piątek, 16 października 2026

Andrzej Malachowski - Windziarz [Ekspres reporterów 8/1978]

Z ósmego numeru Ekspresu Reporterów w roku 1978 wybrałam Akcję "Windziarz". Jak wspominałam poprzednim razem, wydawca umieszczał na okładce inne tytuły reportaży od tych w środku, pewnie żeby przyciągnąć czytelników, którzy przyglądali się towarowi wyłożonemu w kiosku Ruchu. Takie bardziej sensacyjne, no bo cóż to w końcu znaczy Podrapać mikrofon - lepiej Spowiedź prezentera TV 😁

Windziarz opowiada o milicyjnym śledztwie w sprawie napadów na kobiety, na podłożu seksualnym (niesprecyzowanym w reportażu, zastanawiające w sumie). Było to w Warszawie w listopadzie 1977 roku. Sprawca działał zawsze w ten sam sposób - wytypowawszy gdzieś w sklepie czy na ulicy samotną kobietę szedł za nią i jeśli mieszkała w bloku, wchodził za nią do windy i grożąc jej żyletką wymuszał uległość. Zabierał biżuterię i gotówkę z torebki, przede wszystkim jednak, jak pisze autor, napad miał tło seksualne. Mężczyzna dokonywał kilku takich napadów dziennie, w krótkich odstępach czasu przemieszczając się między różnymi dzielnicami.

Reporter obficie cytuje akta śledcze, kodeks karny, opinie psychologów i psychiatrów na temat przestępstw seksualnych, ale przede wszystkim relacjonuje bardzo drobiazgowo czynności milicji dzień po dniu, godzina po godzinie. Muszę przyznać, że zaskoczyło mnie, jak szybko przestępca został schwytany (już trzeciego dnia), co oczywiście wymagało udziału bardzo wielu funkcjonariuszy (w akcji brało udział 1500 ludzi), zaangażowanych we wzmożone patrolowanie ulic i przyglądanie się wszystkim mężczyznom pasującym do portretu pamięciowego. Przy okazji - ponoć zawsze tak bywa - trafiło za kratki kilku od dawna poszukiwanych przestępców. Przygotowano plany blokad rejonów miasta, gdzie Windziarz operował - po otrzymaniu meldunku o kolejnym napadzie miano zatrzymać wszelki ruch pojazdów (przemieszczał się prawdopodobnie komunikacją miejską). 

Najbardziej pilnowano okolicy Domów Centrum, a zwłaszcza pasażu na zapleczu. Ciekawostka - specjalnie strzeżony był jeden z domów na ul. Kniewskiego: ma on, na jednej z wyższych kondygnacji, połączenie między klatkami. Można wjechać jedną windą, przejść kilkanaście metrów i zjechać drugą. Wykorzystując topografię tego bloku, dokonano wielu poważnych oszustw.

Mimo to Windziarz dokonuje kolejnych napadów. Pierwszego dnia - w sumie czterech. Wieczorem drugiego dnia w Wieczorze z Dziennikiem pokazany zostaje jego portret pamięciowy. Zastanawiano się, czy to zrobić, żeby nie wywołać paniki, ale plotka o "wampirze" i tak już krążyła po mieście. Zaraz pojawiają się pierwsze sygnały, a w czasie trwania całej operacji było ich ponad tysiąc, jednak bez konkretnych rezultatów. Drugi dzień akcji kończy się bilansem 6 napadów. 

Dzień trzeci to kolejny napad i zarządzona blokada Saskiej Kępy - i znów porażka. Potem okazało się, że zanim milicja została powiadomiona o napadzie, Windziarz wsiadł do autobusu jadącego do centrum - po drodze widział nadjeżdżające radiowozy.

Popołudnie na zapleczu Domów Centrum. Przechodzą tędy setki ludzi. Za kilka minut ruch będzie jeszcze większy - kończy się seans w "Palladium", grają tam francuską komedię Diabli mnie biorą. Za następne kilkadziesiąt minut wyjdą ludzie z "Relaxu". Dwaj wywiadowcy spostrzegają mężczyznę idącego kilka kroków za kobietą, którą chwilę wcześniej pytał o godzinę. Zatrzymują go w przejściu podziemnym. Bingo!

Podałam te topograficzne szczegóły dla Was, Warszawiacy obecni i byli 😂
Co z tym budynkiem na Kniewskiego? A pasaż na tyłach Domów Centrum to i ja znam, chyba każda kobieta/dziewczyna przyjeżdżająca do stolicy udawała się na zakupy do Hofflandu, nie? 

Początek:

Koniec: 

Wyd. Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1978, strony od 87 do 138

Z własnej półki

Przeczytałam 9 października 2026 roku 



Dla wielbicieli mojej pustej ściany 🤣

Oglądam sobie wieczorem serial, gdy widzę kątem oka coś dziwnego na tejże ścianie. 

Okno mi przybyło! Za tą ścianą jest łazienka, więc ewentualnie powinno wyglądać inaczej... A to ktoś z bloku naprzeciwko zaparkował samochód i zostawił włączone światła 😂

A w czwartek zebrałam się w sobie i zadzwoniłam do Pana ze Spółdzielni - wierćmy wreszcie! Na to PzS, że zarobiony, może w piątek (czyli dziś, ale to ja z kolei mam lekarza przed południem), ostatecznie w poniedziałek. OK. Przeniosłam mapę, żeby ją przymierzyć do ściany. Tak, stoi oparta o regał w drugim pokoju już prawie miesiąc i nie zauważyłam, że...


Że na tym pleksi jakieś znaczki są przez całą szerokość 🤣 Uwierzycie, że ich nie widziałam? Muszę znowu wszystko rozpakować.

Drugie odkrycie: robię zdjęcia stoliczkowi/kwietniczkowi, żeby go przehandlować (nawet chciałam go dać Jotce, gdy była w Krakowie, ale nie miała czasu na dodatkowy program 😉). Też przeniosłam z drugiego pokoju. Coby zachęcająco wyglądał, stawiam na niego jakieś trzykrotki.

Po czym TADAM myślę - a właściwie po co mam się go pozbywać, skoro może stać koło mapy?

Tak się skończyła chwilowo dekluteryzacja w domu i zagrodzie.

Natomiast dziś rano, przed wyjściem do lekarza, dostałam telefon, że moja budka zdewastowana. Tam w nocy faktycznie nastąpiła dekluteryzacja. Dobrze, że lekarz nie mierzył mi ciśnienia...


Pan Od Warzyw zastał rano rozrzuconą po ziemi zawartość.  

Opcje są dwie:

a/ komuś te siedem półek było bardzo potrzebnych, więc sobie pożyczył

b/ kogoś roznosiło po nocy (może właśnie wykopał z trawnika trochę prochów i zażył), więc postanowił coś rozpirzyć

Co do opcji drugiej - miejscowe komando starszych pań przejrzało okoliczne krzaki i nie znalazło tych półek gdzieś porzuconych, więc wracamy do opcji a. A niech mu ręka uschnie, złodziejowi jednemu!

Tak że - chwilowo - nie mamy budki, ale wszystko zdarza się po coś... Tym razem widocznie było po to, żebym nawiązała przyjacielskie stosunki z panem ze Spółdzielni, który obiecał na wszystkie świętości, że jak tylko będzie materiał, to pracownicy przytną go na półki. Znaczy - jak zauważę na wystawce jaką białą płytę meblową czy tam inne półki, to mam natychmiast dzwonić, oni pójdą, zabiorą, przytną. Pan mi pokazał swoje łupy z tejże budki, zakonspirowane w służbowej szafie i pod biurkiem 😂 wśród nich prawdziwy skarb, jak to określił, a mianowicie Jeżdżę samochodem Polski Fiat 126P, bo on takiego posiada 🤣

Odzew na osiedlowym FB był ogromny, a w komentarzach powracający temat monitoringu, który jest tylko w jednym bloku. Kiedyś dostaliśmy do skrzynek jakąś ankietę, ale jako że monitoring = dodatkowa opłata w czynszu, spełzło na niczym.

Poszłyśmy przed chwilą z córką zrobić porządek, powyrzucać stare podręczniki do chemii i religii etc. 😉😏 Jestem ciekawa, czy nawet w tak małej ilości tego, co pozostało, ludzie będą zdolni zrobić bałagan...


W pierwszym momencie ogarnęło mnie takie zniechęcenie, że pomyślałam sobie mam to wszystko w dupie, będę sobie jeździć do tej biblioteczki w galerii i szlus. No właśnie, znowu tam byłam (pod pretekstem cotygodniowego zakupu orzechów do mieszanki emeryckiej, to już wiecie). Przywiozłam sobie dwa kryminały i rozmówki estońskie (nie pytajcie!), ale nie o tym, nie o tym, tylko jak szłam nakładać i ważyć te orzechy, a miałam już w ręce kalendarzyk kieszonkowy taki, to włożyłam go do kieszeni kurtki... i oczywiście o nim zapomniałam. Dopiero w autobusie sięgnęłam do kieszeni po telefon... Auchan jest 2,99 zł w plecy... Gdyby to zapipkało przy wyjściu - ale bym się wstydu najadła...

/tymczasem córka twierdzi, że rzecz nie we wstydzie, tylko grozi w tym wypadku wezwanie policji i mandat czy tam grzywna 500 zł, ponieważ jest to WYKROCZENIE, ewentualnie areszt do 30 dni; serio??? przecież to nie była patelnia w IKEI!/ 

W poniedziałek rusza po parzystej stronie naszej klatki akcja Wymiana Pionu Kanalizacyjnego. Jakie to cudowne uczucie, że oni, a nie my - że my to już mamy za sobą 🤣 W wyniku przetargu wybrano tańszą firmę, nie tę, która u nas robiła, i jestem bardzo ciekawa, jak im to pójdzie... na pewno już zaoszczędzili na wydruku harmonogramu prac, bo myśmy takowy dostali na zebraniu (każdy swój), a im powieszono jedynie egzemplarz na drzwiach wejściowych 🤣 Za to przed klatką stanęły dziś rano...

Będąc w spółdzielni zapytałam i o to: jeden jest dla pracowników, drugi dla mieszkańców. Ale nie wiem, który dla których, na razie wiszą na obu kłódki 😂

Skoro już stoimy przed blokiem - jest tutaj latarnia, od zawsze ulubione miejsce gołębi. I patrzcie państwo, zawsze się znajdzie jakaś melepeta, która pod tą latarnią zaparkuje 🤣



środa, 14 października 2026

Jan Cimický - Maigretovo pařížské léto


Kryminał po czesku czyli dwa w jednym. Autor bardzo płodny, a z zawodu - psychiatra. Można było się tego domyśleć nawet bez czytania skrzydełka, bo zaraz na początku do szpitala psychiatrycznego przyjeżdża nowy dyrektor i w tymczasowo wynajętym domu zaczyna spisywać wspomnienia z czasów, gdy pracował tam zaraz po studiach. Robiąc sobie chwilę przerwy obchodzi dom i w suterenie odkrywa dziwną przybudówkę - wygląda na to, że ktoś tam niedawno coś zamurował. Wzywa agenta nieruchomości, który mu ten dom wynajął i wspólnie decydują się na rozwalenie ściany. Oczywiście za nią znajdują trupa.

Nikt inny nie miał kluczy, nie ma również śladu włamania, a jednak ktoś musiał wnieść niepostrzeżenie cegły itd, o nieboszczyku nieznanej tożsamości nie wspominając. Dom stał pusty od roku, ale przed 2 tygodniami na pewno tego zamurowania nie było. Policja zaczyna śledztwo.

A teraz wyjaśnijmy - to nie Czechy, nie Praga, to okolice Paryża, jest sierpień czyli wszyscy na urlopach, sprawą musi się zająć... inspektor Maigret. Tak, bowiem w paryskiej kryminalce pracuje młody Paul Maigret, nie jest to jednak żaden potomek komisarza, który przecież nie miał dzieci 😉 Skrzydełko informuje, że jest to dalszy ciąg przygód inspektora (czy raczej śledztw). 

Szczerze nie zachwycił mnie sposób pisania pana Cimickiego, postaci są czarno-białe, wszyscy policjanci są kryształowi, a tacy nudni 🤣 Pojawia się oczywiście czeski wątek, bo badanie, kim była ofiara, prowadzi prosto do Pragi, a policjanci z Paryża przyjaźnią się z praskimi, co w tym dziwnego 😉

 

Początek:


Koniec:

Wyd. BARONET, Praha 2013, 247 stron

Z własnej półki (z paczki od Czeszki 2 września 2026 roku)

Przeczytałam 8 października 2026 roku
 


Dziś Dzień Nauczyciela. Mój Boże, czego Wam życzyć? Cierpliwości! Nie tylko do uczniów, ale przede wszystkim do ich rodziców... Właściwie teraz, w tym całym porąbaństwu, jakie nas otacza, to powinno się mówić Dzień Nauczyciela i Nauczycielki 😂 Być może dlatego w moim kalendarzu widnieje Dzień Edukacji Narodowej?

Mój osobisty Dzień Edukacji Narodowej to zawsze początek października, gdy wspominam pierwsze dni na studiach. Byłam niedawno w urzędzie na Półwsiu Zwierzynieckim i załatwiwszy sprawę postanowiłam się przejść Błoniami, a potem Parkiem Jordana.


W parku odkryłam kolejnego smoka, tym razem z latawcem. 



Z Parku Jordana jest kilka wyjść/wejść, ja skierowałam się ku temu, które prowadzi prosto do Nawojki.

/zawsze mnie zdumiewają takie gacie z dziurami, nic na to nie poradzę/

Sentymenty mnie napadły i opadły. Nawojka czyli Dom Studentek, pierwszy rok studiów, pokój na 2. piętrze z trzema współlokatorkami (plus myszą), niedaleko Rotunda, gdzie zaraz zaczęłam kupować kartę do DKF-u (w którym zresztą zastał mnie stan wojenny)...





Stojąc przed budynkiem policzyłam lata i okazało się, że te moje początki w Krakowie były... 45 lat temu! Czy to możliwe? Że człowiek w środku ciągle jest tą gówniarą z wielkimi, choć nie sprecyzowanymi planami w głowie, a w dowodzie ma wiek nieomal starczy?

Zebrałam się po chwili na odwagę i weszłam do środka. Jakiś młodziak z portierni zapytał, czy w czymś pomóc, widząc, jak się rozglądam, a gdy wyjaśniłam, że ja tu przed prawie półwieczem mieszkałam, zachęcił do wejścia dalej.

Kolosalna różnica - za moich czasów przecież cerber na portierni czyhał na lewusów 😂 Panowie, którzy chcieli odwiedzić koleżanki, musieli zostawiać legitymację studencką, a gdy zbliżała się 22.00 (albo 23.00, tego nie pamiętam) i legitymacja ciągle leżała w przegródce, było ponaglanie. Z tym, że nie wiem już, czy osobiste czy też był jakiś dzwonek w pokoju. Chyba był i jak przychodził do akademika jakiś gość, to dzwoniono do odpowiedniego pokoju i schodziło się na dół. Takie pary nieraz wystawały przed portiernią czekając na chwilę nieuwagi pracownika, żeby smyknąć na górę 😁

/To samo można zobaczyć w filmie Moskwa nie wierzy łzom, tyle że tam jest hotel robotniczy/

A teraz widziałam, że każdy chodził jak chciał. Co mnie w sumie zaskoczyło, bo w Pradze mysz się nie prześlizgnie w uczelnianych budynkach, ale w sumie to nie dziwi po tym, co wydarzyło się w grudniu 2023 roku. 

Nie mogłam sobie przypomnieć, jak było w Nawojce z przegródkami na listy - przerobiłam kilka akademików i pamiętam, że w jednych listy wkładano do przegródki z kluczem czyli pod numerem pokoju, ale też gdzieś była osobna skrzynka na ścianie, z przegródkami alfabetycznymi i tam należało sprawdzać, czy czegoś do nas nie ma. Może właśnie w Nawojce? Pozmieniało się w hallu, nawet winda jest teraz, a dalej mimo wszystko nie odważyłam się zapuścić. Może na 50-lecie? Spróbuję wtedy dostać się do swojego pokoju (chyba nr 222, ale to do sprawdzenia w starych listach; mam dużo czasu na odszukanie) i zobaczyć, jak jest teraz urządzony. I ile w nim osób mieszka 😁 Niestety nie mam żadnych zdjęć z tamtych czasów, tyle że pamiętam jedno łóżko piętrowe i dwa pojedyncze. I zlew czy umywalkę w małej wnęce (pod nią mieszkała mysz). Prysznice i toalety były na korytarzu oczywiście, bo budynek pochodzi z lat 30-tych - miasteczko AGH budowane w latach 60-tych i 70-tych było już bardziej luksusowe, z tzw. składami po (bodajże) 4 pokoje, na które przypadał wspólny węzeł sanitarny. A w Ujotowskim Piaście to już w ogóle - łazienka na 2 pokoje. Ale to dalsze dzieje.

poniedziałek, 12 października 2026

100 pomysłów na małe mieszkanie. Koncepcja i tekst: Maria Tyniec

Tag Z knihobudki oznacza, że coś stamtąd przyniosłam i to coś z powrotem odnoszę 😂 Wiem, jest to mylące, bo mam już setki książek przytarganych z takich miejsc i nawet je od czasu do czasu czytam, ale zostają u mnie (póki co), więc tego tagu tam nie daję. Trzeba było na samym początku inaczej to wymyślić, teraz za późno. 

Tę (po)pierdółkę jak z budki brałam od razu wiedziałam, że nie ma co się szykować na fajerwerki pomysłów. Ani na ciekawe ROZWIZANIA 🤣

Pomysł nr 3 na przykład to zestaw tych dwóch zdjęć, z informacją, że i małe mieszkanie można urządzić jak się chce 😂


W pomyśle nr 4 autorka radzi, żeby rzeczy rzadko używane schować, żeby nie zawadzały. Toż to genialne! Jest tam więcej takich przemyśleń: w MAŁYM mieszkaniu przydadzą się zapasowe krzesła albo drabinka, wszystko to przecież bez problemu schowacie.


Czytelnik może sobie nie zdawać sprawy z tego, że drzwi szafy potrzebują miejsca na otwarcie, więc całe szczęście, że w książce znajdą tę informację! Przy okazji - często widujecie w małych mieszkaniach szezlongi?


A tu taka ciekawostka wymiarowa - chodzi o to, ile miejsca potrzebujecie w przedpokoju na poszczególne czynności: wkładanie butów, wkładanie płaszcza samemu i z pomocą drugiej osoby - jak widać poniżej tyle samo. 

A wśród ilustracji takie oto urokliwe małe mieszkanko. Mogłoby być - wyczerpana przy garach osuwam się na kanapę bez zbędnych kroków. Że słup? Jaki słup?!


Pomysł nr 100 - wybierz lampy, które pełnią więcej niż jedną funkcję.

Szczerze gdybym miała powiedzieć, że jest tu jakaś dobra rada, to tak, jedną znalazłam - żeby wybrać uchwyty wpuszczane w drzwi szafek (to głównie w kuchni). Komuś to faktycznie może nie przyjść do głowy, a w ciasnej kuchni wystające uchwyty też zabierają miejsce. Nie zgodzę się natomiast z twierdzeniem, że przed szafą należy zostawić 120 cm wolnego miejsca - mówię to z doświadczenia, mam w sypialni odstęp między szafą a łóżkiem 60 cm - i wystarcza. Co innego, gdyby tam były szuflady, oczywiście. Tak samo nie musicie mieć w małej łazience minimalnie 110 cm na wytarcie się po kąpieli - mamy 80 cm i jakoś obywa się bez wygibasów...

Taka to publikacja. 

Przeczytałam 7 października 2026 roku 


W piątkowy wieczór córka wpada do domu z wiadomością, że jakiś facet ładuje pełno książek do naszej budki. Rzucam wszystko i lecę, wiadomo 😁 


Wszędzie podwójne rzędy! Ciężko było przejrzeć nawet, no bo jak. Ale jakoś to poukładałam. Połowę z tych książek znałam z domu... nie żeby od razu przeczytane, ale same okładki towarzyszyły mi przez tyle lat... Ktoś likwidował inteligencką bibliotekę. Szkoda, że już go nie było, gdy przyszłyśmy, dopytałabym o dzieje.
Teraz jest już trochę przebrane i dokopałam się do dwóch książeczek w moim ulubionym formacie - małe i cienkie 🤣 Wtedy w piątek wzięłam jeszcze pięć innych, tylko zdjęcia nie zrobiłam. Ale wszystkie takie mikrusy, słowo daję!


Wczoraj seans z gatunku na ostatnią chwilę: film jugosłowiański z 1967 roku Nóż - kryminalny, czarno-biały, z elementami humoru, mniam mniam. A gdyby ktoś przez przypadek znał Belgrad z tamtych czasów, to już w ogóle.

Belgrad, lata 60. XX w. Kiedy popularny piosenkarz, Aleksandar Kiš, zostaje zamordowany w swoim mieszkaniu, śledztwo obejmuje komisarz Marko i jego asystent. Szybko okazuje się, że powszechnie lubiany gwiazdor nie był tak kryształową postacią, za jaką uchodził, a krąg podejrzanych coraz bardziej się poszerza.

Tutaj do zobaczenia jeszcze dziś lub jutro. Oni tam na Arte wiecznie ściemniają: pod filmem piszą dostępny do 14 X do 5:00, a gdy się klika na info u góry po prawej to jest do 15 X. Jeśli wierzyć pierwszej opcji, oznacza to dokładnie to, co napisałam - dziś i jutro, więc się pospieszcie! Mało chyba kina tamtejszego można u nas zobaczyć. Kusturica wiadomo, znany, a tak to Jugosławia słynęła z filmów wojennych (partyzanckich), no i z koprodukcji, bo plenery jugosłowiańskie były dość popularne, choćby filmy o Winnetou. Zajrzałam do tomiszcza Kino epoki nowofalowej i znalazłam tam nazwisko aktora, który w Nożu grał komisarza, piszą, że miał na koncie liczne występy w dziełach czarnej fali, ale to role bohaterskich partyzantów przyniosły mu status gwiazdy.

 

W piątek mam wizytę u zakaźnego (wiecie, ta ciągle niezdiagnozowana historia wątrobowa), więc dziś rano udałam się na pobranie krwi. Wchodzę i cóż moje kaprawe o tej nieludzkiej porze oczy widzą? Ale to nie że ja tylko mało nie zemdlałam, każdy patrzył z niedowierzaniem na to, co widział w korytarzu czyli na kolejkę ciągnącą się do końca, a tam zakręcającą w bok. Upewniłam się, że to ta (pod drugą ścianą stała kolejka do EKG czy coś) i potulnie zajęłam miejsce, ale po kilku minutach poszłam przeliczyć wszystkich. Byłam wówczas 41., z tym, że w dalszej części korytarza siedzieli jeszcze ludzie przemieszani z obu kolejek, więc w sumie nie wiadomo. Przez cały ten czas przesunęliśmy się o jakieś 30 cm do przodu, co jeden z panów skomentował:

- Pewnie ktoś schudł, no bo bez jedzenia...

Chętnie bym schudła, ale nie za tę cenę, więc w końcu poszłam precz. Fajna wycieczka była. Jutro niestety powtórka z rozrywki, bo nie chcę zostawiać na środę, nie wiem, czy wyniki by były na piątek... Z tym, że nastawię budzik, żeby pojechać jeszcze wcześniej (jak pomyślę o pielęgniarce, która próbuje mi się wbić w żyłę już ledwo widząc na oczy przy setnym pacjencie...). Matko jedyna, a obiecywałam przecież budzikom śmierć 🙄

 

Ale może dość użalania się, wróćmy do początku października. Przeczytałam na FB (bo gdzie niby indziej), że będzie otwarcie bronowickiej filii bibliotecznej, więc się wybrałam. I teraz zapraszam na mały fotoreportaż 😁











Biblioteka malutka, kompaktowa, jak to mawiają, część dla dzieciaków i druga dla dorosłych, ale uwaga! jest też toaleta! To się tak często nie zdarza. Może w tych nowo remontowanych? 

Kiedyś miałam pomysł, żeby odwiedzić wszystkie filie, że niby co tydzień jedna, ale tego się nie da zrobić... w sensie, że z każdej miałam pożyczyć książkę i przeczytać, no to gdzie tam. Zwłaszcza, gdy NIE CHCĘ przecież pożyczać 😂 W bibliotece bronowickiej cóż, pożyczyłam - Spacerownik po Prądniku. Po czym wpadłam na pomysł, że taki Spacerownik to trzeba w domu mieć, a nie pożyczać z biblio (mam dwa: Stare Miasto i Bronowice), więc zadzwoniłam do Rady Dzielnicy ichniej, gdzie mi powiedziano, że były na stoliku do wzięcia, ale już nie ma, niemniej jednak żeby napisać maila. Napisałam. Przyszła odpowiedź, że fakt, mieli 20 czy 30 egzemplarzy od autorki i rozdali, ale żeby pytać jeszcze w trzech miejscach - na razie się nie zebrałam w sobie i nie wiem, na co czekam 🤣

No, a idąc sobie spacerkiem z Bronowic do domu usłyszałam, że nadeszła wiadomość na Messengerze. I oto pyta się znajomy sprzed 35 lat, czy ja to ja, bo mnie znalazł na FB, a szuka kontaktu do mojego Ślubnego. Jak zaczęliśmy gadać, to końca nie było. Że właśnie były obchody stulecia Żaczka i nikt nawet się nie zająknął o Ślubnym, który tam rozwinął niespotykaną wcześniej działalność i on, ten znajomy, chce o tym ważnym epizodzie napisać, ale chciał to trochę ze Ślubnym uzgodnić. Obiecałam, że po powrocie do domu odnajdę numer telefonu i dam znać. Odnalazłam, ale usłyszałam, że nie ma takiego numeru. A ten znajomy mówił, że gdy Ślubnego szukali po internetach, to znaleźli nagrobek w Bolesławcu z jego imieniem i nazwiskiem oraz jego rokiem urodzenia. Hm. A cóż by on robił akurat w Bolesławcu? Ostatni kontakt z nim miałam parę lat wcześniej, gdy Ojczasty prosił, żeby do niego zadzwonić i dowiedzieć się, co słychać (Ojczasty pozostawał z nim w kontakcie listownym, ale już nie dawał rady czytać/pisać). Odnalazłam zdjęcie tego nagrobka - na szczęście dzień i miesiąc urodzin były inne 😀 Nie żebym pamiętała, ale akurat córka mi przecież przywiozła akt naszego ślubu, który brat zabrał z likwidowanego mieszkania rodziców, więc był pod ręką.

Dzwonię więc do znajomego i mówię, żeby kupił sobie znaczek i napisał list, bo mam tylko adres na jakiejś wsi tarnowskiej. A jaka to wieś, pyta. Mówię. 

- O, to ja znam, tamtędy jeżdżę, gdy muszę coś tam...

Kurde, jaki ten świat jest mały 😂

Obiecał, że pojedzie i da mi znać, więc czekałam trochę w nerwach, co z tym Ślubnym. Jestem wdową czy nie? Ale chłop ma dopiero 68 lat...

No i pojechał i znalazł go! Ślubny się mocno zdziwił, jak go zobaczył po 30 latach z okładem - ale miło sobie pogadali i powspominali Żaczkowe czasy (byli współpracownikami). 

Ślubny dawno temu pozwijał wszystkie swoje interesy i kupił jakąś gospodarkę czy co i sobie żyje powolutku: ma kury, kaczki, 2 psy i 7 kotów 😂 Jak z nim wtedy rozmawiałam, wspominał, że robi też nalewki. Jak to się w życiu dziwnie plecie, człowiek tak aktywny, zawsze z milionem pomysłów. 

piątek, 9 października 2026

Andrzej Szypulski - Wariatki mają szczęście

Wariatką jest żona bohatera. To młode małżeństwo, można powiedzieć, że na dorobku, choć nawet i to nie - tułają się po wynajmowanych pokojach i czekają na mieszkanie w spółdzielni. Niedawno skończyli studia i są pełni zapału i chęci do pracy. Ona jest nauczycielką i realizuje się w tej misji. On dostał się na roczny staż w pewnej instytucji, ale jedyne, co mu ta robota daje (poza marną pensją) to nuda, bezczynność i poczucie beznadziei, bowiem biuro to powstało tylko i wyłącznie w celu zapewnienia lekkiej pracy krewnym i znajomym królika, podczas gdy Wojtek chciałby przez te osiem godzin dziennie zrobić coś sensownego. A tu klasyczne "czy się stoi czy się leży dwa tysiące się należy"... Tymczasem sytuacja się komplikuje, gdy właścicielka mieszkania wymawia im z dnia na dzień pokój (te warunki mieszkaniowe - od razu się przypomina serial Daleko od szosy), a sam Wojtek poproszony przez dyrekcję o ocenę swego stażu wypowiada się krytycznie o samej instytucji i postanawia zrezygnować. 

Po drodze mamy usiłowanie wydębienia wcześniejszego przyznania mieszkania u prezesa spółdzielni (bo wyszła ustawa o takiej możliwości dla absolwentów, którzy skończyli studia z wyróżnieniem; audiencja u prezesa to w ogóle jak u papieża), bezsensy odgórnego sterowania i kompletnego braku komunikacji (żona organizuje wielkie sadzenie drzew przed szkołą, każde dziecko umieszcza tabliczkę z nazwiskiem przed "swoim" drzewkiem, po czym następnego dnia przyjeżdża spychacz i plantuje teren, bo tak było w projekcie), spotkanie kolegów ze studiów, gdzie  decyzja Wojtka o rezygnacji z pracy i przyjęciu się na kierowcę ciężarówki jest traktowana a to jako bohaterstwo a to jako naiwność i degradacja społeczna. Wszak trzeba się urządzać w tym życiu, inaczej nie będzie!

Szereg wspomnień: ogłoszenia w gazetach Cudzoziemcowi wynajmę (i tak naprawdę nie chodziło tyle o właściciela obcego paszportu, co o zapłatę w dolarach), tak było, pamiętam, choć już z lat 80-tych. Też miałam książeczkę mieszkaniową, ale już z perspektywą czekania 20 lat, a nie czterech, jak bohaterowie Wariatek 😂 Zdaje się, że likwidowało się te książeczki z jakąś dopłatą ze strony państwa? Nie pamiętam, mama by to wiedziała.

 

Okazuje się, że Andrzej Szypulski to również Andrzej Zbych, a to nazwisko znamy, nie? Czytałam jego kryminał Bardzo dużo pajacyków, mam też Monachium - na tej podstawie powstał zdaje się jeden z odcinków Życia na gorąco. I dwa tomy Stawki większej niż życie, wydane w serii Srebrnego klucza. A serial Dyrektorzy - pamiętam jak przez mgłę z dzieciństwa 😁 Czy był to typowy produkcyjniak?


Początek:


Koniec:


Wyd. Wydawnictwa Radia i Telewizji, Warszawa 1978, 106 stron

Seria Z koniczynką 

Z własnej półki (z knihobudki 14 września 2026 roku)

Przeczytałam 3 października 2026 roku

 

Co do poprzedniej lektury czyli W stronę Swanna - będąc w Auchanie po orzechy (i oczywiście w knihobudce tamtejszej) zobaczyłam złocienie w promocji. Złocienie, wiecie - ulubione kwiaty Odety, obok katlei, co to je Swann poprawiał Odecie na dekolcie i które to poprawianie stało się synonimem aktu miłosnego 🤣 No jak było nie wziąć!


Mam duuuuużo do napisania o początkach października i choć nie cierpię robić sobie takich zaległości, to jednak odkładam na następne wpisy. Wyczerpana jestem, niczym Diana po kliknięciu w komputer* 🤣Tydzień zbyt intensywny dla mnie: załatwianie i składanie papierów na dodatek mieszkaniowy (ZUS, Spółdzielnia, Urząd), dermatolog, mammografia.  Pierwszy raz w mammobusie, w zeszłym roku zlikwidowało się to miejsce, gdzie od lat chodziłam i teraz zadzwonili z tej mammografii obwoźnej, do której trzeba było jechać z dwiema przesiadkami, a po niej taka się jakaś zmęczona poczułam, że wróciwszy do domu poszłam do łóżka 🤣 Co nigdy nie jest dobrym pomysłem, tak w ciągu dnia... no ale za to machnęłam 4 odcinki serialu.

Może dermatolog, bo zapomnę. Poszłam z jakimś białym syfkiem nad okiem, co to wygląda jak syfek do wyciśnięcia, ale nim nie jest. Prosiaczek, zawyrokowała pani doktor, do wymrożenia. No to ja jej jeszcze zaprezentowałam jakieś znamiona na brzuchu - mrozić, mrozić. 

- Ale dziś pani tego nie zrobię, bo (tu coś mamrotnęła, więc nie wiem, dlaczego dziś nie) - proszę się wpisać na pierwszy wolny termin. W rejestracji okazało się, że pierwszy wolny termin to - 6 kwietnia 2027 🤣 Niech mnie chudy byk!

Tyle na dziś, tak więc o 1/ bibliotece bronowickiej, 2/ sprawie Ślubnego oraz 3/ wspominkach sprzed 45 lat - příště 😁

Jeszcze tylko coś z YT. Jakiś młody człowiek o imieniu Masaki mieszka z dziadkiem, którym się opiekuje po pracy. Przyglądam się, jak mu szykuje kolację albo wychodzi z nim na spacer i zaraz wszystko wraca - jak to było z Ojczastym, zwłaszcza że panowie podobni do siebie. A że zbliża się kolejna rocznica (miesięcznica), to sobie popłakuję, że to życie takie okropne...

 


*

0:50 jak by co!