niedziela, 14 września 2014

Berenika Kluczykowska-Sienkiewicz, Bartłomiej Sienkiewicz - Onegdaj w Krakowie

Donoszę, że książka czekała na półce prawie dwa lata, ale się doczekała. I niestety nie spodobała mi się tak bez reszty. Błąd (mój) był taki, że w trakcie czytania zajrzałam do internetów i dowiedziałam się, że autor poszedł w politykę, w jakieś ministry. To mi z miejsca odjęło jakieś trzy czwarte sympatii do niego.
Ale po kolei.
Najpierw półka z książką:
I regał.
Książka, że tak powiem, wyeksponowana wśród innych zacnych cracovianów. A tu takie kwiatki. No bo jest to dwugłos małżeństwa pochodzącego z Krakowa, tam kończącego nauki, tam przeżywającego pierwsze młodzieńcze uniesienia... wydawałoby się, że tylko przyklasnąć pomysłowi zebrania tych wspomnień w jeden tomik i przyjrzeć się, na ile różnie a na ile tak samo odbierali oni wrażenia z przaśnego Krakowa czasów PRL.



I rzeczywiście na początku jest miło, są wspomnienia z wakacji spędzanych przez Bartłomieja w Oblęgorku (to prawnuk Sienkiewicza), gdzie tytułowano go jeszcze paniczem i pokazywano wycieczkom, gdy akurat przechodził w pobliżu; tych na wsi w pobliżu Dobczyc, gdzie bywała Berenika, szaleństwa smaków i zapachów, choć czasem był to też odór obory. Są wspomnienia ulubionych lektur, powieści polskich, francuskich, amerykańskich z oblęgorskich zbiorów. Potem szkoła, dwa różne spojrzenia: on w neogotyckim gmachu przy placu Matejki, a po przeprowadzce na Grzegórzki w nowej tysiąclatce, gdzie na rozpoczęcie szkolnego dnia śpiewało się hymn Wszystko co nasze; ona wynosząca z podstawówki lekcję, która mówiła: chłopcy się bawią, dziewczyny stoją przy garach.
I kolejne tematy:
Wszędzie dwugłos, zawsze różne spojrzenie, ale - w jednym zawsze zgodne: TAMTE czasy były okropne, prymitywne, pełne niskich instynktów, ludzi posilających się w stołówkach, co już samo w sobie najwyraźniej jest wulgarne (ten rozdział o stołówkach mnie powalił, naprawdę, zapewne stołówka w MSW obecnie to zupełnie co innego), śmierdzące szczynami sienie kamienic, sfiksowani profesorowie Almae Matris, obowiązkowe modlitewne wpatrywanie się w Tischnera, kapusie śledzący każdy krok, paskudna suknie ślubna z braku odpowiedniego materiału - nie nie nie! To nie moja bajka, te wspomnienia i właściwie żal mi tych państwa autorów, że tyle wynieśli ze swej młodości, że tak tylko potrafią ją wspominać, że tyle chcą przekazać swoim dzieciom, którym książkę zadedykowali (też zresztą pretensjonalnie: dla Mrófiaczka, Bibiury i DiDżoja, no weźcie).
NIE, NIE PODOBAŁA MI SIĘ TA KSIĄŻKA!

Początek:
i koniec:

Wyd. Wydawnictwo MG 2010, 139 stron
Z własnej półki (kupione na allegro za 7,50 zł 5 listopada 2012 roku)
Przeczytałam 11 września 2014 roku


A tymczasem w piekarniku tarta ze szpinakiem według przepisu Saxony z postu IL PIANO INCLINATO (tylko feta zamieniona na zwykłą goudę):

Na zimno jeszcze pyszniejsza:
Chyba ją będę na przyszłość robić w dużej tortownicy, a nie w formie do tart, żeby więcej zostawało :)
No i przejechałam się ze szpinakiem: używałam świeżego, więc jak tak obrywałam ogonki i wkładałam do miski, to strasznie dużo tego było, toteż nie zużyłam całego opakowania. Tymczasem w patelni zrobiło się hm... nie za wiele :) człek się uczy całe życie :)

17 komentarzy:

  1. Miałam identyczne odczucia jak Ty. Przeczytałam tę książkę kilka lat temu, przeczytałam! zmęczyłam! teraz samą siebie pytam po co? I moje rozczarowanie lekturą, spotęgowane dość mocno wyczuwalnym poczuciem wyższości autorów, sprawiło, że zrobiłam wtedy coś, co już nigdy się nie powtórzyło i było w ogóle precedensem, a mianowicie, wyrzuciłam tę książkę do śmietnika. I nie czułam wyrzutów sumienia. Nie chciałam już nikogo narażać na taką stratę czasu, zostawiając tę książkę na przykład w bibliotece.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że nie ja jedna rozczarowałam się tą książką, bo już myślałam, że jestem jakaś dziwna... zazwyczaj ochy i achy w internecie. Też miałam wrażenie, że autorzy strasznie w ę-ą idą, a ja taka malutka głupiutka :)

      Usuń
  2. A ja jak o niej kiedyś gdzieś przeczytałam to nabrałam ochoty na poznanie Krakowa PRL-owskiego przez pryzmat ich wspomnień.
    A teraz już mi przeszło.
    Tym bardziej, że ten miło wyglądający Sienkiewicz już się mi źle kojarzy. Pradziadek chyba się przewraca w grobie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też myślałam, że to coś sensownego będzie. Ktoś mi tu na blogu to niegdyś polecił, być może zresztą nie czytając wcześniej, tylko z tytułu i biegusiem zakupiłam. Cóż, nie zawsze się trafia na perełki :)

      Usuń
  3. Zdarzyło mi sie snuć po Krakowie PRLowskim, tylko kilkudniowo, ale za to i poza rynkiem tez. Na przykład po Nowej Hucie. I wtedy tez był bajkowy, moim skromnym zdaniem. A może to wszystko przez wujostwo które miało w mieszkaniu cała Zaczarowaną Dorożkę w ramei na ścianie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gratuluję wujostwa :) A Nowa Huta jest fascynująca, jak się w nią zagłębić!

      Usuń
  4. Nie wiem co napisać... ten minister zaskakuje mnie co krok. Normalnie człowiek pełen niespodzianek. Chociaż szczerze mówiąc głupoty wygadywane przy stole łatwiej wybaczam niż pisanie słabych, pretensjonalnych książek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie wiem, o czym piszesz... tylko się mogę domyślać, że chodzi o tę jakąś tam podsłuchowo-restauracyjną aferę :)

      Usuń
  5. No to skutecznie mnie przestrzegłaś przed ewentualną lekturą, rownież dołożyłam sobie wiadomości z internetów i już mi się rysuje obraz wielce pokrzywdzonego przez ustrój, służby i raz zatrzymanego intelektualisty. Nie lubię takiego męczeństwa ;-)

    Patrzę za to na Twoją półkę filmową... Ach!
    No i na dodatek wypatrzyłam Ally McBeal! jak ja kochałam ten serial :-)))

    Tartę będę robić jutro - wczoraj obiad był poza domem, dziś wyjadamy resztki z lodówki. I jak tu cokolwiek planować? :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś też oglądałam - dziś zachwyca się nim moja córka :)
      Moje plany też poszły się... przewietrzyć :) Tarta miała być w sobotę, ale "teściowa" podesłała krupnik i bigos, i co było robić. Nic :)
      Niedzielny racuchy przeszły na poniedziałek, poniedziałkowo-wtorkowa chińszczyzna odeszła w niebyt (jutro rano będę coś kombinować), środa i czwartek makaron alla bolognese, bo jak już robić to na dwa dni, piątek tradycyjnie tortilla i w ten oto sposób tydzień mam z głowy. A w następną sobotę - znowu tarta - bowiem szukając przepisu dla Ciebie na warzywa znalazłam też tartę z groszkiem, kukurydzą i szynką, najprostszą w świecie.

      Usuń
    2. No u mnie jest niemal identycznie!
      Twoja tarta wygląda przepysznie! A czy to fantazyjnie powycinane dzieło to melon?
      Muszę sobie zanotować, bo inaczej zapomnę, składniki na kolejny farsz :-) A' propos groszku, to całkiem niedawno robiłam gołąbki z ryżem (następne z kaszą gryczaną) i zielonym groszkiem, bezmięsne. Ale i z mięsem mogłyby też być.

      Usuń
    3. Tam jeszcze dochodzi śmietana zdaje się. Muszę znów w domu zrobić zdjęcie przepisu :)

      Gołąbki ha ha - kto by mi kazał tak się trudzić :) choć brzmi, owszem, smakowicie. Ale nie na moje lenistwo takie potrawy.

      Usuń
    4. Zapomniałam - tak, melon. Zawsze to lepiej smakuje, jak podany z wydziwianiem :)

      Usuń
    5. U mnie granica ciut przesunięta - gołąbki mogę, natomiast odrzuca mnie na samą myśl o lepieniu pierogów. Podkusiło mnie dwa razy zrobić pieczone tatarskie pierożki. Niby mniej zachodu, niż przy tych gotowanych, ale to i tak huk roboty, się okazało. Klęłam, że chyba się błyskało i postanowiłam, że już nigdy więcej takich głupich pomysłów!

      Teraz robię małą przerwę od papierzysków i idę piec tartę :-)

      A, no i przejrzę trzy Doncowe, co to właśnie dotarły do mnie (jedna z serii z Daszą) - w twardej okładce, no nie ma porównania :-)

      Usuń
    6. Ha ha - ja tak kiedyś chciałam być oryginalna wyprawiając Wigilię. Nawymyślałam same "inne" przepisy, ale trzymające się tradycji, że bezmięsne. Zamiast karpia - kulebiak z rybą i papryką, zamiast zwykłych pierogów jakieś z twarogiem i powidłami śliwkowymi itede. No bo co to tak co roku to samo. Po czym przyjechała mamusia i przywiozła wszystko gotowe, po staremu :( Odechciało mi się innowacji na długo...

      Twarda okładka rządzi. Przeczytałam w weekend kolejną Wiolę Tarakanową - 400 stron w dwa dni - bo była właśnie w twardej oprawie, z dużą czcionką. Tak to bym się dłubała z tydzień :)

      Usuń
    7. No nie warto się wysilać jednak :-(

      Tarta zaś przepyszna, śladu już po niej nie ma - obiad plus kolacja! Oczywiście zrobiłam za mało ciasta, trzeba było z półtorej porcji, a tak to górny placuszek cieniuteńki wyszedł. I tak oto tarta Beaty F. zagości na dobre na kujawskich nizinach :)

      Dwa dni, no nie załamuj mnie , buuu :( Ja teraz nic, siedzę w tych papierach, wieczorem strona, gora półtorej i śpię!

      Usuń
    8. Tam w przepisie były 3 szklanki mąki, zapomniałam dodać :)
      Początki zawsze są trudne, nie zrażaj się :)

      Usuń