inteligencką bibliotekę. Szkoda, że już go nie było, gdy przyszłyśmy, dopytałabym o dzieje.
Teraz jest już trochę przebrane i dokopałam się do dwóch książeczek w moim ulubionym formacie - małe i cienkie 🤣 Wtedy w piątek wzięłam jeszcze pięć innych, tylko zdjęcia nie zrobiłam. Ale wszystkie takie mikrusy, słowo daję!


Wczoraj seans z gatunku na ostatnią chwilę: film jugosłowiański z 1967 roku Nóż - kryminalny, czarno-biały, z elementami humoru, mniam mniam. A gdyby ktoś przez przypadek znał Belgrad z tamtych czasów, to już w ogóle.

Belgrad, lata 60. XX w. Kiedy popularny piosenkarz, Aleksandar Kiš, zostaje zamordowany w swoim mieszkaniu, śledztwo obejmuje komisarz Marko i jego asystent. Szybko okazuje się, że powszechnie lubiany gwiazdor nie był tak kryształową postacią, za jaką uchodził, a krąg podejrzanych coraz bardziej się poszerza.

Tutaj do zobaczenia jeszcze dziś lub jutro. Oni tam na Arte wiecznie ściemniają: pod filmem piszą dostępny do 14 X do 5:00, a gdy się klika na info u góry po prawej to jest do 15 X. Jeśli wierzyć pierwszej opcji, oznacza to dokładnie to, co napisałam - dziś i jutro, więc się pospieszcie! Mało chyba kina tamtejszego można u nas zobaczyć. Kusturica wiadomo, znany, a tak to Jugosławia słynęła z filmów wojennych (partyzanckich), no i z koprodukcji, bo plenery jugosłowiańskie były dość popularne, choćby filmy o Winnetou. Zajrzałam do tomiszcza Kino epoki nowofalowej i znalazłam tam nazwisko aktora, który w Nożu grał komisarza, piszą, że miał na koncie liczne występy w dziełach czarnej fali, ale to role bohaterskich partyzantów przyniosły mu status gwiazdy.

 

W piątek mam wizytę u zakaźnego (wiecie, ta ciągle niezdiagnozowana historia wątrobowa), więc dziś rano udałam się na pobranie krwi. Wchodzę i cóż moje kaprawe o tej nieludzkiej porze oczy widzą? Ale to nie że ja tylko mało nie zemdlałam, każdy patrzył z niedowierzaniem na to, co widział w korytarzu czyli na kolejkę ciągnącą się do końca, a tam zakręcającą w bok. Upewniłam się, że to ta (pod drugą ścianą stała kolejka do EKG czy coś) i potulnie zajęłam miejsce, ale po kilku minutach poszłam przeliczyć wszystkich. Byłam wówczas 41., z tym, że w dalszej części korytarza siedzieli jeszcze ludzie przemieszani z obu kolejek, więc w sumie nie wiadomo. Przez cały ten czas przesunęliśmy się o jakieś 30 cm do przodu, co jeden z panów skomentował:

- Pewnie ktoś schudł, no bo bez jedzenia...

Chętnie bym schudła, ale nie za tę cenę, więc w końcu poszłam precz. Fajna wycieczka była. Jutro niestety powtórka z rozrywki, bo nie chcę zostawiać na środę, nie wiem, czy wyniki by były na piątek... Z tym, że nastawię budzik, żeby pojechać jeszcze wcześniej (jak pomyślę o pielęgniarce, która próbuje mi się wbić w żyłę już ledwo widząc na oczy przy setnym pacjencie...). Matko jedyna, a obiecywałam przecież budzikom śmierć 🙄

 

Ale może dość użalania się, wróćmy do początku października. Przeczytałam na FB (bo gdzie niby indziej), że będzie otwarcie bronowickiej filii bibliotecznej, więc się wybrałam. I teraz zapraszam na mały fotoreportaż 😁











Biblioteka malutka, kompaktowa, jak to mawiają, część dla dzieciaków i druga dla dorosłych, ale uwaga! jest też toaleta! To się tak często nie zdarza. Może w tych nowo remontowanych? 

Kiedyś miałam pomysł, żeby odwiedzić wszystkie filie, że niby co tydzień jedna, ale tego się nie da zrobić... w sensie, że z każdej miałam pożyczyć książkę i przeczytać, no to gdzie tam. Zwłaszcza, gdy NIE CHCĘ przecież pożyczać 😂 W bibliotece bronowickiej cóż, pożyczyłam - Spacerownik po Prądniku. Po czym wpadłam na pomysł, że taki Spacerownik to trzeba w domu mieć, a nie pożyczać z biblio (mam dwa: Stare Miasto i Bronowice), więc zadzwoniłam do Rady Dzielnicy ichniej, gdzie mi powiedziano, że były na stoliku do wzięcia, ale już nie ma, niemniej jednak żeby napisać maila. Napisałam. Przyszła odpowiedź, że fakt, mieli 20 czy 30 egzemplarzy od autorki i rozdali, ale żeby pytać jeszcze w trzech miejscach - na razie się nie zebrałam w sobie i nie wiem, na co czekam 🤣

No, a idąc sobie spacerkiem z Bronowic do domu usłyszałam, że nadeszła wiadomość na Messengerze. I oto pyta się znajomy sprzed 35 lat, czy ja to ja, bo mnie znalazł na FB, a szuka kontaktu do mojego Ślubnego. Jak zaczęliśmy gadać, to końca nie było. Że właśnie były obchody stulecia Żaczka i nikt nawet się nie zająknął o Ślubnym, który tam rozwinął niespotykaną wcześniej działalność i on, ten znajomy, chce o tym ważnym epizodzie napisać, ale chciał to trochę ze Ślubnym uzgodnić. Obiecałam, że po powrocie do domu odnajdę numer telefonu i dam znać. Odnalazłam, ale usłyszałam, że nie ma takiego numeru. A ten znajomy mówił, że gdy Ślubnego szukali po internetach, to znaleźli nagrobek w Bolesławcu z jego imieniem i nazwiskiem oraz jego rokiem urodzenia. Hm. A cóż by on robił akurat w Bolesławcu? Ostatni kontakt z nim miałam parę lat wcześniej, gdy Ojczasty prosił, żeby do niego zadzwonić i dowiedzieć się, co słychać (Ojczasty pozostawał z nim w kontakcie listownym, ale już nie dawał rady czytać/pisać). Odnalazłam zdjęcie tego nagrobka - na szczęście dzień i miesiąc urodzin były inne 😀 Nie żebym pamiętała, ale akurat córka mi przecież przywiozła akt naszego ślubu, który brat zabrał z likwidowanego mieszkania rodziców, więc był pod ręką.

Dzwonię więc do znajomego i mówię, żeby kupił sobie znaczek i napisał list, bo mam tylko adres na jakiejś wsi tarnowskiej. A jaka to wieś, pyta. Mówię. 

- O, to ja znam, tamtędy jeżdżę, gdy muszę coś tam...

Kurde, jaki ten świat jest mały 😂

Obiecał, że pojedzie i da mi znać, więc czekałam trochę w nerwach, co z tym Ślubnym. Jestem wdową czy nie? Ale chłop ma dopiero 68 lat...

No i pojechał i znalazł go! Ślubny się mocno zdziwił, jak go zobaczył po 30 latach z okładem - ale miło sobie pogadali i powspominali Żaczkowe czasy (byli współpracownikami). 

Ślubny dawno temu pozwijał wszystkie swoje interesy i kupił jakąś gospodarkę czy co i sobie żyje powolutku: ma kury, kaczki, 2 psy i 7 kotów 😂 Jak z nim wtedy rozmawiałam, wspominał, że robi też nalewki. Jak to się w życiu dziwnie plecie, człowiek tak aktywny, zawsze z milionem pomysłów. 

piątek, 9 października 2026

Andrzej Szypulski - Wariatki mają szczęście

Wariatką jest żona bohatera. To młode małżeństwo, można powiedzieć, że na dorobku, choć nawet i to nie - tułają się po wynajmowanych pokojach i czekają na mieszkanie w spółdzielni. Niedawno skończyli studia i są pełni zapału i chęci do pracy. Ona jest nauczycielką i realizuje się w tej misji. On dostał się na roczny staż w pewnej instytucji, ale jedyne, co mu ta robota daje (poza marną pensją) to nuda, bezczynność i poczucie beznadziei, bowiem biuro to powstało tylko i wyłącznie w celu zapewnienia lekkiej pracy krewnym i znajomym królika, podczas gdy Wojtek chciałby przez te osiem godzin dziennie zrobić coś sensownego. A tu klasyczne "czy się stoi czy się leży dwa tysiące się należy"... Tymczasem sytuacja się komplikuje, gdy właścicielka mieszkania wymawia im z dnia na dzień pokój (te warunki mieszkaniowe - od razu się przypomina serial Daleko od szosy), a sam Wojtek poproszony przez dyrekcję o ocenę swego stażu wypowiada się krytycznie o samej instytucji i postanawia zrezygnować. 

Po drodze mamy usiłowanie wydębienia wcześniejszego przyznania mieszkania u prezesa spółdzielni (bo wyszła ustawa o takiej możliwości dla absolwentów, którzy skończyli studia z wyróżnieniem; audiencja u prezesa to w ogóle jak u papieża), bezsensy odgórnego sterowania i kompletnego braku komunikacji (żona organizuje wielkie sadzenie drzew przed szkołą, każde dziecko umieszcza tabliczkę z nazwiskiem przed "swoim" drzewkiem, po czym następnego dnia przyjeżdża spychacz i plantuje teren, bo tak było w projekcie), spotkanie kolegów ze studiów, gdzie  decyzja Wojtka o rezygnacji z pracy i przyjęciu się na kierowcę ciężarówki jest traktowana a to jako bohaterstwo a to jako naiwność i degradacja społeczna. Wszak trzeba się urządzać w tym życiu, inaczej nie będzie!

Szereg wspomnień: ogłoszenia w gazetach Cudzoziemcowi wynajmę (i tak naprawdę nie chodziło tyle o właściciela obcego paszportu, co o zapłatę w dolarach), tak było, pamiętam, choć już z lat 80-tych. Też miałam książeczkę mieszkaniową, ale już z perspektywą czekania 20 lat, a nie czterech, jak bohaterowie Wariatek 😂 Zdaje się, że likwidowało się te książeczki z jakąś dopłatą ze strony państwa? Nie pamiętam, mama by to wiedziała.

 

Okazuje się, że Andrzej Szypulski to również Andrzej Zbych, a to nazwisko znamy, nie? Czytałam jego kryminał Bardzo dużo pajacyków, mam też Monachium - na tej podstawie powstał zdaje się jeden z odcinków Życia na gorąco. I dwa tomy Stawki większej niż życie, wydane w serii Srebrnego klucza. A serial Dyrektorzy - pamiętam jak przez mgłę z dzieciństwa 😁 Czy był to typowy produkcyjniak?


Początek:


Koniec:


Wyd. Wydawnictwa Radia i Telewizji, Warszawa 1978, 106 stron

Seria Z koniczynką 

Z własnej półki (z knihobudki 14 września 2026 roku)

Przeczytałam 3 października 2026 roku

 

Co do poprzedniej lektury czyli W stronę Swanna - będąc w Auchanie po orzechy (i oczywiście w knihobudce tamtejszej) zobaczyłam złocienie w promocji. Złocienie, wiecie - ulubione kwiaty Odety, obok katlei, co to je Swann poprawiał Odecie na dekolcie i które to poprawianie stało się synonimem aktu miłosnego 🤣 No jak było nie wziąć!


Mam duuuuużo do napisania o początkach października i choć nie cierpię robić sobie takich zaległości, to jednak odkładam na następne wpisy. Wyczerpana jestem, niczym Diana po kliknięciu w komputer* 🤣Tydzień zbyt intensywny dla mnie: załatwianie i składanie papierów na dodatek mieszkaniowy (ZUS, Spółdzielnia, Urząd), dermatolog, mammografia.  Pierwszy raz w mammobusie, w zeszłym roku zlikwidowało się to miejsce, gdzie od lat chodziłam i teraz zadzwonili z tej mammografii obwoźnej, do której trzeba było jechać z dwiema przesiadkami, a po niej taka się jakaś zmęczona poczułam, że wróciwszy do domu poszłam do łóżka 🤣 Co nigdy nie jest dobrym pomysłem, tak w ciągu dnia... no ale za to machnęłam 4 odcinki serialu.

Może dermatolog, bo zapomnę. Poszłam z jakimś białym syfkiem nad okiem, co to wygląda jak syfek do wyciśnięcia, ale nim nie jest. Prosiaczek, zawyrokowała pani doktor, do wymrożenia. No to ja jej jeszcze zaprezentowałam jakieś znamiona na brzuchu - mrozić, mrozić. 

- Ale dziś pani tego nie zrobię, bo (tu coś mamrotnęła, więc nie wiem, dlaczego dziś nie) - proszę się wpisać na pierwszy wolny termin. W rejestracji okazało się, że pierwszy wolny termin to - 6 kwietnia 2027 🤣 Niech mnie chudy byk!

Tyle na dziś, tak więc o 1/ bibliotece bronowickiej, 2/ sprawie Ślubnego oraz 3/ wspominkach sprzed 45 lat - příště 😁

Jeszcze tylko coś z YT. Jakiś młody człowiek o imieniu Masaki mieszka z dziadkiem, którym się opiekuje po pracy. Przyglądam się, jak mu szykuje kolację albo wychodzi z nim na spacer i zaraz wszystko wraca - jak to było z Ojczastym, zwłaszcza że panowie podobni do siebie. A że zbliża się kolejna rocznica (miesięcznica), to sobie popłakuję, że to życie takie okropne...

 


*

0:50 jak by co!

 

niedziela, 4 października 2026

Marcel Proust - W stronę Swanna

Minęło 15 lat od poprzedniej próby, kiedy miałam nadzieję, że tym razem dotrę do końca. No nie wyszło 😁 A więc kolejne podejście. Chyba już czas, jeśli w ogóle chcę zdążyć...

Ale czemuż tak brudny i poszarpany egzemplarz? Pewnie dlatego, że najczęściej brany do ręki. Całość pochodzi z domu i Ojczasty - tak, on przeczytał wszystko, o czym świadczą choćby jego notatki ołówkiem w ostatnim tomie. Nie każdy jednak ma ten luksus, żeby przyjść z pracy, zjeść podsunięty pod nos obiad i położyć się z książką 😉 Tym razem jednak ja luksus mam (nie chodząc do pracy), więc DO DZIEŁA!  

Ale widzicie te trzy ostatnie tomy, jakie dumne, blade i (w miarę) czyste? Te miały tylko jednego czytelnika, ja nigdy do nich nie dotarłam 😁

Pierwszy tom czyli W stronę Swanna ma trzy części, jak widać poniżej. 

Moja ulubiona - może dlatego, że tyle razy czytana - to Combray czyli (fikcyjna) miejscowość, gdzie narrator z rodzicami jeździł w Wielkim Tygodniu czy na wakacje. Opisy ich codziennego tam życia, ciotki Leonii spędzającej życie w łóżku, jej służącej Franciszki, niektórych sąsiadów, spacerów w stronę Swanna i w stronę Guermantes, tortur, jakie przeżywał bohater musząc rozstać się wieczorem z matką i iść spać (których niezamierzonym sprawcą był właśnie przyjaciel rodziny Swann przychodząc z wizytą). Te wspomnienia wywołuje scena z maczaniem ciastka w herbacie - słynnej magdalenki.

Początek: 


Koniec:

 

Część druga czyli Miłość Swanna to cofnięcie się w czasie do momentu poznania przez Swanna kobiety z półświatka, Odety de Crécy, i jego kilka lat trwającej wielkiej miłości - rozłożenie na czynniki pierwsze tego uczucia, jak również towarzyszącej mu zazdrości. Tu też pojawia się paczka Verdurinów i motyw muzyczny - sonata Vinteuila będąca tłem historii. Wszystko to jest jakby uwerturą do dalszych losów bohaterów.

Początek: 


Koniec:

 

Część trzecia czyli Imiona miejscowości: Imię jest najkrótsza. Tym razem akcja toczy się w Paryżu, gdzie narrator podczas przechadzek ze służącą Franciszką po Polach Elizejskich spotyka po raz drugi Gilbertę, córkę Swanna - jej fascynacji uległ już w Combray, gdy widział ją w parku posiadłości Swanna. 

Początek: 


Koniec:


Wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1956, 509 stron

Tytuł oryginału: Du côté de chez Swann

Przełożył: Tadeusz Żeleński-Boy

Z własnej półki

Przeczytałam 3 października 2026 roku 

 

Żeby podkręcić bębenka fanom pustej ściany - wczoraj specjalnie polowałam na blaski i cienie 😁

W nadchodzącym tygodniu chyba nie uda się powiesić mapy, pan ma wrócić z urlopu w czwartek, ale wtedy ja mam termin tej nieszczęsnej mammografii, a co będzie w piątek, to jeszcze nie wiadomo. A to nie jest robótka na 5 minut, bo ma jeszcze wieszać ze cztery rzeczy, w tym dwie to borowanie w suficie.


W związku z naliczeniem mi we wrześniu stówki opłaty za kartę wpadłam na genialny pomysł: ponieważ żeby uniknąć tej opłaty należy zapłacić kartą tysiaka miesięcznie (a tyle obecnie przecież nie wydaję) - będę nią robić opłaty i wtedy pięknie styknie. Ach, już się cieszyłam i nadszedł pierwszy dzień października, melduję się na stronie banku, chcę zapłacić za gaz... całe szczęście, że w ostatniej chwili zauważyłam na dole 6 zł opłaty przy wyborze karty jako źródła zapłaty! Nie taki głupi ten bank i nie kijem go, to pałką 🤣 No cóż. 


Mając ochotę jednocześnie na kryminał i coś po francusku obejrzałam film z 1944 roku Cécile est morte, wiedząc, że to Maigret. Ku memu zdumieniu okazało się, że książka Simenona, według której film nakręcono, nosi dokładnie taki tytuł. Nigdy w życiu nie słyszałam... za to pamiętam tę fabułę, że Maigreta nachodzi młoda kobieta twierdząc, że w nocy ktoś bywa w mieszkaniu, że przestawia meble etc. A potem ta kobieta ginie. Czyli czytałam. No i jak to. Wikipedia podaje, że wyszła w zbiorze Maigret revient - ale ja takiego nie mam. Jedyne wytłumaczenie to, że czytałam daaaawno temu pożyczone z biblioteki Instytutu Francuskiego, ale pamiętałabym? Hm. 

W związku z tym jednakże kolejne Zadanie Bojowe - wypisać, których Maigretów jeszcze NIE czytałam. Ciężka praca 😁 A przy tym nietknięta ta poprzednia czyli lista Doncowych. Ja poproszę w prezencie imieninowym tak dodatkowe ćwierć wieku na różne drobiazgi. Nie chcę, żeby ktoś za mnie zrobił, sama będę, tylko czasu mi dajcie!

Sam film mnie dość zdziwił, bo taka komedyjka* z niego zrobiona, jakoś mi to do Maigreta nie pasuje, karykaturalne to wszystko, no ale co, mimo wszystko fajnie obejrzeć stary czarno-biały francuski film. Gdyby ktoś też chciał, to proszbardzo, ja oglądałam z napisami francuskimi, ale są i angielskie (nr 1) i rosyjskie. 



* konsjerżka taka zabawna, alkoholiczka... właśnie wczoraj rozmawiałyśmy z córką o tym, że mieszkając na parterze mogłybyśmy być nie dozorczynią, tylko konsjerżką właśnie, po 22.00 zamykać bramę i otwierać jedynie po wręczeniu nam napiwku 😂 Córka siedzi po nocach, to żaden problem, tylko ja bym musiała jakieś czopki do uszu wkładać. I pocztę byśmy wszystkim odbierały (i przeglądały) 🤣🤣😂

środa, 30 września 2026

Mulan (retold by Janet Hardy-Gould)

Obowiązkowa comiesięczna lekturka angielska, tym razem cofam się, bo to poziom Starter 250 słów 😂 A i tak były nowe dla mnie słówka, na przykład saddle czyli siodło albo czasownik bow czyli kłaniać się. Jutro i tak pewnie zapomnę...

Córka dziecięciem będąc miała tę książkę Mulan, ale ja osobiście nic a nic nie pamiętałam, co to za historia. A tu lekturka trafiła się w formie komiksu i całe szczęście, bo tam mi się nic nie chce, że ledwie za obrazkami nadążam. Do każdego rozdziału dołączono dwie strony ćwiczeń, ale poprzedni właściciel (książka kiedyś przytargana z knihobudki) je pracowicie powypełniał, więc byłam zwolniona i z tego obowiązku 😎

A że Mulan dziewczyną będąc zaciąga się do armii, żeby walczyć z wrogiem, i nikt przez lata w niej kobiety nie rozpoznaje - to mi się przypomniała Dziewczyna i chłopak Ożogowskiej.  

Początek:


Koniec:



Wyd. Oxford University Press 2011, 44 strony

Z własnej półki

Przeczytałam 29 września 2026 roku 


Chyba nastąpi kilkudniowa przerwa, bo sytuacja była taka, że któregoś wieczoru nie mogąc zasnąć i poprzewracawszy się na łóżku w te i we wte przez godzinę w końcu zapaliłam znowu światło i zastanawiałam się, co dalej, a córka mówi, żebym sobie wzięła klasyczny usypiacz do czytania 😁 Otóż moja córka czerpiąc większość swego wykształcenia z Kaczorów Donaldów wspomina często historię, gdy Kaczogród cierpiał na bezsenność i próbowano temu zaradzić lekturą W poszukiwaniu wyciętego lasu 🤣 Tak że tego no - jestem w połowie pierwszego tomu i jeszcze chwilę to potrwa, zanim dojadę do końca. Pierwszego tomu oczywiście. A plan tym razem jest ambitny, żeby wreszcie przeczytać wszystkie. Nie że ciurkiem, tego by nikt nie zdzierżył.

A przede mną ciężki miesiąc: mam dermatologa, potem mammografię, potem zakaźnego, przed którym trzeba zrobić badanie krwi. Bardzo mi się to wszystko nie podoba. Rozrywki emeryckie, kurdeflak. W tym wszystkim muszę jeszcze znaleźć czas na pana ze Spółdzielni, który mi powiesi mapę, bo ileż tak będzie stała na podłodze.

Ściana docelowa tymczasem puściutka, wyświetlają się na niej jedynie drżące cienie liści zza okna. Czeskie książki jeszcze nie skatalogowane, trzykrotki też mają zostać powieszone (za ziebro).

 

W Krakowie wymyślono akcję zdobywania pieczątek w parkach miejskich - pobierało się książeczkę z miejscem na stemple, a pieczątki były schowane w specjalnych budkach, zrobionych przez pensjonariuszy zakładu karnego. Piszę były, ale one nadal są, akcja jest ponoć bezterminowa. Widziałam, że cieszy się dużym powodzeniem, że chodzą babcie z wnukami, jeżdżą ludzie na rowerach od parku do parku. Bardzo fajna inicjatywa. Żeby mnie się tak chciało... Sami pomyślcie - 78 parków do odwiedzenia!  




poniedziałek, 28 września 2026

Kazimierz Kutz - Portrety godziwe

Bardzo specyficzny styl, który mi nie przypasował, a nawet trochę zmęczył. I teraz się boję, że tom Klapsy i ścinki, który gdzieś tam w drugim rzędzie czeka, a który jest znacznie obszerniejszy, też może być ciężkostrawny, ale z drugiej strony tam są znacznie krótsze formy, bo to Kutza alfabet filmowy, więc może brak miejsca na rozpasane rozpędzanie się 😂

Postacie, którym Kutz poświęcił wspomnienia, znamy, choć zdarzyli się i tacy jak Janusz Sidło, gdzie wie się jedynie, że owszem, był taki, oszczepem rzucał. Z racji niedawnego serialu o lekarce na Śląsku ciekawe było poczytać o generale Ziętku, tak pięknie tam zagranym przez Mariana Dziędziela. Z zainteresowaniem też przeczytałam o Gierku i jego smutnym końcu. Esej o mocowaniu się z Łomnickim - nie nie nie. Generalnie Kutz lubi dać do zrozumienia, że coś wie, ale nie powie.

Bez żalu odnoszę do knihobudki. 

Początek: 

Koniec: 

Wyd. ZNAK, Kraków 2004, 160 stron

Z knihobudki

Przeczytałam 24 września 2026 roku 


Na FB wątek Książka, którą krytycy uważają za arcydzieło, a ty ledwo przez nią przebrnąłeś - od razu wiedziałam, że będzie tam Mistrz i Małgorzata i jest, nie zawiedli 🤣 Najlepszy jest komentarz, gdzie czytelniczka dojechała do sceny tańców w Klubie Literatów i oburza się, że jak o tym pisać można, w tym samym czasie miliony ludzi konają w łagrach. Ja prdl. Dalej Tokarczuk, Joyce, Mann, Lalka, Pan Tadeusz, Imię róży, Gombrowicz, Faulkner... Niektórzy albo nie zrozumieli tematu wątku albo twierdzą, że Alchemik jest uważany przez krytyków za arcydzieło 😂 Albo Jeździec miedziany. Dwór cierni i róż - aż poszukałam, czyje to arcydzieło, bo w życiu nie słyszałam tytułu 😂 A to wszystko na profilu Książkowzięci... Znaczy - każdemu podoba się co innego, oczywiście, i ja na przykład póki co przez Faulknera też nie przebrnęłam i nawet jestem w stanie zrozumieć, że komuś się MiM nie podobał (mimo własnego uwielbienia), ale po co w to mieszać Coelho i Kinga 😁 

[Najlepszy komentarz: Wolę nie czytać komentarzy, bo dostanę raka mózgu] 

A Wy? Przez co nie przebrnęliście do tej pory? Ale wiecie - chodzi o arcydzieło.

A' propos Bułhakowa. Wczoraj przychodzę na Orlen - tam są trzy budki - koło jednej z nich siedzi pan na ławce i studiuje książkę, a obok ma ułożony stos chyba dziesięciu innych. O, myślę z rozpaczą, ubiegł mnie. Ale w budce jest jeszcze sporo innych, dużo z serii Biblioteka Klasyki Polskiej i Obcej i to ładnie zachowanych. Żem wzięła Gałczyńskiego, z myślą, że robiąc kroki będę się uczyć któregoś wiersza na pamięć 😎 Bo to ponoć dobre na ćwiczenie mózgu i pamięci. 

[Cztery linijki opanowałam, wybrane na chybił trafił. I to jeszcze mamrotałam w kółko pod nosem, jak jakaś stuknięta 😂

Na dole przed Akademią,

w małe zebrane kupki,

płakały nad biedną Ziemią,

rajcowały miejskie przekupki.]

Ale nie o tym, nie o tym, tylko o Bułhakowa książce również wziętej z tej budki, pod tytułem Uova fatali. Otóż pomyślałam, że fajnie będzie poczytać, jak po włosku wygląda radziecka nomenklatura etc. A tu w domu okazuje się, że ja nawet po polsku Fatalnych jaj nie mam - a przecież były - chyba Ślubny zabrał czy co. Tak że całe szczęście, że wzięłam z budki z ciekawości lingwistycznej 😁 Choć nadal oznacza to, że na polskie tłumaczenie trzeba polować.

Niby taka fanka ze mnie, a proszę. I ze wszystkim tak powierzchownie 🙄 Nawet i z tą Pragą. O, a Czeszka wczoraj pisze, żeby jej przysłać listę tych, co je po czesku mam, bo ona już ma dla mnie następne. A niech ją ręka boska broni!!!


A z niedzielnego spaceru jeszcze takie odkrycie w czyimś ogrodzie. Taki jakby Mitoraj 😀


 I głowy wawelskie (bo na murze klubu sportowego Wawel) 😂


Oraz zdjęcie sprzed chwili. Słusznie prawią, że nasze osiedle pełne zieleni. Sałatkę by można zrobić 😁