poniedziałek, 26 października 2026

Christine Lindop - Ned Kelly

Ted Nelly Ned Kelly - nie znałam ani nazwiska ani historii, a to postać bardzo żywa w kulturze australijskiej. Powstały książki i filmy na jego temat - taki australijski Robin Hood z drugiej połowy XIX wieku. Pochwycony i skazany na karę śmierci w wieku zaledwie 25 lat. 

Lekturka na poziomie dla początkujących siłą rzeczy traktuje jego historię skrótowo. Kelly Gang został osaczony przez policję, a jego przywódca ostrzelany po nogach i w ten sposób złapany - bo wyobraźcie sobie, że przezornie sporządził zbroję, która go chroniła przed ówczesną bronią palną, ale na nogach nie miał osłony.


Początek:


Koniec:

Wyd. Oxford Bookworms Library - Oxford University Press 2005, 55 stron

Stage 1 (400 headwords) 

Z własnej półki

Przeczytałam 22 października 2026
 

Trzynasta lekturka z angielskiego i ciągle jestem na poziomie początkującym 🤣  

Parę dni temu Duolingo mnie triumfalnie zawiadomiło, że spotkaliśmy się już 500 razy.

To fajnie... szkoda, że po tylu dniach nauki pytają mnie o słowo name 🤣 To naprawdę wielkie wyzwanie.
 

Chyba pora wrócić do podręcznika, bo w ten sposób nigdy do niczego nie dojdziemy. Znaczy - JA nie dojdę, niedojda jedna. A czas płynie. Jakże to tak do trumny (coffin) bez znajomości angielskiego?

Obejrzałam więc wczoraj w ramach motywowania się film po angielsku (zwłaszcza, że nie było do niego innych napisów). Wybrałam coś lekkiego, dzień z życia Nowojorczyka, próbującego związać koniec z końcem jako pracownik agencji nieruchomości, któremu nagle zjawia się na progu 10-letnia córka. Strasznie dużo gadali, niestety, ale tym się nie przejęłam - ważne, żeby mniej więcej wiedzieć, o co kaman 😂 


Jako że już chyba z półtora miesiąca nie zamieszczałam spisów filmów z LM - nadrabiam. Tak że kto nie zainteresowany - niech spokojnie na tym zakończy czytanie, bo niżej już nic poza tymi kartkami nie ma 😂

 





sobota, 24 października 2026

Celia Svedhem - Ciemny pokój. O historii migreny i poszukiwaniu ulgi

Czegoś takiego nie mogłam nie pożyczyć z biblioteki, skoro stało na półce z nowościami. Ja, migreniczka od półwieku. Właściwie dłużej, bo w pamięci mam już ataki w podstawówce. 

W sumie to kto wie, czy mój upadek ze schodów, jak byłam mała, rok czy jakoś tak, nie odegrał pewnej roli... 

Autorka zaczyna od opisu zwykłego dnia - bo migrena jest dla niej stanem codziennym. A przy tym oprócz pracy ma jeszcze dwójkę małych dzieci. No tak źle to jednak nie miałam. Owszem, często zdarzały się dwudniowe ataki, ale potem był zawsze kilka dni spokój. No i jedno dziecko, które ewentualnie było zabierane do dziadków, gdy ja leżałam... a potem, już większe, samo sobie radziło. Gorzej, gdy pracowałam. A to nie zdążyłam dobiec do łazienki i ozdobiłam pawiem ścianę przy drzwiach, a to w ostatniej chwili wyciągałam w tramwaju foliową torebkę (przepraszam tę panią, co koło mnie siedziała), a to obrzygałam żywopłot idąc już do domu, a to ktoś zajrzał do pokoju, gdy siedziałam z głową na biurku i doniósł na recepcji, że ta pani jest pijana. No bywało. O tym, jak migrena może zdeterminować całe życie (bo pewnych zawodów nie wybierzesz), wiem doskonale. Jak również o tym, że lepiej nie umawiać się dziś na jutro (czy jeszcze dalej), bo jutro może być migrena. Zresztą wywołana samym faktem, że jestem umówiona. Tylko dziś na dziś. O tym, że żadnych teatrów. Że każda emocja wywoła atak. I o tym, że rzeczywiście ludzie, którzy migreny nie zaznali, nie mają pojęcia, o czym mówią, gdy proponują, żeby się przejść. Tytułowy ciemny pokój to jedyne rozwiązanie (bo nie remedium) w ataku. 

I o tym wreszcie, że nie ma ratunku. 

Owszem, zdarzają się przypadki, że komuś migrena minie po menopauzie (bo na tę przypadłość cierpią głównie kobiety), ale liczyć na to za bardzo nie można.  


Dawno temu czytałam na forum migreny o tryptanach i była to dla mnie jakaś bajka o żelaznym wilku, zważywszy, że pisały o nich Polki, ale mieszkające za granicą. Ja byłam skazana na zwykłe tabletki przeciwbólowe, które raczej nie pomagały, umówmy się. Do czasu, aż w końcu wybrałam się do neurologa. Wówczas okazało się, że i u nas są one dostępne i nastał złoty okres, gdy - w odpowiednim momencie zażyta (kluczowe!) - tabletka likwidowała atak. Z czasem organizm się przyzwyczaił, zresztą te tabletki były na tyle drogie, że brałam je tylko wtedy, gdy musiałam, czyli - gdy trzeba było iść do roboty. I zastanawiałam się, co będzie POTEM, bo w ulotce wyraźnie napisano, że do 65 roku życia można je brać. Tyle, że do pracy już nie chodzę... ale dalej ich potrzebuję... w Pradze na przykład. Na Pragę zabieram zawsze potężny zapas, no bo co - położę się i będę zdychać cały dzień i całą noc?

Gdy byłam ostatni raz u neuro - nowej pani doktor - zapytałam o ten limit wiekowy i powiedziała, żeby się tym nie przejmować. Hm. Czyli będę dalej brać 😁

A co w książce? Te same lub podobne objawy, tylko bardziej intensywne szukanie pomocy, w tym poprzez psychoterapię (ale to już zboczenie zawodowe). Po drodze akupunktura,  bo też niektórym pomaga. Ale przede wszystkim UNIKANIE. Unikanie emocji, bo to najistotniejsze. Czyli poniekąd unikanie życia jako takiego... Unikanie pewnych potraw, pewnych napojów. Słońca. Zmiany rutyny. Tyle jest migrenogennych rzeczy na świecie...

Celia Svedhem wgłębia się w życiorysy znanych osób i odkrywa, że też cierpiały na migreny (nieraz nie zdiagnozowane jako takie), co widoczne jest w ich twórczości - Virginia Woolf, Zygmunt Freud, Darwin. Sprawdza, jak sobie kiedyś próbowano radzić z atakami, te pijawki, to opium. Przypominam sobie słój z pijawkami u babci. Czyżby ona też cierpiała na migreny? Ale mama nigdy mi nic takiego nie mówiła, więc może to było "zwykłe" nadciśnienie?

Początek:


Koniec:

Wyd. Czarne, Wołowiec 2025, 163 strony

Tytuł oryginalny: Det mörka rummet: om migränens historia och jakten på lindring

Przełożyła: Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska

Z biblioteki

Przeczytałam 20 października 2026 roku
 

Z życia emerytki (w tym tygodniu bez migreny) (odpukać, bo kto wie, co będzie jutro) 

Sobotni poranek... i cóż, że ponury i chłodny? Życie na emeryturze jest CUDOWNE (gdy nigdzie nie trzeba iść 😁), żadnego myślenia o pracy, żadnej listy rzeczy do zrobienia i spraw do załatwienia, tylko tabletki rozłożyć na cały tydzień 🤣 Nic, tylko spożywać słodkie owoce żywota mego pracowniczego, przysyłane mi przez ZUS 😏

Pan Romek wpadł wczoraj wymierzyć dokładnie nakastlik pod spodem, bo widział w OBI tę podstawkę na kółkach, co jest przeznaczona pod kwiatki. Wygląda na to, że będzie pasować, więc ma nabyć i po niedzieli nastąpi operacja wybebeszania zawartości szafki, żeby ją położyć na boku i przykręcić 😉 Miałam się pozbyć, a inwestuję 🤣 Co prawda zostało mi tylko 200 zł na przyszły tydzień, ale może styknie?

Na kulturę w końcu nie wydaję, uczęszczając do knihobudek, a filmy oglądając online* 😎 Jeden z blogerów ostatnio wyraził się, że w knihobudkach można znaleźć jedynie książki w gównianym stanie. No to proszę, znalezisko z wczoraj, nówka sztuka nieśmigana.


Tak się zastanawiam, czy nie założyć na FB grupy o łupach z knihobudek... żeby każdy mógł tam pokazać swoje znajdy 😁 Bo na przykład na Starych polskich książkach dużo osób pokazuje, ale zgodnie z nazwą grupy, a w Łupach by można wszystko.

* Miałam chodzić raz w miesiącu do kina, a ostatni raz chyba w marcu czy kwietniu byłam, a i to tylko dlatego, że był przegląd z Fabryki... jakoś się bronię przed wyjściem z domu takim konkretnym, nie że na spacerek 

Ze spaceru właśnie:

Nie pytajcie, co to za ustrojstwo w ogródku przed kamienicą. A raczej - powiedzcie, co to za ustrojstwo.


Nowy mural. TUSE LA VIE, napisane i nie wiedziałam, o co chodzi.

A tu teraz usłyszałam w radiu* piosenkę C'est la vie i do mnie dotarło, że to przecież właśnie Zauchy jest. Ale dlaczego TUSE? Czyżby pseudonim autora malowidła? Tak, powiedziało AI, jest nim niejaki Piotr "Tuse" Jaworski**. Czyli tak sobie sprytnie połączył nick z tytułem piosenki 😁

* Było to Radio Pogoda, bo jeszcze jak pracowałam, to kolega jeden nieraz wspominał o takim radiu i teraz wreszcie je sobie wyszukałam i w kuchni włączam. Fakt, mnóstwo wspomnień z dawnych czasów przy tych starych piosenkach 😍 ale reklamy i bzdetne programy też oczywiście są, więc nie wytrzymuję dłużej niż pół godziny, nie mam do tego cierpliwości.

** Z jednym Jaworskim byłam na studniówce, ale to nie był Piotr 😏

czwartek, 22 października 2026

Michail Bulgakov - Uova fatali [Bułhakow - Fatalne jaja]

Chyba na Orlenie to znalazłam. Znaczy tam koło stacji Orlenu jest plac zabaw i są TRZY knihobudki 😁 Wtedy dopiero sobie uświadomiłam, że w domu Fatalnych jaj niet. I jak to się stało? No Ślubny zabrał w ramach podziału majątku, tak musiało być. 

Lepsze po włosku, niż żadne, więc zabrałam. Jest tu jeszcze Diaboliada, ale do niej się nie palę.


To jakieś szkolne wydanie, zaopatrzone w materiały dydaktyczne - ciekawam, czy u nas w szkołach przerabia się coś poza Mistrzem i Małgorzatą, zresztą całe szczęście, że za moich czasów to było w ogóle niemożliwe, bo bym pewnie MiM nienawidziła, gdyby mi go kazali rozbierać na części pierwsze 😂 

Gdy byłam na stypendium w Perugii - a był to sierpień - handlowano tam akurat podręcznikami szkolnymi i sobie trochę przywiozłam, jakieś gramatyki, historie literatury... też podpisane przez poprzednich właścicieli, jak ta tutaj 😉 


Fatalne jaja pewnie czytałam wtedy, gdyśmy je ze Ślubnym mieli do spółki, ale nie pamiętałam. Teraz, po lekturze we włoskim tłumaczeniu, miałabym chęć wrócić do egzemplarza po polsku, no ale NIE POŻYCZAM Z BIBLIOTEKI, jak wiadomo 😂 Pozostaje liczyć na to, że któregoś pięknego dnia trafię w knihobudce (bo dlaczego nie). Kto nie czytał, temu mówię, że historia jest pokrótce taka: profesor Piersikow odkrywa w swym laboratorium tajemniczy promień, który powoduje gigantyczne i błyskawiczne namnażanie organizmów. Władze nakazują mu przekazać jedno z urządzeń kierownikowi sowchozu, który w ten sposób ma zaradzić kryzysowi jajecznemu w kraju... tyle że przez pomyłkę trafiają tam nie jaja kurze, ale pewnych gadów. Satyryczne spojrzenie na pierwsze lata SS (Sowieckiego Sojuza znaczy), a teraz piszą, że to ostrzeżenie przed ingerencją człowieka w inżynierię przyrody.

Początek:


 Jak bym tak miała każde zdanie powieści analizować, to bym wolała sobie strzelić w łeb... albo raczej strzelić flaszkę czerwonego, bo na trzeźwo się nie da 🤣


Wyd. Juvenilia, Edizioni Scolastiche Walk Over spa, Bergamo 1988

W stopce jest napisany tytuł oryginalny następująco: Rokovya jajca

A przełożyła na włoski: Linda Pettinari 

Z własnej półki (przyniesione z knihobudki 27 września 2026)

Przeczytałam 17 października 2026 roku 


Z życia emerytki

Wczoraj wreszcieśmy się zmówili z panem Krzysztofem i mapa powieszona, jak również dwa kwietniki u sufitu. Chwilowo co prawda na te kwietniki nie mam odpowiednich, zwisających i ładnych, gęstych roślin, ale wszystko po kolei, w jednym z nich wisi Franek 😁 


W środowe popołudnie zakończyłam też epopeję galeryjną. Trwała trzy dni. Trylogia znaczy.

W poniedziałek pojechałam "po orzechy". Do nich nie dotarłam, bo po drodze obtorbiłam się w kurtkę (świetny zakup, bo brakowało mi czegoś pomiędzy cienką kurteczką a puchówką) i spodnie dresowe - więc znowu nie miałam wolnych rąk na pakowanie bakalii. Czy ja się nauczę brać wózek? Wcześniej jednak zdążyłam wstąpić do Media Markt i pan mi polecił pilota do tv (nasz coś się chrzani, naciskasz trzy przyciski, po czym musisz odczekać parę minut, żeby kolejne nacisnąć, bo nie reaguje). Kosztował 70 zł, więc zapytałam przytomnie, czy można zwrócić. Tak, byle nie uszkodzony. OK.

W domu telewizor na niego nie reaguje. Instrukcja każe go sparować z kodem jakimś, klikam i klikam, nic. Pakuję z powrotem do pudełka, żeby oddać. Na allegro odkrywam, że piloty do Sharpa można kupić za 20 zł i wystarczy włożyć baterie, bez żadnego parowania. Super...

We wtorek popołudniu jadę więc do galerii. Zgłaszam się w MM i dowiaduję się, że... zwroty jedynie na kartę podarunkową! P...one gnoje ukradły mi 70 zł. Niby, że mam czas wykorzystać tę kartę trzy lata, ale ja nic stamtąd nie potrzebuję, zwłaszcza po tym doświadczeniu. Wchodzę na sklep, żeby wypłacić z liścia temu facetowi, co mnie zapewnił, że można zwrócić (bez drobnej uwagi, że specyficznie), ale gość najwyraźniej wyczuł pismo nosem, bo rozpłynął się w powietrzu.

Orzechów znów nie kupiłam, bo nie miałam nerwów na Auchana jeszcze. Na pocieszenie za to oglądam w Pepco lampę stołową. Ładna taka, ceramiczna podstawa w kolorze pudrowy róż 🤣, będzie na okno przy kanapie, bo tam taka starutka stoi. I w dodatku na wyprzedaży za 40 zł, bo końcówka serii, jak mnie pani objaśniła. Ale też pytam, czy mogę oddać, skoro przeceniona (bo ma duży dość abażur i nie wiem, czy się zmieści). Można.

Jak się domyślacie, nie mieści się. Znaczy mieści, ale wygląda jak pół dupy zza krzaka. Czyli do zwrotu. Cudny dzień doprawdy.

Środa po południu, jadę do galerii. Oddaję lampę bez problemu. Ale jeszcze rozglądam się po sklepie i odkrywam inną, z abażurem o mniejszej średnicy. Za 50 zł, zwykła biała lampa na drewnianej nóżce, ale niech już będzie. Pani na kasie skanuje i oznajmia, że 20 zł. Ale że jak to????

- Promocja jest.

😍😍😍 

Swoją drogą już się kiedyś spotkałam gdzieś z taką sytuacją, że inna cena na regale, a przy kasie niższa... Dziwne.

No, ale grunt, że tym razem nic już nie muszę zwracać i szlus z tymi wycieczkami, bo córka już opowiada u ojca, że ja teraz codziennie jeżdżę do galerii 🤣

/orzechy też kupione, spokój na tydzień/ 


Tym pisaniem o szufladzie na kółkach w regale z Ikei natchnęliście mnie na pomysła - żeby nakastlikowi takie kółka przykręcić i postawić go koło biurka, bo wtedy można łatwo go przesunąć, żeby mieć dostęp do okna. Czyli żeby się go nie pozbywać. Wezwałam na obdukcję szafki pana Romka (on ma inną specjalizację, niedawno naprawiał mi zawiasy w szafie), się podjął i będzie szukał czy to kółek odpowiednich czy też jeszcze innej opcji - są takie tacki na kółkach, pod rośliny doniczkowe - gdyby taką przymocować od spodu do nakastlika, byłoby to prostsze. 

Tymczasem sytuacja z knihobudką rozwija się następująco: jakiś pan z osiedla pochodził, znalazł białe fronty od szuflad, zabrał i przyciął i umieścił w budce. Tacy są ludzie 😍 

Jak widać, część półeczek jest płytsza i generalnie to ma być tymczasowe, ja się kopsnęłam do Spółdzielni, żeby się wstrzymali z docinaniem tych docelowych półek, bo jest jeszcze inny pomysł - żeby kupić metalowy regał, taki magazynowy. I żeby oczywiście Spółdzielnia go sfinansowała w tym wypadku. Dowiedziałam się, z kim rozmawiać w tej sprawie i dziś się wybieram na negocjacje. A tu rano wchodzę na FB i widzę zdjęcie zrobione w nocy, że już ktoś dwie półki zap...

Tacy są ludzie 😖

Jedna pani twierdzi, że w tym bloku mieszka jakiś były wojskowy, który ciągle na tę budkę narzeka, przeszkadza mu, bo tak i że to może on wziął się na sposób? Patrzcie, kiedyś pani z kiosku narzekała i w końcu budka została przeniesiona, bo miałam dosyć wysłuchiwania, jak to jej klientów odbieram, ale teraz to już nie ma gdzie jej przenieść, żeby była dostępna 24h, a jednocześnie pod dachem. 

Leje od rana, jeszcze nie wychodziłam i sama nie wiem, co robić. 

W poniedziałek kontaktował się ze mną ktoś z krakowskiej telewizji, że chce zrobić reportaż; na razie mówię, żeby poczekać, bo zobaczymy, co Spółdzielnia powie.  

===========

I znów rozmawiałam w Spółdzielni, pomysł z regałem metalowym też nie jest najlepszy - bo złomiarze ukradną. Więc wracamy do koncepcji, że dorobią półki z tych drzwi meblowych, które ściągnęłam z wystawki, tyle że je solidnie przykręcą. To jedno, a dodatkowy pomysł jest taki, żeby tam zainstalować fotopułapkę. Tylko że oczywiście potrzebna jest zgoda Zarządu, jak na wszystko 😂 I kwestia RODO wchodzi, wyobraźcie sobie. Znaczy ta fotopułapka musi być oznaczona*, a jeśli się przyłapie na zdjęciu złodzieja, to najpierw z tym na policję, która musi wyrazić zgodę na upublicznienie wizerunku czy coś w tym guście. Takie mamy czasy, że chronieni są głównie złodzieje. 

* fotopułapkę też można ukraść albo rozwalić, wiadomo... 

W każdym razie pan mówił, że owszem, domyślają się, kto to jest, no ale bez złapania za rękę nic nie można zrobić.  


wtorek, 20 października 2026

Aleksandra Czechówna - Dziennik 1856

To jest kolejna książka z półki z nowościami w bibliotece. Trochę się cykałam, że nie wiem, czy dam radę, bo się przyzwyczaiłam ostatnio do "lekkości", ale nie było to przecież nic ciężkiego - pierwszy rok zapisków młodej panny w połowie XIX wieku w Krakowie. Nieco egzaltowanej w kwestiach patriotycznych, ale taka była atmosfera w inteligenckich czy mieszczańskich domach wówczas, w końcu byliśmy pod zaborami.

Bożena Lesiak-Przybył, która przygotowała wydanie tego tomu, wykonała ogromną pracę, bo z reprodukowanych fragmentów rękopisu powiem Wam, że sądzę, iż nie dałabym rady odczytać 😁 Przy tym opatrzyła cały materiał ogromną ilością przypisów - osoby "siedzące" w cracovianach niektóre z tych przypisów zbędą wzruszeniem ramion, bo przecież wszyscy to wiedzą, ale spora część dotyczy osób lub spraw mało czy wcale nie znanych.

17-letnia Aleksandra Czechówna pisze o: zakupach i szyciu strojów, wizytach u krewnych i znajomych, spacerach po Plantach czy aż do rogatki, drobnych rodzinnych nieporozumieniach, praniu i prasowaniu mankietek, lekturach i wizytach w teatrze, kazaniach w kościele, wycieczce do Ojcowa, problemach służących... i bardzo dużo o śpiewaniu, bowiem ma głos i kochany tata opłaca jej prywatne lekcje śpiewu i muzyki. Podobnie zresztą jak inne lekcje dla niej i jej siostry - Aleksandra zakończyła edukację na pensji, ale do domu przychodzą nauczycielki kontynuując edukację panien. Są też rozważania, jaki to też los ją czeka w przyszłości, względem zamążpójścia oczywiście. Tematy poważne przeplatają się z drobnostkami, jak to w tym wieku.

Całkiem sympatyczna lektura (i och, jak to dobrze, że nie żyłam w tamtych czasach) i jestem ciekawa, czy są choćby minimalne szanse na kolejne tomy. Miałabym tylko uwagi co do oprawy tomu; właściwie nie wiem, czy jest taka, jaka jest intencjonalnie czy też coś tu nie pykło: już przy pożyczaniu - jako pierwszy czytelnik - zwróciłam uwagę pani w bibliotece, że środek jest jakby oderwany z przodu od okładki, pani pooglądała i zdecydowała, że tak miało być; no nie wiem, przy czytaniu i z tyłu się odkleiło... 


 


 

Początek:

Wyd. Archiwum Narodowe w Krakowie 2025, 222 strony

Z biblioteki

Przeczytałam 14 października 2026 roku
 

niedziela, 18 października 2026

Alessandra Mattanza - Banksy: głos ulicy

Banksy, guru street artu. Album (ciężki jak nie wiem co) był w bibliotece na półce z nowościami i skusiłam się, mimo kolejnych składanych sobie obietnic, że nie będę nic pożyczać 😂 To wzięłam do kompletu jeszcze dwie inne książki i zamiast kontynuować spacer musiałam z tymi ciężarami wrócić do domu.


 Skoro Arkady wydały taki album oznacza to, że Banksy już się wpisał do dziejów sztuki światowej. Zawsze mnie to zastanawia, jak można pozostać anonimowym w takiej sytuacji - choć ma zdaje się managera i przez niego mogą iść wszelkie kontakty, ale że nikt nigdy nie puści pary z gęby? Ponoć jego rodzice myślą, że jest dekoratorem wnętrz... W tym roku dziennikarze ustalili już jego tożsamość, donosi AI. 

Czy to istotne? Chyba tak, bo Banksy w swojej twórczości jest antykapitalistyczny i antywojenny. To jest jego bardzo mocne przesłanie. Toteż gdyby się okazało, że w prywatnym życiu kosi kasę, trochę by to zachwiało przekazem, prawda?

Lubię street art (w przeciwieństwie do gryzmołów na ścianach, których autorom proponowałabym obcięcie lewej ręki za pierwszym przyłapaniem). Twórcom street artu też się zarzuca wandalizm, ale nie sądzę, żeby można porównywać ich prace z jakimiś tam podpisami czy innymi bohomazami na murach (czyli znaczeniem terenu, jak psy siuśkami)

Banksy używa szablonów, co znacznie przyspiesza akt twórczy, gdy trzeba działać po kryjomu (nielegalnie). Wpadł na ten pomysł, gdy, we wczesnej fazie, kryjąc się przed strażnikami gdzieś pod pociągiem zauważył numer wagonu namalowany właśnie szablonem. Album ukazuje poszczególną tematykę jego twórczości, poprzez ulubione zwierzęta czyli szczury i małpy, poprzez dzieci i wreszcie miejską dżunglę, gdzie już możemy znaleźć wszystko: krytykę konsumpcjonizmu, działań władz, tajnych służb, inwigilacji, pazerności kapitalizmu etc.

 



Wyd. Arkady, Warszawa 2025, 287 stron

Tytuł oryginalny: Banksy Experience

Przełożył: Paweł Kwiatkowski 

Z biblioteki

Przeczytałam 10 października 2026 roku
 


Niedziela to fajny dzień: sąsiadka nie zadzwoni, żeby jej iść do sklepu, listonosz nie przyjdzie na kawkę - można się szwendać po domu w piżamie* 😂 

* ledwie to napisałam - pukanie do drzwi. Sąsiadka z ósmego, z metrem krawieckim obadać sobie prysznic, bo się przymierza do brodzika. No nie da się żyć normalnie!

I odpoczywać po sobocie, kiedy to facet spotkany pod budką zarzucił wędkę, iż na wystawce w pobliżu są jakieś części segmentów. Toteż poszłam się przyjrzeć, po czym ściągnęłam Sąsiada i przenieśliśmy do domu 3 pary drzwi.

Nie są białe, ale kichać na to. Jutro niech sobie ze Spółdzielni je biorą i tną na półki 😁

Obok stoi nieszczęsny nakastlik, który chcę przehandlować, ale 1/ córka strasznie pyszczy, bo ma tam swoje manele 2/ ciągle nie zrobiłam zachęcających zdjęć do jakiegoś ogłoszenia. Nakastlik jest pamiątkowy, po babci, ale żywcem nie mam na niego miejsca 😢 wcześniej stał w tej wnęce pod filmami, teraz jest tam więcej półek. Tymczasowo, przed remontem pokoju po zalaniach, został postawiony w przedpokoju i oczywiście teraz jest idealnym miejscem na odkładanie wszystkiego, co się wnosi do domu 🤣


Następnie - skoro nasza budka prawie nie funkcjonuje - kopsnęłam się do galerii, tak sobie, kontrolnie. Zabrałam jedną książkę na wymianę. A tam pełno towaru! 


 


Tak chodziłam, przeglądałam, odkładałam na kanapę, a potem siedziałam i próbowałam przebrać te już wybrane. W rezultacie w domu wylądowało jedenaście, coś strasznego 🤣

Jeszcze był jeden Perry Mason, ale okazało się, że go mam oraz 500 zagadek literackich dla sąsiadki, która rozwiązuje krzyżówki i prosiła, żeby jej tę serię zbierać. No i to tak. Co do Kopalińskiego - wiadomo, że słowniki to już nie na dzisiejsze czasy, wszystko w internecie... ale to jest Słownik przypomnień, właśnie dla sklerotyków jak ja, którzy co chwilę się zastanawiają, jakie to było słowo, co mam na końcu języka 😎 Nawet wpadłam na pomysł, żeby córka codziennie wybrała jakieś i mnie o to pytała (sama też w sumie mogę) dla treningu, to złośliwie wzięła takie, którego nigdy nie znałam - jak się nazywa potrącenie z góry odsetek*. W każdym razie ten słownik polega na tym, że przykładowo zapomniałam, jak się nazywa taki nałóg drobnych bezsensownych kradzieży - zaglądam wtedy pod hasło kradzież i znajduję kleptomanię. Gorzej, jak zapomnę słowa kradzież...


* dyskonto

Kopalińskiego uwielbiam całe życie i pamiętam, jak przed laty namiętnie studiowałam Słownik mitów i tradycji kultury, do dziś stoi na honorowym miejscu. Teraz należałoby i ten Słownik przypomnień wepchnąć gdzieś w pobliżu, do łatwej codziennej konsultacji 😁 Wiecie, na tym regale, który patronuje blogowi u góry, z jeszcze starym telewizorem z dupą. 

Tymczasem jednak zastanawiam się, czy nie wyrzucić obwoluty naddartej, bo bez niej prezentuje się całkiem całkiem. Przy okazji - od dawna już chciałam poruszyć ten temat - obwoluta powstała w celu ochrony właściwej okładki i powinna być drugorzędna, ale mnie zawsze zniszczonych obwolut żal. Są tu książki, które mają na przykład obdarty grzbiet z czasów, gdy dziecko robiło poranny obchód w chodziku, więc do pewnej wysokości nic nie było bezpieczne 😂 Co jest dla Was ważniejsze? Wyrzucacie zniszczone obwoluty? A już najgorzej, gdy to jest seria czy jakieś Dzieła i część ma obwoluty, a część nie...


Dzisiaj jeszcze jestem umówiona ze Śmieciarki na ewentualny odbiór starych kryminałów... Ewentualny, bo pan zamieścił ogłoszenie jeszcze w piątek, że odda różne książki, ale umawia się z chętnymi po troszeczku, żeby nie kotłować, no i mnie przypadła niedziela o 17.00 - przy czym nie mam najmniejszej pewności, że akurat z kryminałów coś zostanie 😂 no nic, będzie wycieczka krajoznawcza.

Pytacie, gdzie to wszystko dam?

Proszbardzo, są możliwości, oto najnowszy pomysł z FB:

🤣🤣🤣
 A jak już jesteśmy przy kradzieżach z FB, to może mi ktoś wyjaśni - te kółka na dole regału, pod telewizorem. Co to może być za wynalazek? Wszyscy pytają, właścicielka mieszkania nie odpowiada.


I to by było na tyle w niedzielne wczesne popołudnie, tylko jeszcze nie wiem, co to za atak mam na bloga, rano mi pokazało, że już dziś było już 36 tys. wejść. USA, Brazylia, Singapur. Rozumiem, że jakieś boty, ale po co? Skanują mi treści? Czytałam kiedyś, że miliony książek ulegają zniszczeniu, bo są rozrywane na pojedyncze kartki i skanowane, dla sztucznej inteligencji oczywiście. Czy to oznacza, że gdy ktoś zapyta AI o felieton Grodzieńskiej Preludium obiadowe, to AI go poinformuje, że czytelnik się popłacze ze śmiechu, bo ja tak zrobiłam i o tym napisałam?