wtorek, 22 stycznia 2013

Franciszek Bielak - Z odległości lat

Podtytuł: Wspomnienia i sylwetki.
Nie jest to jednak książka wspomnieniowa napisana przez Franciszka Bielaka, a wybór jego różnych tekstów, wcześniej publikowanych lub z rękopisu, dokonany przez córkę, a ochrzczony tytułem przez redakcję wydawnictwa.

Kim był Franciszek Bielak? Doczekał się swego hasła na Wikipedii, więc kto ciekaw, może tam zajrzeć, a ja ogólnie powiem tylko, że był historykiem literatury polskiej, nauczycielem gimnazjalnym i uniwersyteckim, zapalonym pedagogiem. Toteż tom niniejszy składa się w głównej mierze z sylwetek polonistów czy ogólnie rzecz biorąc filologów krakowskich: Ignacego Chrzanowskiego, Stanisława Windakiewicza, Juliana Krzyżanowskiego, Stanisława Wędkiewicza, Jana Stanisława Bystronia, Leona Płoszewskiego... niektórzy z nich są już kompletnie zapomniani, a ich nazwiska mówią cokolwiek jedynie studentom polonistyki, a i to być może tylko krakowskiej...

Wspomnienia o profesorach uświadomiły mi, jak ważną sprawą było nauczanie języka i literatury polskiej zaraz po odzyskaniu niepodległości. Po prostu NIE MIAŁ KTO UCZYĆ! Przecież wcześniej, zależnie od zaboru, uczono rosyjskiego lub niemieckiego. Polonistów strasznie brakowało i, jak pisze Bielak, na początku uczył, kto chciał. Totez niezmiernie ważne było przygotowanie odpowiednich wydawnictw, mogących służyć nie tylko uczniom, ale także nauczycielom. Wielokrotnie pisze Bielak o wrażeniu, jakie wywoływała na czytelnikach Historia literatury niepodległej Polski Chrzanowskiego, która była jak haust świeżego powietrza.

Z szuflady wydobyto również trochę wspomnień Bielaka z czasów gimnazjalnych: kilku lat spędzonych w Sanoku, gdzie starszy brat był nauczycielem i gdzie młody Franek wdrożył się w pracę kółka samokształceniowego; potem w Gimnazjum św. Anny, już w Krakowie, gdzie kreśli parę sylwetek tamtejszych pedagogów, jak również kolegów - towarzyszy z kolejnego kółka. O tych kółkach samokształceniowych pisze dużo, podkreślając ich rolę w kształtowaniu się postawy moralnej i patriotycznej młodych ludzi: czytali wspólnie Historię Polski, Ekonomię polityczną, Galicję Bujaka, Pisma Szczepanowskiego. Była to oczywiście działalność zabroniona, ale po cichutku tolerowana przez władze szkolne. Pamiętajmy, że mowa jeszcze o czasach zaborczych.
Postawa taka skutkowała na przykład tak chwalebnymi postępkami, jak ufundowanie przez Bielaka-studenta tablicy pamiątkowej na domu, w którym mieszkał z rodziną, uwieczniającej fakt, że w tej samej kamienicy mieszkał ongiś Piotr Kochanowski. Bielak dostał nagrodę 200 koron za pracę o Syrokomli i przeznaczył ją na taki właśnie szlachetny cel, choć bynajmniej jego rodzinie nie powodziło się najlepiej.

Ciekawe są również rozdziały o sesjach przy marmurowym stoliku czyli grupie profesorów spotykających się w Hotelu Grand przy ul. Sławkowskiej; o tym, jak Stanisław Pigoń zainicjował pod koniec wojny Towarzystwo Opieki nad Młodzieżą Chłopską, które zorganizowało wzorcowy internat dla dziewcząt przy placu na Groblach (kompletna nowość dla mnie i cenna wiadomość); rozdział o powstaniu Katolickiego Domu Akademickiego przy placu Sikorskiego - też o tym wcześniej nie słyszałam.

Po raz kolejny stwierdziłam przy okazji tej lektury, że brak mi bardzo opracowań dotyczących szkolnictwa w Krakowie w okresie zaborczym i I Rzeczypospolitej. Nawet nie wiem, czego szukać na allegro, nie znam tytułów, nie wiem, co się ukazało, może zresztą tylko w prasie specjalistycznej artykuły?

No i wreszcie zamykające tom wspomnienie z Montelupich i Wiśnicza czyli wojenny epizod, kiedy to Niemcy aresztowali nauczycieli gimnazjalnych i osadzili ich w więzieniu w Wiśniczu, gdzie spędzili oni kilka ciężkich miesięcy, po czym zostali zwolnieni do domów za wyjątkiem paru osób, które wywieziono do Oświęcimia. Naturalnie większość zwolnionych poświęciła się potem tajnemu nauczaniu, ale to już inna historia.

Może jeszcze dołączę jedną z anegdot. Znałam ją już z innego źródła, ale to nie umniejsza jej dowcipu. Otóż był taki profesor romanista Stanisław Stroński. Na pewnym etapie życia uwiodła go polityka, w bardzo znacznym stopniu. Tymczasem urodził mu się drugi syn. Profesor Creizenach gratulując mu powiedział:
- Teraz może pan swoje zainteresowania podzielić między obu chłopców.
- Ten głupszy będzie romanistą - odpowiedział Stroński.

Wydawnictwo Literackie 1979, wyd. I, 379 stron + wkładka z ilustracjami
Z własnej półki (kupiona w antykwariacie 13 stycznia 2009 roku za 9 zł)
Przeczytałam 21 stycznia 2013.

Całkiem zapomniałam dodać, że powyższą książkę przeczytałam w ramach wyzwania Styczniowa Trójka e-pik:
- książka, której wątek oparty jest na autentycznych wydarzeniach

sobota, 19 stycznia 2013

Wiktor Zawada - Szukam pana Kalandra

Gdy zaplanowałam sobie poczytać pana Wiktora Zawadę, okazało się, że brak jednego tytułu w miejscowych bibliotekach - a to właśnie Szukam pana Kalandra. Szybko zaradziłam złemu na allegro i nie pożałowałam. Jest to powieść dka młodzieży o bardzo wartkiej akcji i niewątpliwych walorach pedagogicznych... może nawet aż za bardzo :) Oczywiście czasy, w jakich powstała - 1971 rok - odcisnęły swoje piętno i jest mocno osadzona w rzeczywistości: bohater dzielnie współpracuje z milicją - teraz już wiedziałem: milicja nie mogła się mylić.
Mamy też bohaterską sylwetkę sierżanta Kłyszejki, młodego partyzanta, który po wyzwoleniu wstąpił do milicji, a na jego posterunek napadła banda, zginęli żona i synek oraz koledzy, a sam Kłyszejko ledwo wylizał się z ran. Potem jako pracownik drogówki uratował życie chłopcu, który wybiegł prosto pod koła ciężarówki, lecz koło zgruchotało sierżantowi nogę. Od tej pory urzęduje za biurkiem, a cały swój wolny czas poświęca - jako kurator społeczny - zaniedbanym chłopcom :)
Z kolei o dziennikarzach mówi młody bohater: wiedziałem, że piszą jedynie o rzeczach absolutnie pewnych, sprawdzają każdą wiadomość, nie dają posłuchu plotkom i przewidzeniom.
O prywatnych domach w mieście: gdyby nie różne "złodziejówki" i "łapówkowa", jak złośliwi nazywają szpetne, bunkrowate kolonie domków jednorodzinnych, można by rzec, że stare "city" otoczył wianek barwnych kwiatów. Te barwne kwiaty to oczywiście osiedla bloków.
Z drugiej strony, pod płaszczykiem referowania pracy w gazecie, Sylwek Mącik często wspomina o niedomaganiach i brakach w handlu, usługach etc.

Ale zacznijmy od początku. Gdy książka nadeszła i obejrzałam tył okładki, coś mi zaczęło świtać... zaraz zaraz dlaczego tu czcionki są...
Może i ten Kalander to nie żaden pan Kalander? I rzeczywiście. Wikipedia podaje, że to rodzaj walców do wygładzania papieru czyli po prostu prasa. Super, zawsze chciałam przeczytać książkę związaną ze sztuką drukarską!

Sylwester Mącik właśnie kończy drugą klasę liceum. Orłem to on nie jest, choć ma swoje osiągnięcia: polonista wychwala go pod niebiosa za świetny felieton w gazetce szkolnej, z historii też ma piątkę, ale przedmioty ścisłe... nieco leżą. Ma jednak wszelkie szanse przejść do następnej klasy, gdy oto nadchodzi feralna kartkówka z fizyki. Nauczyciel podzielił klasę na dwie części, Sylwek znalazł się w pierwszej z nich, poradził sobie z zadaniami i oto szykuje się do wejścia do klasy reszta uczniów, a wśród nich "Wyrodek". Nie jest to najulubieńszy kolega Sylwka, syn prezesa Wyrobka, przywożony do szkoły przez szofera ojca... i tenże "Wyrodek" zmusza chłopaka do pisania klasówki po raz drugi, tym razem pod jego nazwiskiem. Fizyk jest mocno roztargniony, jednak cała sprawa wychodzi na jaw, mało tego - wstrętny "Wyrodek" odwraca kota ogonem, twierdząc, że Sylwek go do tego namówił... i w ten oto prosty sposób nasz bohater na 3 tygodnie przed końcem roku dowiaduje się, że będzie powtarzał drugą klasę. W szkole wstydzi się nawet pokazać, a rodzice - cóż za oryginalne metody wychowawcze - opuszczają w pośpiechu dom i wyjeżdżają na wieś, zostawiając jedynaka na pastwę losu (co ludzie powiedzą na taki wstyd!). Matka w tajemnicy wsuwa mu stówkę. Skądinąd w innym miejscu pada stwierdzenie, że na pięćset złotych trzeba prawie tydzień pracować, więc synek jest zaopatrzony jak trza :)

Ponieważ ta stówka szybko się kończy, Sylwek postanawia poszukać sobie pracy. I tak, po różnych niepowodzeniach, trafia do redakcji "Gońca Wieczornego" jako kandydat na gońca. Musi tylko pokonać dwie przeszkody: zdobyć niezbędny do pracy rower i zwyciężyć w wyścigu kontrkandydata o przezwisku "Kardynał". Pracę dostaje, ale jednocześnie zdobywa w "Kardynale" zaprzysięgłego wroga - sam odnosząc się do niego przyjaźnie i mając nawet wyrzuty sumienia, gdy od sierżanta Kłyszejki dowiedział się, że "Kardynał" pochodzi z - jakbyśmy to dziś nazwali - niepełnej patologicznej niewydolnej wychowawczo rodziny (czyt. ojciec pijak).
Sylwek szybko wciąga się w pracę w redakcji gazety, zaznajamiając i nas z jej specyfiką, ale najbardziej podoba mu się drukarnia, a w niej zecernia. Przeżywa różne przygody, cały czas usiłując pomóc "Kardynałowi" w jego wydźwignięciu się na powierzchnię życia, a jednocześnie sam podejmuje życiową decyzję - gdy zda maturę, zostanie inżynierem poligrafem - towarzyszem sztuki drukarskiej.
A co z tym panem Kalandrem, zapytacie? To typowy dowcip, jaki wycięto świeżo upieczonemu gońcowi w redakcji, gdy kazano mu biec do drukarni do kalandra. Pod prasą czyli kalandrem leżał właśnie jakiś mechanik, usiłując go naprawić, i to jego ciągnął Sylwek za nogi.

Ilustracje, jak zwykle, wykonał Ludwik Paczyński.
W spółdzielni Szanuj Grosz w poszukiwaniu pracy na wakacje.

Nasz bohater właśnie szuka w drukarni pana Kalandra.

Gdy Sylwek wybrał się z wizytą do "Kardynała" natrafił na awanturę domową z ojcem-pijakiem.

Sylwek, postanowiwszy zostać dziennikarzem, pisze felieton. Długo i bez skutku.

Połączona pasja redaktora Trawki do zwierząt domowych i telewizora marki "Stadion" (?) powoduje awarię akurat przed ważnym meczem

Akcja "Ubranko" czyli prasa wespół z milicją udowadnia handlowi uspołecznionemu brak zabezpieczeń przed kradzieżą

Wydawnictwo Lubelskie 1971, 371 stron
Z własnej półki (kupiona 13 grudnia 2012 na allegro za 5 zł)
Przeczytałam 19 stycznia 2013


Najnowsze nabytki
Przyszła z allegro ostatnia paczuszka - drugi tom Moskiewskiej sagi Aksionowa. Pierwszego i trzeciego nie mam, ale mam czwarty :) Koszt: 30 zł czyli ujdzie.


Cykl: CRACOVIANA NA MOJEJ PÓŁCE, odc.6
Ciąg dalszy Biblioteki Krakowskiej.
Link do spisu całości jest w pierwszym odcinku.
Dziś tomy 116 - 125. Wszystkie miały jednolitą szatę graficzną i kolorowe obwoluty.


Nr 116: Wojciech Bartel Ustrój i prawo Wolnego Miasta Krakowa 1815-1846, 1976

Nr 117: Józef Wawel Louis - Urywki z dziejów i życia mieszkańców Krakowa, 1977

Nr 118: Michał Rożek - Mecenat artystyczny mieszczaństwa krakowskiego w XVII wieku, 1977

Nr 119: Jan Pasiecznik - Kościół i klasztor Reformatów w Krakowie, 1978

Nr 120: Jacek Purchla - Jak powstał nowoczesny Kraków, 1979

Nr 121: Michał Rożek - Katedra wawelska w XVII wieku, 1980

Nr 122: Ryszard Kotewicz - Z dziejów przemysłu Krakowa w latach 1918-1939, 1981

Nr 124: Henryk Barycz - Rzecz o studiach w Krakowie dwóch generacji Sobieskich, 1984

Nr 125: Jerzy Paszenda - Kościół św. Barbary z domem zakonnym księży Jezuitów. Historia i architektura, 1985

Od lat 90-tych Biblioteka Krakowska wychodzi w kolejnej szacie, bez obwolut, z białą okładką. O tym w następnym odcinku.

czwartek, 17 stycznia 2013

Michał Bałucki - O kawał ziemi

Przed dworcem kolei jednej z podrzędniejszych stacyj przechadzał się wieczorem dnia czternastego maja jakiś podeszłego już wieku mężczyzna i niecierpliwie zdawał się oczekiwać przyjścia pociągu od strony Wrocławia, bo co chwila podchodził pod latarnię, spoglądał na zegarek, to znowu zapuszczał oczy w ciemną przestrzeń, w której gubiły się błyszczące szyny kolei. Staruszek był mały, chudy, zawiędły, ale ruchliwy i pełen życia.
No, taki początek w to mi graj, bo natychmiast sobie wyobraziłam, że ten staruszek zawiędły pewnie będzie miał już czterdziestkę :) jak to w XIX-tym wieku lubiano. Okazało się jednak, że czekał on na przyjazd syna - 26-letniego, a więc może był pod pięćdziesiątkę, a może bardziej w wieku posunięty. Tego niestety nie udało mi się ustalić już do końca.

W każdym razie jesteśmy na przełomie lat 60-tych i 70-tych XIX wieku w jakimś galicyjskim miasteczku - Bałucki napisał powieść w roku 1872. Staruszek to pan Schmidt, miejscowy fabrykant, ciągle bogacący się kapitalista, przedstawiciel nowej klasy społecznej wchodzącej na widownię dziejową w Polsce czyli mieszczaństwa. Oczekiwany przez niego syn Adolf kształcił się za granicą, ojciec nie widział go od 12 lat. Adolf skończył politechnikę w Paryżu, a potem nabierał biegłości w sprawach cyrkla i cyfer w innych krajach, nawet w Ameryce. Teraz wraca do domu, by przejąć rodzinny interes. Istnieje jednak pewien szkopuł: rozwojowi fabryk Schmidta stoi na przeszkodzie miejscowy baron, który otoczył swój pałac olbrzymim parkiem, pielęgnowanym przezeń z miłością sybaryty, który nic innego nie ma do roboty. I parku owego nie chce ustąpić za żadne pieniądze - mimo że owe bardzo by mu się przydały, przy prowadzonym hulaszczym trybie życia.

Adolf Schmidt - to ideał, wcielenie wszelkich cnót. Widzę go jak Połanieckiego - nie wiem, jak się nazywał ten aktor, ale jakoś Adolf bardzo mi go przypomina. Ma okazję się wykazać już zaraz po powrocie do domu, bo oto wybuchł pożar w zabudowaniach fabrycznych i córka dozorcy została uwięziona w piwnicy, gdzie zgromadzone są składy nafty. Dzielny Adolf rzucił się z kilofem do okratowanego okienka piwnicy i wyrąbał mur, a pomocnicy szybko zasypali loch nawozem (!) i przeszkodzili wybuchowi.
Próbka stylu Bałuckiego:
- A to co? - spytał strwożony spojrzawszy na czarną bliznę na czole.
- To spalona skóra, za kilka dni zniknie bez śladu.
- To twój order, moje dziecko - rzekł Schmidt z dumą i pocałował syna w spalone miejsce. - Ci, co mordują ludzi i palą miasta, nie będą mieli nigdy tak szlahcetnych orderów.
- Niech żyje nasz panicz! - zawołali chórem rozrzewnieni robotnicy podrzucając czapki w górę.

Autor stwarza tu taką arkadyjską wizję fabrycznego osiedla, gdzie właściciel nieustannie dba o dobro swych pracowników, buduje im wygodne mieszkania, ba! z własnej inicjatywy podnosi stawkę dzienną i zmniejsza ilość godzin pracy z dwunastu do dziesięciu. Trzeba ostatniego drania, by źle życzył pryncypałowi - taki drań się trafia, choć z przyczyn osobistych, a nie klasowych, ma ansę do szefa - ale oczywiście na końcu powieści cudownie się nawróci i dopomoże Adolfowi w realizacji jego zamierzeń.

Tymczasem baron Liwocki trwoni pieniądze ze sprzedaży lasu na zakup egzotycznych sadzonek do swego parku i oranżerii, ale nie umie zadbać o nie. Wiesza też świeżo zakupione obrazy na ścianach pałacu, ale nie dostrzega ani romansu zamężnej córki z poetą Maurycym ani zauroczenia będącej pod jego opieką siostrzenicy Zofii młodym Adolfem. Gdy sprawa wyjdzie na jaw, oczywiście z oburzeniem zareaguje na fakty i kategorycznie zabroni Zofii widywania się z tym dorobkiewiczem.

Z pozytywistycznej powieści robi się nagle romans à la Mniszkówna, łącznie z odnalezieniem tajemniczo zaginionego przed 18 laty dziecka. Okazuje się, że jedyną receptą na pogodzenie dwóch stanów jest ożenek między ich przedstawicielami. I żyli długo i szczęśliwie.
Baron na końcu powieści mówi do Adolfa:
- Leniwe muzy będą musiały ustąpić przed pracowitym przemysłem. Dla siebie zastrzegam tylko Zofiówkę. Zostawicie ten kąt staremu, żeby miał gdzie pokłonić się starym bożyszczom swoim.

Szczerze? Zabawnie się to czytało, biorąc oczywiście poprawkę na publicystyczność, że tak się wyrażę, powieści. To była PIERWSZA powieść w literaturze polskiej, w której na szeroką skalę zostały zarysowane postulaty pozytywistów. Może dlatego postaci jej są takie schematyczne i pozbawione głębi. Kudy jej tam do twórczości Prusa, mój Boże! Znów mi się zachciało Lalkę przeczytać przez to wszystko :)

Pisma wybrane Michała Bałuckiego, tom III
Wydawnictwo Literackie, Kraków, 1956, 266 stron
Z własnej półki (kupione 31 sierpnia 2012 - 9 tomów za 24,90 zł, wiwat allegro)
Przeczytałam 17 stycznia 2013.


Najnowsze nabytki
Przyszedł trzeci tom wspomnień Voglera (4 zł), a na dokładkę wzięłam Pokolenie Teresy Jackiewiczowej (3 zł), zaciekawiło mnie z opisu - też II wojna światowa.

NOWE KSIĄŻKI nr 1/2013
Ciekawa rozmowa z prof. Zbigniewem Mikołejko (nieznanym mi dotychczas) na temat czytania - w dzieciństwie i teraz.

wtorek, 15 stycznia 2013

Georges Simenon - Maigret à l'école

Czyli Maigret w szkole.
Kolejna powieść o Maigrecie z 1953 roku (Simenon był bardzo płodny... no, pracowity chciałam powiedzieć).
Ma to swoje znaczenie, bo gdy autor opisuje życie na prowincji - bez tych rozrywek, jakie zapewnia Miasto - i zdajemy sobie sprawę, że nie było jeszcze telewizji - lepiej rozumiemy mentalność mieszkańców, to włażenie z butami do cudzego życia, zaglądanie do cudzych garnków, przebieranie w cudzych brudach. Tym zajmuje się stara Léonie Birard, czarna owca nadmorskiej wioski, wiecznie czatująca w oknie, by pokazać przechodzącym język lub rzucić jakieś wyzwisko. Dojadła naprawdę wszystkim, więc gdy ktoś strzelił do niej z dziecinnego karabinka, cała wioska się ucieszyła - że trafiono prosto w oko, dzięki czemu Léonie zmarła na miejscu. Drugim powodem do uciechy był fakt, że udało się oskarżyć o ten czyn nauczyciela - obcego w wiosce, nielubianego wraz z całą rodziną. W ten sposób sprawa wydaje się być przesądzona, nikt nie poniósł szwanku i wioska z radością szykuje się do uroczystego pogrzebu staruszki. To będzie prawdziwe święto!
Na szczęście nauczyciel, zanim został aresztowany, zdołał pojechać do Paryża i stanąć przed samym Maigretem. Komisarza zaciekawiła nie tyle jego historia, co ... podniecił go pierwszy dzień wiosny: wyobraził sobie, że będzie pił schłodzone białe wino i zajadał mule na jakimś tarasie nad brzegiem morza, więc wybrał się do Saint-André wraz z nauczycielem, oddał go w ręce miejscowej policji i zajął się niespiesznym prywatnym śledztwem. Cóż, czekało go wielkie rozczarowanie - jest odpływ i nikt nie wybiera się na połów, trzeba będzie obejść się duszonym królikiem.
A co z nauczycielem? Czy to on rzeczywiście strzelał czy też chłopiec oskarżający go kłamie?
Kto zna francuski, może się przekonać tutaj: znalazłam film :)

Wydawnictwo PRESSES DE LA CITE' Paris 1968, 188 stron
Z własnej półki (kupiona 16 maja 1988 roku za 400 zł)
Przeczytałam 14 stycznia 2013


Najnowsze nabytki
Pojechałam na Politechnikę po książki wypatrzone na ich stronie internetowej. Schodziłam się po terenie uczelni, NIKT nie wiedział, gdzie miałby być jakiś kiosk/księgarnia. Wreszcie zrezygnowana wyszłam, patrzę przed siebie - tam taki apartamentowiec paskudny postawili, co to niby Bachleda-Curuś kupiła mieszkanie - a tam jest papiernicza księgarenka! I były cztery książki z szukanych pięciu!
Całość kosztowała mnie 70 zł.

Przyszły też przesyłki z allegro.
Pierwsza zawierała książkę, którą kupiłam ze względu na tytuł (i cenę - 1 zł). Okazała się wielkości książeczki do nabożeństwa :) Są to wspomnienia czyjegoś wujka, który został skazany, już po II wojnie, na 25 lat łagru.

Skusiłam się też na brakującą mi część Katalogu Zabytków Sztuki czyli Wawel (32 zł, a więc przystępnie):

Przeglądając cracoviana zorientowałam się ostatnio, że mam tylko pierwszą część wspomnień Henryka Voglera, więc nabyłam szybciutko drugą (5 zł):
Trzecią też, ale u innego sprzedawcy, jeszcze nie dotarła.


ALMA MATER, nr 152-153 - grudzień 2012/styczeń 2013
Przytargałam też do domu nowy numer ALMA MATER - miesięcznika Uniwersytetu Jagiellońskiego.
W numerze ciekawe artykuły:
Siedmiostronicowy wywiad z Normanem Daviesem.

Pięciostronicowy artykuł o Collegium Wróblewskiego i zapewnienie, że w lutym wyjdzie jego monografia, trzecia z kolei w serii monografii budynków uniwersyteckich.

Osiem stron na temat prof. Mieczysława Porębskiego, znanego historyka sztuki.

Recenzja najnowszej książki o Sonderaktion Krakau, którą widziałam w księgarni, ale jakoś się nie zainteresowałam, uznając widać, że mam już wystarczająco dużo materiałów... tymczasem to rzecz nieco inna, bo okiem studenta - Zygmunt Starachowicz przyszedł pamiętnego 6 listopada 1939 roku do Collegium Novum po podpis do jednego z profesorów i tak dostał się w pułapkę...

I wreszcie nowa rubryka w piśmie: Kącik brydżowy. Ja nie gram, ale z ciekawością przeczytałam, że absolwentka matematyki UJ uczy brydża jako przedmiotu szkolnego w jednym z krakowskich gimnazjów - młodzi adepci karcianej sztuki mają obowiązkowo 6 godzin zajęć tygodniowo i ocenę na świadectwie :)
Tudzież zabawną anegdotę o znanej postaci Krakowa i Uniwersytetu - chodzi o prof. Antoniego Leona Dawidowicza, zapalonego brydżysty, który na turniejach pojawiał się z nieodłącznymi kombinerkami. Pytany, po co mu one, wyjaśniał, że potrzebne będą do resekcji pewnej części ciała przeciwnika (mającej znaczenie w prokreacji) w przypadku profesorskiej przegranej :)

Zainteresowanych miesięcznikiem informuję, że jest on w całości dostępny w sieci.



Cykl: CRACOVIANA NA MOJEJ PÓŁCE, odc.5
Ciąg dalszy Biblioteki Krakowskiej.
Link do spisu całości jest w poprzednim odcinku.

Nr 100: Adam Chmiel - Szkice krakowskie, 1939-1947

Nr 102 i 103: Dr Józef Reiss - Almanach muzyczny Krakowa 1780-1914, 2 tomy, 1939

Nr 104: Praca zbiorowa - Pod rządami wroga 1939-1945, 1946

Nr 105: O.Dr Romuald Gustaw (bernardyn) - Klasztor i kościół św. Józefa ss.bernardynek w Krakowie 1646-1946, 1947
Monografia kompleksu przy ul. Poselskiej, wcześniej przy Koletek.

Nr 106: Janina Bieniarzówna - Z dziejów liberalnego i konspiracyjnego Krakowa (1833-1848), 1948
Nigdy nawet nie zajrzałam do środka, jest nieporozcinana, ale nadejdzie jej chwila!

Nr 107: Juliusz Demel - Stosunki gospodarcze i społeczne Krakowa w latach 1846-1853, 1951
Toż samo.

Nr 114: Janina Kras - Wyższe Kursy dla Kobiet im. A.Baranieckiego w Krakowie 1868-1924, 1972
Czyli o tzw. Baraneum. Rzecz wyszła jakoś tak dziwnie, nie w serii. Kilkanaście następnych zyskało jednolitą oprawę graficzną obwolut - ale o tym następnym razem.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Czingiz Ajtmatow - Biały statek

Podtytuł: Bajka i niebajka
Egzemplarz biblioteczny pozbawiony obwoluty.
Jak napisało wydawnictwo, jest to liryczna opowieść o wrażliwym, obdarzonym poetycką wyobraźnią, porzuconym dziecku, żyjącym w dalekiej leśniczówce w górach San-Tasz.
Niezrozumiany przez swych jeszcze dzikich i prymitywnych opiekunów chłopiec zamyka się w świecie baśni; ucieka doń od wszystkich smutnych przeżyć, aż w końcu marzenie zastępuje mu rzeczywistość. Chłopiec odpływa "do swej bajki" na zawsze
.

Książeczka przejmująca, chwytająca za serce, poetycka. Świat pełen magii i dziecięcych wierzeń. Siedmioletni chłopiec - pozbawiony imienia - został porzucony przez rodziców. Matka uciekła do miasta, założyła tam nową rodzinę. Ojciec jest marynarzem i największym marzeniem chłopca jest popłynąć do niego na biały statek, który malec obserwuje przez lornetkę, jak pojawia się na dalekim jeziorze. Na razie chłopcem opiekuje się dziadek, Zmyślny Momun. Momun co prawda jest zmyślny, ale lekceważą go wszyscy, bo jest też dobry, a takich nikt nie ceni.
Poczciwiec był z niego, od pierwszego wejrzenia rzucała się w oczy ta jego niewdzięczna cecha. Po wsze czasy uczy się takiego człowieka: "Nie bądź dobry, bądź zły! A widzisz! Bądź zły!" - a on, na własne nieszczęście, pozostaje niepoprawnie dobry. Momun miał twarz skorą do uśmiechu, pomarszczoną, strasznie pomarszczoną, a oczy jakby wciąż pytające: "Co ci jest? Chcesz, żebym ci pomógł? Ależ ja zaraz... Powiedz tylko, czego ci potrzeba..."
Momun jest jego prawdziwym dziadkiem, ale już jego żona - druga - nie jest rodzoną babką chłopca:
Żeby chociaż był jej rodzonym wnukiem, ale przecież mówi, że jest obcy. A obcy to zawsze obcy, choćby go nie wiadomo jak karmić, doglądać. Obcy... Co jednak zrobić, jeśli on nie chce być obcy? I czemu akurat on ma być uważany za obcego? Może to nie on, ale właśnie babka jest obca?

Gdzieś daleko w górach Kirgizji stoją koło siebie trzy domy: w jednym mieszka chłopiec z dziadkami, obok druga córka dziadka Bekej z mężem Orozkułem, a w trzecim robotnik leśny Sejdachmat z żoną Guldżamał i maleńką córeczką. Orozkuł jest tu najważniejszy, jest leśniczym, który daje pracę pozostałym i od którego wszystko tu zależy. Nie zależy od niego tylko to, co najważniejsze w życiu: nie ma dzieci. Toteż ilekroć wypije, a pije często, zabiera się za bicie swej bezpłodnej żony.
Co go obchodzi ten porzucony przez rodziców chłopiec, siostrzeniec żony, jeśli jego los tak skrzywdził, nie dał mu własnego syna, swojej krwi, podczas gdy innych obdarza dziećmi szczodrze, bez liku... Sapał, chlipał. Dręczył go żal i gniew. Żal mu było siebie, żal, że całe życie przeminie bez śladu, i rozgorzał w nim gniew na bezpłodną żonę. To wszystko jej wina, zołza, tyle lat nie zachodzi w ciążę...

Powieść zaczyna się od kupna chłopcu teczki - wszak na jesieni ma już pójść do szkoły. I ta teczka - ta szkoła - stanie się przyczyną tragedii: dziadek zbuntuje się przeciwko Orozkułowi, by pojechać konno po wnuka czekającego przed szkołą, a potem zostanie przez Orozkuła zmuszony do polowania na marale. On, który całe swe życie wierzył w legendę o Rosochatej Matce-łani. To ona właśnie uratowała dwójkę dzieci z pogromu całego plemienia Kirgizów, wykarmiła je, zaprowadziła do nowej ojczyzny, a gdy dzieci dorosły, przyniosła im na swych szerokich rogach kołyskę z kory brzozowej dla pierworodnego. Jednak po wielu wielu latach potomkowie tych dzieci, wpadłszy w pychę, zabili marala - swego brata, by umieścić jego rogi na grobowcu. Zniknęły marale, opustoszały góry, a Rosochata Matka-łania pogniewała się na ludzi, odeszła w świat.
Dziadek uważa więc za szczególny znak, że nagle w ich górach pojawiły się jelenie. Jednak Orozkuł za nic ma dawne wierzenia i baśnie, interesują go tylko cetnary mięsa... tak zaczyna się tragedia, która stanie się przyczyną śmierci chłopca.

Seria: WSPÓŁCZESNA PROZA ŚWIATOWA
Wydawnictwo: PIW 1972, 124 strony, wyd. I
Tłumaczyła: Marta Okołów-Podhorska
Z biblioteki na Rajskiej
Przeczytałam 13 stycznia 2013.

Kącik cytatów czyli rozwijamy się
W tekście wspomina się o tiubietiejce. Zajrzałam na Wikipedię i zobaczyłam, że wygląda to tak:
Była bardzo popularna w ZSRR w latach 50-tych, nosiły ją zwłaszcza dzieci.



Obejrzałam też film - Biełyj parochod - w reż. Bołotbeka Szamszyjewa, z 1975 roku.
Na YT w odcinkach:

Jest to dość wierna ekranizacja powieści i równie jak ona pełna uroku i baśniowości.
Oto mały bohater:
Jego dziadek, Zmyślny Momun:
"Obca" babka:
Bezdzietny Orozkuł:
I piękna Guldżamal, jedyna chyba pozytywna postać w powieści, obok dziadka: