Te pszczółki to niby my z Věrą. Latają, żadnych innych prac nie mają 😎
Początek:
Środek:
Koniec:
Wyd. KANWA, Kraków 1994
Ilustracje: Ewa Masłowska
Przeczytałam 22 maja 2026 roku
Praga, dzień czwarty
Odważyłam się wybrać na Przyprawę i było bardzo fajnie, tak właśnie jak lubię - jakieś peryferie, dawna wieś, kościół, staw, te klimaty. Cmentarz oczywiście 😂
Pierwsze kroki kieruję do urzędu. Trzeba się zabezpieczyć przed dalszą wędrówką 😉 A tu żadnych drzwi oznaczonych napisem WC. Pytam kobiety, która wyszła na korytarz powiesić plakat.
- Tu nie ma, niech pani idzie tam do hospody po lewej stronie, w dół.
Ożesz. Ale za innymi drzwiami jest winda. Zwiedzam. Jadę na drugie piętro, bo na tabliczce widnieje napis Komunitní centrum. Nie ma tam nikogo, ale toaleta jest, musowo. Mnie chcieli nabrać! Więc jakby ktoś coś, to już wiecie.
Chodzę więc sobie, oglądam dom, gdzie kręcili Cierpienia młodego Bohaczka, oglądam pomnik Mistrza Husa, oglądam knihobudkę (szczęśliwie nic dla mnie), oglądam pomnik ofiar I wojny światowej i w końcu wędruję na oddalony cmentarz.
Przed nim jest tablica ze ścieżki dydaktycznej i - o ile zazwyczaj fotografuję tylko, że niby kiedyś mi się przydadzą - tym razem ją przeczytałam. I dowiedziałam się, że na jednym pomniku (kamieniarskiej rodziny) na palcu Matki Boskiej jest odbite... cosik. Schránka dravého prvohorního hlavonožce Orthoceras. Google translate mówi, że to pancerz drapieżnego głowonoga paleozoicznego. Tom szukała po całym cmentarzu pomnika 😁
Nawiasem mówiąc to jest ten cmentarz, co to urząd szuka dla niego otwieracza/zamykacza; byłam zainteresowana ofertą, ale gdy szłam tam z centrum (jeśli to tak można nazwać) zakrętasami drogi, gdzie nie było chodnika ani pobocza, a samochody jednak jeździły - odechciało mi się. W dodatku pracował tam przy jednym grobie jakiś Nie Wiem Kto (kamieniarz? chłop do wszystkiego?), wyjątkowo inteligentny inaczej - wiem, bo ciągle nawiązywał rozmowę, widać tam mało rozrywek. I jak sobie pomyślałam, że dwa razy dziennie bym z nim musiała konwersować, to nieeeeee.
Takie lehátko 😁
Dopiero w drodze powrotnej zorientowałam się, że źle wybrałam trasę z tymi zakrętasami, bo z drugiej strony wiedzie całkiem wygodna ulica. Gdzie jest taka ciekawa koncepcja na miejsca do parkowania, są one wybrukowane raz po lewej, raz po prawej - i ja to, na chłopski rozum, rozumiem tak, że ma to wymusić bardzo powolną jazdę po terenie?
A na końcu ulicy stoi dom. Niby nic, mały, trochę jak barak. Ale co tam robi z przodu ten... hak? Czy to dom mobilny?
Ulica nazywa się Granátová i tak sobie myślałam, że już fantazji nie staje komisji do spraw nazewnictwa i dopiero nazwa sąsiedniej ulicy Diamantová naprowadziła mnie na właściwy trop - chodzi o granaty jako kamienie szlachetne, czeski kamień narodowy przecież, a nie o kolor granatowy (czyli po czesku tmavě modrý). Ach, nauki nigdy dość 🤣
Chyba mi się w głowie kręci...
I tu powinnam być w połowie opowieści, ale jest problem - telefon ze zdjęciami coś słaby nagle w internety. Nie wiem, czy chodzi o to, że na przykład wyłączyły siostry internet, bo mieszkanki wyjechały na weekend, ale przecież nie, bo w laptopie działa... Ale owszem, taka mnie niespodzianka spotkała, gdy wychodziłam po południu - siostra mnie zatrzymała, że od 16.00 nikogo nie będzie (one zamykają internat już w piątki, nawet obiadu im wtedy nie dają, tylko suchy prowiant - bo tu jest stołówka) i żebyśmy przećwiczyły otwieranie i zamykanie za pomocą chipa. Normalnie otwiera recepcja, dodam.
Więc szybkim skrótem, bez obrazków.
Miałam oprowadzanie po technicznym zapleczu Biblioteki Narodowej. Spodziewałam się Bóg wie czego, a łaziliśmy po niekończących się korytarzach w podziemiach oglądając rury i agregaty.
Za to na koniec pani przewodniczka chciała nam zrobić przyjemność i zabrała nas do czytelni, piękna barokowa aula - prosząc, żebyśmy wyciszyli telefony, no bo ludzie się tam uczą. A ja - cóż, ja mam włączony w aparacie dźwięk, który robi taki cwak przy każdym zdjęciu i nie wiem, jak go wyłączyć. Więc jedynego, co było warto sfotografować, nie sfotografowałam 🤣 W dodatku najadłam się wstydu, bo miałam takie ataki kaszlu, że przewodniczki nie było słychać. Nie wiem, jak to jutro będzie...
Tu tylko tak zza drzwi cwaknęłam raz.
W antykwariacie kupuję za 10 koron niemiecki kryminał (tym razem zachodni), no bo co w końcu, dzień bez książki? Zapominając, że przecież rano przyszedł mail z Ulubionego, że znów mają promocję tyle zniżki, jaki dzisiaj dzień i w związku z tym zakupiłam od razu 10 sztuk (ze zniżką 22%, mogłam poczekać do poniedziałku albo wtorku, byłaby jeszcze większa 🤣).
O, jaka brudna. W domu będziemy czyścić. Tego Kirsta często widuję w "mojej" knihobudce, ale się nigdy nie zainteresowałam. No to masz, po czesku se kupiła.
A potem umówiłyśmy się z Věrą, że spotkamy się na stacji metra Hloubětín, bo w miejscowym kościele (gotyckim) jest w piątki msza o 18.00, to się załapiemy przedtem na oglądanie środka. Super było, bo raz że się udało, a dwa, że mamy informacje z pierwszej ręki na temat neogotyckiego zameczku obok - wlazłyśmy bowiem na teren budowy (remontu) ani o tym wiedząc, brama była tak szeroko otwarta, że nawet jej nie zauważyłyśmy i dopiero jakiś pan nas cofnął - dla naszego bezpieczeństwa - ale przy okazji go wypytałam, co i jak i normalnie mogłabym wstawić nowe info na Wikipedię 🤣 W zameczku była klinika ginekologiczna wcześniej i pierwszy w Czechach Babybox (patrzcie, znów Babybox wraca!), który dał nowe życie 28 dzieciom w ciągu 15 lat funkcjonowania. Potem go przenieśli do szpitala na Vinohrady, ale jeszcze zdążył zagrać w serialu Gliny i niemowlę, podobnie jak kościół przez mur. Ja ten odcinek oglądałam kiedyś, ale nawet mi się nie śniło, że to w Pradze było kręcone 😁 Tak że teraz chętnie bym sobie znów obejrzała, ale ni mo casu przeca, jutro Open House, muszę się zastanowić, co i jak i wszystko sobie ułożyć, żarty się skończyły.
Państwo łaskawie zwrócą uwagę na kolorowe krzesełeczka dla dzieci 😊
Věra chciała iść na piwo, ale jak usłyszała mój kaszel, to jej chęć przeszła. Może jeszcze zdołamy się spotkać po niedzieli? W środę przylatuje do niej ze Stanów wnuczka, ale może w poniedziałek lub wtorek jeszcze się gdzieś wybierzemy.
Namówiłam ją jeszcze, żeby udała się ze mną na poszukiwania (zza winkla) zegara słonecznego, który ktoś sobie zafundował na fasadzie ogrodowej, więc nie że każdy przyjdzie i zobaczy (która godzina).
Jacy Gruszkowi? Powinni być Czereśniowi przecież. Aha, i nie myślcie sobie: królowa po po czesku královna. Ach, jaka to była zmyłka kiedyś, bo przecież myślałam, że chodzi o królewnę, z bajki, no bo skąd.
A teraz ostatnia tragedia z ulicy Czarnej w Pradze: jakaś mendoloza przestawiła mikrofalę na 800, dałam tam do zagrzania mleko nie zauważywszy zmiany... no i była robótka, bo mleko zagotowawszy się wykipiało. Siła złego na jednego.
18.603 kroki = 13,2 km
Gdyby się jednak udało z tymi zdjęciami, to będzie apdejt. Albo i nie.
Coś drgnęło, więc.






















Straszne, co oni robią dzieciom takimi książkami.
OdpowiedzUsuńNie rozumiem tego cmentarnego cennika - miejsca są opłacane na rok? Wynajem kwatery i pełna obsługa?
Tego Kirsta od siebie możesz brać jakby co dla mnie - zwłaszcza na dwóch tytułach by mi zależało "Moje Prusy Wschodnie" i "Pan Bóg śpi na Mazurach".