piątek, 15 lutego 2013

Georges Simenon - Maigret et la jeune morte

Czyli Maigret i trup młodej kobiety albo Młoda nieboszczka, ale nie jest to dobre tłumaczenie, bo Maigret przez cały czas śledztwa usiłuje się wgłębić w ŻYCIE tej dziewczyny, a mniej w jej śmierć.


Otóż pewnej nocy małżeństwo wracające z nocnego klubu znajduje na placu Vintimille zwłoki młodej dziewczyny w wieczorowej błękitnej sukni. Komisarz Maigret dostaje tę informację przez przypadek - znajdował się na quai des Orfèvres o tej późnej porze tylko dlatego, że właśnie zakończył 30-godzinne przesłuchanie trójki bandytów. W drodze do domu postanawia więc zahaczyć o plac Vintimille. Na miejscu zastaje już inspektora Lognona, wiecznego nieudacznika (tytuł pierwszego rozdziału brzmi: w którym inspektor Lognon znajduje zwłoki i żali się, że mu je gwizdnięto), który sądzi, że cały świat sprzysiągł się, by on nigdy nie awansował. Maigret właściwie nie chce mu wchodzić w drogę, ale sytuacja go zaciekawia: przy zwłokach brak torebki, nie ma więc żadnych dokumentów, brak też jednego buta, co sugeruje, że morderstwo popełniono gdzie indziej. Sekcja zwłok wyjaśnia, że dziewczyna zginęła od ciosów twardym narzędziem w głowę, ale publikowane w prasie zdjęcie nie przynosi zwykłego w tych przypadkach odzewu: nadal nie znana jest tożsamość ofiary. Właśnie na usiłowaniach Maigreta zrekonstruowania życia dziewczyny, wydobycia jej z cienia, by na tej podstawie móc odnaleźć mordercę, skoncentrowana jest powieść.

Wyd. PRESSES DE LA CITE', Paris 1966, 221 stron
Z własnej półki (kupiona w antykwariacie 25 stycznia 1988 roku za 360 zł)
Przeczytałam 14 lutego 2013

Ta powieść Simenona wyjątkowo przywodziła mi na myśl atmosferę książek francuskiego pisarza Patricka Modiano. Zazwyczaj chodzi w nich o powrót do przeszłości, do Paryża z lat okupacji i szukanie korzeni, próby odnalezienia czy ustalenia tożsamości jakiejś osoby, najczęściej kompletnie wyizolowanej, żyjącej w jakimś oderwanym świecie.
Zerwałam się z łóżka, by poszukać swoich egzemplarzy Modiano,a le mam tego niewiele, zaledwie jedną jedyną w oryginale i dwie w polskim tłumaczeniu. Tych po polsku trochę się boję, myślę, że mogą stracić cały urok tajemniczości, jaki miały po francusku...

Kiedyś przeczytałam całego Modiano... no, może całego, to za dużo powiedziane, całego, jakiego mieli w Instytucie Francuskim w Krakowie. Zaraz wieczorem sobie zatęskniłam za Ulicą ciemnych sklepików i wymyśliłam, że następnego dnia po pracy lecę do Instytutu odnowić znajomość i kartę (nie byłam tam już parę lat w bibliotece). Z tym radosnym postanowieniem zasnęłam. Raniutko odpalam kompa, wchodzę do ich katalogu... a tu Ulica ciemnych sklepików wypożyczona :( chwilowo wizyta w Instytucie zostaje odroczona.

W Maigrecie znalazłam wycinek z Przekroju sprzed lat:



NAJNOWSZE NABYTKI
Po ośmiodniowej kalwarii paczka z allegro nadana Siódemką wreszcie została dostarczona. Historia jest długa i w sumie smutna (no jak tak można pracować), ale nie pozbawiona momentów humorystycznych, kiedy to waruję od świtu w domu co chwila wyglądając przez okno, czy kurier nie jedzie, a tu nagle na stronie internetowej, gdzie można śledzić losy przesyłki, widzę, że przed chwilą przesyłka została zwrócona przez kuriera do magazynu i jest szykowana do odesłania do nadawcy! Dzwonię rozwścieczona i cóż się dowiaduję? Że adresat (czyli ja) odmówił przyjęcia z powodu uszkodzenia paczki! Taki kurier to potrafi mieć fantazję!


Najpierw kupiłam Tysiącletnią pszczołę - o jej pojawieniu się na allegro (i to za 1,90zł) doniosła mi Kasia Eire... no a potem dobrałam jeszcze dziewięć innych... żeby się koszty rozłożyły :) Te koszty to było 12 zł właśnie Siódemką, najtańsza aktualnie opcja. Ale i najgorsza. Jeśli jeszcze kiedykolwiek mi się Siódemka przytrafi, będę podawać adres do pracy - i niech mi wtedy powiedzą, że awizowano!


Cyganeria i polityka - to zbiór wspomnień krakowskich z okresu międzywojennego, nie wiem, jakim cudem jeszcze tego nie miałam, bo nieraz przecież widywałam w antykwariacie... ale nie ma tego złego, bo tu trafiłam za 2,90zł :)
Szaleństwo i metoda Carpentiera za 1,90zł - trza było brać!
Dwa Hrabale - miałam w domu do tej pory jeno Postrzyżyny - te dwie były droższe, bo 7,90zł i 8,90zł
Szlak Tamerlana Heleny Sekuły - nie wiem, jak Wy, ale ja jej kryminały uwielbiam! Tanio było, za 4,90zł


Komedie tom II Bałuckiego za 1,90zł - otóż tu wyszła taka historia: kupiłam wcześniej jego Pisma wybrane w 9 tomach, myśląc, że to całość. Tymczasem potem odkryłam, że tomów jest 12 i brakuje mi trzech ostatnich... to już tylko dwóch :)
Ten Grzybowski to straszne i jedyne rozczarowanie. Wiecie, postać krakowska, Wydawnictwo Literackie i tytuł Pięćdziesiąt lat. No czego się można było spodziewać, jak nie wspaniałych krakowskich wspomnień? A tu guziorek! Historia Polski międzywojennej, polityka i takie a fe! Całe szczęście, że tylko 1,90zł!
Kronika małomiasteczkowego cmentarza serbskiej pisarki Isidory Sekulic - uwiódł mnie ten tytuł (i cena 1,90zł)
I ostatnia - Moskwa! Moskwa! Christophera Hope'a urodzonego w RPA. Zobaczymy, co też Afrykanina w Moskwie zadziwiło. Tradycyjnie 1,90zł.

Bez problemów za to Pocztą Polską dotarł prezent od Agnes:

Będzie się oglądać :)
Na razie jednak nieźle się wkopałam: psiapsióła z Francji wyliczała mi różne seriale, co je ogląda i jeden z nich okazał się być w domu (moja córka też ma hysia na punkcie amerykańskich produkcji), a mianowicie Dexter. No to wzięłam płytkę z pierwszym sezonem i zaczęłam oglądać. Oczywiście wciągnęłam się. Pytam córki, ile tego mamy?
- Siedem sezonów.
Mamma mia! Toż nawet do Wielkanocy nie skończę!

środa, 13 lutego 2013

Michał Bałucki - Byle wyżej

Z przyjemnością zabrałam się za lekturę kolejnej powieści Michała Bałuckiego. Nie są to wyżyny literackie, ale takie sympatyczne ramotki, pisane w tym stylu XIX-wiecznym, który do dziś ma wielu zwolenników. Bardzom kontenta, że nabyłam te Dzieła wybrane Bałuckiego i tak je sobie powolutku przerabiam, zwłaszcza że to Kraków przecież.

Podobizna autora z lat 1870-75 czyli z okresu poprzedzającego powstanie powieści, zamieszczona w tym tomie:

Byle wyżej było po raz pierwszy drukowane w 1875 roku w lwowskim Tygodniu i, jak pisze w posłowiu Aleksander Żyga, stanowiło beletrystyczną realizację pozytywistycznych postulatów Orzeszkowej. Pisarka ta domagała się zreformowania starego systemu cechowego - zamiast długoletniego terminowania u majstrów proponowała inne sposoby kształcenia rzemieślników. Albowiem właśnie o rzemieślnikach i rzemiośle w 2 połowie XIX wieku mowa.

Jest to jedyna w polskiej literaturze powieść poświęcona wyłącznie życiu środowiska rzemieślniczego. Zwłaszcza w Galicji rzemiosło odgrywało wielką rolę - ze względu na słaby rozwój przemysłu. Aż do roku 1859 obowiązywała organizacja cechowa. Młody człowiek zostawał czeladnikiem, terminował u majstra i jeżeli pozbawiony był jakiegokolwiek mająteczku, czeladnikiem zostawał aż do śmierci - do śmierci pracował u majstra i na majstra, nie mógł się wyzwolić i założyć własnego warsztatu. W Krakowie było wówczas ponad 3 tysiące rzemieślników, a przepisy cechowe były skrupulatnie przestrzegane. Po wprowadzeniu nowej, bardziej liberalnej ustawy w 1859 roku - pozwalającej zakładać warsztaty rzemieślnikom z patentem - nastąpił okres walki starego z nowym. Starzy majstrowie nadal uważali takich rzemieślników z patentem, nie wyzwolonych w cechu, za partaczy, nie dość że niszczących odwieczne tradycje to jeszcze rujnujących rynek.

I ta właśnie walka dwóch różnych postaw rzemieślniczych stanowi osnowę powieści Byle wyżej. Są to dzieje dwóch rodzin: majstra szewskiego Tomasza Baryłkiewicza i usiłującego iśc nową drogą, byle dalej, byle wyżej - stolarza Jędrzeja Dylskiego. Baryłkiewicz został świetnie odmalowany jako stary, przywiązany do tradycyjnych wzorów majster (jest zresztą starszym cechu): to mieszanka zacofania, dewocji, zamiłowania do kieliszka i pozostawiania warsztatu na łasce czeladnika, byle zachować stary cechowy porządek. Baryłkiewicz coraz więcej czasu spędza w miodosytniach czy handelkach winnych, a winą za podupadający warsztat, pozbawiony wszak nadzoru pańskiego oka, obarcza - panie tego jak się nazywa - oczywiście tych gagatków partaczy i fuszerów, takich jak Józef Dylski, ku któremu zerka jego córka Teklunia.

Stary Dylski uciekł niegdyś jako 12-letni chłopak z rodzinnego domu ze wsi do Krakowa, opowiedział jakieś bajki o sieroctwie i w końcu dostał się do warsztatu stolarskiego, którego majster, widząc jego spryt i chęci do roboty, przyjął malca na stałego terminatora i zapisał do cechu, choć nie było to proste, bo Dylski nie miał żadnych dokumentów. Po latach nastąpiły wyzwoliny, ale Dylski obraził się, bo nie dostał od cechu stypendium na wyjazd za granicę.

Opuścił gospodę zły i rozdrażniony, zaniedbawszy zwyczajów, przyjętych przy wyzwolinach, jako to: całowania klucza, rozdawania podarków, częstowania etc. A gdy go upominano, że należy dopełnić tych formalności, że cała gospoda czułaby się obrażoną tym zaniedbaniem, odrzekł opryskliwie i z lekceważeniem, że nie myśli zalewać im gardła za to, że został tym, czym mu się dawno już być należało. Takie lekceważące pominięcie zwyczaju uświęconego tradycją usposobiło źle przeciwko nowemu towarzyszowi czeladź całą, szczególnie tych, którzy nie pomijali żadnej sposobności upicia się cudzym kosztem.

A ponieważ Dylski rozżalony opuścił natychmiast warsztat majstra, co sprzeciwiało się ustawie cechowej (zobowiązującej czeladnika do pozostania co najmniej 4 tygodni u majstra, który go wyzwolił) - krok ten popchnął go na nielegalną drogę i od tej pory całe jego życie było walką. Nie chciał poczynić ustępstw, nie chciał dopełnić formalności, nie mógł więc przyjąć się do żadnego warsztatu, włóczył się za granicą, pracując w fabrykach, a wróciwszy do kraju po wsiach szukał zajęcia. Ożenił się z siostrzenicą jakiegoś proboszcza licząc na spadek po nim, ale księżulo przeznaczył majątek na cele dobroczynne, co całkiem pokrzyżowało plany Dylskiego. Dlatego dla swoich dzieci pragnął innej drogi: najstarszego syna Jana kosztem największych wyrzeczeń pchnął na studia prawnicze, by został adwokatem, młodszy Józef studiował medycynę. I właśnie Józef stał się wielkim rozczarowaniem dla ojcowskich nadziei na lepsze życie: postanowił porzucić studia i zostać rzemieślnikiem, kontynuować stolarski fach ojca, którego pracy przyglądał się od dzieciństwa, ale już na nowych zasadach. Chce organizować spółdzielnie rzemieślnicze, wspólnie kupować po niższej cenie materiały, wspólnie sprzedawać gotowe wyroby.

Te pozytywistyczne idee w drugiej części powieści niestety ustępują wątkom sensacyjnym. A to córka Dylskiego zostaje utrzymanką w Wiedniu, a to syn Jan-adwokat dopuszcza się najgorszych postępków, zawsze zgodnych z literą prawa, a to przyglądamy się romansom jego żony i sprytnym sposobikom, jakie wynajduje ona, by pod okiem męża dokonywac spektakularnych zdrad (to zepsucie burżuazji! bowiem Helena była z bankierskiego domu)... trochę to wygląda jak powieść dla kucharek...
Wyjaśnia to sam Bałucki, przedstawiając swoje poglądy na rolę i zadanie powieści:
Powieść nie jest tylko prostą kopią pojedynczych epizodów życia i chybia swego zadania, jeżeli przestaje na malowaniu typów i charakterów, choćby najgenialniej, na zręcznym plątaniu wypadków i rozciekawianiu. Ona powinna wykazywać głębszą, nieśmiertelną prawdę i sprawiedliwość, nurtujące na dnie czynów ludzkich, musi nie tylko mówić: jak?, ale i: dlaczego? Najznakomitsze typy, najsprytniejsza intryga pozostaną tylko bawidełkiem, sztuczką, jeżeli w nich czytelnik nie doczyta się tego, co go nauczyć, podnieść i umoralnić może.
Toteż poprzez sensacyjne losy bohaterów autor chce uczyć czytelnika, chce zaciekawić, by pokazać degrengoladę moralną jednych, a wysokie cnoty drugich.
Ot, taki smrodek dydaktyczny :)

A' propos cnót - najbardziej mnie rozbawiło zdanie z opisu pokoju Tekluni, postaci jak najbardziej pozytywnej:
Obok okna łóżko, starannie posłane i białą pikową kołdrą nakryte, robiło wrażenie niepokalanej dziewiczości; znać było, że to przybytek cnoty cichej.
Przybytek cnoty cichej :) od dziś już nie chodzę do łóżka, tylko do przybytku cnoty cichej :)



Kącik cytatów czyli rozwijamy się
W mieszkaniu Baryłkiewicza była tak zwana lada, to jest skrzynka okuta, gdzie mieściły się fundusze cechu szewckiego, z których dawano zapomogi podupadłym majstrom, wdowom, opłacano szpital i sprawiano pogrzeby. W ladzie zachowane były przywileje cechu i dwa mosiężne pozłacane buzdygany, z którymi majstrowie, starszy i podstarszy, występowali na procesję Bożego Ciała. Drugim sprzętem cechowym był duży stół, przy którym odbywały się narady członków, mały warsztacik szewcki, służący przy wyzwolinach czeladników do krajania skóry na obuwie podług miary danej przez zaprzysięgłych znawców.

Lada cechowa ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie

Źródło zdjęcia

Piękną kolekcję zabytków cechowych posiada w swoich zbiorach Muzeum Historyczne miasta Krakowa. Zawsze je oglądałam z zainteresowaniem, nie zdając sobie do końca sprawy ze wstecznictwa organizacji cechowej i jej feudalnego charakteru :)


Wyd. Wydawnictwo Literackie Kraków 1956, 274 strony
Tom IV Pism wybranych Michała Bałuckiego
Z własnej półki (kupione na allegro 31 sierpnia 2012 - 9 tomów za 24,90 zł)
Przeczytałam 12 lutego 2013

niedziela, 10 lutego 2013

Czingiz Ajtmatow - Żegnaj, Gulsary!

Medytowałam wczoraj chwilę przed półką, gdzie ustawiłam książki z PLANU NA LUTY 2013... jak się okazuje, nawet dokładnie planując można mieć wątpliwości co do tego, co TERAZ wybrać do czytania. Wszystko by się chciało, a i jeszcze wiele z tego, co w planie się nie znalazło :)
W końcu jednak padło na kolejnego Ajtmatowa. Motywacja? Bo taki cienki, a chciałam coś lekko leżącego w ręce :) cóż, można i tak wybierać lektury :) Następna będzie dla odmiany nieco grubsza i w twardej oprawie...

Opis ze skrzydełka podzieliłam na dwie części, żeby był bardziej czytelny:

Muszę przyznać, że w konfrontacji z poprzednią powieścią Dzień dłuższy niż stulecie, Żegnaj, Gulsary! zrobiło na mnie mniejsze wrażenie. Najwyraźniej egzotyka zrobiła swoje i czytanie o wielbłądzie odpowiadało mi bardziej niż o koniu :) Bowiem tytułowy Gulsary to właśnie koń, wspaniały bułany jednochodziec, towarzyszący w drodze przez życie Tanabajowi Bakasowowi, pasterzowi i hodowcy, kiedyś również kowalowi. Gdy kapral Bakasow wrócił z wojny, myślał, że prawdziwe życie dopiero się zaczyna. Tak lekko było na sercu. Na dużych stacjach orkiestry witały i żegnały powracających żołnierzy. W domu czekała żona, synek zaczął ósmy rok, miał już iść od szkoły. Tanabaj jechał z takim uczuciem, jakby się po raz drugi na świat narodził, jakby wszystko, co było dotąd, właściwie przestało się liczyć. Chciał o wszystkim zapomnieć, myśleć tylko o przyszłości. A wydawała się ona jasna i prosta: trzeba żyć, wychowywać dzieci, organizować gospodarstwo, budować dom, w ogóle - żyć. I już nic więcej nie powinno temu stanąć na przeszkodzie.

Życie jednak nie potoczyło się tak, jak się snuło w marzeniach Tanabaja. Kołchoz nie radził sobie, kierownictwo nie umiało znaleźć recepty na jego lepsze funkcjonowanie, wzrastały długi, ludziom nie płacono dniówek, brakowało paszy dla zwierząt, a Tanabaja wiecznie posyłano na trudne odcinki, jako starego komunistę. Tak został czabanem czyli pasterzem owiec, nie umiejąc odmówić staremu przyjacielowi Czoro, co stało się przyczyną jego osobistej klęski: gdy do owczarni, przedstawiającej sobą obraz nędzy i rozpaczy, gdzie Tanabaj z kilkoma pomocnikami stawał na głowie, żeby uratować kotne owce, pozbawione paszy i dachu nad głową, przybył partyjniak i zarzucił mu, że jest szkodnikiem i wrogiem ludu, skoro owce i jagnięta zdychają, zrozpaczony Tanabaj rzucił się na niego z widłami.

O ho ho. Podnieść rękę na przedstawiciela władzy, to nie byle co. I jakoś tak się dzieje, że nikt nie chce nawet słuchać wyjaśnień, nikt nie chce wniknąć w sytuację czabana, który nie ponosi najmniejszej odpowiedzialności za to, co się z owcami stało: wszak zdychały po prostu z głodu, bo kierownictwo kołchozu nie zadbało o paszę. Dramat Tanabaja, wyrzuconego następnie z partii - tego żarliwego komunistę, który nie upadał na duchu, choć życie było nędzne, kolejne lata po wojnie mijały i nic się nie zmieniało, a on ciągle wierzył w słuszność komunizmu - chwyta za serce. To największa tragedia w jego życiu.

Tanabaj właśnie wraca od syna z miasta. Syn został znów pominięty przy awansach w pracy, a synowa twierdzi, że to wina jego ojca, który musiał oddać legitymację partyjną. Tanabaj miał na tyle godności, by nie kłócić się z głupią synową, zebrał swoje manatki i ruszył w powrotną drogę do domu. Stary człowiek wspomina całe swoje życie, jadąc na starym wozie ciągnionym przez starego konia. Tępy ból dręczy serce Tanabaja, ale i Gulsary idzie coraz wolniej: ostatni to raz pokonuje tę drogę. Starzec usiłuje mu pomóc, porzuca nawet wóz, byle tylko doprowadzić konia do domu, ale nie zda się to na nic, Gulsary już do domu nie trafi... Tanabaj siedząc przy umierającym koniu wspomina czasy jego i swojej młodości, gdy Gulsary był wspaniałym ogierem, zwyciężającym w konkursach organizowanych przez stepowych mieszkańców czy wcześniej jeszcze, gdy nie dawał się ujarzmić, osiodłać. Myśli Tanabaj i o tym, jak w imię idei wyrzekł się własnego brata, skazał go na rozkułaczenie i wysyłkę na Syberię, bo nie chciał, by ktokolwiek zarzucił mu, że przy głosowaniu chowa głowę w piasek, by ratować krewniaka. Czy warto było ponosić te ofiary? Co otrzymał w zamian: próżne gadanie i obietnice, a na końcu kopniaka w tyłek...

To chyba najbardziej zaangażowana społecznie powieść Ajtmatowa, na ile oczywiście mogę o tym wnioskować przeczytawszy ich na razie pięć. Nie umniejsza to jej piękna jako utworu literackiego, mamy tu i piękne momenty liryczne, nie zabrakło też w życiu Tanabaja późnej miłości.

I wiecie co? Teraz, gdy o książce piszę, coraz głębiej zapada mi ona w serce. Wszak dotyka problemów, z którymi prędzej czy później każdy z nas się zetknie... już nie wiem, czy rzeczywiście wolę Dzień dłuższy niż stulecie od Żegnaj, Gulsary!...

Po rosyjsku powieść można przeczytać tutaj.
Znalazłam też informację, że Żegnaj, Gulsary! zostało sfilmowane dwa razy, w 1968 roku i w 2008. Może uda mi się znaleźć?


Inne tytuły z literatury radzieckiej w sprzedaży w 1968 roku:
Pierwsze, posłusznie melduję, przeczytane. Drugiego tylko połowa czyli Pierwszy nauczyciel, bo w innym wydaniu, Matczyne pole jeszcze mi w ręce nie wpadło. Trzeciego nie widziałam, ale i nie szukałam, póki co, za to mam Podróż do przyjaciela z lat dziecinnych tego autora... no a czwarte jest i czeka :)

Wyd. PIW Warszawa 1968, wyd.I, 205 stron
Tłumaczyła: Marta Okołów-Podhorska
Tytuł oryginalny: Proszczaj, Gulsary! /Прощай, Гульсары!
Z biblioteki na Rajskiej
Przeczytałam 10 lutego 2013

Książka przeczytana w ramach wyzwania Trójka e-pik:
Książka ulubionego autora


Kącik cytatów czyli rozwijamy się

- O, ten bułany źrebak, co pasie się na prawym brzegu. Daleko zajdzie.
- A co w nim takiego? Gdzie ta ładność?
- Jednochodziec od urodzenia.
- Więc co?
- Mało takich widywałem. Za dawnych czasów byłby bezcenny. Dla takiego w rozgrywkach na wyścigach nadstawiali głowy.


Gulsary to właśnie jednochodziec. Czyli koń o specjalnym rytmie kroków, podnoszący jednocześnie obie nogi strony lewej, a potem prawej.
Na Wikipedii znalazłam taki oto obrazek:

Oryginalnie to był gif, gdzie widać ten specjalny chód konia... widać na blogspocie nie działa, polecam zajrzenie pod linka (pod słowem jednochodziec).

sobota, 9 lutego 2013

Astrid Lindgren - Dlaczego kąpiesz się w spodniach, wujku?

Najpierw był film, a właściwie serial. Astrid Lindgren napisała scenariusz i w 1964 roku powstało 13 odcinków szwedzkiego serialu dla dzieci pod tytułem My z wyspy Słonej Wrony. Dopiero po projekcji serialu w telewizji Lindgren napisała zatytułowaną tak samo powieść. Polski tytuł Dlaczego kąpiesz się w spodniach, wujku? wymyśliła tłumaczka, co nie jest absolutnie żadnym zarzutem z mojej strony, bo czyż nie brzmi atrakcyjniej?
Serial zresztą cieszył się tak wielką popularnością (w szwedzkiej telewizji powtarzano go ponad 20 razy), że po nim powstały jeszcze cztery osobne filmy fabularne! I całego tego bogactwa my, Polacy, nie widzieliśmy na oczy, w przeciwieństwie do Rosjan, Niemców czy nawet Włochów (którzy z kolei nadali tytuł Wakacje na wyspie mew).

Jakaż to fabuła spowodowała tak wielkie wzięcie serialu i książki?
To w gruncie rzeczy spełnienie marzeń każdego mieszczucha: zamieszkanie na wsi i to w tak egzotycznym miejscu jak mała wysepka z kilkunastoma domami, oblana zewsząd wodą i oferująca latem najprostsze przyjemności: łowienie ryb, wyprawy łódką, wylegiwanie się na trawie, odganianie os znad talerzyka ze śniadaniową marmoladą, przyglądanie owcom, towarzyszenie farmerowi przewożącemu promem na pastwisko na innej wyspie stadka krów...
Melkersonowie ze Sztokholmu właśnie wynajęli na cały rok Zagrodę Stolarza na Saltkråkan (Słonej Wronie) i z początkiem lata, pewnego czerwcowego dnia, przypływają statkiem na tę uroczą wyspę. Na przystani wita ich kilkuletnia Tjorven, córka miejscowego sklepikarza, ze swym olbrzymim czworonożnym przyjacielem - bernardynem Bosmanem.
Tjorven zawsze "przyjmuje" na przystani statek, czy pada deszcz czy świeci słońce. Jest nieco samotnym dzieckiem, bo dwie starsze siostry, Teddy i Freddy, mają swoje sprawy, a na maleńkiej wysepce brak rówieśników; toteż Tjorven rekompensuje sobie brak dziecięcego towarzystwa wpychaniem nosa we wszelkie sprawy dorosłych.

Melkersonowie już w drodze nieco się niepokoili, albowiem tata Melker, z zawodu powieściopisarz, człek dość lekkomyślny, wynajął dom nie obejrzawszy go wcześniej... toteż zdobyta w czasie podróży informacja, że jest tam przyjemnie, jak ktoś lubi, gdy deszcz pada przez sufit, niezbyt podnosi ich na duchu :) Większym jednak problemem dla trzech synów Melkera są nieustające zaloty rozmaitych młodzieńców do ich najstarszej, 19-letniej siostry Malin. Malin od 13 lat, kiedy to pani Melkersonowa zmarła, gdy przyszedł na świat najmłodszy Pelle, stara się z godnością i zaangażowaniem wypełniać dla chłopców rolę matki. Bracia jednak zdają sobie sprawę, że któregoś dnia pojawi się jakiś bezczelny młodzieniaszek, który zabierze im urodziwą i sympatyczną siostrę, toteż pilnują jej jak oka w głowie i starają się obrzydzić życie ewentualnym kandydatom na narzeczonego.

Pierwsza znajomość z Zagrodą Stolarza nie wypadła najlepiej: w opuszczonym domu czuć było stęchlizną, pościel była lodowata, a piec dymił. Na szczęście wszystkiemu dało się zaradzić, zwłaszcza z pomocą życzliwych sąsiadów, rodziców Tjorven, a dzieciaki - jak to dzieciaki - wbiegały i wybiegały, zapoznawały się z zawartością strychu i licznych komórek koło domu, odkrywały obecność żab w studni i zastanawiały się, czy tatuś musiał coś ekstra dopłacić za taki cymes :)

A już w tydzień później Malin notowała w swoim pamiętniku, że czuje się, jakby zawsze mieszkali na Saltkråkan: zna już wszystkich mieszkańców, wie, czym się trudnią, chodzi po mleko do jednego z nich i do sklepu Nissego i Marty po inne zakupy - sklep ten pełni też rolę centrali telefonicznej i poczty oraz miejscowego klubu towarzyskiego. Starsi chłopcy razem z Teddy i Freddy znikają po całych dniach zwiedzając okoliczne wysepki, Pelle zaprzyjaźnia się z Tjorven i małą Stiną i z obiema rywalizuje w kwestii posiadania własnego zwierzątka, tata Melker wali w klawisze maszyny do pisania... życie biegłoby sielsko i anielsko, gdyby nie rozmaite przygody: Tjorven najmuje się na służącą do starego Sodermana (śmiałam się w głos z jej poczynań), starsze dzieciaki wyruszają łódką na morze i łapie je straszna mgła, a Melker dostaje spazmów z niepokoju, w noc świętojańską sznur na mokre ubrania jest pełen, Melkerson konstruuje wodociąg, bo żyje się tylko dziś... aż wreszcie lato się kończy i nadchodzi czas odjazdu i pożegnania z Saltkråkan i jej mieszkańcami. Ale nie na długo, bowiem Melkersonowie przyjadą znów na Boże Narodzenie - wszak trzeba wykorzystać dom, skoro się zapłaciło za wynajem za cały rok.

Wtedy właśnie, zimą, Pelle opowiada Malin, co czyni go szczęśliwym na Saltkråkan, a czego nie ma w mieście:
Ten nostalgiczny obraz przypomniał mi dawno minione dni dzieciństwa. U nas też kiedyś były piece i zimową porą, w niedzielę, kiedy sobie można było dłużej pospać (jeszcze chyba nie było wolnych sobót), wyglądałam spod pierzyny (tak! spało się wówczas pod pierzyną!) i przyglądałam się, jak mama lub tata rozpalają w piecu, a mnie tak dobrze i cieplutko w łóżku.

Przychodzi następne lato, Melkersonowie znów przypływają ze Sztokholmu, ojciec cieszy się, że takie wspaniałe miejsce znnalazł dla swoich dzieci i właśnie im uroczyście obiecał, że zawsze będą tu przyjeżdżać - gdy jak grom z jasnego nieba spada wiadomość, że właścicielka domu postanowiła go sprzedać i jest już nawet kupiec, dyrektor Karlberg... z bogatym dyrektorem biedny powieściopisarz nie może konkurować i cała rodzina pogrąża się w rozpaczy...

Egzemplarz, który czytałam - biblioteczny - jak widać poniżej, trochę wędrował po świecie :)
W tych wędrówkach stracił integralność, toteż został wtórnie oprawiony, ale wklejono dawną obwolutę.

Autorem ilustracji był Zbigniew Łoskot, malarz kościołów; jako ilustrator współpracował ściśle z Naszą Księgarnią.
Malin pisze swój pamiętnik, który ma zamiar pokazać po latach swej córce, żeby zobaczyła, jakie mama miała cięzkie życie z braćmi-urwisami.

- Dlaczego kąpiesz się w spodniach, wujku? Nie masz kąpielówek? - pyta Tjorven Melkera, który niechcący ciągle wpada do wody.

Melker skonstruował wodociąg doprowadzający wodę do kuchni :)

Stina i Tjorven całują żabę, żeby zamieniła się w królewicza dla Malin, która jest już bardzo stara...

Swoją drogą, czy wiedzieliście, jak imponującą oprawę miał pogrzeb szwedzkiej pisarki? Ja dopiero na Wikipedii przeczytałam:
Zmarła 28 stycznia 2002 roku po krótkiej chorobie (infekcja wirusowa). Uroczystości żałobne odbyły się w kościele Storkyrkan, na sztokholmskim Starym Mieście. Wśród żałobników pojawiła się między innymi rodzina królewska, premier Göran Persson i wiele innych ważnych postaci życia społecznego i politycznego. W kondukcie żałobnym, eskortowanym przez policję konną, szła dziewczynka prowadząc białego ogiera, co należy do jednego z symboli pogrzebów królewskich. Ceremonia była transmitowana przez szwedzką telewizję. Lindgren pochowana została w rodzinnym mieście Vimmerby.
W 2002 roku już nie oglądałam telewizji (u nas pewnie w dzienniku pokazywali), więc mnie to ominęło.


Wyd. Nasza Księgarnia Warszawa 1972, wyd.I, 274 strony
Tłumaczyła ze szwedzkiego Maria Olszańska, która przełożyła na język polski niejedną cenną pozycję skandynawskiej literatury dla dzieci (i nie tylko dla dzieci, bo również kryminały)
Tytuł oryginalny: Vi på Saltkråkan (czyli MY NA WYSPIE SŁONEJ WRONY)
Ilustrował Zbigniew Łoskot
Z biblioteki na Rajskiej (oddział dziecięcy)
Przeczytałam 9 lutego 2013.


czwartek, 7 lutego 2013

Wil Lipatow - Wiejski Sherlock Holmes

No co ja poradzę na to, że mnie te radzieckie powieści nie zawodzą? Że mam może dla nich jakąś taryfę ulgową i rzadko zamykam książkę z uczuciem zmarnowanego czasu? Podchodzą mi po prostu i już :)

O Wilu Lipatowie już raz było - czytałam wówczas powieść Lato zielonej gwiazdy.
Ale tradycyjnie zapoznajmy się z zawartością skrzydełka:

Znów gościmy w syberyjskiej wiosce, zagubionej wśród tajgi. Naszym po niej przewodnikiem jest Fiodor Iwanowicz Aniskin, miejscowy posterunkowy, który z wyjątkiem wojennego epizodu całe swoje 63-letnie życie przeżył w tej wiosce i powoli zaczyna spoglądać w kierunku cmentarza na wzgórzu. Aniskin jest monstrualnie gruby, waży 120 kg i bardzo cierpi w upalne dni (ja też, gdy czytam o długich siwych włosach wystających spod rozpiętej koszuli na piersiach), za to czuje się jak ryba w wodzie zimą, która, jak wiadomo, na Syberii trwa dziewięć miesięcy w roku, więc tak naprawdę Aniskin nie może za bardzo narzekać. Przyzwyczaił się także do nieustannego szurgotu karaluchów w swoim biurze. Aniskin cmoka, wybałusza oczy jak rak, kręci młynka palcami na wypiętym brzuchu i mówi:
- Ot, co!
lub:
- Widzieliście, co to się wyrabia!
Ale ta powierzchownośc jest myląca. Aniskin zna swą wieś jak własną kieszeń, wie, gdzie kto schował aparat do pędzenia samogonu i kto wykupił cały dziegieć w wiejskim sklepie.

Wieś jak wieś: domy mieszkańców, klub, siedziba zarządu kołchozu, Rady Wiejskiej, sklep, szpitalik...
Nie ma we wsi gorszego budynku niż Rada Wiejska! Mieli niektórzy chłopi domy nie najlepsze, ale w każdym z takich domów bielały na dachu dwie, trzy nowe deski albo jaśniał świeżością podrychtowany fundament, albo urodą pyszniły się nowe ramy okienne. Dom Rady mial krzywe okna i drzwi, nie posiadał wrót ani ogrodzenia, zamiast komina z cegieł sterczały trzy wstawione jedno w drugie wiadra; szyby w tym domu były połatane, pod oknami nie rosło żadne drzewko ani krzaczek, zaś w miejscu, gdzie wokół domu roztaczają się zabudowania gospodarcze, stał zbity z desek klozet z wiecznie otwartymi drzwiami. [...] W Radzie pachniało myszami, lakiem, niby na poczcie, i tym szczególnym odorem kurzu i zleżałych papierów, charakterystycznym dla biur.

Klub w Kiedrowce kształtem przypominał remizę strażacką, bo po bokach było dwoje dużych drzwi garażowych, a z przodu przypominał sklep wiejski - w poprzek drzwi żelazna sztaba, zwięzły szyldzik "Klub" i dwa okna po obu stronach ganku z poręczami. [...] Aniskin stał w pokoju i po milicyjnemu mrużąc oczy patrzył na szeroko otwartą szafę, w której leżał czerwony materiał i stos puszek z proszkiem do zębów do malowania plakatów i haseł. W pokoiku pachniało kurzem, ogórkami i tłustą szminką do charakteryzacji.

W zarządzie kołchozu posterunkowy przysiadł na ceratowej kanapie, pochylił głowę na oparcie i zaczął oglądać plakaty, hasła, obrazki, dyplomy i portrety, gęsto pokrywające ściany gabinetu przewodniczącego. Większość była nudna i nieciekawa, ale jeden plakat i jedno hasło wywołały w Aniskinie uśmiech. Hasło było takie: "Rolniku! Kończąc żniwa we właściwym czasie, pomagasz Ojczyźnie!". Jakiś nieznany człowiek wypisał to na arkuszu dobrego grubego papieru...

W szpitaliku z kolei izba przyjęć była maleńka, jedno okienko zawsze patrzyło w noc, lecz panowała w tym pokoiku tak zastraszająca czystość, że wydawało się, iż do izby przyjęć nie przenika najmniejszy nawet dźwięk. Milczał i błyszczał tylko okrągły ni to kocioł ni garnek - pojemnik na bandaże i watę, stały nieruchomo dwie białe szafy z rozlicznymi instrumentami, w kącie kryła się tak biała kozetka, że nie tylko usiąść, lecz nawet dmuchnąć na nią byłoby świętokradztwem.

W sklepie wreszcie obok pełnych skrzynek, obok beczki śledzi i worków z cukrem, kos posmarowanych grubo solidolem i owiniętych w papier, grabi, łopat i różnych innych metalowych wyrobów, obok przewiązanych sznurkami dwóch rowerów i motocykla w drewnianej klatce Aniskin przeszedł do pokoju ekspedientki Duśki.

A w domach? W domach ze ścian spogląda Gagarin wycięty z "Ogońka" albo Walentina Tierieszkowa, pod ścianą ławy szerokie, przy stole wiedeńskie krzesła albo malowany taboret. W rogu rosyjski piec z szerokimi pryczami po bokach.

Za to gdzieś tam w głębi, w trójkącie okna, zawsze widać szeroko rozlany Ob, dwa kilometry od brzegu do brzegu, z tą przestrzennością bezkresną, co przynosi radość i oku i sercu; przez szelest deszczu słychać, jak sapie na rzece niewidzialny holownik ciągnąc barki do obwodowego miasta Tomska. O Tomsku mało się myśli w Kiedrowce, każdy ma dość własnych problemów żyjąc tu i teraz, a kto sobie z problemem nie może poradzić, odwiedza Aniskina - znawcę człowieczej psychologii, który nigdy nie studiował na żadnym fakultecie oprócz wyższej szkoły syberyjskiego życia.

Na powieść składa się kilka rozdziałów będących opisem poszczególnych śledztw prowadzonych przez posterunkowego. Przestępstwa są zazwyczaj na skalę Kiedrowki: pies Połkan przynosi w pysku łosiową kość - trzeba znaleźć kłusownika, u którego w piecu bulgoce sagan pełen łosiny (Łosiowa kość); Wiera Kosoj przychodzi złożyć oficjalną skargę na pobicie przez małżonka (Rozwód po narymsku); kierownikowi klubu skradziono z szafy akordeon - to przestępstwo większego kalibru niż kradzież krowy (Detektyw wiejski); kobity już trzeci raz obiły Pankę za to, że chłopy do niej łażą (Panka Wołoszynówna); w dniu 9 maja Aniskin pije wódkę ze swym przyjacielem z frontu Łukaszem i wyjaśnia tajemnicę pewnego wybuchu granatu sprzed lat (Jedni odjeżdżają, inni pozostają)... dopiero w ostatnim opowiadaniu posterunkowy ma po raz pierwszy w życiu do czynienia z morderstwem, zostaje więc wsparty przez śledczego przysłanego z miasta (Trzy zimowe dni).


Wiejski Sherlock Holmes został przetłumaczony na język polski niebywale szybko, bo już w następnym roku po wydaniu radzieckim. I to przez kogo! Kogo my tu spotykamy! Nasi starzy znajomi!
Tyle wszak o nich obu już u mnie było i o ich przyjaźni się wspomniało, a teraz przykład zgodnej wspólnej pracy :)

Dodam jeszcze, że czytałam sobie powolutku, smakując te wszystkie opisy, a od czasu do czasu sięgając także po tekst oryginalny, co to go sobie kiedyś z netu wydrukowałam. Ot, chociażby na początku pierwszego rozdziału pojawia się bezpański pies Połkan. Jak też to będzie bezpański po rosyjsku? Wsieobszczij :) Czyli po polsku niczyj, a po rosyjsku wszystkich, każdego. Dwie różne koncepcje, choć stosunek do niczyjego wykształcony za komuny taki sam w obu krajach...
Kocham te porównania:
- w pokoju zrobiło się tak cicho jak zimą na cmentarzu
- przed klubem zrobiło się cicho jak na stypie, kiedy ludzie siadają dopiero do stołu
- na dworze było mroczno i cicho niczym późną jesienią
- nad rzeką przetoczył się głos nocnego ptaka, podobny do płaczu dziecka w pustej sali dworcowej


Byłabym zapomniała! Powieść została sfilmowana i to nawet w trzech częściach, wszystkie mam i zaraz będę oglądać!
Znalazłam też w internecie stronę o słuchowiskach radiowych i są tam oba opisane, zarówno według Lata zielonej gwiazdy jak i Wiejskiego Sherlocka Holmesa. Ale nie rozumiem tej strony, czy to oznacza, że tych słuchowisk można posłuchać czy to tylko ich opisy?

Inne tytuły serii KIK w 1969 roku:
Mam tę ostatnią - Zbieg z wyspy Św. Heleny - będę czytać.
Wygląda na to, że seria wystartowała w 1958 roku. Nie wiem, czy mam coś aż tak starego z KIK, muszę sprawdzić.


Wyd. PIW Warszawa 1969, wyd.I, 309 stron
Seria: Klub Interesującej Książki
Tłumaczyli: Eugeniusz Kabatc i Aleksander Minkowski
Tytuł oryginalny: Dieriewienskij dietiektiw - Деревенский детектив
Z własnej półki (kupione 5 stycznia 2013 za 5,50zł na allegro - bardzo dobrze wydane pieniądze)
Przeczytałam 7 lutego 2013.


NAJNOWSZE NABYTKI
Byłam w księgarni językowej w dziale rosyjskiego i tak sobie przeglądałam od niechcenia rozmaite podręczniki, gdy rzucił mi się w oczy i do rąk jeden taki... genialny! wszystkie akcenty pozaznaczane, ułożony działami, ćwiczenia do słownictwa... no wszystko piękne oprócz ceny (pięćdziesiąt parę złotych). Trochę się powahałam, aż wreszcie powiedziałam sobie - a po co ci podręcznik, kobieto, przecież nie będziesz się rosyjskiego uczyć, tyle co do czytania to znasz, a nic innego z rosyjskim w życiu nie zrobisz. I poszłam, choć z bólem serca. Ale i zadowoleniem, że taka twarda byłam i zaoszczędziłam.
Nie na długo.
Doszłam do sklepiku muzealnego w Krzysztoforach, a tu:
Nawet z daleka o takiej pozycji nie słyszałam, a wyszła jeszcze w 2009 roku. No jak mogłam nie wziąć. I tak pieniądze zaoszczędzone na rosyjskim poszły na Kleparz :)

poniedziałek, 4 lutego 2013

Harriet Beecher-Stowe - Chata wuja Toma

Właściwie to nie wiem, CZYJĄ książkę przeczytałam. Bo na okładce stoi jak byk: na podstawie powieści Harriet Beecher-Stowe napisał Stanisław Stampf'l.
Stanisław Marian Stampf'l był dziennikarzem, współautorem Matysiaków. Nawiasem mówiąc, z wielkim zdumieniem dowiedziałam się, że Matysiakowie to nie odległa przeszłość, ale i dzień dzisiejszy, okazuje się, że można ich dalej słuchać w soboty o 13.10 w 2 programie Polskiego Radia... muszę kiedyś spróbować ;)
No i nie wiem, co to znaczy napisać powieść na podstawie innej powieści. Jak się to robi? Bierze się oryginalny akapit i... nie tłumaczy, tylko pisze swoją wersję? Ale czym to się różni od tłumaczenia? Stopniem (nie)wierności? W kropce jestem.

Powieść powstała w 1851 roku, najpierw była publikowana w odcinkach, jak nasza Trylogia Sienkiewicza, a dopiero w następnym roku wyszła w wersji książkowej - za to jak już wyszła, to szła i szła - w XIX wieku była najlepiej sprzedającą się książką poza Biblią.
Dla polskiego czytelnika Harriet Beecher-Stowe jest autorką jednej książki, choć w rzeczywistości napisała ich o wiele więcej. Była działaczką społeczną i na pewno wiedziała, o czym pisze w Chacie wuja Toma, bo sama brała udział w ukrywaniu zbiegłych niewolników i przerzucaniu ich na północ Stanów Zjednoczonych. Uważa się nawet, że przyczyniła się do wybuchu wojny secesyjnej.

Impulsem do powstania powieści była ustawa przeciwko ukrywaniu zbiegłych niewolników z 1850 roku. Autorka przedstawiła historię wuja Toma, starego Murzyna, który zdobył wielkie zaufanie swego pana i praktycznie zarządzał jego posiadłością. W dowód uznania pozwolono mu wybudować mały domek, przylegający bezpośrednio do domu właściela. Ten właśnie domek, zamieszkały przez wuja Toma, ciotkę Chloe i trójkę ich dzieci i będący miejscem spotkań wszystkich niewolników należących do państwa Shelby, zwany był chatą wuja Toma. Życie wydawało się rajem, 13-letni syn Shelbych uczył Toma czytać, dzięki czemu Tom mógł się realizować religijnie, a mocno był na tym punkcie zakręcony...

Cóż, kiedy pan Shelby cienki był w prowadzeniu interesów i popadł w długi. Największy weksel trafił w łapy handlarza niewolników Haleya, który domagał się wydania mu w zamian właśnie wuja Toma oraz małego Harry'ego, kilkuletniego synka innej niewolnicy, Elizy. Rozdzierające sceny pożegnań, nagła decyzja Elizy o ucieczce wraz z dzieckiem, dramatyczna przeprawa przez oblodzoną rzekę, skoki po krze, schronienie się w osadzie kwakrów... tymczasem Tom zakuty po raz pierwszy w życiu w łańcuchy podróżuje wraz z handlarzem, przygląda się licytacjom niewolników, rozdzielaniu rodzin, aż wyciągnie szczęśliwy los: na statku wpadnie w oko małej panience Ewangelinie St.Clare, która namówi swego ojca do kupna Toma. We wspaniałej posiadłości St.Clare'ów żyje mu się godnie i jedynie tęsknota za żoną i dziećmi i własną chatą odzywa się od czasu do czasu - ale też Tom pociesza się, że któregoś dnia dawna właścicielka, pani Shelby, go wykupi - taką mu dała obietnicę przy rozstaniu. Jednak i te szczęśliwe czasy się skończą: owdowiawszy pani St.Clare sprzedaje posiadłość wraz z żywym inwentarzem i Tom trafia w ręce prawdziwego sadysty posiadającego plantację bawełny...

Powieść jest pełna dramatycznych zwrotów akcji, wciąga czytelnika i myślę, że nawet dla dzisiejszych młodych ludzi może być atrakcyjna. Jest sentymentalna, to prawda, wkurzała mnie też ta nieustająca wiara Toma w opatrzność boską, na przekór wszelkim doświadczeniom życiowym - ale też autorka przedstawiła inne punkty widzenia. Odwieczne pytanie: czy jest Bóg, skoro pozwala na coś takiego - tak charakterystyczne dla czasów Zagłady - pojawiało się i wtedy.
Przypomniało mi się, że w swoich szkolnych czasach oglądałam taki serial amerykański Korzenie. Dziś nic już z niego nie pamiętam, a podejrzewam, że przewijały się przezeń te same tematy...

Ilustracjami powieść ozdobił Andrzej Strumiłło - człowiek-orkiestra, który ma nawet własną galerię.
Zaraz na początku natknęłam się na pierwszą z nich i trochę się nad nią zadumałam. No dobra, mamy Murzyna, Murzynową z czymś dziwnym w ręku (dopiero z tekstu zrozumiałam, że chodzi o doskonale wyczyszczony miedziany rondel, a myślałam, że to jakaś dziwna grzechotka), dwa Murzyniątka (jedno w koszuli nocnej), jednego białasa, który asystuje lekturze, a cylinder postawił na podłodze (to akurat zgodnie ze zwyczajem), dwa talerzyki odwrócone do góry dnem (może to jest seans wywoływania duchów?), ale CO TO JEST NA PODŁODZE? CO TAM ROBI WIEWIÓRKA DO GÓRY KOŁAMI?
Okazało się, że dzieci wuja Toma bawiły się... wypchaną wiewiórką!
No i dlaczego ta książka czytana przez wuja Toma jest taka cienka? Przecież co może czytać taki Murzyn, no tylko Biblię (co się zresztą potwierdziło podczas lektury), a Biblia jest grubsza. Mała niestykowka... ja to jestem strasznie dosłowna i dożarta, ale stawiam się tu na miejscu właściwego czytelnika czyli dziecka - dzieci są wszak dociekliwe :)


Wyd. Nasza Księgarnia Warszawa 1964, wyd. I, 306 stron
Tytuł oryginalny: Uncle Tom's Cabin
Z własnej półki z literaturą dla dzieci/młodzieży, gdzie zalegała od 7 czerwca 1988 roku! tego dnia została nabyta w antykwariacie za 360 zł.
Przeczytałam 3 lutego 2013.

Książka przeczytana w ramach wyzwania Trójka e-pik:
Powieść z wątkiem niewolnictwa



Z FRONTU NOWYCH REGAŁÓW
Pan Stolarz przybył o 19.00, przez pół godziny nosił bambetle, bo oczywiście o tej porze pod blokiem nie było gdzie stanąć furgonetką i musiał na plecach wszystko przytargac z daleka. Wreszcie zabrał się za montaż, a że trzeba było przewiesić o pół metra także dwie półki z pluszakami mojej córki (która nie pozwala się ich pozbyć) - wiercił o 20.45 w ścianach nośnych, jednakże o 21.00 skończył te gościnne występy i zapytał, czy za rok znowu ma się spodziewać maila z prośbą o nowe półki :) Na pytanie A GDZIE NIBY? wskazał na ścianę w głowach łóżka (tam, gdzie teraz te wiszące półki z pluszakami) - że niby łóżko można odsunąć. Na kolejne pytanie A JAK SIĘ DOSTANĘ DO SZAFY? - odpowiedź była prosta: trzeba w niej wymienić drzwi na przesuwne :)
Zapełnienie wygląda na razie tak, jak powyżej, więc czas mam :) U góry brakuje jeszcze ostatniego rzędu półek - Pan Stolarz zapomniał je przywieźć...
Mało tego, regał jest naprawdę rozwojowy, bo głęboki, spokojnie staną w nim dwa rzędy, więc naprawdę nieprędko się za miejscem rozejrzę - oczywiście hamując się w zakupach.
Najbardziej cieszę się z tego, że mogłam koło siebie ustawić moje radzieckie i rosyjskie filmy:
Te w polskiej edycji zostawiłam w "dużym" pokoju, jako do ogólnego użytku :) a tu przeniosłam te w oryginale, najmojsze. Leżę sobie w łóżku, wyciągam rękę i już mam, ach, co za radość!
Dodam jeszcze, że regał posiada schowek na kolię brylantową! Mianowicie do pewnej wysokości nad łóżkiem został zabudowany i ma podnoszone do góry półki. W środku mieszczą się walizki, z tymi koliami oczywiście :)



Cykl: CRACOVIANA NA MOJEJ PÓŁCE, odc.8
Dziś pierwsza część PRZEWODNIKÓW.

Michał Rożek - Przewodnik po zabytkach i kulturze Krakowa (Wydawnictwo PWN Warszawa - Kraków 1997, str.718
Czyli tzw. biblia przewodnicka ;)
Z kompletnie skopanym indeksem rzeczowym na końcu. Być może w nowszych wydaniach ten błąd naprawiono.

Michał Rożek - Altera Roma. Święte miejsca Krakowa (Wydawnictwo WAM Kraków 2007, str.332)
Omówienie zabytkowych kościołów.

Jan K.Ostrowski - Kraków (w serii Artystyczne stolice świata, wydawnictwo WAiF Warszawa 1989, str.413)
Joanna Markin, Bogumiła Gnypowa - Kraków (przewodnik z serii Dookoła Polski, wydawnictwo Pascal Bielsko-BiaŁa 1996, str.339)

Kazimierz Kuczman - Wawel (wydawnictwo Karpaty - Andrzej Łączyński, Kraków 1999, str.132)
Marzena i Marek Florkowscy - Przewodnik po eremie Kamedułów na Bielanach w Krakowie (wydawnictwo M Kraków 2009, str.123)

Krzysztof J.Czyżewski - Królewska Katedra na Wawelu. Przewodnik (wydawnictwo Św. Stanisława BM Archidiecezji Krakowskiej, Kraków 1999, str.86)
Michał Rożek - Basilica di Santa Maria di Cracovia. Guida (wydawnictwo Św. Stanisława BM Archidiecezji Krakowskiej, Kraków 2001, str.85) czyli przewodnik po kościele Mariackim, ja akurat mam po włosku
Pan Czyżewski jest świetnym specem od Katedry, z niesamowitą wiedzą. Przewodnik jest skromnych rozmiarów, akurat dla przeciętnego turysty, który chce zwiedzić Katedrę świadomie. Niestety brak na rynku pogłębionej pozycji o Katedrze, dla pasjonatów (poza książkami typu Katedra w XVII wieku etc.).

Jan Adamczewski - Ilustrowany przewodnik po Krakowie (wydawnictwo Interpress Warszawa 1989, str.197)
Robert Makłowicz, Stanisław Mancewicz - Zjeść Kraków. Przewodnik subiektywny (wydawnictwo Znak Kraków 2001, str.193)
Ten ostatni to świadectwo wędrówek autorów po kawiarniach i restauracjach krakowskich, w charakterystycznym dla Makłowicza stylu austro-węgierskim :)

Kazimierz Kuczman - Wzgórze wawelskie. Przewodnik (wydawnictwo KAW Kraków 1978, str.111 + ilustracje na końcu), z takiej siermiężnej wawelskiej serii
Katarzyna Janowska, Witold Bereś - Gra w Kraków. Przewodnik po restauracjach, knajpkach, pubach i klimatach Krakowa (wydane przez Biuro Promocji i Estrady ART PROM w Jaworznie absolutnie nie wiadomo, kiedy - w każdym razie podaane są jeszcze 6-cyfrowe numery telefoniczne, str.168)

Tu reszta z tej serii wawelskiej, z opisami, co w której gablocie:
Jerzy T.Petrus - Zbrojownia Zamkowa na Wawelu. Przewodnik (wydane przez Państwowe Zbiory Sztuki na Wawelu Kraków 1989, str.56 + ilustracje w środku)
Andrzej Fischinger - Skarbiec Koronny na Wawelu. Przewodnik (wydane przez Państwowe Zbiory Sztuki na Wawelu Kraków 1988, str.41 + ilustracje w środku)
Jerzy T.Petrus, Maria Piątkiewicz-Dereniowa, Magdalena Piwocka - Wschód w zbiorach wawelskich. Przewodnik (wydane przez Państwowe Zbiory Sztuki na Wawelu Kraków 1988, str.72 + ilustracje na końcu)

Garść przewodników muzealnych:
Urszula Kozakowska-Zaucha - Galeria Sztuki Polskiej XX wieku w Muzeum Narodowym w Krakowie. Przewodnik (wydane przez MN Kraków 2005, str.78)
Praca zbiorowa - Galeria Rzemiosła Artystycznego w Muzeum Narodowym w Krakowie. Przewodnik (wydane przez MN Kraków 1998, str.76)
Bronisława Gumińska - Feliks "Manggha" Jasieński. Szkic do portretu. Przewodnik - Muzeum Narodowe w Krakowie - Kamienica Szołayskich (wydane przez MN Kraków 2006, str.79)
Marta Romanowska, Bronisława Gumińska - Muzeum Stanisława Wyspiańskiego w Kamienicy Szołayskich. Przewodnik (wydane przez MN Kraków 2005, str.63)
Irena Grabowska - Galeria "Broń i Barwa w Polsce". Muzeum Narodowe w Krakowie, przewodnik (wydane przez MN Kraków 2004, str.80)
Praca zbiorowa - Polska Kultura Ludowa. przewodnik po wystawie stałej Muzeum Etnograficznego (wydane przez Muzeum Etnograficzne Kraków 2003, str.71 + kolorowe ilustracje)